sobota, 26 stycznia 2013

Zielono mi

...mimo śnieżnego i mroźnego stycznia. A wszystko dlatego, że na półkach i parapetach rosną cisi przyjaciele - rośliny. Jest to jeden z wdzięczniejszych tematów fotograficznych, jakie znam. Dodatkową zaletą jest względna łatwość robienia zdjęć, zwłaszcza jeśli chodzi o rośliny hodowane w domu. W zasadzie mamy wszystko, co fotografowi może ułatwić zadanie: spokojnego, nieruchomego modela, niezmienne warunki oświetleniowe (przy świetle sztucznym), dowolnie długi czas, zazwyczaj też dużą swobodę doboru punktu widzenia.

Zwykłe i niezwykłe

Czasem wydaje się, że na uwagę zasługują tylko kwiaty - są kolorowe, zazwyczaj piękne i eleganckie. Wystarczy pstryknąć, żeby zrobić udane zdjęcie (oczywiście, tak się tylko wydaje - może kiedyś kilka słów na ten temat się tutaj pojawi). Poniżej zamieszczam przykład, że nie tylko róże i tulipany zasługują na zainteresowanie:

To kwitnąca bazylia w otoczeniu rosnącęj w zabójczym tempie rzeżuchy. Możecie wierzyć lub nie, ale ta prosta sesja zdjęciowa wywołała u mnie nielichy apetyt na pyszną kanapkę. Poza tym zieleń skąpana w słońcu zawsze potrafi podnieść mnie na duchu, co ma znaczenie w obliczu przeziębienia.

Także na stojącą pół metra ode mnie męczennicę mogę zawsze liczyć, kiedy szukam roślinnych motywów. To niewyczerpane źródło fantazyjnie poskręcanych "wąsów", trójdzielnych liści i pnących się łodyg. Na razie jeszcze nie kwitła, ale każdy ciekawski po sprawdzeniu w sieci zobaczy, że kwiaty ma... na pewno niebanalne. Kiedyś się ich doczekam, jestem pewien!

Koniczynka

...czyli szczawik trójkątny - to również jeden z moich ulubieńców. Pozuje chętnie, często obsypuje się kwiatkami. Poniżej wprawdzie prezentuje tylko liście, ale myślę, że wystarczy trochę słońca i nieco ciepła, by zachwycił znów delikatnymi kielichami:

Teraz będzie ostro

Na koniec zachęta dla wszystkich, którzy może i chcieliby sobie coś w domu hodować, ale boją się zbyt wymagających - ich zdaniem - gatunków. Przyjrzyjcie się sukulentom, czyli mówiąc bardziej potocznie i nieściśle (wybaczcie, fachowcy!) kaktusom. Ich kolczasta uroda jest niewątpliwa, ale z czasem można doczekać się także ciekawej niespodzianki:

Kwiaty kaktusów są czymś, co naprawdę warto zobaczyć na własne oczy. Ich płatki przypominają z wyglądu wosk, a barwy bywają naprawdę intensywne. Najbardziej jednak niezwykłe jest obserwowanie, jak pączki przepychają się wśród kolców, by wreszcie otworzyć się już na zewnątrz - całkiem, jakby kaktus chciał podać Ci rękę ze słowami: "Nie bój się mnie, nie jestem taki straszny".

Dla leniuchów?

Jak widać zatem, nie tylko fotografia makro dziwnych przedmiotów może przyjść w sukurs osobom z tego czy innego względu uwięzionych w czterech ścianach. Warto przyjrzeć się roślinom, stojącym tu i ówdzie - one też skrywają niejedną tajemnicę i zapewne wiele interesujących ujęć!

niedziela, 20 stycznia 2013

[E] Gdzie to było?

Fotografia to nie wszystko

Czy nie zdarzyło się Wam podczas przeglądania fotografii z wakacji czy jakiegoś dalekiego wypadu zadać sobie tytułowego pytania? Widzieć na zdjęciu jakiś piękny zamek, a pamiętać, gdzie ten zamek stoi, to dwie zupełnie różne rzeczy. Wprawdzie niektórzy mają bardzo dobrą pamięć (pozdrawiam Tatę!) i nie dość, że wiedzą dokładnie, co przedstawia zdjęcie, ale nawet kiedy było robione. Ja, niestety, należę do grupy posiadającej pamięć dobrą, ale krótką...

Technikalia

Na ogół każde zdjęcie cyfrowe posiada "w sobie" sporo informacji związanych np. z ustawionymi parametrami, nazwą aparatu czy datą wykonania ujęcia. To tak zwane "metadane". Bywają one szalenie przydatne już w tej prostej postaci, w jakiej zapisuje je nasz aparat - jednak można dopisywać tam własne informacje. Programy do katalogowania fotografii, takie jak Lightroom, potrafią wpisać do wielu zaznaczonych zdjęć podane przez nas dane - opis miejsca, słowa kluczowe (np. urlop, Lądek Zdrój, widok z okna). Kłopot pojawia się, gdy danych tych nie wpiszemy od razu po zgraniu zdjęć do komputera...

Lightroom na odsiecz

Osobiście wypróbowałem już wiele różnych programów do katalogowania i przegląania fotografii. Najlepszym - choć jeszcze nie idealnym - okazał się Adobe Lightroom. Jest on płatny, ale w wersji 4 posiada bardzo przydatną funkcjonalność: geotagowanie. Cóż to takiego? Mówiąc najprościej, Lightroom wyświetla mapę Google'a i pozwala wskazywać, gdzie jakie zdjęcie z naszej kolekcji zostało zrobione. Oczywiście, informacja o lokalizacji zostaje utrwalona w metadanych naszych fotografii. Program nie ogranicza się do suchych współrzędnych, ale potrafi też pobrać nazwy miejscowości, regionu, kraju - i również nimi opisać nasze fotografie.

Korzyści

Jakie są korzyści opisywania zdjęć? Przede wszystkim ułatwione staje się wyszukiwanie fotografii. Możemy Lightroomowi kazać znaleźć zdjęcia np. robione w zeszłym roku w Toruniu. Albo pamiętamy, że na pewno robiliśmy zdjęcia w Lesznie, ale nie pamiętamy kompletnie, kiedy to było. Wystarczy wówczas wpisać odpowiednią nazwę do wyszukiwarki i gotowe. Możecie wierzyć lub nie, ale np. wyszukanie czegoś w mojej kilkuletniej kolekcji zdjęć bez pomocy Lightrooma jest nie lada wyzwaniem.

Czy da się prościej?

Komputery są dla ludzi, nie odwrotnie. Nie da się zatem jeszcze bardziej uprościć dodawania informacji o lokalizacji do zdjęć? Odpowiedź jest na szczęście twierdząca - można zdobyć aparat fotograficzny z odbiornikiem GPS lub dokupić odpowiednie akcesorium u producenta (większość ma tego typu gadżety w ofercie). Jednak tak naprawdę wystarczy mieć jakikolwiek odbiornik GPS, który potrafi zapamiętywać przebytą drogę i wyeksportować ją do pliku z rozszerzeniem gpx (a potrafią to niektóre telefony komórkowe z GPSem lub nawigacje samochodowe). Taki plik można wczytać do Lighrooma, zaznaczyć zdjęcia, które robiliśmy podczas wycieczki i na podstawie czasu wykonania zdjęć program wyliczy, gdzie wtedy byliśmy i naniesie nasze zdjęcia na mapę. W ten sposób, nie wpisując nawet litery, możemy opisać całkiem sporą kolekcję zdjęć, które będą łatwe do odnalezienia i bez wysiłku przypomnimy sobie, gdzie które zdjęcie było robione.

Wady

Jeśli zdjęcia nanosimy na mapę ręcznie, na pewno wadą będzie czasochłonność całego procesu, zwłaszcza kiedy chcemy dokładnie wycyzelować każdą pojedynczą fotografię (można bowiem cały zbiór umieścić "gdzieś w okolicach Ustrzyk Górnych" i już). W przypadku korzystania z GPS narażamy się na dodatkowy zakup (chyba, że posiadamy odpowiedni odbiornik). W każdym z tych dwóch przypadków musimy zachować pewną dyscyplinę i nie ociągać się z opisywaniem zdjęć (a wiem dobrze, że nie zawsze się chce, nie zawsze jest czas i nie zawsze wydaje się to istotne). Czy warto - każdy musi zdecydować sam.

Dzisiejszy wpis został zilustrowany fotografiami z sobotniego spaceru wśród padającego śniegu. Warunki do fotografowania były kiepskie (pomijam już światło, bardziej chodzi o ośmiostopniowy mróz wśród śnieżnej zadymki), ale kto lubi takie spacery, nie będzie kręcił nosem...

sobota, 12 stycznia 2013

Inny punkt widzenia

Czasem są takie dni...

...kiedy nie chce się wyjść z domu, nie mówiąc już o tym, by ganiać gdzieś z aparatem fotograficznym. To te dni, kiedy siadamy wygodnie na kanapie z książką w jednej i kubkiem gorącej kawy w drugiej ręce. Za oknem może wyć wicher lub smagać ulewa - a my myślami jesteśmy daleko, daleko. Oczywiście, można taki czas spędzić inaczej - pograć w madżonga czy scrabble, obejrzeć dobry film lub zwyczajnie się zdrzemnąć. A co bardziej ciekawscy mogą wykorzystać wizjer aparatu jako lunetę, patrzącą na nieznane światy. Może kilka przykładów zachęci kogoś do poszukania wokół siebie niezbadanych lądów? Proponuję najpierw przyjrzeć się zdjęciom i samodzielnie spróbować zgadnąć, co przedstawiają, a dopiero później przeczytać opisy.

Kulka

Popatrzmy najpierw na poniższe zdjęcie (tak, to jest zdjęcie):

Cóż to takiego? Sam bym nie zgadł, gdybym własnoocznie się nie przekonał. Zdjęcie przedstawia pojedynczą kroplę oleju, pływającą w wodzie. Talerz z wodą (przezroczysty) był podświetlony od spodu lampką biurową. Pojedyncza kropla wygląda całkiem sympatycznie, a co, jeśli będzie ich więcej?

Idźmy dalej

Czasem wystarczy się uważniej przyjrzeć rzeczom, które wielokrotnie widzieliśmy, a które na zdjęciu mogą wyglądać dość zaskakująco. Na przykład:

to ni mniej, ni więcej tylko ziarenka zwykłego maku. A ja naiwnie wcześniej myślałem, że mak to po prostu malutkie, czarne kuleczki... Nie tylko mak jednak wygląda ciekawie:

Jeden rzut oka i już wszyscy wielbiciele Jacobs Gold wiedzą, jak wygląda ich ulubiona kawa z bliska. Trochę piaskowo? Nie szkodzi, i tak jest dobra!

Temperatura rośnie

Było już o kawie, więc pora podnieść temperaturę jeszcze bardziej. Co powiecie na to?

Oczywiście, nie jest to wnętrze wulkanu ani nawet piecyka, a po prostu szklanka z wodą, do której wrzucono musującą pastylkę multiwitaminy. Może nie tak dobrą, jak kawa, ale chyba bardziej zdrową. Na koniec za to w miarę "normalne" zdjecie, gdzie każdy rozpozna wodę. To efekt małej sesji zdjęciowej butelki wody mineralnej:

Do roboty!

Mam nadzieję, że tych kilka zdjęć zainspiruje kogoś do bacznego przyjrzenia się otoczeniu i poszukaniu swoich własnych "zagadek makro". Może membrana głośnika? Może liść? Może firanka? Wystarczy, by przetrwać do wiosny, kiedy słońce wywoła nas na świeże powietrze!...

sobota, 5 stycznia 2013

[S] Przypadek...

...czyli przygody z Gniezna

Od czasu do czasu robimy z Krzyśkiem fotograficzne wypady o świcie - a to w plener, a to w rejony bardziej cywilizowane (na ogół po prostu do Poznania). Tym razem jednak wybraliśmy się trochę dalej i to na północny wschód - do Gniezna. Pogoda zdawała się dopisywać, bo zamiast opadów deszczu dokuczał tylko wiatr...

Pusty parking

Podjechaliśmy na parking katedralny, pusty o tej porze. Nigdzie żywego ducha, więc ruszyliśmy powoli do centrum. Szybko okazało się, że gnieźnieńska katedra nie jest tak pięknie oświetlona, jak choćby poznański Ratusz. Nie był też oświetlony pomnik Bolesława Chrobrego ani stojące na gzymsie dachu rzeźby przedstawiające świętych. Jedynym jasnym punktem była ogromna choinka i stojąca przy niej szopka (w której - chyba tradycyjnie dla polskich szopek bożonarodzeniowych - mały Jezus był nieproporcjonalnie wielki). Szopka jak szopka - pokręciliśmy się przy niej przez chwilę i zrobiliśmy kilka zdjęć, ale bez rewelacji, jak widać:

Stojący obok pomnik Bolesława Chrobrego, pogrążony w ciemnościach, nie dawał nawet za bardzo możliwości, by ustawić poprawnie ostrość (autofocus szalał, nie mogąc ustalić odpowiedniej odległości). Krzysiek w końcu jakoś sobie poradził, mnie niestety udało się dopiero po ręcznym ustawieniu ostrości:

To, że na zdjęciu pomnik jest jako tako widoczny, wynika oczywiście tylko i wyłącznie z długiego czasu naświetlania - w rzeczywistości nie było tak jasno. Przy okazji wyszło na jaw, że silny wiatr potrafi nagłym atakiem poruszyć statywem, więc nie obyło się bez powtarzania ujęć i wyczekiwania okresów względnego spokoju. Nieco zawiedzeni katedrą i jej otoczeniem, ruszylismy na rynek.

Pani Ewa

Nagle na progu drzwi "Domu lekarza" pojawiła się postać wołająca nas i dająca znaki, byśmy się zbliżyli. W ten sposób poznaliśmy sympatyczną Panią Ewę, która poprosiła nas o kilka ujęć jej kamienicy (która podobno nie była nigdy fotografowana w ciemnościach). Przy okazji dowiedzieliśmy się o fragmencie Muru Berlińskiego, stojącym z tyłu kamienicy oraz dostaliśmy zaproszenie, by zrobić zdjęcia katedry z tarasu, a także strychu (z zaproszenia kiedyś pewnie skorzystamy - daje szansę na oryginalne ujęcia). Otrzymawszy wszelkie potrzebne namiary, by móc przesłać zdjęcia, wyszliśmy na zewnątrz, by próbować znaleźć jakiś ciekawy kadr z kamienicą. Nie było to zadanie łatwe, co tutaj widać wyraźnie:

Rynek i okolice

Idąc dalej ulicą Tumską, doszliśmy do rynku, gdzie akurat rowerzystę prawie przejechał jakiś łobuz, przecinający rynek po przekątnej (nie znam Gniezna zbyt dobrze, ale chyba po rynku nie można ot, tak, sobie jeździć na przełaj). Sam rynek prezentuje się wcale okazale i dużo przestrzenniej niż poznański. Właśnie zaczynało wstawać słońce, co dało możliwość na (mam nadzieję) ciekawe zdjęcie konturowe:

Niestety, nie udało mi się ustalić, jaką nazwę nosi całkiem ładny, narożny budynek na zbiegu ulic Mieszka I i Bolesława Chrobrego. W części jest to chyba poczta, ale jak się całość nazywa, tego nawet Pan Google nie podpowiada...

Bóg zapłać

Pojawiało się coraz więcej ludzi i samochodów, coraz trudniej było zrobić ujęcie, gdzie nikt się nie pętał w kadrze, więc ruszyliśmy w drogę powrotną, co pozwoliło spojrzeć na katedrę z innej strony:

Doszliśmy niespiesznie do samochodu i spakowaliśmy do niego wszystkie klamoty, po czym wsiedliśmy i... okazało się, że w bramie wyjazdowej ktoś stoi, uniemożliwiając wyjazd. Było to strażnik-stróż, który zażądał zapłaty za parkowanie i zagroził, że w razie czego "ma wszystko na kamerze". Oficjalnie zostałem zaprowadzony do okienka, gdzie pod nos podetknięto mi puszkę na... dobrowolne datki. Hm... Przy okazji jednak okazało się, że i stróż jest sympatycznym człowiekiem i po rozmowie z nim przynajmniej wyjaśnił się sekret słabego oświetlenia katedry. Podobno bowiem całe oświetlenie jest włączane tylko w czasie mszy... Przy okazji zostaliśmy też zaproszeni do zwiedzenia muzeów oraz zrobienia zdjęć wnętrza katedry (oczywiście "nie tak wcześnie, bo ludzie jeszcze śpią").

Podsumowanie

Ostatecznie oceniliśmy z Krzyśkiem wypad do Gniezna jako udany i owocny. Kolejny planujemy na lato, gdy wschód słońca będzie odpowiednio wcześnie, by nikt się nam nie kręcił przed obiektywami. Czy spotkamy Panią Ewę? Być może, na pewno zaś spotkamy tego pana: