niedziela, 30 grudnia 2012

[S] Suche jezioro

Na spacer!

Święta, święta i po świętach. Człowiek stał się tradycyjnie cięższy o x kilogramów i rozleniwiony, poprzestał na przesiadywaniu na kanapie. Skoro jednak już drugi dzień pogoda uśmiecha się przez okna słonecznymi promieniami, trzeba skorzystać i przejść się dalej, niż do najbliższego sklepu. Tym razem padło na wałęsanie się po Poznaniu.

Początkowo celem miał być Stary Rynek, jednak tak się zdarzyło, że chcąc odwiedzić (wreszcie) galerię handlową "Malta" kroki poprowadziły ze Śródki wzdłuż miejskiego jeziora. A tu okazało się, że... jeziora nie ma:

Co się stało z jeziorem?

Fakt, że dawno nie byłem nad Jeziorem Maltańskim, ale przyznam, że moim oczom ukazał się widok zaiste niecodzienny - Cybina wprawdzie nadal płynie, lecz samo jezioro jest niemal puste. Na upartego da się przejść suchą stopą po dnie z jednego brzegu na drugi - co dzisiaj dodatkowo ułatwiały zamarznięte resztki wody. Zresztą byli i śmiałkowie, biegający po dnie:

Wyjaśnienie

Sprawa wyschniętego jeziora wyjaśniła się dopiero po powrocie do domu i poczytaniu co nieco na ten temat. Okazuje się, że co kilka lat zimą pozwala się Cybinie bez przeszkód wpadać do Warty, co powoduje, że bez spiętrzenia Jezioro Maltańskie wysycha - umożliwia to oczyszczenie dna i brzegów. Proszę, bywam w Poznaniu od w sumie już kilkunastu lat i dopiero teraz się o tym dowiaduję. Czyż nie warto wychodzić z domu?

Ostatecznie zatem wyprawa zakończyła się pozytywnie - oprócz poszerzenia wiedzy o Jeziorze Maltańskim udało się poszerzyć domową kolekcję gier o "Scrabble", nie wspominając o poszerzeniu zbioru filmów o takie perełki, jak "Pachnidło" czy "Spacer w chmurach". Na pewno warto wychodzić z domu...

wtorek, 18 grudnia 2012

[K] A imię jego: Sześćdziesiąt i cztery

W poprzednim odcinku

Oto druga część zmagań z systemem Windows 8 Pro. Poprzednia skończyła się na tym, że zainstalowałem wersję 32-bitową i poeksperymentowałem z nowym interfejsem użytkownika. Sprawdziłem też wydajność w najczęściej używanych aplikacjach, czyli przede wszystkim Lightroomie i Photoshopie. Wyniki nie były rewelacyjne, więc i o entuzjazm trudno... Wczoraj jednak udało mi się nagrać wreszcie na płytę wersję 64-bitową i zainstalować ją wieczorem.

Od początku

Tym razem instalacja trwała dłużej o jakieś 10-15 minut, za to więcej użytecznych rzeczy można było ustawić przy pierwszym uruchomieniu (m. in. podłączyć się do sieci wi-fi z ukrytym identyfikatorem). Po zalogowaniu nie sposób jednak było rozpoznać, czy rzeczywiście udało mi się tym razem zainstalować właściwą wersję, więc czym prędzej wyświetliłem opis systemu:

Odniósłszy taki sukces, rzuciłem się do instalowania wszystkiego, co potrzebne do pracy, czyli Opery, pakietu Adobe, Office'a, sterowników itd. Pod wieczór miałem już poinstalowane praktycznie wszystko, o czym pamiętałem. Do testów wydajności i ogólnego działania systemu mogłem przystąpić jednak dopiero dzisiaj.

Jak się pracuje?

Pierwszy test można wykonać, po prostu każąc samemu systemowi zmierzyć wydajność. W efekcie otrzymałem takie wyniki:

Jak widać, ogólnie nie jest najgorzej, choć podstawowy dysk jest stosunkowo wolny. W testach bardziej praktycznych Lightroom pracuje szybko. Podglądy są dostępne niemal natychmiast w pełnej rozdzielczości (poprzednio po zaznaczeniu obrazu najpierw pojawiał się on w postaci bardzo rozmazanego podglądu, który się najpierw "uszczegółowiał", a później były stosowane wprowadzone w Lightroomie zmiany edycyjne). Na naniesienie zmian edycyjnych czeka się obecnie 1-2 sekundy. Widać tu więc znaczną poprawę - Lightroom uruchomiony w Viście potrzebował czasem nawet i 15-20 sekund na wyświetlenie ostatecznej wersji.

Test w Photoshopie obejmował otwieranie i przeskalowywanie obrazów do dużych rozdzielczości (16 tys. x 12 tys. pikseli), po czym tworzenie kilku-kilkunastu warstw. Udało się to i rzeczywiście wreszcie program przestał się "dusić" w narzuconym limicie ok. 1,6GB (tyle pamięci może wykorzystać 32-bitowy Photoshop w 32-bitowym systemie Windows). Teraz już nie ma problemu limitu pamięci (poza limitem fizycznym).

Największą różnicę - póki co - zaobserwowałem w programie Machinery Effects. Służy on do zabaw z technologią HDR i poprzednio do zaaplikowania presetu dla pojedynczego obrazu w formacie NEF w pełnej rozdzielczości potrzebował ok. 20-30 sekund. Obecnie robi to w 2-3 sekundy. Zachęcony tym wynikiem, sprawdziłem wydajność konkurencyjnego programu SNS-HDR - ten jednak przetwarza zdjęcie podobnie długo, jak w systemie 32-bitowym.

Pacjent żyje i ma się dobrze

Ostatecznie udało się przeprowadzić to, co miało się udać już w piątek. System działa, wszystkie wymagane przeze mnie programy i sterowniki - również. W obróbce grafiki daje się zaobserwować zwiększenie płynności pracy, co cieszy zwłaszcza w przypadku Lightrooma, bo ostatnimi czasy rwałem momentami włosy z głowy, tak wolno przebiegało generowanie podglądów i wyświetlanie wprowadzonych zmian. Trochę jeszcze cieczy w Cybinie upłynie, zanim przyzwyczaję się do "kafelków" i braku menu "Start", ale cóż - taka jest cena niskiej ceny...

niedziela, 16 grudnia 2012

[K] Kafelki, czyli Windows 8

Geneza

Tym razem wpis nietypowy, bo nie dotyczy bezpośrednio fotografii. Nie będzie zdjęć, będą co najwyżej zrzuty ekranu. Od kiedy bowiem używam Lightrooma 4 do segregowania i wstępnej obróbki zdjęć, mój komputer dostawał coraz większej zadyszki. Postanowiłem więc pójść z duchem czasu i dołożyć 4GB pamięci, żeby oprogramowanie Adobe wreszcie zaczęło działać z zadowalającą szybkością. A że 32-bitowe konsumenckie systemy Microsoftu pogardzają pamięcią powyżej 3,5GB, jedyną alternatywą było przejście na system 64-bitowy. Okazało się, że firma Microsoft sprzedaje za 129zł Windows 8 Pro. Cóż za okazja!

Miłe złego początki

Od pomysłu do przemysłu zatem - zamówiłem pamięci i zakupiłem (płatność kartą kredytową lub PayPalem) Windows 8 w wersji elektronicznej (za płytę trzeba Microsoftowi dopłacić prawie 70zł + koszty przesyłki). Na stronie Microsoftu znalazłem informację, że licencja na Windows 8 Pro obejmuje zarówno wersję 32-bitową, jak i 64-bitową. Kupno systemu przebiegło gładko i szybko, dostałem e-maila z linkiem i numerem seryjnym. Pod linkiem krył się program pobierający system i zapisujący go jako obraz płyty DVD. Pobrałem, wypaliłem i po zrobieniu wszelkich możliwych kopii zapasowych uruchomiłem instalator.

Niespodzianki

System instaluje się szybko (na moim czteroletnim komputerze ok. 20 minut), sam wykonuje ze dwa restarty, po czym uruchamia się, wyświetlając szkoleniową animację. Potem pokazują się tytułowe kafelki (oczywiście na screenie już po zainstalowaniu kilku co przydatniejszych aplikacji):

Tak naprawdę nowy interfejs nie był dla mnie całkowitą niespodzianką, bo już co nieco czytałem o nowym systemie i byłem przygotowany na nowości. Jednak rewolucja jest całkiem spora - uruchomienie z poziomu ekranu startowego Internet Explorera pokazało na ekranie coś takiego:

Gdzie belka z nazwą programu? Gdzie menu? Dlaczego pasek adresu jest na dole i jak go przenieść do góry? I najważniejsze - JAK WRÓCIĆ do ekranu startowego? Kluczowe okazują się... naroża ekranu. Skierowanie przycisku myszy na prawy górny róg (jak uczy tego animacja po zainstalowaniu systemu) wyświetla specjalny pasek, dający m.in. dostęp do wyszukiwarki czy ustawień. Lewy dolny z kolei umożliwia szybkie przejście do ekranu startowego, tego z kafelkami. Tę samą funkcję spełnia w Windows 8 przycisk z logo systemu (ten na klawiaturze).

Na szczęście na ekranie startowym jest także skrót do prawie zwykłego pulpitu, znanego z poprzednich wersji Windows:

Dzięki temu można uruchamiać programy "po staremu", klikając na ich ikonach umieszczonych na wybranej przez siebie tapecie, można się też łatwo przełączać między aplikacjami. Okna wyglądają też "normalnie", czyli mają belki tytułowe, można je minimalizować, zamykać, przesuwać.

W konsternację wpędziła mnie za to tak prosta czynność, jak... wyłączenie komputera. Jak to, u licha, zrobić? Nie ma już przycisku "Start"! Microsoft wpadł na pomysł, że, ehm, intuicyjne będzie skorzystanie z bocznego paska (tego wyświetlanego za pomocą kursora myszki umieszczonego w prawym górnym rogu ekranu). Trzeba w nim kliknąć (uwaga!) "Ustawienia", a tam - "Zasilanie". To tu znajduje się poszukiwana opcja wyłączenia komputera. Uf!...

Smutki małe i większe

Najmniej przyjemną niespodzianką było jednak wyświetlenie informacji o komputerze. Okazało się bowiem, że zainstalowany system jest... 32-bitowy. Dalsze śledztwo na różnych forach wykazało, że aby zainstalować wersję 64-bitową, należy uruchomić program ściągający obraz płyty w 64-bitowym systemie! Potwierdził to późniejszy telefon do Microsoftu - nie można przejść z wersji 32-bit na 64-bit bez zakupu nośnika. Oczywiście, ani na stronie Microsoftu, ani w mailu otrzymanym po zakupie, ani w instalatorze nie ma nawet śladu takiej informacji.

Jeśli chodzi o szybkość działania, to jestem zdecydowanie rozczarowany szybkością uruchamiania. Naczytałem się w czasopismach i na forach, że Windows 8 jest szybszy od Windows 7, który z kolei był szybszy od Windows Vista (a ten to właśnie system miałem jeszcze kilka dni temu). Otóż moja Vista, nawet rok temu, po ponad trzech latach od instalacji, startowała szybciej niż świeżutki i czyściutki Windows 8! "Ósemka" potrzebuje ponad 50 sekund na pokazanie ekranu logowania, po czym jeszcze kilku na zaprezentowanie kafelków.

Programy działają z porównywalną prędkością, co na Viście. Wprawdzie Lightroom sprawia wrażenie żwawszego, ale może to być wynik skopiowania katalogów ze zdjęciami na szybszy dysk. Niestety, nadal dostępne jest tylko ok. 3,5GB pamięci, więc uruchomienie Lightrooma z dużą kolekcją, a potem Photoshopa z dwoma, trzema większymi plikami pełnymi warstw skutkuje intensywną pracą dysku i puchnięciem pliku wymiany.

Rozczarowanie?

Na razie czuję spory niedosyt. Spodziewałem się, że szybko i bezboleśnie przejdę na nowy system, oprogramowanie Adobe zacznie pracować szybciej niż obecnie i stary komputer posłuży jeszcze kilka lat. Na to muszę jeszcze poczekać. Prawdopodobnie jutro uda mi się zainstalować system w wersji 64-bit i zobaczymy, czy się opłacało.

Na razie badam system. Wrażenie dużego ograniczenia swobody jest przygniatające. Kilka potrzebnych mi opcji (np. możliwość zainstalowania profilu kolorystycznego dla monitora) było tak sprytnie ukrytych, że dopiero "podparcie się" Googlem dało pozytywny efekt. Chwilowo zainstalowałem sobie programik ViStart, który przywraca przycisk "Start", ale dzisiaj odkryłem, że podobą funkcję spełnia sam ekran startowy - wystarczy po prostu zacząć wpisywać nazwę programu, a zamiast kafelków zostaną zaprezentowane "pasujące" ikonki aplikacji. Hm - bardzo przydatne! Może jednak te kafelki nie będą aż takie złe?...

wtorek, 11 grudnia 2012

[S] Biel i czerń

Zima zaatakowała w tym roku wcześnie i podstępnie. Wszędzie biało, a z nieba ciągle się sypią zimne płatki. Dzisiaj powrót z pracy trwał ponad półtorej godziny. Czy można lubić tę porę roku?

Okazuje się, że można. Jako pracownik nie cierpię jej, jako fotograf - zawsze potrafi wyciągnąć mnie z ciepłego mieszkania na długi spacer. Tak było i w miniony weekend, kiedy to udało mi się nawet dwa razy wyrwać na zimową przechadzkę. Z pierwszej, nocnej, niewiele ciekawych zdjęć przyniosłem - poniżej jedno ujęcie:

Droga prowadzi do dworca PKP i jest chyba najbardziej fotogeniczną uliczką w Starych Oborzyskach. Latarnie ukryte wśród drzew są malownicze, ale dają nieprzyjemne, różnokolorowe światło (tutaj zdjęcie jest monochromatyczne - w rzeczywistości dalsza latarnia dawała dużo bardziej żółtozielony zafarb, niż latarnia bliższa, stąd konwersja). Na samym dworcu nie było tym razem nic ciekawego...

Nazajutrz udało się odbyć drugą przechadzkę, mimo zmęczenia i dziewięciostopniowego mrozu. Pierwotnie zabrałem ze sobą tylko szkło makro z nadzieją zrobienia ciekawych ujęć z bliska (igły szronu, zamrożone listka itp.), ale okazało się, że bardziej interesująco wyglądały krajobrazy, dlatego zrobiłem drugą rundę z szerszym szkłem:

Strasznie lubię chodzić w taką pogodę na spacery. Jest chłodno, owszem, ale jednocześnie pusto i melancholijnie. Zima usypia brzęczące owady, przepędza ptaki bliżej osiedli ludzkich, a drzewom każe stać w milczeniu nago na mrozie. Idąc wśród tego bezgłośnego, zamarłego świata, czasem chce się zawrócić do przytulnego domu, ale warto wytrwać. W sobotę dodatkowo mgła dawała momentami efekt zagubienia się w pustej przestrzeni:

Pamiętam, że kiedy zaczynałem dopiero się uczyć fotografii w 2009 roku, zimą zawsze wybierałem się na długie spacery, nawet gdy temperatura spadała do -20oC. W sumie to dlatego kupiłem dodatkowy akumulator, bo ten w aparacie strasznie szybko się wyczerpywał na zimnie. Wydaje się, że to było zaledwie wczoraj, a jednak dzisiaj pola, po których wędrowałem, zdążyły się zamienić w osiedla, a grupę krzaków zamieszkiwaną gromadnie przez kosy, wycięto pod osiedlową drogę... W Starych Oborzyskach jednak nadal można cieszyć oczy aleją akacjową, prowadzącą do Słonina:

Dłonie grabieją, nos i policzki szczypią, ale wiem, że na pewno jeszcze na taką wyprawę nie raz wyruszę. Może nie zrobię zdjęć na miarę Ansela Adamsa, ale co pomaszeruję wśród ośnieżonych pól, to moje. Kto wie, jak długo jeszcze te pola i wijące się wśród nich dróżki wytrzymają...