poniedziałek, 25 marca 2013

[E] Planetki

Chciałbym zająć się dzisiaj techniką, służącą do tworzenia tak zwanych “planetek”. W sieci są one dosyć popularne i wyglądają mniej więcej tak:

201108_DSC_1964-2_planetka2Sam efekt jest w miarę prosty do uzyskania, dlatego pozwolę sobie go tutaj zaprezentować – wykorzystam Photoshopa, ale da się taki efekt uzyskać także w GIMPie – wykonywane kroki są identyczne, jedynie ostateczny filtr (efekt) nosi inną nazwę. Do rzeczy jednak.

Materiał wejściowy

Aby myśleć o zrobieniu “planetki”, należy najpierw przygotować odpowiednie zdjęcie. Od tego elementu zależy, czy cały proces będzie prosty, czy też trzeba będzie sporo poprawiać w samym programie. Najlepszym materiałem są panoramy 360 stopni – dobrze wykonana panorama praktycznie nie wymaga obróbki poza zastosowaniem trzech kroków procedury. Inne zdjęcia należy najpierw dostosować. Chodzi przede wszystkim o to, by zdjęcie:

  • było idealnie poziome
  • nie miało dużych różnic jasności/nasycenia między prawym a lewym bokiem – zostaną one złączone i od dopasowania zależy, czy nie będzie widać “szwu”
  • podobnie jak wyżej, ale dopasowana powinna być także treść – najlepiej, jeśli zdjęcie ma jednolitą fakturę “nieba” i “ziemi” oraz prosty horyzont, wypadający po prawej i lewej stronie na tej samej wysokości
  • nie miało zbyt dużego “bałaganu” w dolnej części zdjęcia – ten fragment zostanie mocno zniekształcony

Główne kroki

Jeśli mamy przygotowaną fotografię, należy wykonać następujące trzy kroki:

  1. Przeskalować fotografię do postaci kwadratu
  2. Obrócić zdjęcie o 180 stopni
  3. Zastosować filtr Zniekształcenie – Współrzędne biegunowe (w programie GIMP filtr nazywa się Wirowanie)

Czasem, jeśli zdjęcie nie będzie idealnie dopasowane, należy doliczyć jeszcze krok czwarty, czyli dodatkową obróbkę gotowego obrazu. Jak widać, procedura nie jest przesadnie skomplikowana.

Spróbujmy zatem

Jako wyjściowe zdjęcie wybrałem dość starą fotografię, wykonaną o zachodzie słońca, tuż po burzy:

Wakacje w Oborzyskach StarychWidać tutaj dwa problemy – pierwszym jest poziom “horyzontu”, a drugim (poważniejszym) nierównomierne oświetlenie. Aby wyrównać horyzont, wystarczyło zastosować poziomowanie (dostępne np. w narzędziu kadrowania). Nierównomierne oświetlenie było jednak trudniejsze do poprawy – skończyło się na dodaniu specjalnych warstw krzywych, które “podciągnęły” jasność i nasycenie po prawej stronie do poziomu, który widać po stronie lewej – oczywiście można byłoby też przyciemnić stronę lewą do poziomu prawej, ale zależało mi na złotym blasku słońca. W efekcie obróbki otrzymujemy następujący obraz:

Wakacje w Oborzyskach Starych

Po skorygowaniu zdjęcia przystępujemy do punktu pierwszego, czyli skalujemy (menu Obraz-Rozmiar obrazu):

resizeWażne jest, aby odznaczyć pole zapewniające zachowanie proporcji, ponieważ z naszego prawie panoramicznego zdjęcia chcemy zrobić kwadrat. Wpisujemy zatem wysokość identyczną jak szerokość, czyli 3836 pikseli i zatwierdzamy operację.

Wakacje w Oborzyskach StarychNastępnie ponownie sięgamy do menu Obraz, ale tym razem wybieramy Obracanie obrazu-180. W ten sposób otrzymujemy zdjęcie przygotowane do ostatecznej zmiany w “planetkę”:

Wakacje w Oborzyskach StarychTeraz następuje kulminacyjny moment – wybieramy z menu Filtr narzędzie Zniekształcenie-Współrzędne biegunowe. Okienko filtru nie jest zbyt rozbudowane i w zasadzie nie ma tu nic do zmiany (można jedynie zmienić skalę podglądu, by od razu zobaczyć “planetkę”:

wspolrzedne

A oto końcowy efekt – porównując z widocznym wyżej podglądem, widać obrócenie obrazu o 180 – w takiej postaci “planetka” wydała mi się czytelniejsza (lepiej widać domek):

Wakacje w Oborzyskach Starych  Na koniec

Całość zajęła mniej więcej kwadrans, nie ma więc w tworzeniu “planetek” zbyt dużej filozofii, co niestety prowadzi do szybkiego znużenia tą techniką. Niemniej myślę, że warto ją mieć w swoim zbiorze umiejętności, bo czasem mało ciekawa panorama może stać się interesująca w postaci “śmiesznej kulki”. Spróbować nie zaszkodzi.

201103__DSC9403Wakacje w Oborzyskach Starych

sobota, 16 marca 2013

[E] Strach przed histogramem

Jednym z najbardziej kluczowych elementów technicznej jakości zdjęcia jest poprawna ekspozycja. Ale co to znaczy prawidłowo naświetlić fotografowaną scenę? Na pewno każdy, kto choć kilka razy spróbował robić zdjęcia, spotkał się z sytuacją, gdy zdjęcie było "za ciemne" lub "za jasne". W pierwszym wypadku ciemne elementy (np. cienie) były zwyczajnie czarne. W drugim - jasne elementy wypadły wprost jako białe. Mówimy wówczas, że mamy do czynienia z niedoświetleniem (za mało światła padło na matrycę aparatu) lub prześwietleniem (światła wpadło zdecydowanie za dużo). O prześwietleniu i niedoświetleniu współczesne aparaty potrafią od razu informować użytkownika - zazwyczaj takie obszary "migają" podczas wyświetlania zdjęcia na ekranie aparatu.

Nic nie miga, wszystko gra?

Jeśli aparat nie raportuje żadnych prześwietlonych czy niedoświetlonych miejsc, czy oznacza to już prawidłową ekspozycję? W zasadzie można by tak stwierdzić, jednak prawdziwą odpowiedź dać nam może histogram. Wielu użytkowników aparatów cyfrowych spotkało się na pewno z tajemniczym wykresem, wyświetlanym czasem podczas podglądu, a czasem "na żywo" podczas robienia zdjęcia. Ma on zazwyczaj kształt "górki", przesuniętej w prawo lub w lewo. Warto się dowiedzieć, co ten wykres przedstawia, bo dostarcza on więcej informacji, niż... sam podgląd. Dzieje się tak dlatego, że wyświetlacze większości aparatów cyfrowych potrafią kłamać - podbijają kolory i jasność lub przeciwnie, wyświetlają obraz ciemniejszy, niż został zarejestrowany. Ponadto na odbiór wyświetlanego na małym ekraniku zdjęcia mają wpływ także warunki zewnętrzne. Przy ostrym świetle obraz może wydawać się wyblakły, a w ciemności - zbyt kontrastowy. Dlatego zamiast podglądowi, warto poznać histogram i ufać jego wskazaniom.

Do sedna

Ale co tak naprawdę prezentuje histogram? Przyjrzyjmy się poniższemu zdjęciu:

Histogram, naniesiony na tę fotografię, został podzielony na trzy części: pierwsza (oznaczona kolorem ciemnoróżowym) to obszar tak zwanych cieni (tony ciemne). Centralną część zawierają tony średnie, zaś po prawej stronie, na białoszarym tle, mamy światła, czyli tony jasne. Histogram pokazuje, ile poszczególnych tonów jest na zdjęciu. I tak, na powyższym przykładzie widzimy, że najwięcej mamy tonów jasnych i średnich, zaś prawie nie ma tonów ciemnych. Zgadza się to z odbiorem fotografii - jest ona jasna, ciemne obszary są niewielkie. To cały sekret histogramu - prawda, że nie ma w tym nic tajemniczego?

Matryca prawdę Ci powie

"No dobrze" - powie ktoś - "ale dlaczego histogram jest przydatny?". Aby sobie na to pytanie odpowiedzieć, musimy wrócić do poprawnej ekspozycji i zahaczyć krótko o sposób, w jaki działa matryca cyfrowego aparatu fotograficznego. Jak zapewne wszystkim wiadomo, matryca składa się z dużej liczby elementów światłoczułych (posłużę się w dalszym opisie sporymi uproszczeniami, więc proszę o wyrozumiałość - nie chodzi w tym wypadku o szczegóły techniczne). Światło, padając na te elementy, wzbudza prąd elektryczny, tym większy, im jaśniejsze jest światło. Każdy element światłoczuły ma dwie granice swojego działania - dolną, gdzie przestaje rozpoznawać, czy jakieś światło do niego dotarło, oraz górną, dla której generuje maksymalne napięcie prądu (i mimo rosnącej jasności nie wygeneruje tego napięcia więcej). Co z tego wynika dla fotografa? Po pierwsze, niedoświetlenie w cieniach to sytuacja, gdy dostarczamy tak mało światła, że matryca przestaje odróżniać je od całkowitej ciemności. Prześwietlenie w światłach to z kolei dostarczenie tak dużej porcji światła, że matryca zwraca już tylko maksymalne napięcie. Efektem jest utrata jakichkolwiek informacji - niedoświetlone cienie to po prostu czarne obszary, a wypalone światła - białe "dziury".

Histogram jest naszą bronią w walce o dobrą ekspozycję. Dzięki niemu widać jak na dłoni, czy nie zbliżamy się do niedoświetlenia, jak na zdjęciu poniżej:

Teoretycznie zdjęcie nie jest jeszcze całkiem niedoświetlone, bo histogram nie dotyka lewej krawędzi (i nie ma tam "górki"). Jednak ewidentnie wszystkie tony przesunęły się w lewo, czyniąc zdjęcie ciemnym - zbyt ciemnym. To samo mówi nam intuicja - śnieg powinien być biały, a nie ciemnoszary). Gdyby aparat wskazał nam taki histogram podczas wykonywania powyższego zdjęcia, należałoby np. zwiększyć czas otwarcia migawki lub szerzej otworzyć przysłonę, ewentualnie zwiększyć wartość ISO - wszystko to po to, aby zarejestrować więcej światła i "popchnąć" histogram w stronę jasnych tonów. Popatrzmy jednak, co się stanie, gdy "przedobrzymy":

Histogram rzeczywiście przesunął się w obszar świateł, ale posunęliśmy się za daleko - odblask na śniegu jest już w zasadzie tylko białą plamą, bez żadnych szczegółów. Popatrzmy na pierwsze zdjęcie - tam histogram miał dla najjaśniejszych świateł jeszcze mały fragment (całkiem skrajny prawy obszar), dzięki czemu można było rozróżnić fakturę śniegu nawet w najjaśniejszym miejscu fotografii.

Rozpiętość tonalna

Analizowane wyżej zdjęcie charakteryzowało się względnie niewielką rozpiętością tonalną - wprawdzie istniały tam i jasne światła, i ciemne cienie, ale tak naprawdę cieni było bardzo niewiele i nie zawierały zbyt istotnych szczegółów. Dzięki temu zdjęcie miało dość sporą tolerancję na prześwietlenie/niedoświetlenie - drobne błędy można by naprawić podczas obróbki, "wyciągając" informacje z cieni lub ze świateł. Nie zawsze jednak jest tak dobrze, czasem bowiem rozpiętość tonalna jest tak duża, ze zajmuje praktycznie wszystkie tony:

Mamy tutaj typową turystyczną fotografię, wykonaną w okolicach południa. Jak widać na histogramie, praktycznie mamy tutaj wszystko - i cienie, i tony średnie (tych jest najwięcej), i światła. Praktycznie cały zakres jest zajęty, co sprawia, że trzeba dość dokładnie ustawić ekspozycję w aparacie, aby zarejestrować wszystkie tony. Na pokazanym przykładzie prawie się udało - choć lepiej byłoby przesunąć histogram jeszcze nieco bardziej w prawo (dlaczego tak jest - za chwilę).

Czasem zdarza się, że jedna ze stron histogramu dominuje - wybranych tonów jest zdecydowanie więcej niż innych. Dwa szybkie przykłady to poniższa przewaga świateł (i to jasnych):

oraz zdjęcie, gdzie liczą się przede wszystkim tony ciemne:

Najbardziej kłopotliwym wariantem jest jednak taki, gdzie matryca okazuje się być zwyczajnie zbyt ograniczona, aby móc zarejestrować wszystko, co znajduje się na fotografowanej scenie. Takie sceny zawierają zarówno dużo świateł, jak i dużo cieni - jeden z takich przykładów można zobaczyć poniżej:

Histogram pokazuje wyraźnie - zarówno w cieniach, jak i w światłach zabrakło nam miejsca na dane. W obu przypadkach są tam "górki", które mówią, że część informacji została zgubiona - dla nich matryca albo nie odróżniła sygnału od braku sygnału, lub padające światło generowało tylko maksymalną wartość. Widać to na samym zdjęciu - rzeźba nie zawiera prawie żadnych szczegółów, a światła z tyłu są tylko jasną plamą. W takich sytuacjach mamy w zasadzie trzy wyjścia:

  1. Wybrać, na czym nam bardziej zależy i ten fragment naświetlić prawidłowo (np. w powyższym przykładzie wybrałbym figurę i naświetlił mocniej; uzyskałbym szczegóły na figurze, jednocześnie jeszcze bardziej wypalając światła)
  2. Wykonujemy serię zdjęć z różnymi ekspozycjami i łączymy je w programie do tworzenia obrazów HDR (o czym pewnie jeszcze kiedyś napiszę kilka słów)
  3. Stosujemy różne "sztuczki" w celu wyrównania rozmieszczenia tonów (w przykładzie powyżej moglibyśmy np. doświetlić czymś figurę, co skróciłoby czas naświetlania, przez co jasne obszary nie byłyby prześwietlone, a figura zyskałaby wymagane szczegóły; w innych przypadkach można stosować np. filtry połówkowe, które przyciemną część kadru i zlikwidują zbyt duże różnice w jasności)

Histogram kolorowy

Czasem aparaty pozwalają wyświetlić osobne histogramy dla poszczególnych kanałów kolorów - czerwonego, zielonego i niebieskiego. Warto skorzystać z tej możliwości, bo czasem zdarza się (szczególnie przy fotografowaniu np. kwiatów - czerwonych maków czy róż), że histogram jasności (czyli ten standardowy) wygląda prawidłowo, a po rzuceniu okiem na histogramy kanałów widać, że histogram koloru czerwonego jest silnie prześwietlony. Skutkuje to zazwyczaj plamami czystego koloru na samym zdjęciu - fotografowany mak jest niby naświetlony prawidłowo, ale jego płatki pozbawione są jakichkolwiek szczegółów, faktury itp. To ewidentny przykład prześwietlenia jednego z kanałów.

W prawo!

Napisałem wcześniej, że warto przesuwać histogram w prawo tak bardzo, jak się da - należy się teraz kilka słów wyjaśnienia. Zasadniczo porada ta dotyczy przede wszystkim osób, które zdecydowały się stosować format RAW swojego aparatu - pliki JPG należy w zasadzie od razu naświetlać prawidłowo, aby nie musieć nic korygować w komputerze. RAWy i tak trzeba zawsze "wywołać", więc dodatkowy zabieg korygujący nie stanowi tu problemu. W czym zatem rzecz i dlaczego przesuwamy histogram w prawo?

Najpierw mała dygresja dotycząca formatu RAW - każdy, kto się z nim spotkał, na pewno poznał jeden z głównych argumentów "za" - chodzi oczywiście o duże możliwości "ratowania" niepoprawnie naświetlonego pliku. Dzięki dużo (naprawdę dużo) większej ilości danych niż w pliku JPG, z pliku RAW da się odzyskać wiele pozornie niewidocznych szczegółów. Da się zwykle uratować cienie, czasem można przywrócić szczegóły w światłach (ale tutaj aparaty są zwykle bardzo mało tolerancyjne). Prześledźmy to na przykładzie - sfotografowałem ten sam obiekt z różnymi czasami naświetlania. Pierwsza ekspozycja to ekspozycja prawidłowa (chociaż zdjęcie wydaje się nieco za jasne). Mamy pełne detale z cieniach, a biały napis nie jest prześwietlony:

Po skróceniu czasu otrzymamy obraz silnie niedoświetlony:

Dzięki możliwościom, które daje format RAW, dało się jednak podnieść jasność tego obrazu o prawie 3EV, co spowodowało wyrównanie ekspozycji ze zdjęciem pierwszym. Pozornie odnieśliśmy sukces, bo wydaje się, że szczegóły są te same, więc nawet tak niedoświetlony obraz udało się uratować. Zerknijmy jednak na zbliżenie fragmentu, zaznaczonego na pierwszym obrazie czerwoną ramką:

Różnica jest spora, prawda? Obraz górny, pochodzący z pierwszego zdjęcia, jest praktycznie pozbawiony szumu. Obraz forsownie rozjaśniony szumy ma już spore - może nie kolosalne, ale na pewno widoczne (w praktyce te szumy po wydrukowaniu zdjęcia w zasadzie by zanikły, ale nie o to chodzi w naszym przykładzie). Dlaczego tak się stało?

Matryca w drugim przypadku zarejestrowała dużo mniej światła (bo czas był krótszy przy takich samych pozostałych nastawach), a co za tym idzie, powstałe ładunki elektryczne były dużo mniejsze i dużo bardziej zbliżone do "zera", czyli ciemności. Programowe wzmocnienie ich o 3EV spowodowało, że ujawniły się szumy - dlaczego szumy, a nie jednolita szarość? Bo matryca ciągle jest pod napięciem - dla głębokich cieni są to bardzo małe wartości, ale przez to stają się one podatne choćby na... temperaturę. Nagrzana matryca szumi bardziej niż matryca zimna (dlatego naprawdę długie ekspozycje zwiększają poziom szumu). W efekcie detale w głębokich cieniach mieszają się z losowymi, małymi prądami wynikającymi z nagrzewania się matrycy i w ten sposób powstaje szum.

"Sztuczka" z programowym rozjaśnianiem niedoświetlonego zdjęcia jest w zasadzie tym samym, co zwiększanie ISO w aparacie przed zrobieniem zdjęcia. Przeważnie fotografowie unikają dużych wartości ISO, bo wiedzą, że wiążą się one z podniesieniem szumu - jednocześnie część tych fotografów nie dba o ekspozycję myśląc, że bezkarnie da się ją naprawić przy wywołaniu RAWa. Tymczasem obie drogi prowadzą do tego samego wzmocnienia szumów, a jedyną przewagą rozjaśniania RAWa jest to, że można je zrobić wygodnie w domu.

Skoro wiemy już, że ciemne obszary słabiej przechowują szczegóły (bo zaczynają się one mieszać z szumem), należy dbać o to, by jak najwięcej detali znalazło się bliżej prawego końca histogramu. Stąd w fotografii cyfrowej naświetlamy "na prawo", czyli staramy się "dotknąć" prawej strony histogramu - owszem, czasem droga ta prowadzi do dziwnie jasnego zdjęcia, ale zmniejszenie jasności podczas wywoływania RAWa jest proste i nie powoduje - jak rozjaśnianie - degradacji obrazu i powstania szumów, więc jest też bezpieczne.

Naświetlanie "do prawej" wiąże się z jednym zasadniczym problemem - bardzo łatwo przekroczyć prawą stronę i prześwietlić światła. Odzyskanie szczegółów w światłach jest bardzo trudne, a najczęściej niemożliwe, zatem należy tutaj zachować szczególną precyzję i lepiej niedoświetlić o 1EV, niż o tę samą wartość prześwietlić.

I to chyba na tyle

Mam nadzieję, że udało mi się przekazać trochę informacji na temat działania i wykorzystania histogramu w praktyce. Jest to bardzo przydatne narzędzie, zwłaszcza jeśli chcemy dbać o prawidłową ekspozycję tworzonych zdjęć - a jest to zawsze rzecz nie do przecenienia. Nie ma nic gorszego, niż konsternacja przed komputerem, gdy okazuje się, że 90% zdjęć nadaje się do kosza lub czasochłonnej obróbki tylko dlatego, że nie chciało nam się obejrzeć histogramu i skorygować ekspozycji...

sobota, 9 marca 2013

[E] Edycja on-line

Nie umiem

Wśród osób robiących zdjęcia cyfrowe często pokutuje przesąd, że nie ma się co brać za edycję i wprowadzanie korekt, bo po pierwsze jest to trudne, a po drugie, Photoshop jest drogi, a przecież trzeba koniecznie użyć właśnie jego, bo przecież WSZYSCY go używają. Chciałbym w tym wpisie pokazać, że nie do końca jest to prawda, jednak zamiast pokazywać możliwości konkurencji, czyli darmowych GIMPa czy Paint.NETa, chciałbym zwrócić uwagę na aplikacje uruchamiane... w przeglądarce. Są one ciekawe z kilku względów - po pierwsze niczego nie trzeba instalować (zazwyczaj - czasem bowiem trzeba dodać do przeglądarki wtyczki np. Adobe AIR). Po drugie, te aplikacje są z reguły dość proste w użyciu i nie odstraszają użytkownika milionem niezidentyfikowanych poleceń. Po trzecie w końcu - są zwykle darmowe, więc można wypróbować bez stresu, że właśnie wyrzuciliśmy w błoto n złociszy... Naturalnie należy też zdawać sobie sprawę z ograniczeń (np. zawieszenie się przeglądarki jest równoznaczne z utratą być może długotrwałej pracy, czasem też aplikacje takie nie pracują płynnie, mając tendencję do "przytykania się"). Myślę jednak, że warto choć spróbować.

Photoshop Express Editor

Dostępny pod adresem http://www.photoshop.com/tools/expresseditor edytor jest tak naprawdę czymś w rodzaju kreatora. Ładujemy do niego zdjęcie (tylko format JPG) i możemy wybrać rodzaj "efektu", po czym dopasować siłę jego działania i... zaaplikować do zdjęcia. Program wita nas prostym i eleganckim interfejsem, umożliwiającym przełączenie w tryb pełnoekranowy.

Pozornie operacji jest sporo, jednak nie ma co za bardzo liczyć na spektakularne efekty - wprowadzane zmiany są zazwyczaj albo kosmetyczne, albo wprost przeciwnie - trudno dobrać właściwy preset, bo jeden ma zbyt słabe natężenie efektu, a drugi - zbyt mocne. Coś jednak zrobić się da - poprawić ekspozycję, naprawić balans bieli, zmienić rozmiar, wykadrować. Można próbować ratować światła czy cienie, ale w tej dziedzinie program daje zbyt mało możliwości (choć być może to wina pracy tylko na plikach JPG, które jako ośmiobitowe nie dają dużego pola do popisu w omawianej materii).

Wbrew moim obawom, jest dostępne nawet narzędzie klonowania, nazwane tu Touchup. Istnieje również możliwość konwersji na obraz monochromatyczny i rzeczywiście, pomiędzy dostępnymi presetami występują spore różnice, szkoda jednak, że zamiast tego nie można samemu ustalać proporcji między poszczególnymi tonami (ech, a chciałoby się!...)

Oprócz trybu edycji program oferuje też tryb "dekoracyjny" - mnie nie przypadł on do gustu, ale jeśli ktoś chce dodać do zdjęcia napisy w chmurkach, drobne grafiki, dziwne ramki - pobawić się można. Jedyna w miarę sensowna opcja tutaj to wpisywanie zwykłego tekstu, z możliwością wyboru rozmiaru, czcionki, koloru i przezroczystości.

Podsumowując - program nadaje się do podstawowych korekcji, pod warunkiem wszak, że nie wymagają one dużego zakresu zmian czy precyzyjnego dopasowania. Dla początkujących jest jak znalazł - nie onieśmiela przeładowanym interfejsem i niezrozumiałymi opcjami.

Photoshop Online Free

Inne podejście reprezentuje Photoshop Online Free. Jest to prawie normalny program do edycji zdjęć - posiada menu, paski narzędziowe, palety - po przełączeniu w tryb pełnoekranowy można zapomnieć, że pracujemy w programie uruchomionym w przeglądarce! Zestaw dostępnych narzędzi robi naprawdę duże wrażenie - mamy tutaj możliwość korekcji kolorystyki, ekspozycji, jasności, kontrastu, istnieje też możliwość edycji krzywych:

Co ciekawe, część korekcji i filtrów daje się parametryzować - mamy do dyspozycji okienko z parametrami danego efektu, a zmiany parametrów są od razu przenoszone na zdjęcie. Testowałem program na zdjęciu z Nikona D200, czyli 12MPix i większość operacji działała w czasie rzeczywistym, czyli błyskawicznie. Od tej strony naprawdę nie ma się do czego przyczepić.

Paleta dostępnych narzędzi obejmuje niemal wszystko, od pędzla i gumki, przez narzędzia selekcji, wypełnienie gradientem, wpisywanie tekstu po klonowanie i korekcję punktową. Działa wiele skrótów klawiaturowych (np. naciśnięcie spacji włącza "tryb rączki", umożliwiający przesuwanie obrazu, Ctrl+D usuwa zaznaczenie, Ctrl+Z cofa ostatnią operację (cofanie jest wielopoziomowe).

Czy program ma w ogóle jakieś wady? Niestety, tak. Mnie osobiście najbardziej denerwowało osobliwe tłumaczenie poszczególnych poleceń na język polski. Na przykład, w większości zlokalizowanych programów istnieje menu Edycja, w którym znajdują się polecenia Cofnij, Ponów itp. Tutaj menu to nazywa się Redaguj - czyżby efekt tłumaczenia za pomocą automatycznego translatora? Podobnych przypadków jest sporo, choćby Exposure..., przetłumaczone jako Naświetlanie..., Solarize... jako Nasłonecznij.... Na szczęście wystarczy wejść do menu Język i ustawić wersję angielską.

Inną niedogodnością są czasowe utraty płynności pracy. Zdarza się, że podczas edycji zdjęcia (np. klonowania) program się na chwilę "zamyśli" - zdarzyło mi się czekać nawet minutę. Sprawia to nieprzyjemne wrażenie na tle zwykłego, bardzo szybkiego działania. Być może zależy to od obciążenia sieci?

pixlr

Ciekawym programem jest pixlr, który zrezygnował z tradycyjnego menu na rzecz paska z ikonami. Wybieramy tam najpierw rodzaj wprowadzanej modyfikacji: korektę, efekt, ramkę, tekst itp. Po wybraniu rodzaju rozwija się szereg dodatkowych opcji do wyboru (np. korekta nasycenia), a dopiero po wybraniu konkretnego zastosowania dopasowujemy żądaną operację (np. wielkość rozjaśnienia). Do zabawy czy błyskawicznej korekty jest to bardzo miłe rozwiązanie - w pewnym sensie program jest ideowo podobny do Photoshop Express, ale daje wrażenie większej możliwości wpływania na ostateczny wynik.

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że program ma małe możliwości - w samej sekcji Adjustment jest mnóstwo ciekawych operacji. Mnie np. bardzo spodobał się efekt Focal blur, bardzo sprawnie działa też łatka. Także grupa Effect nie ma się czego wstydzić - łatwo można uzyskać całkiem przyjemne obrazy. Myślę, że ten program to pomost łączący być może zbytnią prostotę Photoshop Express z nie każdemu potrzebną złożonością Photoshop Online Free. Na pewno warto spróbować.

Inne

Jeśli ktoś wpisze do wyszukiwarki frazę "graphics editor online", znajdzie mnóstwo podobnych aplikacji, choćby Splashup czy Sumopaint. Niektóre z tych programów są płatne, niektóre zaś mają dość ograniczone możliwości. Nie testowałem oczywiście wszystkich - opisałem tylko te, które mi się spodobały. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by wczytać do każdego ze znalezionych programów własne zdjęcie i spróbować się nad nim trochę "poznęcać". Do odważnych świat należy!

A jeśli jednak nie online?

Jeśli mimo wszystko nie jesteś przekonany do pokazanego sposobu obróbki zdjęć, możesz zapoznać się z bardzo wieloma ciekawymi programami, w większości również dostępnymi za darmo (przynajmniej do domowego, niekomercyjnego użytku). Uwaga - opisuję tylko te programy, z którymi osobiście miałem do czynienia i obrobiłem w nich pewną liczbę zdjęć, zdając sobie sprawę, że istnieje multum innych programów, również wypełniających lukę między Photoshopem a systemowym Paintem. Piszę też z punktu widzenia użytkownika Windows - ponoć użytkownicy iOS mają w komplecie z systemem całkiem dobry edytor grafiki. Programy, nad którymi warto się pochylić:

  • GIMP - najpopularniejsza, darmowa alternatywa dla Photoshopa, ma praktycznie wszystko, co może być potrzebne do obróbki fotografii
  • Paint.NET - prosty, darmowy edytor, umożliwia pracę na warstwach i stosowanie niezbyt wyrafinowanych filtrów; wadą jest wolna praca
  • IrfanView - nie jest to w zasadzie edytor, tylko darmowa przeglądarka, ale przydaje się do prostych prac, ma też możliwość wykorzystania wtyczek z Photoshopa
  • RAWTherapee - ten darmowy program służy do wywoływania RAWów, w tym "wyciąganie" szczegółów z cieni, ratowanie przepalonych "świateł", wyostrzanie, odszumianie...; pracuje z RAWami aparatów różnych producentów
  • ViewNX2 - darmowy program do wywoływania RAWów z aparatów firmy Nikon; często za jego pomocą można uzyskać lepsze efekty niż w Lightroomie

Jeśli i te programy to za mało, pozostaje uzbierać kilkaset złotych i za ułamek ceny "dużego" Photoshopa nabyć albo Lightrooma, albo Photoshop Elements. Ten pierwszy to świetny program do katalogowania zdjęć i wywoływania RAWów, drugi to nieco okrojony, prawdziwy Photoshop, posiadający możliwość pracy na warstwach, stosowanie masek, wiele przydatnych efektów itp. Elements też posiada możliwość wywoływania RAWów, jednak dostępne opcje są dużo uboższe niż w Lightroomie, za to Lightroom nie ma pracy na warstwach, wygodnego klonowania czy zestawu filtrów. Dla chętnych oba programy posiadają wersje testowe, więc można się nimi pobawić przed wydaniem niemałych w końcu pieniędzy.

wtorek, 5 marca 2013

Historia jednego zdjęcia (1)

Wyprawa

Chciałbym tym wpisem zainaugurować cykl opisujący historię pojedynczego ujęcia - szczególnie w kontekście obróbki, ale nie tylko. Czasem zdarza się bowiem, że wracam do zdjęć starszych i znajduję w nich na tyle dużo inspiracji, by zresetować ustawienia obróbki i spróbować wykrzesać z nich coś nowego, świeżego.

Dzisiaj omawiane zdjęcie powstało podczas trochę szalonej wyprawy do Koła w województwie wielkopolskim. Wyprawa była szalona, bo po pierwsze nie znałem tego miasteczka, a po drugie zapowiadano deszcz i burzę. Sam dojazd też nie był prosty, bo do zamku wiedzie tylko polna dróżka (do dzisiaj przepraszam moje auto za tamten dzień). Jak wszystkie szalone wyjazdy, także i ten pozwolił zebrać solidne żniwo fotograficzne. Burza rzeczywiście przyszła, i to bardzo gwałtowna - a po niej zdążyła się jeszcze pokazać tęcza (udało się ją uwiecznić, ale to temat na inną opowieść). Tak czy inaczej, materiał z tego dnia przeglądam od czasu do czasu, bo nawet mimo kilku oczywistych błędów technicznych nadal mi się podoba.

Co my tutaj mamy?

Samo zdjęcie bez obróbki od razu rzuca się w oczy niedoświetleniem (o jakieś 0,7EV, a może nawet 1EV). Na baszcie prawie nie widać szczegółów, a histogram jest przesunięty w lewo.

Od razu ostrzegę wielbicieli dyskretnych zmian, że tym razem obróbka będzie dosyć agresywna, a to z tego względu, że końcowym rezultatem ma być zdjęcie monochromatyczne. Zatem śmiało wyciągamy szczegóły z cienia, jednocześnie uwydatniając szczegóły zarówno w fakturze muru, jak i na niebie:

Koniec z kolorem

Wydawać by się mogło, że konwersja do wersji monochromatycznej jest banalna, bo przecież wystarczy tylko zmniejszyć nasycenie kolorów do zera i już, prawda? Prawda, ale nie do końca. Taki sposób "konwersji" to duże pójście na skróty i rezygnacja ze sporych możliwości wpływania na końcowy efekt. Dlatego posługuję się w 99% przypadków ustalaniem proporcji poszczególnych odcieni kolorystycznych i zakładką HSL/Color/B&W w Lightroomie.

Zatem pora przejść do konwersji. Start z domyślnych ustawień (bardzo zbliżonych do zwykłego zmniejszenia nasycenia kolorów do zera) i początkowe próby nie zachwycają - obrazek jest płaski i mało kontrastowy. Ruszam suwakami konwersji...

...ale chwilowo bez wielkiego powodzenia. Obraz wprawdzie jest "poprawny" i czytelny, ale jednocześnie nijaki i nie daje poczucia, że kwadrans wcześniej nad zamkiem przeszła burza:

Próbuję zatem dalej. Mury mają różne odcienie żółci, oranżu i czerwieni, więc może dobrym pomysłem byłoby zwiększenie kontrastu między tymi odcieniami? Jednocześnie warto chyba byłoby przyciemnić nieco niebieski, aby niebo przynajmniej spróbowało nabrać groźnego charakteru.

Obrazek wygląda całkiem nieźle, ale czegoś brakuje w dolnej części. Ściemnienie zieleni przy relatywnie jasnej żółci powoduje, że także podłoże zaczyna ładnie kontrastować:

Proces konwersji na wersję monochromatyczną w moim przypadku wygląda zazwyczaj w ten właśnie sposób - próbuję, testuję różne ustawienia, przełączam się na wersję kolorową. Doświadczalnie sam sobie udowodniłem, że bardzo rzadko dobrze wypadają domyślne ustawienia lub zdjęcie jest tak trudne do konwersji, że trzeba przeprowadzać obróbkę na warstwach w Photoshopie. Być może zresztą jeden z kolejnych wpisów poświęcę tematyce konwersji, bo przy odrobinie samozaparcia można uzyskać naprawdę niezłe efekty!

Wracając do meritum - zdjęcie w moim odczuciu wygląda dobrze, zatem zakończę w tym momencie konwersję. Jako że jednak dzień wcześniej bawiłem się w tonowanie, postanowiłem i dziś spróbować szczęścia.

Tonowanie w Lightroomie polega z grubsza na ustaleniu odcienia i nasycenia osobno dla tonów jasnych, jak i ciemnych. Oczywiście, można je stosować także dla zdjęć kolorowych (efekt przypomina wtedy zazwyczaj coś w rodzaju krosowania za pomocą krzywych). Ja zdecydowałem się na żółtozielony odcień dla świateł oraz niebieski dla cieni:

Morał

Warto czasem wrócić do starszych zdjęć, przejrzeć je i pomyśleć, czy nie świta nam jakiś nowy pomysł na zaprezentowanie ich światu. Czasem pomaga zwyczajne zresetowanie dotychczasowych ustawień. Polecam też eksperymentowanie i nie poprzestawanie na nastawach automatycznych. Patrząc na dwie wersje czarno-białe każdy przyzna, że jest między nimi kolosalna różnica - a tak naprawdę trzeba było tylko inaczej ustalić procentowy udział poszczególnych odcieni w końcowym obrazie. Dlatego też - moim zdaniem - nie warto korzystać z obecnych w aparacie opcji rejestrowania obrazu jako czarno-białego, zwłaszcza dla plików JPG (RAW zawsze jest kolorowy). Z kolorowego oryginału można wyczarować dużo więcej, niż pozwala na to automat.

piątek, 1 marca 2013

Stare kontra nowe

Kiedy kupowałem Nikona D200, który miał zastąpić model D50, byłem bardzo podekscytowany. Wiedziałem, czego najbardziej brakuje mi w D50 i był to świadomy zakup - najtańsze półprofesjonalne body, na jakie było mnie wówczas stać. Pamiętam chwilę rozpakowywania aparatu i próby zrobienia pierwszych zdjęć - niezbyt udane, bo jednak obsługa D200 dość znacznie różniła się od D50 (choćby wybór trybu - zamiast czytelnego kółka nastaw, przycisk MODE i rolka). Do tego nie zauważyłem, że mam ustawiony zły balans bieli i zdjęcia wydawały mi się brzydko żółte.

Niemniej D200 okazał się strzałem w dziesiątkę - bardzo przyjemnie fotografowałem nim dwa lata i nigdy mnie nie zawiódł, mimo że zdarzało mu się pracować nawet w dwudziestostopniowym mrozie. Jedyną wadą, jaką u niego stwierdziłem, były lekko rozciągnięte gumy rękojeści, zaś jeśli chodzi o obrazek, problemem okazywały się nie raz i nie dwa wysokie szumy (dużo wyższe od tych z D50) - w końcu dopiero uczę się fotografii, więc wiele ujęć muszę jeszcze "wyciągać za uszy" podczas obróbki.

De trzysta es

O D300s czytałem sporo jeszcze wtedy, gdy miałem tylko D50 i nawet nie marzył mi się inny aparat. Pamiętam z recenzji w Digital Foto Video, że opisywany był on jako korpus praktycznie profesjonalny, a po zobaczeniu ceny wiedziałem, że nie mam co na niego liczyć. Śmieszna sprawa - z tamtej recenzji pamiętam najlepiej opis tzw. cichej migawki, która wcale nie była taka cicha.

Gdy trafiła się okazja kupienia D300s w świetnym stanie, z małym przebiegiem, namyślałem się niewiele - no i kupiłem. Czy było warto? Czy nie żałuję, mając obecnie doświadczenia z pracy na D700?

Co fajnego jest w D300s?

Patrząc z zewnątrz, aparat bardzo przypomina D200. Jest tak samo pancerny i ciężki, sprawia solidne wrażenie narzędzia, które nie rozleci się po miesiącu używania. Jak dla mnie, D300s ma następujące zalety w porównaniu do starszego korpusu:

  • lepsza ergonomia przycisków - jest ona w zasadzie identyczna, jak w D700, więc nie trzeba się "przestawiać" podczas naprzemiennego korzystania z obu korpusów
  • większy wyświetlacz - naprawdę robi lepsze wrażenie niż mniejszy LCD w D200
  • lepszy wizjer - subiektywnie wydaje mi się jaśniejszy niż w starszym bracie, za to niepodważalną zaletą jest prezentowanie 100% kadru - rzecz, której poskąpiono nawet D700
  • podwójne gniazdo kart pamięci - można zamontować jedną kartę CompactFlash, a jedną SD, przy czym ta ostatnia może służyć jako "przedłużenie" karty CF, gdyby zabrakło na niej miejsca, albo jako backup (na obu kartach zapisuje się to samo), można też na CF zapisywać RAWy, a na SD - JPGi
  • matryca - ma nieco większą niż w D200 rozdzielczość (12Mp kontra 10Mp) i jest zupełnie innego typu (CMOS kontra CCD), w związku z tym po pierwsze inaczej rejestruje kolory (mnie to pasuje, bo kolory są bardzo podobne do D700), a po drugie - mniejsze są szumy (na moje amatorskie oko różnica w porównaniu do D200 wynosi około 2EV); matryca ma też układ czyszczący, jednak jego skuteczność jest podobna jak tego w D700, czyli praktycznie żadna)
  • możliwość mikrokorekty autofocusa - na razie nie miałem konieczności korzystać, ale dobrze, że jest
  • filmowanie - nie po to (moim zdaniem) kupuje się lustrzankę, jednak potencjalnie może się przydać

Oczywiście różnic jest więcej, jednak nie mają one (dla mnie) aż takiego znaczenia, to znaczy nie brałem ich pod uwagę decydując się na zakup.

Praca w tandemie

Kiedy dokupiłem po jakimś czasie D700, dostałem do ręki praktycznie taki sam aparat, jak D300s, ale z pełnoklatkową matrycą. Rozwiązanie takie ma zarówno plusy (nie trzeba mozolnie dopasowywać kolorów, by zdjęcia z obu aparatów wyglądały spójnie, identyczna jest obsługa przycisków), jak i minusy - traci się nieco na różnorodności (jednak obrazek z D200 to coś innego niż z D300s). Wygoda jest jednak niezaprzeczalna - do dziś pamiętam, jak próbowałem dopasować do siebie kolory z porannej sesji zdjęciowej, którą robiłem jednocześnie D700 i D200. Nic z tego nie wyszło i wyraźnie było widać, które zdjęcia są z którego aparatu (przynajmniej ja widziałem). Obecnie nie ma już tego problemu - oba CMOSy dają mniej więcej takie same kolory i nawet nie muszę patrzeć, z którego aparatu edytuję zdjęcie.

Szumy

Przyznam bez bicia, że w momencie kupowania D300s byłem szumofobem (co mi przeszło nieco dopiero po zakupie D700). Wprawdzie D200 da się zrobić porządne zdjęcia także na ISO 800 czy 1250, a do druku przyzwoicie wygląda nawet 1600, jednak szumy mnie irytowały. Były szczególnie bolesne w momencie zachłyśnięcia się fotografią makro, bo wówczas często brakowało światła i forsowanie ISO było jedyną metodą na zrobienie nieporuszonego zdjęcia. Ruszenie choćby minimalne suwakiem "wyciągającym" cienie powodowało tak drastyczny skok zaszumienia, że wykosztowałem się na specjalną wtyczkę Noiseware, która jako tako dawała radę ten szum usunąć.

W D300s problem szumów jest o wiele mniejszy. Do ISO 1600 zdjęcia wyglądają jak najbardziej poprawnie, a nawet 3200 jest przyzwoite. Dopiero 6400 wygląda wyraźnie gorzej. Jednak tym się nie bardzo przejmuję, bo w międzyczasie okazało się, że nawet w gloryfikowanym na forach profesjonalnym D700 szumy przekreślają ISO 6400. Poza tym przestałem oglądać zdjęcia tylko na ekranie monitora, a zacząłem je drukować (czy to w postaci fotoksiążek, czy to zwykłych odbitek). I nagle okazało się, że ten STRASZNY szum przestaje być widoczny na wydruku. Obecnie nie zawracam sobie nim głowy, nawet wtyczki Noiseware przestałem używać, polegając tylko na delikatnym odszumianiu w Lightroomie.

Na zakończenie

Czy warto było zmieniać D200 na D300s? Tak, było warto. Z perspektywy czasu widzę, że to była korzystna zamiana i chociaż D200 nadal "robi zdjęcia", to częściej w plecaku lub torbie ląduje jego następca. W tandemie z D700 sprawdza się wyśmienicie. Zauważyłem nawet, że "utarł się" pewien zwyczaj - gdy planuję sesję portretową lub kreatywnie wykorzystującą głębię ostrości, zabieram D700. Jeśli wybieram się na ptaszki czy robaczki, w rękę wpada D300s. Każdy z nich ma zatem swoje zastosowania, a jedyny minus to... gabaryty obu lustrzanek. Starzeję się chyba...