środa, 20 lutego 2013

[E] Fotograficzna brzytwa cz. 2

Ostrość jako środek wyrazu

Wydawałoby się, że dobre zdjęcie to zdjęcie ostre od krawędzi do krawędzi - wszystko dokładnie widać. Nie do końca jest to prawda, chociaż są dziedziny fotografii, gdzie podobny efekt świadczy o dobrym wykonaniu pracy przez twórcę zdjęcia - dotyczy to przede wszystkim fotografii krajobrazowej lub architektury. Jednak w większości dziedzin stuprocentowa ostrość całego kadru bywa przeszkodą - wprowadza niepotrzebny bałagan, a widzowi trudno jest wyłowić główny motyw zdjęcia (skoro wszystko jest ostre, wszystko jest ważne). Zadaniem fotografa jest prowadzenie wzroku widza, zwrócenie jego uwagi na najistotniejsze elementy. Częściowo odpowiada za to kompozycja (układ linii, rozmieszczenie elementów w kadrze), ale niemniej istotna jest kontrola tego, co ma być na zdjęciu ostre.

Głębia ostrości

Fotografując jakiś obiekt, pracujemy z określoną głębią ostrości. Tylko określony obszar odwzorowywany jest jako ostry, pozostały zaś - jako coraz bardziej rozmyty. Można ten efekt zaobserwować na poniższym zdjęciu:

Widać wyraźnie, że istnieje tutaj kilka planów: na pierwszym jest jeden z kwiatów, odwzorowany ostro i na nim skupia się uwaga widza. Na drugim planie widać inne, podobne kwiaty, ale są one już nieostre, niewyraźne. Trzeci plan jest już tylko bardzo rozmazaną plamą i nie bardzo nawet wiadomo, co się tam znajduje. W tym przypadku tylko pierwszy kwiat znalazł się w obszarze głębi ostrości.

Jak kształtować głębię ostrości

Głębia ostrości zależy od kilku czynników:

  • wielkości otworu przysłony - im otwór większy (przysłona bardziej otwarta), tym głębia ostrości mniejsza
  • odległości od fotografowanego obiektu - im jesteśmy bliżej, tym mniejsza głębia ostrości i bardziej rozmyte tło
  • ogniskowej obiektywu - im dłuższa ogniskowa, tym mniejsza głębia ostrości
  • wielkości matrycy aparatu - im większa matryca, tym mniejsza głębia ostrości (nie jest to do końca ścisłe stwierdzenie, bo tak naprawdę większa matryca oferuje szerszy kąt widzenia przy tym samym obiektywie i relatywnie zmniejsza głębię ostrości)

Jeśli chodzi o otwór przysłony, poglądowo jego wpływ na głębię ostrości można przedstawić następująco (kolor fioletowy symbolizuje głębię ostrości):

Wraz z przymykaniem przysłony rośnie głębia ostrości - dlatego właśnie zaleca się fotografować krajobrazy z małym otworem przysłony. Wówczas uda się ostro zarejestrować zarówno krzaczek 5 metrów od nas, jak i góry na horyzoncie. W fotografii krajobrazowej w uzyskaniu dużej głębi ostrości pomagają także obiektywy, które posiadają zwykle krótką ogniskową (np. 24mm).

Analogicznie, w fotografii portretowej zaleca się szeroko otwierać przysłonę i stosować długie ogniskowe (np. rzędu 200mm), aby dzięki płytkiej głębi ostrości dobrze odseparować twarz modela od tła - poniżej przykład może trochę nietypowego portretu, ale oddający ideę (głowa znajduje się w głębi ostrości, tło jest rozmyte i nie odciąga uwagi):

Jeśli jesteś, Czytelniku, posiadaczem aparatu kompaktowego, to możliwość kształtowania głębi ostrości masz mocno ograniczoną. W tych aparatach montuje się tak małe matryce, że w praktyce prawie zawsze cały kadr jest ostry (czasem uda się osiągnąć nieostrość, korzystając z funkcji makro i mocno przybliżając się do fotografowanego obiektu lub korzystając z najdłuższej możliwej ogniskowej). Dla większości ludzi jest to zaleta, bo nie trzeba dokładnie ustawiać ostrości i "wszystko widać dokładnie". Jednak dla fotografa trochę bardziej świadomego i chcącego uzyskiwać pewne "malarskie" efekty na swoich fotografiach, jedynym rozwiązaniem pozostają aparaty z dużą matrycą, a najlepiej dodatkowo z możliwością wymiany obiektywów.

Magia jasnego obiektywu

Sam kiedyś wpadłem w pułapkę "chciejstwa" - naczytałem się na różnych forach, że tylko jasny obiektyw daje satysfakcję z fotografowania i bez niego "się nie da". Na fali tej ekscytacji kupiłem obiektyw 50mm o jasności f/1.4. Przez pierwsze tygodnie co tylko mogłem, fotografowałem na maksymalnie otwartej przysłonie, napawając się "magiczną plastyką zdjęć" i "cudownym rozmyciem" (jak się przekonuję, nie tylko ja wpadam w tę pułapkę). Wstyd się teraz przyznawać, ale większość zdjęć z tamtego okresu nie nadaje się do niczego - owszem, pokazują papierową głębię ostrości, ale portret, w którym ostre są tylko rzęsy, nie za bardzo nadaje się do czegokolwiek...

Z jasnych obiektywów należy się nauczyć korzystać. Są one, oczywiście, bardzo przydatne, ale trudniej nimi trafić dobrze z ostrością (głębia ostrości jest płytsza, więc łatwiej o "wypadnięcie" z niej tego, co akurat chcemy uchwycić), nie są też one panaceum na każdą bolączkę. Być może ważniejsze w nich jest to, że z reguły obiektywy te są drogie, a co za tym idzie, dobrze wykonane, z lepszymi soczewkami i powłokami (niestety, ostatnio powyższa regułą sprawdza się coraz rzadziej...) Poza dużą jasnością dają też lepszy, ostrzejszy obrazek i dlatego warto mieć choćby jeden taki obiektyw w swojej kolekcji. Jeśli nie chcemy inwestować, w kwestii kształtowania głębi ostrości zawsze można próbować ratować się dłuższą ogniskową czy przybliżeniem do fotografowanego obiektu.

Makro

Nie sposób nie wspomnieć przy okazji o makrofotografii. Mniejsza tu o ścisłą definicję i przerzucanie się argumentami, kiedy zaczyna się makrofotografia, a kiedy fotografia zbliżeniowa. Chodzi generalnie o fotografię z bliska, z dużym powiększeniem. Ze względu na niewielką odległość od fotografowanego obiektu, głębia ostrości może spaść tutaj do dosłownie kilku milimetrów, a nawet mniej! Czasem pomaga przymknięcie przysłony, ale fizyki się nie oszuka - po przekroczeniu pewnej wielkości otwór przysłony jest już tak malutki, że obraz zaczyna psuć się ze względu na potęgujące się zjawisko dyfrakcji. Poniżej zdjęcie makro, wykonane z wykorzystaniem przysłony f/16:

Jak jednak ludzie robią zbliżenia np. oka muchy tak, że jest ono w całości ostre? Często do takich zdjęć stosowany jest tzw. stacking, czyli składanie wielu zdjęć w jedno. Sposób polega na tym, że robimy kilka zdjęć, po kolei wyostrzając obraz na kolejnych elementach (np. najpierw czułki najbliżej nas, potem oko, potem tułów, potem odnóża w tle). Później używamy Photoshopa i po wczytaniu wszystkich tych zdjęć jako warstwy, pracowicie maskujemy nieostre fragmenty - w efekcie dostajemy obraz, na którym widać połączone ostre fragmenty z wszystkich zdjęć (oczywiście, im mniejsza głębia ostrości, tym więcej zdjęć trzeba wykonać). Są też specjalizowane programy, które ułatwiają ten żmudny proces, ale w sumie nigdy z nich nie korzystałem.

Ratunkiem dla fotografii makro są... aparaty kompaktowe. Z definicji, jako posiadające małe matryce, dysponują większą głębią ostrości od lustrzanek (zwłaszcza pełnoklatkowych). Trzeba tylko znaleźć model z dobrą optyką i można robić zdjęcia, które posiadaczom lustrzanek wydają się niemożliwie do zrobienia.

Bokeh

Bokeh pochodzi od japońskiego bo-ke, oznaczającego rozmycie. Jest to termin używany podczas opisywania tego, co na zdjęciu jest nieostre. Czy to ma jakiś sens? Okazuje się, że tak. Oczywiście główny temat zdjęcia zazwyczaj umieszczamy w głębi ostrości. Jeśli jednak chcemy zadbać o cały kadr (a przecież chcemy), to powinniśmy też zadbać o wygląd rozmycia. W najprostszej postaci może to być kontrola siły rozmycia - możemy chcieć tylko lekko rozmyć tło, aby widz miał szansę zgadnąć lub wywnioskować, co się tam znajduje, a może wprost przeciwnie - chcemy je jak najbardziej rozmyć, bo jest nieatrakcyjne. Jeśli nie możemy już sterować przysłoną (bo ustawiliśmy ją idealnie tak, żeby np. głowa modela była cała ostra i nie chcemy tego zmieniać), możemy spróbować zmienić odległość modela od tła.

Nie tylko jednak wielkość rozmycia ma znaczenie. Okazuje się bowiem, że różne obiektyw różnie to rozmycie realizują - dotyczy np. źródeł światła, znajdujących się w tle:

Widoczne powyżej koliste odblaski to słońce odbijające się od kropel wody - okrągły kształt wynika z kształtu otworu przysłony. Jeśli używamy obiektywu, który ma proste listki przysłony, zamiast kółek możemy zaobserwować wielokąty.

Sztuczka

Istnieje pewien "patent", żeby zmodyfikować wygląd bokehu - należy z czarnego papieru wyciąć koło wielkości przedniej soczewki obiektywu. W kole tym wycinamy jakiś kształt, np. kwiatek, serduszko, krzyżyk. Po założeniu kółka na obiektyw okaże się, że tło ma już nieco inny wygląd. Na poniższym zdjęciu miałem na obiektywie kartonik z wyciętym otworem w kształcie obręczy - zwróć uwagę na rozmycia w tle, podobne do obwarzanków:

Wadami podobnych modyfikatorów są: utrata pewnej ilości światła, utrudnienie pracy auto-focusa oraz... możliwość popadnięcia w przesadę. Bokeh w kształcie serduszka na każdym zdjęciu jest po prostu nudny. Warto zatem chwilę się pobawić i sprawdzić, jak to działa w praktyce, ale zachować tę wiedzę na specjalne okazje.

Podsumowanie

Chciałem tym wpisem zasygnalizować, że rola fotografa nie sprowadza się do wykonania ostrego zdjęcia. Oprócz odpowiedniego skomponowania kadru oraz ustawieniu ostrości tam, gdzie tego oczekujemy, musimy zadbać o resztę kadru. Czy ma być bardziej, czy mniej wyraźna? Czy chcemy uzyskać jakieś efekty specjalne? Warto też przetestować posiadane przez siebie obiektywy, robiąc nimi świadomie zdjęcia z różnie ustawioną przysłoną, z modelem odsuniętym lub przysuniętym do tła, z ogniskową krótszą lub dłuższą. Dzięki temu zaczniemy bardziej świadomie kształtować przestrzeń i plastykę swoich fotografii. A na koniec - czy same nieostrości nie mogą być treścią fotografi?

poniedziałek, 18 lutego 2013

[E] Fotograficzna brzytwa

Dzisiaj napiszę kilka słów na temat ostrości fotografii - oczywiście wpis ten w żaden sposób nie wyczerpuje tematu, jest tylko sygnalizacją pewnych praktycznych aspektów, związanych z chęcią uzyskania przez fotografa ostrego obrazu oraz z możliwością kształtowania tejże ostrości. Chwilowo pomijam tutaj całą rzeszę zagadnień, związaną choćby z trybem pracy auto-focusa w aparacie - zakładam, że poniższe porady dotyczą przede wszystkim ostrzenia niedynamicznego z pojedynczym punktem AF oraz ostrzenia ręcznego, często stosowanego w fotografii zbliżeniowej i makro.

Zanim zaczniemy

Pomijając kwestię ostrzenia, należy wziąć pod uwagę niebagatelny czynnik, wpływający na ostrość fotografii - to czas naświetlania. Oczywiście, krótszy czas ułatwia zrobienie ostrej fotografii, jednak nie zawsze da się go skracać w nieskończoność. Pierwszym ograniczeniem jest sam aparat, który ma z góry narzucony najkrótszy możliwy do ustawienia czas otwarcia migawki. W kompaktach może to być np. 1/2000s, w lustrzankach będzie to już 1/4000s lub nawet 1/8000s.

Drugie ograniczenie to fizyczne możliwości zrobienia zdjęcia. Rozumiem przez to ograniczenia, narzucane nam przez środowisko, a konkretnie - światło. Czasem jest go tak mało, że trzeba wydłużyć czas, żeby cokolwiek zarejestrowało się na matrycy. Nierzadko konieczne jest wielosekundowe, a nawet wielominutowe naświetlanie, aby osiągnąć prawidłową ekspozycję. Tutaj nie pomoże skracanie czasu, tylko stabilne oparcie dla aparatu, czyli porządny statyw.

Trzecie ograniczenie to... my sami, a konkretnie nasza wizja końcowej postaci fotografii. Brzmi to może tajemniczo, ale wrócę jeszcze do tego punktu.

Ostrzenie automatyczne

Z zasady jest to prostszy wariant - proces ostrzenia wykonuje za nas aparat. My kierujemy obiektyw w stronę fotografowanego obiektu i... No właśnie - jak to naprawdę wygląda? Gdzie aparat ustawia ostrość? Większość współczesnych aparatów ma bardzo rozbudowany system AF (auto-focus) - mnóstwo punktów pomiaru ostrości, śledzenie 3D, dynamiczne ostrzenie itp. Każdy z tych trybów bywa przydatny w określonych okolicznościach (np. obiekt przemieszcza się w stronę fotografa), jednak dzisiaj ograniczymy się do prostego ostrzenia statycznego z wykorzystaniem pojedynczego punktu AF. Nie jestem w stanie przewidzieć i opisać sposób ustawienia tego trybu we wszystkich możliwych aparatach, tu więc odsyłam do instrukcji, zamieszczając tylko zdjęcia z ustawieniami mojej lustrzanki:

Po ustawieniu odpowiedniego trybu można już zacząć automatycznie ostrzyć - najczęściej ostrzenie "podpięte" jest pod spust migawki i po połowicznym jego naciśnięciu następuje ostrzenie. Czasem aparaty mają możliwość ustawienia innego przycisku jako "ostrzącego" - bywa to przydatne. Nadal jednak nie powiedzieliśmy, skąd aparat "wie", co ma być ostre. Odpowiedź jest jasna po zajrzeniu do wizjera - zazwyczaj w centrum widzimy mały prostokącik i to w nim skupia się ostrość. Ale, ale!... - zgodnie z ogólnymi wytycznymi dotyczącymi kompozycji - przecież wcale nie chcemy mieć najważniejszej rzeczy w samym centrum kadru, tylko w jednym z tzw. mocnych punktów. Jak rozwiązać ten dylemat? Można to zrobić przynajmniej na dwa sposoby:

  • przekadrowanie - kierujemy obiektyw w ten sposób, by nasz główny obiekt znalazł się w centrum, wyostrzamy (zazwyczaj wciskając do połowy spust migawki) i teraz dopiero kadrujemy
  • zmiana punktu ostrzenia - zazwyczaj gdzieś z tyłu aparatu znajduje się wybierak lub pokrętło, którym można zmienić punkt ostrzenia ("przemieścić" go w kadrze); wówczas aparat będzie ostrzył tam, gdzie ustawimy punkt; jak zmienić punkt ostrzenia można doczytać w instrukcji aparatu, w lustrzankach Nikon do tego celu służy wybierak (połowicznie widoczny na zdjęciu u góry)

Każda z tych metod ma zalety i wady - przekadrowanie z reguły jest szybkie, ale przy małej głębi ostrości może się okazać, że to, co było ostre przed przekadrowaniem, nie jest już ostre po przekadrowaniu (bo "wyszło" z głębi ostrości - o samej głębi napiszę kilka słów następnym razem, teraz można po prostu przyjąć, że jest to obszar, wewnątrz którego wszystko na zdjęciu wydaje się ostre). Z kolei wybór punktu bywa, szczególnie na początku, dość mozolny i niewygodny, ale za to rzeczywiście ostrzymy tam, gdzie chcemy i nie musimy przy tym ruszać aparatem (istotne przy zamocowaniu aparatu na statywie). Różne aparaty dają różną liczbę punktów AF, np. w moim mam do dyspozycji takie punkty:

Powyżej widać, że punktów jest dość dużo - ale z kolei są one skupione blisko centrum. Jeśli nasz obiekt będzie gdzieś dalej od centrum, pozostanie tylko przekadrowywać lub... ostrzyć ręcznie.

Ostrzenie ręczne

Obecnie ostrzenie ręczne postrzegane jest jako ostateczność, metoda niezwykle uciążliwa i niepewna. W zasadzie jest w tym sporo prawdy, zwłaszcza jeśli korzysta się z jasnych obiektywów przypiętych do względnie starych, niepełnoklatkowych korpusów lustrzankowych (APS-C). Aparaty te mają stosunkowo małe i ciemne wizjery, które skutecznie utrudniają ocenę tego, co jest tak naprawdę ostre (zwłaszcza w trudniejszych warunkach oświetleniowych). W lustrzankach pełnoklatkowych wizjery są większe i jaśniejsze, stąd i ręczne ostrzenie zaczyna mieć sens. W nowszych aparatach (niezależnie od formatu) jest też do dyspozycji tryb "LiveView", gdzie ostrzyć można z wykorzystaniem dużego wyświetlacza (z możliwością powiększenia fragmentu kadru). Ten sposób szczególnie przydatny jest w makrofotografii.

Największą zaletą ostrzenia ręcznego jest możliwość skupienia się na dowolnym obszarze kadru - nawet jeśli nie sięgają tam punkty AF. Wadę stanowi względna powolność tej metody (nawet po nabraniu pewnej wprawy) - przy dynamicznych ujęciach, np. sportowych, sprawny auto-focus i umiejętne z niego korzystanie umożliwia osiągnięcie efektów niedostępnych przy ostrzeniu ręcznym.

Wrócę jeszcze na chwilkę do fotografii makro - ostrzenie ręczne w tej szczególnej dziedzinie fotografii jest zazwyczaj koniecznością. Przy dużych powiększeniach i małej głębi ostrości (potrafi być rzędu milimetra!) żaden AF się nie sprawdzi tak dobrze, jak ostrzenie ręczne. I co ciekawe, przy dużych powiększeniach ostrzenie ręczne wygląda inaczej, niż normalnie - nie kręci się pierścieniem obiektywu tylko... delikatnie porusza się aparatem do przodu i do tyłu (można też poruszać obiektem fotografowanym, pod warunkiem, że nie jest to zdenerwowany szerszeń). Przy zamocowaniu aparatu do statywu można oczywiście korzystać z pierścienia ostrości.

Drgania - Twój wróg!

Jeśli ostrość jest już ustawiona w wymaganym miejscu, szkoda byłoby, żeby zdjęcie wyszło poruszone. A może się tak zdarzyć, jeśli czas naświetlania jest długi. Przyjmuje się, że przeciętnie człowiek jest w stanie "utrzymać" względnie nieruchomo czas będący odwrotnością ogniskowej. Czyli jeśli przypniemy do aparatu obiektyw 50mm, możemy bez poruszenia utrzymać czas ok. 1/50s i krótszy. Czasem aparat lub obiektyw są zaopatrzone w systemy redukcji drgań, które pozwalają ten czas wydłużyć - pamiętajmy tylko, że ma to znaczenie, jeśli fotografujemy nieruchome obiekty. Jeśli sam obiekt się porusza, to najlepszy system stabilizacji nic nam nie da.

Jeśli czas jest tak długi, że nie "utrzymujemy" go w rękach mimo "żelaznych mięśni" czy systemów stabilizacji, pozostają nam dwie drogi:

  • zwiększenie ISO - pozwala skrócić czas, ale oczywiście nie bezkarnie, bo rosną szumy; zasadniczo jednak lepiej mieć zdjęcie zaszumione niż poruszone, więc nie należy się bać podnoszenia ISO (naturalnie, największe wartości dopuszczalne przez nasz aparat zwykle związane są z ogromną degradacją jakości obrazu i trudno już czasem szukać tam jakiejkolwiek ostrości, ale wartości pośrednie często dają akceptowalną jakość, przynajmniej jeśli chodzi o druk)
  • podparcie aparatu i obiektywu, czyli zastosowanie statywu lub monopodu, tudzież położenie aparatu np. na murku, dachu samochodu itp. (w takich improwizowanych warunkach dobrze jest mieć np. bluzę czy poduszkę i to na niej kłaść aparat)

Tutaj uwaga - warto przeczytać dokumentację dołączoną do aparatu/obiektywu, żeby sprawdzić, czy można stosować połączenie stabilizacji z mocowaniem do statywu. Czasem włączony system stabilizacji, przy nieobecnych drganiach, sam je sobie "wytwarza", więc warto po umieszczeniu aparatu na statywie po prostu ten system wyłączyć.

Jeśli mamy już aparat umocowany do statywu lub podparty czymkolwiek, może się okazać, że nasze zdjęcie nie jest perfekcyjnie ostre, bo... sam aparat wprawia się w drgania! Dzieje się tak w lustrzankach, gdzie podczas wykonywania zdjęcia najpierw podnosi się lustro, uderzając w specjalny zderzak, a potem otwiera się migawka. Kłopot w tym, że przy dużej dokładności (szczególnie w makrofotografii) drgania wytwarzane przez unoszone lustro wpływają bardzo niekorzystnie na jakość zdjęcia. Nie pomoże tutaj wężyk czy pilot - trzeba poszukać w aparacie tzw. funkcji wstępnego podnoszenia lustra. Wówczas po pierwszym naciśnięciu spustu migawki lustro podniesie się, ale migawka pozostanie niewyzwolona. Możemy w tym stanie poczekać kilka sekund na samoistne wytłumienie się drgań i dopiero wówczas naświetlić matrycę. Minusem tego rozwiązania (poza pewną "pracochłonnością") jest to, że po uniesieniu lustra przestajemy cokolwiek widzieć w wizjerze (bo to właśnie lustro kieruje do wizjera obraz wpadający przez obiektyw).

Na powyższej ilustracji widać zaletę korzystania z wstępnego unoszenia lustra - u góry obraz bez jego stosowania, u dołu - po włączeniu. Największą różnicę widać na dolnej krawędzi litery "E".

Jeszcze jedna uwaga dla osób lubujących się (tak jak ja) w fotografowaniu miast nocą - należy wystrzegać się (jeśli można) fotografowania z mostów, zwłaszcza jeśli po tych mostach jeżdżą ciężarówki czy (co gorsza!) tramwaje. Przy długich czasach naświetlania drgania wytwarzane przez te pojazdy są zabójcze dla fotografii. Wprawdzie ruch o takiej porze jest już zwykle mniejszy, ale warto to mieć na uwadze.

Ostrość ponad wszystko

Co zatem robić, jeśli walczymy o maksymalną ostrość na swoich zdjęciach?

  • w jak największym stopniu unieruchamiamy aparat - najlepiej korzystając ze statywu lub monopodu, ostatecznie opierając go o coś (np. kładąc na murku)
  • ustawiamy najkrótszy możliwy czas migawki, na jaki pozwalają nam warunki, w razie czego posiłkując się większym ISO
  • precyzyjnie ustawiamy ostrość w żądanym przez nas miejscu
  • wyzwalamy migawkę - przy korzystaniu ze statywu dobrze jest używać wężyka spustowego, pilota lub choćby samowyzwalacza
  • oglądamy zdjęcia i...

Kłopot z ostrością

Być może spotkałeś się z sytuacją, gdy wszystko było zrobione zgodne ze sztuką (krótki czas, do tego jeszcze podparcie monopodem i wysokie ISO), a jednak zdjęcie nie jest tak ostre, jak tego oczekiwałeś. Powodów może być kilka:

  • nieostry obiektyw - obiektywy są różnej jakości; w aparatach kompaktowych musimy się pogodzić z tym, co zamontował producent, jednak w lustrzankach i bezlusterkowcach mamy możliwość wymiany obiektywu na lepszy; ostrość obiektywu jest mierzalna, jednak z doświadczenia wiem, że dużo zależy od preferencji użytkownika: dla kogoś obiektyw może być ostry jak żyletka, a druga osoba patrząc na to samo zdjęcie stwierdzi, że kontury są rozmazane; każdy posiadacz przynajmniej dwóch, trzech obiektywów może zauważyć, że różnią się one ostrością - jeśli zatem ewidentnie wina tkwi po stronie obiektywu, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wymienić go na inny
  • ostrość wypada nie tam, gdzie ją ustawiliśmy - może się tak zdarzyć wskutek istnienia wad obiektywów, zwanych BF (back-focus) lub FF (front-focus); obiektyw ostrzy wtedy delikatnie ZA lub PRZED miejscem, gdzie ustawiliśmy ostrość; wadę tę można zidentyfikować w taki sposób, że w ustawionym na statywie aparacie ustawiamy ostrość automatycznie na jakimś elemencie sceny, a potem przełączamy się na tryb "LiveView" i patrzymy na zbliżeniu, czy rzeczywiście wybrany element jest w pełni ostry; przy wadzie BF/FF ostrość będzie ustawiona za lub przed tym elementem ("klasycznie" do tego testu można użyć np. linijki położonej pod kątem)
  • tylko część zdjęcia jest ostra, a reszta rozmyta - ten efekt rozmycia to tzw. bokeh i jest on tym bardziej widoczny, im mamy ustawiony większy otwór przysłony (np. f/1.4, f/2.8, f/4) - to zagadnienie wiąże się z tak zwaną głębią ostrości, o której napiszę wkrótce; najprostsze rozwiązanie tego problemu to zmniejszenie przysłony np. do wartości f/8-f/11 i zwiększenie odległości od fotografowanego elementu

Eee, zawsze statyw?

Być może niektórzy są niepocieszeni, że tak gorąco namawiam do korzystania ze statywu. Przecież fotografia to także wolność, bieganie to tu, to tam i rejestrowanie "na żywo" ciekawych ujęć! I ja się oczywiście z tym zgadzam - tak też się da, jednak z reguły takie reporterskie zdjęcia nie muszą mieć ostrości jak igła. Tam bardziej liczy się zarejestrowanie chwili, ciekawy kadr, sytuacja. Takim zdjęciom więcej się wybacza, a poza tym najczęściej są robione z wykorzystaniem krótkich ogniskowych (20-50mm), gdzie względnie łatwo jest utrzymać czas "z ręki", zwłaszcza jeśli posiada się dobry, jasny obiektyw.

Częstą pomocą w sytuacji niedoboru światła, ratującą fotografa od statywu, jest lampa błyskowa (reporterska lub studyjna). W takim wypadku czasy naświetlania nie muszą już być tak ekstremalnie małe, bo tak naprawdę światło lampy "zamraża" nam ujęcie (czas otwarcia migawki w tej sytuacji służy zasadniczo tylko do regulowania jasności tła, gdzie światło lampy nie dociera).

To na razie tyle

W kolejnej części "Fotograficznej brzytwy" zajmę się problemem głębi ostrości, bokehem i innymi ciekawymi sprawami, a na razie warto popróbować zrobić jakieś naprawdę ekstremalnie ostre zdjęcie, a przynajmniej przetestować, który z posiadanych obiektywów daje najostrzejszy obrazek. Przypomnę tylko, że oceniając ostrość należy oglądać powiększenie 100% w przeglądarce plików - w żadnym razie nie należy tego robić w samym aparacie.

sobota, 16 lutego 2013

Kolce i ciernie

Jako że ostatnio mam okazję dłużej przebywać w domu (czy może inaczej - nie mam możliwości z niego wychodzić), postanowiłem nadrobić braki, jeśli chodzi o fotografię zbliżeniową i makro kaktusów, obsiadających całymi koloniami parapety. Bardzo lubię fotografować te kolczaste rośliny, mimo że czasem bywa to dość bolesne (hej, opuncjo!) i nie z każdej sesji zdjęciowej da się wybrać jakiś udany kadr.

W kaktusach (czy ogólnie - sukulentach) najbardziej ujmuje mnie ich kruchość, połączona z kolczastą groźbą:

273

Jak widać, rośliny te są ponadto... kolorowe, na co nie zwracałem uwagi, dopóki nie zacząłem robić zdjęć. Większość okazów z domowej kolekcji ma pięknie wybarwione kolce, szczególnie mamilarie. Czasem zabarwiona jest końcówka kolców, czasem zaś ich nasada:

285

Poniżej jeden z moich ulubionych okazów, z kolcami jak kolorowe haczyki:

270

Czasem to jednak nie kolor jest ważny - ważniejsze są kształt czy faktura. Można w takim przypadku śmiało zdecydować się na konwersję do czerni i bieli (czyż na poniższej fotografii kolce nie wydają się jeszcze ostrzejsze?):

272

Bywają sytuacje, gdy sama sylwetka staje się wystarczająco inspirująca, aby ją zachować w kadrze. Strasznie lubię, gdy mam możliwość zarejestrować zdjęcie podobne do tego:

Zasadniczo wskazane są wszelkie eksperymenty, które tylko przyjdą do głowy (z zastrzeżeniem, że nie ucierpią nasi kolczaści przyjaciele, oczywiście). Można np. spróbować zrosić kolce wodą:

271

Nie należy się także ograniczać do ujęć z boku, które są wprawdzie względnie łatwe, ale też mocno oczywiste i... czasem nudne. A można przecież skupić się na detalach widocznych "z lotu ptaka":

400

Na koniec zostawiłem dwa zdjęcia, na zrobienie których każdy hodujący w domu kaktusy fotograf czeka z bijącym sercem. To oczywiście - piękne jak nigdzie indziej - kwiaty, wyrastające spomiędzy kolczastej gęstwiny. Kwiaty kaktusów to coś niesamowitego - sprawiają wrażenie zrobionych z delikatnego wosku (zwłaszcza te białe), a do tego czasem mają przepiękne kolory:

400

Skoro kaktusy dają radę kwitnąć, może udaje się im coś jeszcze? W tym roku po raz pierwszy pokazały się owoce! Wprawdzie tylko dwa, ale za to rosną już od (jeśli mnie pamięć nie myli) przeszło miesiąca:

262

Podsumowanie

Do dzisiaj pamiętam pierwsze zdjęcia katusów, które zrobiłem. To były fotografie "Janka" i "Marianka", dwóch kaktusów otrzymanych w prezencie. Nie trzeba chyba mówić, że całkowicie je zepsułem - nie tylko nieumiejętnie ustawiając głębię ostrości, co nie dbając o oświetlenie, ekspozycję i w końcu - obróbkę. Od tamtego czasu czasem nachodzi mnie - tak jak dzisiaj - ochota ustawienia doniczek w odpowiednio oświetlonym miejscu, założenia pierścieni pośrednich i szukanie ujęcia, którego jeszcze nie próbowałem. To wciąga!

sobota, 9 lutego 2013

[E] Cyfrowa ciemnia

Obrabiać czy nie obrabiać?

Oto jest pytanie, na które nie ma prostej odpowiedzi. Przyjmuję na potrzeby tego wpisu, że potencjalnemu czytelnikowi nie wystarcza obróbka, aplikowana automatycznie przez oprogramowanie aparatu podczas zapisu pliku jpg. Dla osób fotografujących w formacie RAW obróbka jest niemal oczywistością - to, czego nie zrobił aparat, muszą zrobić samodzielnie w dowolnym programie "wywołującym" RAW. Jednym z lepszych (i wcale niedrogim) jest Lightroom i na przykładzie tego programu pokażę najczęstszy przypadek obróbkowy, z jakim się stykam przy zdjęciach krajobrazowych. Dodam, że zmian dokonujemy w widoku Developer po zaznaczeniu zdjęcia do edycji - szybkim skrótem klawiaturowym jest klawisz D (powrót do modułu Library jest możliwy klawiszami E (widok pojedynczego zdjęcia) lub G (widok siatki zdjęć).

Jest paskudnie

Osoby, które dopiero co zetknęły się z formatem RAW i spróbowały wczytać taki plik do swojego programu, często przeżywają szok (w negatywnym sensie), bo zdjecie nijak się ma do podglądu w aparacie:

Jak widać, kolory są sprane, kontrast prawie nie istnieje, zdjęcie wygląda na lekko prześwietlone. Tragedia - a przecież na ekranie aparatu wyglądało to całkiem inaczej! Skąd się bierze taka różnica? To, co wyświetla aparat na podglądzie, to tak naprawdę nie zawartość pliku RAW, tylko osadzony w takim pliku mały plik jpg z takimi ustawieniami, jakie nadałby aparat dużemu plikowi jpg (gdybyśmy naturalnie wybrali taki format). Innymi słowy - to właśnie przewaga (początkowa) jpg nad RAWem. Bez zbędnego grzebania mamy obrazek o ładnych kolorach, wyostrzony i czasem też odszumiony. Z RAWem musimy się trochę namęczyć.

Lightroom daje możliwość szybkiego dopasowania ogólnej kolorystyki zdjęcia. W moim przypadku stwierdziłem, że zdjęcie jest zdecydowanie przeżółcone, zatem po rozwinięciu grupy Camera Calibration wybrałem profil Camera D2X Mode 2 v4, co sprawiło, że kolory stały się nieco naturalniejsze:

Rzecz najważniejsza - histogram

Przed dalszą edycją należy przyjrzeć się histogramowi zdjęcia, tym bardziej, że różni się on (często nieznacznie, ale jednak) od histogramu wyświetlanego przez aparat. Dzieje się tak dlatego, że podobnie jak z podglądem - nie widzimy danych pliku RAW, tylko histogram osadzonego pliku jpg. Warto o tym pamiętać.

W moim przypadku okazuje się, że podejrzenia o prześwietlenie było bezzasadne - prawy skraj histogramu nie dochodzi do maksimum (czyli do prawej krawędzi). Oznacza to, że ekspozycja jest całkiem prawidłowa, a lekkie przesunięcie w stronę świateł (histogram jest w całości bardziej po prawej, niż po lewej stronie) wynika z naświetlania "na światła". Brak kontrastu i związane z tym "sprane" kolory to efekt przesunięcia czerni w prawo (histogram mówi, że tak naprawdę nie ma na zdjęciu obszarów nie tylko czarnych, ale nawet bardzo ciemnych.

Korygujemy

Jak się pewnie domyślasz, Czytelniku, podstawowym problemem, z jakim będę walczył, jest brak kontrastu. Być może widzisz też suwak w sekcji Basic Lightrooma, nazwany po prostu Contrast - czyżby gotowe rozwiązanie? Niestety, nie. Oczywiście nie dlatego, że suwak nie działa, ale dlatego, JAK działa. A działa globalnie i tak samo dla wszystkich danych na zdjęciu, co wprawdzie zwiększy kontrast, ale w sposób... hm, nazwijmy go "brutalnym". Nie tędy droga.

Lepszym rozwiązaniem jest przyjrzenie się pozostałym suwakom. Kuszący wydaje się ten oznaczony Blacks - jego przesunięcie w lewo ściemni nam najciemniejsze fragmenty zdjęcia. Jednak o ile rzeczywiście czernie są po tym zabiegu czarne, to reszta zdjęcia nie wygląda najlepiej.

Wpadłem jednak na inny pomysł - spróbowałem zmniejszyć ekspozycję zdjęcia suwakiem Exposure. Przesunięcie o ok. 1EV spowodowało, że ciemniejsze tony zaczęły wyglądać obiecująco, jednak całe zdjęcie stało się o wiele za ciemne. Hm... A gdyby "pociągnąć" w górę światła? Rozjaśni się niebo i jasne tony, a ciemne pozostaną... ciemne. W efekcie dość mocnego przesunięcia w prawo suwaka Whites otrzymujemy takie zdjęcie:

Dopieszczamy

Wydaje się, że zdjęcie wygląda już całkiem nieźle i w zasadzie można by zakończyć obróbkę na tym etapie. Jednak stwierdziłem, że chciałbym mieć nieco więcej detali na niebie oraz zwiększyć jeszcze czytelność pasma górskiego w centrum kadru (w dniu, kiedy robilem zdjęcie, powietrze nie było niestety zbyt przejrzyste i wszystko tonęło w lekkiej mgiełce). Aby to osiągnąć, skorzystałem z bardziej zaawansowanych narzędzi Lightrooma. W pierwszej kolejności wybrałem gradient (klawisz M) - jest to narzędzie, dzieki któremu możemy zastosować obróbkę tylko dla pewnego obszaru w postaci pasa - jeden brzeg pasa będzie przetworzony z siłą 100%, a przeciwległy - z siłą 0%. Idealnie pasuje to do obróbki zdjęcia - chciałem dużo detali odzyskać na górze fotografii i coraz mniej idąc w stronę centrum fotografii. Po zaznaczeniu narzędzia gradientu należy kliknąć na miejscu początkowym (100%) i, nie puszczając klawisza myszki, przeciągnąć do miejsca końcowego (0%) - aby linia była idealnie pionowa lub pozioma, należy przytrzymać klawisz Shift. Po tym zabiegu możemy zmodyfikować ustawienia naszego gradientu - ja zmniejszyłem jasność najjaśniejszych świateł oraz zwiększyłem mikrokontrast (oznaczony jako Clarity):

Niebo stało się ciemniejsze, a delikatne chmury tuż przy szczytach - wyraźniejsze. Pozostały zatem do "naprawienia" tylko góry w centrum. Mógłbym je także próbować korygować narzędziem gradientu, jednak w tym przypadku pierwszoplanowa połonina ma nieregularny kształt, więc prostoliniowy gradient wyglądałby nieco nienaturalnie. Sięgnąłem zatem po narzędzie "pędzla efektowego" (jego ikona znajduje się obok gradientu, klawisz skrótu to K). Po wybraniu narzędzia należy "zamalować" obszar, którego parametry chcemy zmienić - zamalowałem zatem interesujący mnie obszar gór:

Po zamalowaniu obszaru można zmienić podobne ustawienia, jak dla gradientu - ja wybrałem mocne ściemnienie cieni oraz duże zwiększenie mikrokontrastu.

Efekt końcowy

W wyniku opisanych wyżej działań otrzymałem poniższą fotografię:

Porównując ją ze zdjęciem z pierwszego obrazka widać wyraźną różnicę. Kolory są bardziej nasycone, kontrast zwiększył się, udało się też wzmocnić praktycznie niewidoczne wcześniej detale na niebie. Dla lubiących porównywać zamieszczam też widok zwykłego jpga, jakiego można otrzymać na domyślnych ustawieniach (opcja kolorystyczna Vivid). Mimo że wygląda lepiej niż początkowy stan pliku RAW, widać też różnicę względem tego, co udało się uzyskać po obróbce.

Na zakończenie

Pokazana obróbka może przestraszyć niektóre osoby, które chciały zacząć robić zdjęcia w formacie RAW, ale przeraża je ogrom pracy (i rzeczywiście, na początku nie jest łatwo). Pracę można znacznie uprościć, jeśli użyjemy oprogramowania, dostarczanego przez producenta naszego aparatu. Oprogramowanie takie ma przewagę nad Lightroomem, ponieważ potrafi odczytać ustawienia, jakie zaaplikowałby aparat, by stworzyć jpga. Co za tym idzie, w zasadzie z marszu mamy RAWa obrobionego tak, jakby to był jpg (w moim przypadku nie trzeba by korygować kolorystyki i nieco uprościłaby się praca nad kontrastem). To już sporo, więc warto się zapoznać z tymi programami.

Po drugie, osoby początkujące w obróbce często są zagubione w gąszczu setek (ich zdaniem) ustawień - jakim suwaczkiem ruszyć? Co zmienić? Doradzam umiar i wypróbowanie różnych ścieżek postępowania, po czym zdecydowanie się na najlepszą z nich. Jak poznać najlepsze rozwiązanie? To oczywiście takie, które NAM, jako autorom, najbardzie się podoba. Nie ma czegoś takiego, jak uniwersalny standard "piękna" - wcale się nie zdziwię, jeśli komuś ostateczna wersja mojego zdjęcia wcale nie będzie się podobała, za to bardziej spodoba się jej wersja "jpegowa". Tak może się zdarzyć i nie ma w tym nic dziwnego. Ważne, że NAM się nasza wersja obróbki podoba, bo jest to częścią procesu twórczego. Dlatego myślę, że warto fotografie obrabiać, bo jeszcze na etapie postprodukcji możemy wnieść coś nowego, czego nie doda do naszych zdjęć oprogramowanie aparatu.

czwartek, 7 lutego 2013

[E] Niematerialne

Prosta sztuczka

Chciałbym dzisiaj opisać prosty zestaw do fotografowania w świetle błyskowym. Posłużę się dymem, ale równie dobrze można w ten sposób fotografować np. spadające krople czy owoce wpadające do szklanego pojemnika z wodą. Głównym elementem zestawu jest lampa błyskowa, której światło będzie "zamrażać" obiekty na zdjęciach. Od biedy można próbować wykorzystywać lampę wbudowaną w aparat, ale że dobrze jest móc odsunąć ją od korpusu i umieścić bardziej z boku, lepiej użyć lampy zewnętrznej.

Pamiętam, że lampa sprawiała mi kiedyś sporo problemów i nie mogłem zrozumieć idei jej działania. Zdjęcia robione w trybach automatycznych nie były takie, jak się spodziewałem, a w trybie ręcznym wychodziły jeszcze gorsze. Dzisiaj, niestety, też nie jestem ekspertem, ale kilka zasad udało mi się poznać.

To lampa zamraża ruch

Pierwsze nieporozumienie wynikało z faktu wykorzystywania lampy ze złudną nadzieją, że to czas otwarcia migawki decyduje o "zamrożeniu" obiektów na zdjęciu. Dlatego usiłowałem za wszelką cenę fotografować z jak najkrótszymi czasami, czyli 1/250s, co oczywiście rzadko kiedy wystarczało. Do dziś pamiętam, że strasznie się dziwiłem, że mój pierwszy, już obecnie wiekowy korpus Nikon D50 mógł ustawić czas nawet 1/500s, a modele nowsze czy "bardziej profesjonalne" pozwalały zaledwie na wspomniane 1/250s.

Drugie nieporozumienie było związane z tym, że przy takim krótkim czasie naświetlania nieźle wychodził główny motyw, ale kiepsko (czytaj: czarno) wypadało tło. Kompletnie nie wiedziałem, jak ustawić parametry tak, żeby zdjęcia miały zarówno jasne tło, jak i dobrze oświetlony główny obiekt. Dopiero dwie książki trochę mnie w tym względzie wyedukowały: poradnik "Z pamiętnika lampy błyskowej" Joe McNally'ego oraz "Światło w fotografii - magia i nauka" autorstwa Hunter, Bivera i Fuqua'y. Zwłaszcza fotografie McNally'ego były bardzo inspirujące i zmusiły mnie do ostrego treningu z lampą.

Ostatecznie udało mi się przyswoić podstawową zasadę: lampa ma oświetlać główny motyw zdjęcia (i zamrażać jego ruch), zaś czas otwarcia migawki decyduje o jasności tła. I warto chwilę pobawić się z ustawieniami ręcznymi, zarówno aparatu, jak i lampy, aby ten efekt zaobserwować, co szczerze każdemu doradzam.

Dość gadania

Jak jednak zabrać się do fotografowania smużek dymu? Chodzi nam o zamrożenie ruchu dymu i uchwycenie jakichś ciekawych kształtów - tło ma zaś pozostać czarne. Potrzebujemy zatem następujących elementów:

  • aparat i statyw
  • zewnętrzna lampa błyskowa ze stopką lub własnym statywem
  • arkusz czarnego papieru na tło
  • duża książka na ekran dla lampy
  • kadzidełko o wybranym zapachu jako wytwornica strużki dymu

Szybkie objaśnienie

W naszej sytuacji da się wprawdzie fotografować "z ręki", ale aparat umieszczony na statywie i najlepiej uzbrojony dodatkowo w wężyk spustowy da nam spory komfort. Ustawimy ostrość na końcówkę kadzidełka i od tej pory nie musimy się przejmować tym ustawieniem (oczywiście należy w tej sytuacji wyłączyć autofocus). Podobnie lampę mocujemy do statywu lub stawiamy na dołączanych zwykle przez producenta "nóżkach". W kwestii tła - nie jest ono niezbędne, chodzi raczej o to, byśmy mieli komfort stosowania mniejszej mocy lampy (wtedy szybciej się ładuje po każdym błysku i na więcej zdjęć starcza). Ekran zbudowany z książki ma ograniczyć ilość światła z lampy, padającego bezpośrednio na tło.

Do dzieła!

Aparat i lampa ustawione, ostrość skupiona na końcówce kadzidełka (oczywiście nieco przekadrowujemy później, aby pozbyć się kadzidełka). Jak ustawić parametry? Oczywiście można to zrobić na wiele sposobów, ale przyjrzyjmy się wymaganiom:

  • ustawiamy ISO na najniższe, żeby minimalizować szumy
  • chcemy, by dużo dymu było ostrego, zatem musimy przymknąć przysłonę, np. do wartości f/8 czy f/10, żeby zwiększyć głębię ostrości
  • nie chcemy widzieć tła, dlatego ustawiamy względnie krótki czas migawki, np. 1/100s - im jest jaśniej w pomieszczeniu, tym czas powinien być oczywiście krótszy)
  • podpalamy kadzidełko i pozwalamy mu się żarzyć
  • do ustawionej przysłony i czasu dobieramy siłę błysku tak, aby dym był dobrze naświetlony bez naświetlania tła (tu zalecam eksprtymenty)

I to tyle - teraz pstrykamy i oglądamy na podglądzie, co nam wychodzi (warto skontrolować na początku zwłaszcza ostrość). Niestety, nie mamy za dużego wpływu na postać dymu (można delikatnie dmuchać, machać ręką, włączyć wyciąg kuchenny czy otworzyć okno), więc sporo zależy od przypadku. Nie zawsze sesja kończy się pełnym sukcesem, czyli uchwyceniem jakiegoś szczególnie pięknego kształtu dymu na fotografii - jest to jednak tylko kwestia czasu i uporu.

Obróbka

Zdjęcia dymu są efektowne same w sobie, jednak czasem warto poświęcić im chwilę w programie edycyjnym. Zwłaszcza warto zadbać, żeby tło rzeczywiście było czarne. Ciekawy efekt można uzyskać, odwracając kolory - wówczas otrzymujemy eteryczny dymek na białym, a nie czarnym tle. Zresztą, eksperymentując z kolorowymi warstwami i sposobami krycia, można uzyskać efekt zbliżony do poniższego:

Tutaj trochę bardziej "klasyczne" ujęcie - jedyna modyfikacja to balans bieli i wyostrzanie po zmniejszeniu

I na koniec - demaskujemy kadzidełko:

Proste, prawda?

W ten oto prosty sposób możemy zrobić naprawdę efektowne zdjęcia. Pisałem już o tym wcześniej (patrz Prawdziwy fotograf i Fotoszop) - tutaj rzeczywiście program edycyjny nie jest potrzebny i odpowiednio dobierając czas migawki i siłę flesza jesteśmy w stanie "na gotowo" przygotować świetne obrazy. Potrzebny jest tylko sposób, a ten został właśnie zdradzony.

sobota, 2 lutego 2013

[E] Cyfrowy otworek

Czyli optyka bez szkła

W tym tygodniu mój kolega Karol zaraził mnie ideą fotografii otworkowej. Sam praktykuje bardziej tradycyjną formę, czyli zupełnie analogową, ja jednak przypomniałem sobie, że kiedyś robiłem już podobne próby z moim pierwszym aparatem cyfrowym. Wówczas nic z tego nie wyszło, ale postanowiłem tym razem się nie poddawać łatwo, chociaż dzisiejszy dzień bardziej zachęcał do drzemki niż jakiejkolwiek aktywności.

W dużym skrócie, fotografia otworkowa polega na tym, że za pomocą specjalnego aparatu (tzw. camera obscura) naświetlamy materiał światłoczuły (film, matrycę lub papier fotograficzny). Aparat jest tak naprawdę zwykłym pudełkiem, a sekret tkwi w... malutkiej dziurce, przez którą do wnętrza wpada światło i "odmalowuje" na ściance widzianą scenę. Kształty i rozmiary aparatów mogą być zupełnie różnorodne, od maleństw wielkości pudełka od zapałek do pudełka po butach.

Degradacja

Z braku innych materiałów światłoczułych oraz odczynników do wywoływania (oraz - nie ma się co czarować - braku odpowiedniej praktyki i niezbędnych umiejętności) musiałem zrezygnować z techniki analogowej. Moja niezawodna lustrzanka musiała się zatem zmierzyć z nowym zadaniem. Zdaję sobie sprawę z delikatnej absurdalności sytuacji, gdy nietania lustrzanka jest używana tam, gdzie wystarczy pudełko i błona fotograficzna za kilkanaście złotych, ale w końcu to eksperyment i zabawa, więc dlaczego by nie?

Aby przystąpić do operacji zamiany cyfrowego aparatu w camera obscura potrzebujemy kilku przedmiotów:

  • nożyczki
  • samoprzylepna taśma izolacyjna czarna
  • zaślepka od aparatu (zakładana, gdy nie jest wkręcony żaden obiektyw)
  • igły lub szpilki

Pewnie najbardziej szkoda będzie zaślepki, w której za chwilę będziemy wiercili otwór, jednak zawsze moża sobie taką dokupić albo po prostu zastosować kawałek pomalowanego na czarno kartonu, przyklejonego do aparatu taśmą izolacyjną. Widziałem w sieci też, że ludzie używają np. zakrętek "twist" od słoiczków lub innych, podobnych wynalazków. Tak czy inaczej, wykonujemy na środku zaślepki otwór, dość spory (kilka, kilkanaście mm - tak, aby łatwo było go później zakleić posiadaną taśmą). Ja wywierciłem ok. 5-7mm, bo miałem względnie wąską taśmę, a nie chciałem zbyt mocno oklejać zaślepki. Brzegi otworu oczyszczamy, aby ewentualne wiórki nie wpadły nam do komory aparatu (można to zrobić drobnym papierem ściernym lub ostrym nożem - uwaga na palce!).

Po wywierceniu i oczyszczeniu otworu wycinamy z taśmy izolacyjnej kawałek i zaklejamy nim otwór. Teraz czas na kluczową operację: wiercenie otworka. Wybieramy cienką igłę lub szpilkę (dobrze, by były ostre) i delikatnie nakłuwamy niewielki otworek. Od jego wielkości zależą czas naświetlania zdjęć oraz ich ostrość. W warunkach domowych i tak niespecjalnie mamy możliwość kontroli średnicy inaczej niż "na oko", więc nie ma się co przejmować - jeśli okaże się, że otwór jest niedobry, nakleimy nowy odcinek taśmy i powtórzymy nakłuwanie.

Do dzieła!

Przykręcamy zaślepkę do aparatu i... możemy fotografować. Bardzo przydają się statyw oraz wężyk z blokadą - jako że przez malutki otworek wpada niewiele światła, czasy naświetlania mogą liczyć się w minutach. Pierwsze zdjecie zrobione dzisiaj prezentuje się tak:

Przy ISO 3200 czas naświetlania wyniósł pół minuty. Już to pierwsze, raczej kiepskie zdjęcie dało mi sporo satysfakcji - efekt był o wiele lepszy niż w próbach przed kilku laty. Niezrażony zatem, postanowiłem sfotografować coś przez okno. Niestety, pierwszy otworek okazał się chyba zbyt mały albo zbyt niedokładnie wykłuty i długo nie mogłem otrzymać dobrego obrazu. Nakleiłem nową taśmę i zrobiłem trochę staranniej otworek:

Przy ISO 200 czas wyniósł 41 sekund (odmierzane na oko, metodą prób i błędów). Delikatne próby poszerzenia otworu spowodowały skrócenie czasu, ale jednak mocno traciła na tym ostrość, i tak przecież niezbyt rewelacyjna. Postanowiłem zrobić jeszcze kilka prób we wnętrzu:

Nowy, mniejszy otworek znów wydłużył czas - powyższe zdjęcie było robione przy ISO 6400, a i tak czas to pół minuty. Efekt "ducha" to wynik robienia zdjęcia samemu sobie - musiałem mieć czas, by dobiec od aparatu do kanapy... Na ostatnim prezentowanym zdjęciu też jestem ja - chciałem spróbować zrobić zdjęcie "portretowe", jednak nie sposób wytrzymać bez ruchu pół minuty, więc jak wyszło, każdy widzi:

Godzinka

Zachęcam wszystkich do przeprowadzenia podobnego eksperymentu. Da się go zrobić w czasie krótszym niż godzina, a doświadczenia są bezcenne - grunt to jednak się nie poddawać, zwłaszcza gdy czasy naświetlania są dużo dłuższe niż u mnie i większość zdjęć wychodzi niedoświetlona. Zawsze można próbować podbijać ISO lub trochę powiększyć otworek. Za to mina osób widzących lustrzankę robiącą zdjęcie bez obiektywu - bezcenna!