niedziela, 30 grudnia 2012

[S] Suche jezioro

Na spacer!

Święta, święta i po świętach. Człowiek stał się tradycyjnie cięższy o x kilogramów i rozleniwiony, poprzestał na przesiadywaniu na kanapie. Skoro jednak już drugi dzień pogoda uśmiecha się przez okna słonecznymi promieniami, trzeba skorzystać i przejść się dalej, niż do najbliższego sklepu. Tym razem padło na wałęsanie się po Poznaniu.

Początkowo celem miał być Stary Rynek, jednak tak się zdarzyło, że chcąc odwiedzić (wreszcie) galerię handlową "Malta" kroki poprowadziły ze Śródki wzdłuż miejskiego jeziora. A tu okazało się, że... jeziora nie ma:

Co się stało z jeziorem?

Fakt, że dawno nie byłem nad Jeziorem Maltańskim, ale przyznam, że moim oczom ukazał się widok zaiste niecodzienny - Cybina wprawdzie nadal płynie, lecz samo jezioro jest niemal puste. Na upartego da się przejść suchą stopą po dnie z jednego brzegu na drugi - co dzisiaj dodatkowo ułatwiały zamarznięte resztki wody. Zresztą byli i śmiałkowie, biegający po dnie:

Wyjaśnienie

Sprawa wyschniętego jeziora wyjaśniła się dopiero po powrocie do domu i poczytaniu co nieco na ten temat. Okazuje się, że co kilka lat zimą pozwala się Cybinie bez przeszkód wpadać do Warty, co powoduje, że bez spiętrzenia Jezioro Maltańskie wysycha - umożliwia to oczyszczenie dna i brzegów. Proszę, bywam w Poznaniu od w sumie już kilkunastu lat i dopiero teraz się o tym dowiaduję. Czyż nie warto wychodzić z domu?

Ostatecznie zatem wyprawa zakończyła się pozytywnie - oprócz poszerzenia wiedzy o Jeziorze Maltańskim udało się poszerzyć domową kolekcję gier o "Scrabble", nie wspominając o poszerzeniu zbioru filmów o takie perełki, jak "Pachnidło" czy "Spacer w chmurach". Na pewno warto wychodzić z domu...

wtorek, 18 grudnia 2012

[K] A imię jego: Sześćdziesiąt i cztery

W poprzednim odcinku

Oto druga część zmagań z systemem Windows 8 Pro. Poprzednia skończyła się na tym, że zainstalowałem wersję 32-bitową i poeksperymentowałem z nowym interfejsem użytkownika. Sprawdziłem też wydajność w najczęściej używanych aplikacjach, czyli przede wszystkim Lightroomie i Photoshopie. Wyniki nie były rewelacyjne, więc i o entuzjazm trudno... Wczoraj jednak udało mi się nagrać wreszcie na płytę wersję 64-bitową i zainstalować ją wieczorem.

Od początku

Tym razem instalacja trwała dłużej o jakieś 10-15 minut, za to więcej użytecznych rzeczy można było ustawić przy pierwszym uruchomieniu (m. in. podłączyć się do sieci wi-fi z ukrytym identyfikatorem). Po zalogowaniu nie sposób jednak było rozpoznać, czy rzeczywiście udało mi się tym razem zainstalować właściwą wersję, więc czym prędzej wyświetliłem opis systemu:

Odniósłszy taki sukces, rzuciłem się do instalowania wszystkiego, co potrzebne do pracy, czyli Opery, pakietu Adobe, Office'a, sterowników itd. Pod wieczór miałem już poinstalowane praktycznie wszystko, o czym pamiętałem. Do testów wydajności i ogólnego działania systemu mogłem przystąpić jednak dopiero dzisiaj.

Jak się pracuje?

Pierwszy test można wykonać, po prostu każąc samemu systemowi zmierzyć wydajność. W efekcie otrzymałem takie wyniki:

Jak widać, ogólnie nie jest najgorzej, choć podstawowy dysk jest stosunkowo wolny. W testach bardziej praktycznych Lightroom pracuje szybko. Podglądy są dostępne niemal natychmiast w pełnej rozdzielczości (poprzednio po zaznaczeniu obrazu najpierw pojawiał się on w postaci bardzo rozmazanego podglądu, który się najpierw "uszczegółowiał", a później były stosowane wprowadzone w Lightroomie zmiany edycyjne). Na naniesienie zmian edycyjnych czeka się obecnie 1-2 sekundy. Widać tu więc znaczną poprawę - Lightroom uruchomiony w Viście potrzebował czasem nawet i 15-20 sekund na wyświetlenie ostatecznej wersji.

Test w Photoshopie obejmował otwieranie i przeskalowywanie obrazów do dużych rozdzielczości (16 tys. x 12 tys. pikseli), po czym tworzenie kilku-kilkunastu warstw. Udało się to i rzeczywiście wreszcie program przestał się "dusić" w narzuconym limicie ok. 1,6GB (tyle pamięci może wykorzystać 32-bitowy Photoshop w 32-bitowym systemie Windows). Teraz już nie ma problemu limitu pamięci (poza limitem fizycznym).

Największą różnicę - póki co - zaobserwowałem w programie Machinery Effects. Służy on do zabaw z technologią HDR i poprzednio do zaaplikowania presetu dla pojedynczego obrazu w formacie NEF w pełnej rozdzielczości potrzebował ok. 20-30 sekund. Obecnie robi to w 2-3 sekundy. Zachęcony tym wynikiem, sprawdziłem wydajność konkurencyjnego programu SNS-HDR - ten jednak przetwarza zdjęcie podobnie długo, jak w systemie 32-bitowym.

Pacjent żyje i ma się dobrze

Ostatecznie udało się przeprowadzić to, co miało się udać już w piątek. System działa, wszystkie wymagane przeze mnie programy i sterowniki - również. W obróbce grafiki daje się zaobserwować zwiększenie płynności pracy, co cieszy zwłaszcza w przypadku Lightrooma, bo ostatnimi czasy rwałem momentami włosy z głowy, tak wolno przebiegało generowanie podglądów i wyświetlanie wprowadzonych zmian. Trochę jeszcze cieczy w Cybinie upłynie, zanim przyzwyczaję się do "kafelków" i braku menu "Start", ale cóż - taka jest cena niskiej ceny...

niedziela, 16 grudnia 2012

[K] Kafelki, czyli Windows 8

Geneza

Tym razem wpis nietypowy, bo nie dotyczy bezpośrednio fotografii. Nie będzie zdjęć, będą co najwyżej zrzuty ekranu. Od kiedy bowiem używam Lightrooma 4 do segregowania i wstępnej obróbki zdjęć, mój komputer dostawał coraz większej zadyszki. Postanowiłem więc pójść z duchem czasu i dołożyć 4GB pamięci, żeby oprogramowanie Adobe wreszcie zaczęło działać z zadowalającą szybkością. A że 32-bitowe konsumenckie systemy Microsoftu pogardzają pamięcią powyżej 3,5GB, jedyną alternatywą było przejście na system 64-bitowy. Okazało się, że firma Microsoft sprzedaje za 129zł Windows 8 Pro. Cóż za okazja!

Miłe złego początki

Od pomysłu do przemysłu zatem - zamówiłem pamięci i zakupiłem (płatność kartą kredytową lub PayPalem) Windows 8 w wersji elektronicznej (za płytę trzeba Microsoftowi dopłacić prawie 70zł + koszty przesyłki). Na stronie Microsoftu znalazłem informację, że licencja na Windows 8 Pro obejmuje zarówno wersję 32-bitową, jak i 64-bitową. Kupno systemu przebiegło gładko i szybko, dostałem e-maila z linkiem i numerem seryjnym. Pod linkiem krył się program pobierający system i zapisujący go jako obraz płyty DVD. Pobrałem, wypaliłem i po zrobieniu wszelkich możliwych kopii zapasowych uruchomiłem instalator.

Niespodzianki

System instaluje się szybko (na moim czteroletnim komputerze ok. 20 minut), sam wykonuje ze dwa restarty, po czym uruchamia się, wyświetlając szkoleniową animację. Potem pokazują się tytułowe kafelki (oczywiście na screenie już po zainstalowaniu kilku co przydatniejszych aplikacji):

Tak naprawdę nowy interfejs nie był dla mnie całkowitą niespodzianką, bo już co nieco czytałem o nowym systemie i byłem przygotowany na nowości. Jednak rewolucja jest całkiem spora - uruchomienie z poziomu ekranu startowego Internet Explorera pokazało na ekranie coś takiego:

Gdzie belka z nazwą programu? Gdzie menu? Dlaczego pasek adresu jest na dole i jak go przenieść do góry? I najważniejsze - JAK WRÓCIĆ do ekranu startowego? Kluczowe okazują się... naroża ekranu. Skierowanie przycisku myszy na prawy górny róg (jak uczy tego animacja po zainstalowaniu systemu) wyświetla specjalny pasek, dający m.in. dostęp do wyszukiwarki czy ustawień. Lewy dolny z kolei umożliwia szybkie przejście do ekranu startowego, tego z kafelkami. Tę samą funkcję spełnia w Windows 8 przycisk z logo systemu (ten na klawiaturze).

Na szczęście na ekranie startowym jest także skrót do prawie zwykłego pulpitu, znanego z poprzednich wersji Windows:

Dzięki temu można uruchamiać programy "po staremu", klikając na ich ikonach umieszczonych na wybranej przez siebie tapecie, można się też łatwo przełączać między aplikacjami. Okna wyglądają też "normalnie", czyli mają belki tytułowe, można je minimalizować, zamykać, przesuwać.

W konsternację wpędziła mnie za to tak prosta czynność, jak... wyłączenie komputera. Jak to, u licha, zrobić? Nie ma już przycisku "Start"! Microsoft wpadł na pomysł, że, ehm, intuicyjne będzie skorzystanie z bocznego paska (tego wyświetlanego za pomocą kursora myszki umieszczonego w prawym górnym rogu ekranu). Trzeba w nim kliknąć (uwaga!) "Ustawienia", a tam - "Zasilanie". To tu znajduje się poszukiwana opcja wyłączenia komputera. Uf!...

Smutki małe i większe

Najmniej przyjemną niespodzianką było jednak wyświetlenie informacji o komputerze. Okazało się bowiem, że zainstalowany system jest... 32-bitowy. Dalsze śledztwo na różnych forach wykazało, że aby zainstalować wersję 64-bitową, należy uruchomić program ściągający obraz płyty w 64-bitowym systemie! Potwierdził to późniejszy telefon do Microsoftu - nie można przejść z wersji 32-bit na 64-bit bez zakupu nośnika. Oczywiście, ani na stronie Microsoftu, ani w mailu otrzymanym po zakupie, ani w instalatorze nie ma nawet śladu takiej informacji.

Jeśli chodzi o szybkość działania, to jestem zdecydowanie rozczarowany szybkością uruchamiania. Naczytałem się w czasopismach i na forach, że Windows 8 jest szybszy od Windows 7, który z kolei był szybszy od Windows Vista (a ten to właśnie system miałem jeszcze kilka dni temu). Otóż moja Vista, nawet rok temu, po ponad trzech latach od instalacji, startowała szybciej niż świeżutki i czyściutki Windows 8! "Ósemka" potrzebuje ponad 50 sekund na pokazanie ekranu logowania, po czym jeszcze kilku na zaprezentowanie kafelków.

Programy działają z porównywalną prędkością, co na Viście. Wprawdzie Lightroom sprawia wrażenie żwawszego, ale może to być wynik skopiowania katalogów ze zdjęciami na szybszy dysk. Niestety, nadal dostępne jest tylko ok. 3,5GB pamięci, więc uruchomienie Lightrooma z dużą kolekcją, a potem Photoshopa z dwoma, trzema większymi plikami pełnymi warstw skutkuje intensywną pracą dysku i puchnięciem pliku wymiany.

Rozczarowanie?

Na razie czuję spory niedosyt. Spodziewałem się, że szybko i bezboleśnie przejdę na nowy system, oprogramowanie Adobe zacznie pracować szybciej niż obecnie i stary komputer posłuży jeszcze kilka lat. Na to muszę jeszcze poczekać. Prawdopodobnie jutro uda mi się zainstalować system w wersji 64-bit i zobaczymy, czy się opłacało.

Na razie badam system. Wrażenie dużego ograniczenia swobody jest przygniatające. Kilka potrzebnych mi opcji (np. możliwość zainstalowania profilu kolorystycznego dla monitora) było tak sprytnie ukrytych, że dopiero "podparcie się" Googlem dało pozytywny efekt. Chwilowo zainstalowałem sobie programik ViStart, który przywraca przycisk "Start", ale dzisiaj odkryłem, że podobą funkcję spełnia sam ekran startowy - wystarczy po prostu zacząć wpisywać nazwę programu, a zamiast kafelków zostaną zaprezentowane "pasujące" ikonki aplikacji. Hm - bardzo przydatne! Może jednak te kafelki nie będą aż takie złe?...

wtorek, 11 grudnia 2012

[S] Biel i czerń

Zima zaatakowała w tym roku wcześnie i podstępnie. Wszędzie biało, a z nieba ciągle się sypią zimne płatki. Dzisiaj powrót z pracy trwał ponad półtorej godziny. Czy można lubić tę porę roku?

Okazuje się, że można. Jako pracownik nie cierpię jej, jako fotograf - zawsze potrafi wyciągnąć mnie z ciepłego mieszkania na długi spacer. Tak było i w miniony weekend, kiedy to udało mi się nawet dwa razy wyrwać na zimową przechadzkę. Z pierwszej, nocnej, niewiele ciekawych zdjęć przyniosłem - poniżej jedno ujęcie:

Droga prowadzi do dworca PKP i jest chyba najbardziej fotogeniczną uliczką w Starych Oborzyskach. Latarnie ukryte wśród drzew są malownicze, ale dają nieprzyjemne, różnokolorowe światło (tutaj zdjęcie jest monochromatyczne - w rzeczywistości dalsza latarnia dawała dużo bardziej żółtozielony zafarb, niż latarnia bliższa, stąd konwersja). Na samym dworcu nie było tym razem nic ciekawego...

Nazajutrz udało się odbyć drugą przechadzkę, mimo zmęczenia i dziewięciostopniowego mrozu. Pierwotnie zabrałem ze sobą tylko szkło makro z nadzieją zrobienia ciekawych ujęć z bliska (igły szronu, zamrożone listka itp.), ale okazało się, że bardziej interesująco wyglądały krajobrazy, dlatego zrobiłem drugą rundę z szerszym szkłem:

Strasznie lubię chodzić w taką pogodę na spacery. Jest chłodno, owszem, ale jednocześnie pusto i melancholijnie. Zima usypia brzęczące owady, przepędza ptaki bliżej osiedli ludzkich, a drzewom każe stać w milczeniu nago na mrozie. Idąc wśród tego bezgłośnego, zamarłego świata, czasem chce się zawrócić do przytulnego domu, ale warto wytrwać. W sobotę dodatkowo mgła dawała momentami efekt zagubienia się w pustej przestrzeni:

Pamiętam, że kiedy zaczynałem dopiero się uczyć fotografii w 2009 roku, zimą zawsze wybierałem się na długie spacery, nawet gdy temperatura spadała do -20oC. W sumie to dlatego kupiłem dodatkowy akumulator, bo ten w aparacie strasznie szybko się wyczerpywał na zimnie. Wydaje się, że to było zaledwie wczoraj, a jednak dzisiaj pola, po których wędrowałem, zdążyły się zamienić w osiedla, a grupę krzaków zamieszkiwaną gromadnie przez kosy, wycięto pod osiedlową drogę... W Starych Oborzyskach jednak nadal można cieszyć oczy aleją akacjową, prowadzącą do Słonina:

Dłonie grabieją, nos i policzki szczypią, ale wiem, że na pewno jeszcze na taką wyprawę nie raz wyruszę. Może nie zrobię zdjęć na miarę Ansela Adamsa, ale co pomaszeruję wśród ośnieżonych pól, to moje. Kto wie, jak długo jeszcze te pola i wijące się wśród nich dróżki wytrzymają...

sobota, 24 listopada 2012

[S] Kto wstaje o 3:30?

Dawno nie byłem na porannym fotograficznym spacerze - chyba 13 października, kiedy to w Sieradzu odbył się fotospacer Scotta Kelby'ego (może jeszcze kiedyś kilka słów o tym skreślę). Jednak po ostatnim wpisie, gdzie odrobinę wspominkowo opisałem poranną wyprawę sprzed prawie roku, postanowiłem przemóc lenistwo i sprawdzić, jak wygląda o poranku Swarzędz. Wprawdzie mój druh Krzysiek z powodu choroby nie mógł mi towarzyszyć (przy okazji - pozdrowienia!), ale za to prognozy obiecywały mgłę, a w przypadku obrazów miejskich mgła się często przydaje do porządkowania kadru.

W planach był spacer na swarzędzki dworzec kolejowy, bo wiadomo, że we mgle oświetlone dworce kolejowe wypadają nadzwyczaj malowniczo (niestety - chyba tylko wtedy). Po drodze jednak mialem alejkę spacerową, ciągnącą się wzdłuż osiedla Cegelskiego aż po ulicę Kórnicką. Wiele razy "zbierałem się", żeby zrobić zdjęcie stylowym ławeczkom, póki nie zniszczą ich wandale. Udało się dopiero dzisiaj:

To, co strasznie lubię w takich porannych (czy późnonocnych - jak kto woli) spacerach, to kompletna pustka na ulicach. Nikt nie chodzi, nikt nie hałasuje, nie jeżdżą samochody (a przynajmniej na tyle rzadko, że nie przeszkadzają). Czasem przemknie ktoś wracający do domu lub biegnący wcześnie do pracy. Być może z tego właśnie powodu od zachodów słońca wolę wschody - bo jest większe prawdopodobieństwo, że nikt nie będzie przeszkadzał.

Poniżej zdjęcie pokazujące ulicę Nowowiejską - w oddali widać skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną. W powszedni dzień ulica jest dość zapchana (zwłaszcza od strony wiaduktu). Tutaj - kompletna pustka... Kogo zatrzymuje czerwone światło?

W końcu dotarłem na dworzec. Nieco pechowo, odnowiony niedawno budynek dworcowy jeszcze nie nadaje się do pokazywania, bo zwyczajnie nie zakończono wszystkich niezbędnych prac. Kiedyś go muszę mimo wszystko sfotografować - wydaje się bowiem, że będzie w bardzo interesujący sposób oświetlony. Tymczasem zerknąć można na dwie fotografie zatytułowane "Peron drugi". Pierwsza miała rozpocząć serię idealnie symetrycznych ujęć wspomnianego peronu, jednak okazało się, że niestety, nie wszędzie symetria jest tam obecna.

Jak łatwo można zauważyć, oba zdjęcia "Peron drugi" mają zupełnie inną paletę barw - a wynika to tak naprawdę z różnego balansu bieli w obu przypadkach. Po co? Tylko i wyłącznie po to, by uzyskać dwa różne nastroje - czyż żółcie i oranże nie zachęcają do wejścia po schodach? A zimny, niebieski odcień nie straszy bezdusznością?

Poniższe ujęcie tak naprawdę miało wyglądać nieco inaczej - zrobione od strony drzwi, które tutaj widać w oddali, miało sugerować sterylny, jaskrawo oświetlony korytarz, również wpisujący się w pomysł na symetrię. Gdy już byłem prawie zadowolony z podglądu zdjęcia na wyświetlaczu aparatu, tknęła mnie jedna rzecz: coś się nie zgadzało. Przyjrzałem się uważniej i... światła nie są zamocowane symetrycznie, naprzeciw siebie, tylko naprzemiennie... Skoro pomysł na symetrię nie wypalił, obszedłem korytarz od drugiej strony, aby była widoczna wielka dwójka, kierująca zabieganych podróżnych na właściwy peron.

Niewiele więcej udało mi się wywalczyć na dworcu - wszędzie albo płoty, albo taśmy, albo zwały piasku. Poszedłem zatem dalej, w stronę trasy nr 92. Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że leżący niedaleko plac zabaw dla dzieci okaże się interesujący we mgle. Zawiodła mgła, która nie była tak gęsta, jak jeszcze poprzedniego dnia. Wszelkie przymiarki do ciekawego ujęcia spełzły na niczym i nawet nie nacisnąłem spustu migawki. Idąc dalej, dotarłem w końcu do kładki, którą można przedostać się do "prawdziwego Swarzędza", jak mawiają rodowici swarzędzanie, z lekką wyższością patrzący na mieszkańców Nowej Wsi:

To zdjęcie można by zatytułować tak, jak cały wpis - na wiele normalnych lamp trafiła się taka, która nie robi tego, co pozostałe. Jak fotograf, wychodzący robić zdjęcia nad ranem w sobotę...

środa, 21 listopada 2012

[S] Poranek w mieście

W zeszłym roku tak się jakoś złożyło, że miałem urlop już 23 grudnia. Postanowiłem wówczas podjechać rano do Poznania i poszwendać się tu i tam z aparatem, a raczej aparatami. Niedługo przedtem bowiem zakupiłem kompaktowego Canona S95 i byłem ciekaw, czy taki maluch da sobie radę w, było nie było, trudnych warunkach. Ciemność, pierwszy tamtej zimy śnieg, lekka mgła (do licha, komu się chce w takich warunkach wychodzić z domu? w czasie urlopu?!)

Pojechałem autobusem - odpada wówczas problem parkowania, które po pierwsze zmusza człowieka do powrotu w dokładnie to samo miejsce, z którego wyszedł, a po drugie - nie jest łatwe i tanie w "przyjaznym" Poznaniu. Pierwsze kroki skierowałem w stronę Chwaliszewa. Niestety, próby zrobienia jakiegokolwiek zdjęcia bez statywu spełzły na niczym, zatem pogratulowałem sobie przezorności i odtroczyłem trójnóg od plecaka. Teraz było już lepiej, ale zasadniczo cierpiałem jeszcze na brak pomysłów (chyba nie byłem do końca obudzony), więc powlokłem się na Garbary, w stronę Cytadeli.

Idąc - nieco smętnie - noga za nogą, zobaczyłem nagle zaskakujący obraz: trzy wielkie adwentowe świeczniki. Tak właśnie wyglądała tego dnia siedziba firmy Aquanet:

Czyż można było się powstrzymać przed zrobieniem zdjęcia? Wprawdzie ludzie stojący na przystanku przyglądali mi się trochę dziwnie, gdy na brzegu chodnika rozkładałem statyw i mocowałem do aparatu wężyk... Dobrze, że się pospieszyłem, bo chwilę po wyzwoleniu migawki tuż przed widoczną bramą zaparkowała wielka ciężarówka - ot, co znaczy być na właściwym miejscu o właściwej porze!

Honor zatem był uratowany, przynajmniej jedno w miarę przyzwoite zdjęcie zrobiłem. Zamiast więc iść dalej na Cytadelę, nagle poczułem zimno i postanowiłem powoli kończyć wycieczkę. Spacer Estkowskiego nie należy może do najprzyjemniejszych, zwłaszcza kiedy wieje, a samochody pryskają błotem pośniegowym spod kół, ale wiadomo, że wizja śniadania z gorącą herbatą znakomicie polepsza humor. Poniżej fotografia wykonana podczas wędrówki Estkowskiego:

Przechodząc obok Katedry nie mogłem sobie darować i poszedłem bliżej. Ujęcia od frontu wyszły jednak niespecjalnie, ale całkiem przyzwoite zdjęcie udało mi się zrobić, zachodząc Katedrę od strony starego Mostu Rocha - obecnie, zdaje się, Mostu Jordana:

To jedyne chyba udane zdjęcie zrobione tego dnia kompaktem Canona. Nie znałem go jeszcze dostatecznie (dość powiedzieć, że miałem kłopoty z ustawianiem korekty ekspozycji!), poza tym zbyt optymistycznie podszedłem do kwestii używalnego ISO oraz zniekształceń geometrycznych... Mimo to nadal uważam, że był to udany zakup, bo nie raz i nie dwa okazywało się, że dzięki niemu mogłem zrobić ujęcie, którego inaczej zrobić bym nie mógł - bo nie miałem pod ręką innego aparatu.

Ostatecznie dotarłem na Śródkę, gdzie udało mi się złapać autobus powrotny. Czas wielki, bo naprawdę było już zimno, a i głodno także. Poranek owocny, chociaż... Po świętach okazało się, że mało brakowało, a w ogóle nie miałbym zrobionych wówczas zdjęć - po Nowym Roku padł twardy dysk. To jednak już zupełnie inna opowieść...

czwartek, 15 listopada 2012

[R] Grzegorz Turnau i Jacek Królik

Grzegorz Turnau Jacek Królik koncert Swarzędz

Całkiem niedawno moje miasto odwiedzili wspomniani w tytule panowie, aby zaprezentować się podczas koncertu "Wieczór sowich piosenek". Wykorzystałem tę okoliczność nie tylko po to, by na żywo ucieszyć uszy zacnym kawałkiem muzyki, ale także by spróbować swych sił w fotografii koncertowej. Jako że dużego doświadczenia w tego typu fotografii nie mam, cudów raczej nie należy się spodziewać, ale robiłem, co mogłem :)

Sam koncert był - w moim odczuciu - bardzo udany. Pan Grzegorz rewelacyjnie zaśpiewał znane i mniej znane utwory, Pan Jacek z kolei dzielnie mu akompaniował. Zdarzały się momenty zabawne, a czasem i liryczne. Zresztą, kto lubi piosenki Grzegorza Turnaua, temu nie trzeba wiele tłumaczyć. Tak czy inaczej, warto było się wyrwać z domu na te prawie dwie godziny.

środa, 14 listopada 2012

[E] Zima w lecie

Poniższy wpis umieściłem swego czasu jako post na forum Nikoniarzy, podsumowujący wątek dotyczący wykonywania zdjęć w podczerwieni. Myślę jednak, że mogę go również umieścić tutaj, żeby nie zaginął podczas jakichś forumowych porządków. Druga uwaga, od razu na początku - choć część porad ma charakter uniwersalny, to jednak jako użytkownik aparatów firmy Nikon, tylko na takich mogłem zdobywać doświadczenie i o takich czytałem na forum. Stąd dużo informacji, wskazujących na konkretne modele - oczywiście, nie oznacza to, że zdjęć w podczerwieni nie da się robić Canonami czy aparatami Sony, jednak nie wiem, które modele nadają się do tego bardziej (pewnie te starsze), a które w ogóle.

Ale do rzeczy: co zrobić, aby fotografować w podczerwieni?

Pogoda

  • zaleca się fotografowanie w słoneczny dzień, soczystej zieleni skontrastowanej z błękitnym niebem - wprawdzie nie jest to wymóg, ale zwiększa kontrastowość zdjęcia oraz skraca czasy; przy bardzo dobrej pogodzie można jednym z wyróżnionych aparatów robić zdjęcia nawet z ręki (z filtrem nakręcanym)

Sprzęt

  • aparat, który ma słaby filtr IR (Nikon D100, D50, D70) - innymi da się robić, ale czasy naświetlania drastycznie rosną
  • statyw - nawet dla wymienionych wyżej aparatów czasy są raczej długie, więc warto zadbać o dobre podparcie, tym bardziej, że podnoszenie ISO w IR się nie sprawdza
  • filtr IR - tu jest kilka rozwiązań: albo kupujemy nakręcany filtr Hoya (wariant drogi), albo Cokin (a tutaj albo stosujemy go normalnie w uchwycie (holderze), jedynie zasłaniając boki przed wpadającym światłem, albo wycinamy koło i "wklejamy" do ramki jakiegoś taniego filtra nakręcanego)
  • obiektyw bez tzw. hot-spota* (np. kitowy obiektyw Nikkor 18-55, uniwersalny Nikkor 18-200, pewnie N18-105, Sigma 10-20)
  • dla osób, które zapragną dłużej i lepiej fotografować w IR zalecana jest przeróbka aparatu, polegająca na zdjęciu filtra "wycinającego" IR przed matrycą (samouczki można znaleźć w sieci) - można zamiast niego założyć filtr "wycinający" pasmo widzialne przed matrycą lub normalnie nakręcić filtr IR na obiektyw; w tym przypadku aparat będzie się nadawał w zasadzie tylko do IR, ale za to będzie umożliwiał fotografowanie z krótkimi czasami (np. 1/250s); dodatkowo, gdy ktoś filtr IR zamontuje przed matrycą zamiast na obiektywie, będzie mógł normalnie kadrować (obraz nie będzie czarny); UWAGA - po demontażu filtra sprzed matrycy do IR nadaje się praktycznie każdy aparat cyfrowy (choć wtedy nadaje się w zasadzie tylko do IR)!

Technika

  • najważniejszy wydaje się balans bieli - należy ustawić sobie w aparacie WB na PRE (w Nikonach) i spróbkować z zielonej trawy lub korony drzewa Z ZAŁOŻONYM FILTREM (jak ustawiać własny balans bieli, odsyłam do instrukcji - w aparatach innych niż Nikon też się da to zrobić); można też trzaskać zdjęcia w RAWach na dowolnym WB, a balans bieli ustawić dopiero na etapie obróbki, ale pod warunkiem, że używamy oprogramowania producenta (CaptureNX lub ViewNX dla Nikona); pojawiły się głosy, że nie zawsze da to wymaganą jakość, ale osobiście nie robiłem porównań i namawiam po prostu do stosowania odpowiedniego, własnego balansu bieli (oraz tak czy inaczej do używania RAWów )
  • aparat mocujemy na statywie,
  • kadrujemy bez założonego filtra,
  • nastawiamy ostrość i wyłączamy AF; ostrość czasem trzeba skorygować dla niektórych obiektywów (część obiektywów - zgaduję, że te starsze - mają na skali zaznaczenie dotyczące ostrzenia z filtrem IR; nie mam takiego obiektywu, więc nic bliżej nie napiszę)
  • ostrożnie nakręcamy filtr i robimy zdjęcie
  • zdjęcie z prawidłowym WB powinno mieć niebo w odcieniach brązu, a zielenie jaskrawo białe z małą domieszką błękitu

Obróbka

  • należy zaopatrzyć się najlepiej w oprogramowanie producenta aparatu (dla Nikona CaptureNX lub ViewNX) - Adobe CameraRAW z pakietu Photoshop/Lightroom niestety nie za bardzo się nadaje, brakuje skali temperatury, aby pozbyć się zafarbów; osobiście używałem ViewNX oraz Lightrooma 4 i ładne IR wychodziły mi tylko z ViewNX... Oczywiście, jeśli ktoś robi JPG z prawidłowo ustawionym WB, to może obrabiać od razu w dowolnym programie graficznym z opcją mieszania kanałów
  • korygujemy lekko balans bieli i kontrast (aby "biel była jeszcze bielsza")
  • otwieramy w Photoshopie (lub innym programie, który umożliwia mieszanie kanałów) - być może CaptureNX umożliwia mieszanie kanałów, nie używałem, ale wówczas nie trzeba nawet go opuszczać
  • wchodzimy do mieszania kanałów i dla kanału czerwonego zmieniamy proporcje czerwonego na 0%, a niebieskiego na 100% - dla kanału niebieskiego robimy odwrotnie (czyli niebieski na 0%, a czerwony 100%); w efekcie niebo powinno stać się niebieskie, a lekkie błękity w roślinności - jasnobrązowe;
  • korygujemy ogólną kolorystykę wg własnego uznania
  • zapisujemy, publikujemy, chwalimy się

Problemy

  • zdjęcie wychodzi czarne - zbyt krótki czas naświetlania
  • zdjęcie wychodzi czerwone - zły balans bieli
  • nie można ustawić balansu bieli PRE, zawsze komunikat "no good" - ostatnia deska ratunku to robienie w RAWach i próba balansowania w CaptureNX/ViewNX
  • na środku zdjęcia pojawia się okrągła plama - obiektyw ma hot-spot, trzeba zmienić obiektyw
  • brzegi zdjęcia są zażółcone/przekolorowane - efekt używania Cokina w uchwycie (holderze) (przedostaje się światło widzialne), należy uszczelnić połączenie filtru z obiektywem lub zastosować filtr nakręcany
  • bardzo długie czasy - aparat ma (zbyt) dobry filtr odcinający promieniowanie IR; zmienić aparat na jeden ze starszych modeli lub wymontować filtr sprzed matrycy

Podsumowanie

Fotografia w podczerwieni to fascynująca przygoda, choć raczej krótkotrwała. Niemniej uważam, że warto spróbować - zwłaszcza wiosną - efekty mogą zadziwić, gdy opatrzony krajobraz zalśni nowym blaskiem białych liści.

Chciałbym też podziękować wszystkim koleżankom i kolegom z forum Nikoniarzy, bo bez nich nigdy nie odkurzyłbym leżącego w szafie filtra IR i nie wypróbował drzemiących w nim możliwości.


*) hot-spot - ciemny punkt w centrum obrazu, występujący podczas robienia zdjęć niektórymi (zwłaszcza nowszymi) obiektywami; prawdopodobnie jest wynikiem stosowania w nowych obiektywach specjalnych powłok zwiększających transmisję światła - ale jest to prawda z gatunku "wyczytanych w internecie"; faktem jest, że niektóre obiektywy przy fotografowaniu w podczerwieni tworzą w centrum obrazu ciemny punkt (czy wręcz pole), co je praktycznie dyskwalifikuje z tej dziedziny

wtorek, 13 listopada 2012

Prawdziwy fotograf i Fotoszop

Początkowo miał to być długi i nudny (zapewne) wywód na temat tego, dlaczego warto używać programów do edycji zdjęć, zamiast poprzestać na pliku jpg prosto z aparatu. Powstały trzy wersje wpisu, zanim dostrzegłem bezcelowość poważnego rozprawienia się z pokutującymi poglądami, przedstawiającymi Photoshopa jako pomiot szatana i źródło zła wszelakiego. Tych, którzy są ortodoksyjnymi wyznawcami tezy, że nic poza jpgiem nie jest potrzebne do życia oraz tych, którzy nawet zbieranie okruszków ze stołu nazywają "stemplowaniem", do niczego nie przekonam. Czy zresztą istnieje jedyna słuszna prawda? Zamiast tego postanowiłem pokazać na dwóch przykładach, do czego można użyć Photoshopa - a może bardziej, do czego ja go zwykle używam.

Pierwsze zdjecie to stuprocentowy fotomontaż. Przedstawiona scena nigdy nie zaistniała w takiej postaci, w jakiej jest tu widoczna. Miskę z suchym chlebem i kubkiem trzymałem po prostu w ręce, parapet został wklejony z innego, przygotowanego w tej właśnie intencji zdjęcia, zaś drobne szczegóły (cienie, kreski na ścianie) - po prostu dorysowane. Praca powstała w ramach przygotowywania zdjęcia do konkursu pt. "Noce i dnie". Po co ta cała maskarada z fotomontażem? Bo miałem pomysł na więzienny mur z charakterystycznymi rysami, a nie udało mi się znaleźć odpowiedniego miejsca (a nawet gdybym znalazł, to niekoniecznie mógłbym pożłobić w ścianie wymagane kreski).

Drugie zdjęcie prawdę powiedziawszy nie bardzo wygląda jak zdjęcie - bardziej na obraz wygenerowany jakimś matematycznym algorytmem. Tymczasem największa modyfikacja to kadrowanie do kwadratu (lekko też zwiększyłem kontrast, ale to była kosmetyczna zmiana). Zdjęcie przedstawia dym z kadzidełka, a cały sekret tkwi w odpowiednim przygotowaniu fotografowanej sceny. Ciemność, odpowiednie tło, osłonięta i ustawiona we właściwym kierunku lampa błyskowa. Czy tak ten dym wyglądał w rzeczywistości? Rzecz jasna nie - w zasadzie nic nie było widać, trudno więc, bym podejmował jakąś racjonalną decyzję o wyborze momentu naciśnięcia spustu migawki. To jedno ze zdjęć, które wybiera się spośród kilkudziesięciu zrobionych - jak zdjęcia kropelek wody czy burzowych błyskawic. Czyż nie jest to także rodzaj manipulacji?

Na dwie rzeczy chciałbym zwrócić uwagę: po pierwsze w obu przypadkach użyty był Photoshop. Wprawdzie w odmiennym celu, ale BYŁ. W pierwszym - intensywnie, z warstwami, maskami, użyciem sporej (już obecnie) wiedzy o narzędziu. W drugim przypadku w zasadzie użycie sprowadziło się do wywołania pliku RAW i wykadrowaniu. Niemniej dla obu zdjęć była konieczna obróbka - z mojego punktu widzenia, naturalnie.

Po drugie, chyba ważniejsze: każde zdjęcie jest manipulacją. Mniejszą czy większą, świadomą lub nie - ale jest zawsze. Wynika to z prostego faktu - matryca światłoczuła lub błona fotograficzna w połączeniu z soczewką obiektywu nie rejestrują obrazu w sposób identyczny, jak ludzkie oko. Siłą rzeczy też nie można zarejestrować tego, co się WIDZI, rejestruje się to, co się ZAUWAŻYŁO. I myślę, że rolą prawdziwego fotografa jest takie przygotowanie obrazu, żeby widz zauważył to, co chcemy, żeby było zauważone. I wyrobił sobie na ten temat własne zdanie.

Jako podsumowanie napiszę coś takiego: szczerze mówiąc, nie robi mi różnicy, JAK osiągnę satysfakcjonujący mnie obraz. Czy za pomocą oprogramowania edycyjnego (dawniejsza ciemnia), czy za pomocą znajomości pewnych "sztuczek" w rodzaju panoramowania, płytkiej głębi ostrości czy odpowiedniego oświetlenia. Wiem, że niektóre rzeczy można osiągnąć tylko w jeden sposób. I uważam, że kluczem jest znajomość jak największej liczby dróg osiągnięcia celu. Reszta jest obrazem.

poniedziałek, 12 listopada 2012

I oby tak dalej...

Pisanie nie jest moją domeną - nie oszukujmy się. Chciałbym wierzyć, że jest, ale jednak - nie. Zbyt mało do powiedzenia, zbyt wątła praktyka, niewystarczające w końcu wykształcenie. Takie myśli nie nastrajają optymistycznie, a dokładając na samą górkę przeciwwskazań generalny pęd ludzkości tylko do publikowania bez jakiejkolwiek choćby myśli o zobaczeniu, co publikują inni - dochodzimy do (nie bójmy się tego słowa) tragedii. "Każdy gada, nikt nie słucha", jak śpiewa jakiś współczesny pieśniarz w radio.

Więc po co? Po co umieszczać jakieś wpisy, których nikt nie przeczyta? Ano z przekory. No bo dlaczego niby nie? Przestać zawsze można, jeśli ochoty zabraknie. Ale może nie zabraknie?

O czym zaś pisać? Popróbuję publikować luźne wpisy "okołofotograficzne", podpierając się czasem tu i ówdzie obrazem - fotografia bowiem to moje hobby, obecnie najważniejsze. Nie chciałbym jednak, by kolejne wpisy były tylko komentarzami do zdjęć, bo w końcu kiepskiej fotografii nawet genialny opis nic a nic nie pomoże. Czego chciałbym jednak - tego póki co nie wiem. Jak mawiał Filemon pacnąwszy łapą kłębek wełny: "zobaczymy, jak się to potoczy".

Na początek zatem, żeby już niepotrzebnie nie przedłużać, zdjęcie z porannego spaceru po Kościanie. Sympatyczne miasto, z którego na pewno jakieś jeszcze fotografie się tutaj pokażą. Poranek ten nie był udany - jeszcze przed wschodem słońca wydawało się, że już kompletnie nic ze światła nie wyjdzie. Obszedłem rynek, wzbudzając statywem zainteresowanie jakiegoś przypadkowego przechodnia. Było mi zimno i trochę żałowałem, że nie pozwoliłem sobie odespać dość ciężkiego tygodnia. Pokręciłem się to tu, to tam, aż w końcu ruszyłem deptakiem w stronę Liceum. Na ujęcie tego wielkiego gmachu jednak nie starczyło mi już pomysłów, więc postanowiłem iść dalej, do ronda - lekką nadzieję dawała pozłota na niebie. Nie uszedłem daleko, gdy zobaczyłem mniej więcej to, co widać poniżej. Na szczęście ptaków było dużo i jakimś cudem udało mi się zdążyć, zanim wszystkie odleciały.

Pomyślałem sobie - budynek na tym zdjeciu to mój blog - ptaki to stare wpisy. A teraz trzeba zacząć budować coś nowego.