poniedziałek, 29 lipca 2013

[S] Gorąco

Ostatnie dni dały nam do wiwatu - nie wiem, jak Wy, ale ja wolę, jak jest za zimno, niż za gorąco. Ma to swoje proste uzasadnienie - gdy jest za zimno, zawsze można jeszcze się czymś opatulić czy rozgrzać gorącą herbatą z miodem. Upał daje dużo węższe pole manewru...

Ale żeby nie było, że zamknąłem się w klimatyzowanym pokoju i na świat nie wychodzę, prezentuję plon ostatniej BARDZO upalnej soboty. Zdjęcia kosztowały mnie sporo zdrowia i natychmiastową wizytę pod prysznicem po powrocie - na szczęście przynajmniej w trakcie ich robienia nie kąsały komary. Mam nadzieję, że dla każdego znajdzie się coś miłego - i dla amatorów ośmionogich pająków, i dla wielbicieli pszczółek, i dla zakochanych w kwiatach.

środa, 24 lipca 2013

[K] Zielony robocik

Za duży, by używać jako telefon, za mały, by wygodnie korzystać z ekranowej klawiatury. Błyszczący ekran, odbijający białą koszulkę, w której siedzisz, i tragiczny akumulator wystarczający w porywach na 6 godzin pracy. Po co komuś takie urządzenie? A jednak ludzie pieniędzmi głosują za popularnością tabletów, zwłaszcza tych "napędzanych" za pomocą systemu Android (stąd tytułowy zielony robocik). Koniec końców i ja skusiłem się na to ustrojstwo.

Uzasadnienie

Powód pierwszy - zawodowy. Jako programista powinienem być na bieżąco z nowinkami, więc nie od rzeczy będzie nauka programowania tego typu urządzeń. Tym bardziej, że w międzyczasie (tzn. od czasu, gdy podobne urządzenie miałem pożyczone na kilka dni) pojawił się rozsądny pomysł na testową (ale użyteczną) aplikację. Na razie z braku czasu aplikacja utknęła w fazie prototypu, ale wierzę, że uda się ją dokończyć.

Powód drugi - walory użytkowe. Pomijając błyszczący ekran (wiadomo, szałowo wygląda na reklamach i w spotach reklamowych) i czas działania urządzenia, tablet jest bardzo poręczny. W każdej chwili można go włączyć i np. sprawdzić rozkład jazdy autobusów w internecie, tudzież poczytać sobie jakąś książkę czy rozwiązać sudoku. Wprawdzie jako czytnik książek Kindle jest (moim zdaniem) nie do pobicia, to jednak już jako przeglądarka stron www tablet wygrywa. Dużą zaletą tabletu jest szybkość włączania i wyłączania (czy raczej - usypiania i wybudzania). Pstryk i od razu można działać. Żadnego oczekiwania na start systemu (oczywiście, jeśli zamiast usypiania zastosujemy fizyczne wyłączenie urządzenia, start trwa już dobrą minutę lub dwie, ale zazwyczaj się tego nie robi).

Powód trzeci - GPS. Można tabletu użyć jako substytutu nawigacji, chociaż chyba specjalizowany nawigator jest sporo lepszy (i bardziej niezawodny). Jednak fotografowie mogą użyć tabletu jako urządzenia do zapisywania... miejsc wykonania zdjęć. Taką informację można później wykorzystać, aby odpowiednio oznaczyć zdjęcia - pisałem o tym w poście Gdzie to było?

Realizacja planów

Jak się można domyślić, najpełniej jest realizowany póki co punkt drugi. Na pierwszy nie ma czasu, na trzeci jeszcze nie było okazji (no dobrze, była w niedzielę, ale jakoś nie pomyślałem...) Za to do Siostry trafiło zlecenie na uszycie wygodnego futerału, żebym nie miał oporów przed wrzuceniem tabletu do plecaka. Gdyby udało się zrealizować dwa pozostałe punkty, niechybnie dam znać!

niedziela, 21 lipca 2013

[S] Warto!

Rzadko robię wypady fotograficzne w niedzielny poranek - zwykle wybieram poranek sobotni. I tym razem byłoby podobnie, jednak akurat w sobotę pogoda uparła się zasnuć niebo chmurami, zatem przesunęliśmy z Krzyśkiem termin o dobę. I dobrze zrobiliśmy. W nocy temperatura nieco spadła, co przyniosło nam dwie korzyści: mgłę oraz możliwość założenia długiego rękawa i długich spodni jako ochrony przed komarami.

Terenem wypadowym były okolice Mostu Lecha w Poznaniu. Okolica malownicza, jednak pod warunkiem, że albo będzie się dokładnie kadrowało, usuwając poza zakres widoczności aparatu wszelkie oznaki cywilizacji, albo się je po prostu uwieczni. Komin elektrociepłowni w Karolinie, Górażdże Cement, Most Lecha, oczyszczalnia ścieków, a do tego słupy linii wysokiego napięcia... Dla chętnych mimo to pozostaje całkiem wiele obiektów do sfotografowania - dzisiaj brzeg Warty powitał nas mnóstwem pajęczyn:

Coś mnie podkusiło, żeby zejść nisko, nad brzeg i sfotografować górujący nad okolicą budynek Górażdże Cement. Na śliskiej, rozmokłej ziemi nogi mi się jednak rozjechały i zrobiłem prawie szpagat, przy którym świeczki stanęły mi w oczach. Ci, którzy wiedzą, jak zakończył się w czwartek mój drugi występ w meczu, mogą docenić, że jednak wytrzymałem i zdjęcie zrobiłem:

Nasyciwszy się fotograficznie po jednej stronie, przeszliśmy pod Mostem Lecha na jego stronę drugą, co pozwoliło mi wysforować się do przodu i uwiecznić Krzyśka, targającego statyw:

Niestety, nie udało mi się tutaj wyszukać zbyt wielu ciekawych ujęć krajobrazowych, zatem przymocowałem obiektyw makro i zagłębiłem się w świat szczegółów:

Niestety, słońce dość szybko nabrało wysokości i mocy, budząc do życia całe chmary komarów. Mimo że wysmarowałem się specyfikiem odstraszającym, niecnie pokąsały mnie na dłoni i szyi (o dziwo, Krzyśka jakoś omijały). "Smyrające" ranki szybko zniechęcają do dalszych zdjęć, więc powoli zebraliśmy zabawki i wróciliśmy do domu na śniadanie. Ale i tak było... Warto!

piątek, 12 lipca 2013

Mecz

Gdy naiwnie zgadzałem się kilka dni wcześniej na rozegranie meczu piłki nożnej, nie przeczuwałem niczego złego. Chodziło przecież przede wszystkim o nieco ruchu i poznanie kolegów z nowej pracy. Fakt ich wielomiesięcznej czy wręcz wieloletniej wprawy w kopaniu piłki odsunąłem gładko na dalszy plan - w końcu w tym roku sporo biegałem, więc kondycja jako taka jest, wielkie mi rzeczy!

Wiem, że osoby znające mnie osobiście mogą w tym momencie opluć się ze śmiechu pitą właśnie herbatą lub zachłysnąć kawałkiem spożywanego paluszka słonego marki Lajkonik. No, ale co poradzić, do wczoraj myślałem, że nie będzie tak źle. Dobre pół godziny przed meczem zapakowałem się do wiernego auta i pojechałem na tereny WTKKF. Ewidentnie nie byłem tego dnia dobry w prognozowaniu przyszłości, bo zamiast spodziewanych korków miałem wręcz puste ulice i dodatkowo "zieloną falę", nic zatem dziwnego, że na miejsce dotarłem kwadrans przed rozpoczęciem spotkania.

Nic to jednak, należało przecież przeprowadzić rozgrzewkę, do czego przystąpiłem z takim animuszem, że po dziesięciu minutach musiałem odpocząć. To powinno wzbudzić moją czujność i ostrzec, że może jednak nie będzie tak różowo, jak wydawało się jeszcze rano. Zignorowałem jednak te objawy, dzięki czemu możecie czytać dalszą część tego posta.

Początek nie był zły. Zostałem przydzielony do jednej z pięcioosobowych drużyn. Jeszcze nie mam doświadczenia, ale według słów kolegów, mniejsza liczba graczy oznacza katastrofę kondycyjną. W świetle dalszych wypadków śmiem twierdzić, że składy powinny być sześcio- albo nawet siedmioosobowe. Pozycja bramkarza w naszej drużynie była obsadzona, więc wystąpiłem jako normalny gracz. Kilka podań później wiedziałem już, że przez dziesięć lat niekopania piłki kompletnie straciłem wyczucie siły i precyzji. Dodatkowo lekki deszczyk, padający przez kilkanaście minut nieco zwilżył sztuczną nawierzchnię boiska, dostarczając nam niesamowitych wrażeń przy co gwałtowniejszych manewrach (zwłaszcza blisko krawędzi sąsiadującej z drzewami). O dziwo, nie przewróciłem się ani razu, za to ze trzy razy mocno "przegiąłem" plecy, utrzymując równowagę - sam nie wiem, co gorsze.

Po dwudziestu minutach wiedziałem już na pewno, że powiedzieć o mojej kondycji "mizerna", to prawić jej fałszywe komplementy. W slangu piłkarskim jest takie powiedzenie, jak "oddychać rękawami" i możecie mi wierzyć, że oddychałem nawet nogawkami! Zmęczenie wpłynęło też naturalnie na moje zdolności rozgrywająco-strzeleckie, sprowadzając je nawet nie do zera, ale nurkując głęboko w odmęty beznadziejności. Po godzinie zapytałem kolegów, czy są przewidywane przerwy, bo nie miałem już siły nawet chodzić (a chodzić musiałem, bo czułem taką... POTRZEBĘ). Okazało się, że przerwa, nie zważajac na sensowność swojej nazwy, zaczyna się tuż po zakończeniu meczu...

Jednak nie wszystko wyglądało tak tragicznie, miałem też i moment chwały, gdy dość przypadkowo kopnięta przeze mnie piłka kompletnie zmyliła wysuniętego bramkarza przeciwników i - jak mawiają profesjonalni komentatorzy - zatrzepotała w siatce. Pociecha to jednak niewielka, bo w tym momencie moja drużyna już przegrywała pięcioma golami.

Po półtorej godziny gry organizm ostatecznie skapitulował. Prawa łydka doświadczyła najpierw lekkiego, a później mocnego skurczu, co wyeliminowało mnie z meczu. Jako że chciałem w jednym kawałku wrócić samochodem do domu, nie forsowałem nogi, tylko rozciąganiem i masażem doprowadziłem ją do w miarę normalnej pracy. Wprawdzie dotarcie do samochodu, stojącego opodal na parkingu, było wyzwaniem samym w sobie, ale jakoś dałem radę. Na szczęście miałem koszulkę na zmianę, bo tę z grzbietu dałoby się wyżymać.

Do Swarzędza dotarłem, jednak już wydobycie się zza kierownicy stanowiło spory problem. Musiałem pomagać sobie rękami, wystawiając zesztywniałe i bolące nogi na zewnątrz, jakbym w nich nie miał czucia. Cała operacja wyglądała dość osobliwie, a przechodzące obok młode małżeństwo z synkiem prawie się poprzewracało, patrząc zbaraniałym wzrokiem na moje wysiłki. Najgorsze jednak miało dopiero nadejść.

Po gorącym prysznicu (ponoć pomaga na walkę z kwasem mlekowym w mięśniach) usiadłem jeszcze przed komputerem, by opłacić rachunki i wysłać pocztę. Powiadam Wam, że nie było łatwo wstać zza biurka. Dokuśtykałem jednak do łóżka, gdzie pragnąłem znaleźć ukojenie. I rzeczywiście, zrazu było całkiem miło, lecz po kwadransie nie wiedziałem, jak się ułożyć, żeby móc zasnąć. Gdy się to w końcu udało, po pierwszej w nocy obudziła mnie pilna konieczność zajrzenia do łazienki. Oooo! Nie wiedziałem, że w piętach też są jakieś mięśnie, które mogą boleć! Ledwo dobrnąłem...

Rano nie było dużo lepiej. Potężne zakwasy utrudniały nie tylko ubieranie się, schodzenie i wchodzenie po schodach, ale nawet siedzenie w pracy przy biurku (siedzisz, człowieku, godzinę, po czym próbujesz się ruszyć i już wiesz, że rwanie zęba bez znieczulenia jest tylko o jedną działkę dalej na skali bólu). Koledzy stwierdzili optymistycznie, że mam cały tydzień na powrót do formy - bo za tydzień kolejny mecz...

Kto grał w młodości w piłkę na podwórku, zna pewnie sposób wyboru drużyn. Dwaj kapitanowie dobierają na przemian ze stojących kopaczy, siłą rzeczy najpierw wybierając najlepszych, potem słabszych, a na końcu tych, których najchętniej nikt nie chciałby w swojej drużynie. Obawiam się, że moje wyczyny póki co skazują mnie na rolę tych ostatnich nieboraków...

Może jednak pozostać tylko przy fotografii?

Oczywiście, to nie ja - wrzucam ilustrację z meczu zespołu Juna-Trans ze Starych Oborzysk, żeby trzymać piłkarski klimat.

piątek, 5 lipca 2013

Jedna noc

Prawie, prawie jak kwiat paproci - spóźnił się o włos! Mowa o kaktusie echinopsis subdenudata, który ponad miesiąc temu najpierw wypuścił małą, włochatą kępkę, żeby po trzydziestu dniach z okładem zaprezentować wielki i pierwszorzędnej urody kwiat. Rzecz w tym, że ten kaktus kwitnie w nocy, a praktyka pokazała, że kwiat utrzymuje się niecałą dobę. Można zatem powiedzieć, że miałem niezłego farta, budząc się przed czwartą rano i zaglądając za firankę. Inaczej widziałbym już tylko zwiędły kikutek...

Zapraszam do obejrzenia wzrostu kwiatka "w pigułce":

27 maja

20 czerwca

22 czerwca

23 czerwca

24 czerwca

24 czerwca

25 czerwca

25 czerwca

środa, 3 lipca 2013

[R] Swarzędzkie dni

Ledwo zdążyłem wyczyścić kartę pamięci w aparacie po wizycie na Jarmarku Świętojańskim w Poznaniu, a już słuchałem występu Andrzeja Grabowskiego na Dniach Swarzędza. W międzyczasie pogoda nieco się pogorszyła - chmury zakryły słońce, a w zastępstwie pojawił się dość silny i chłodny wiatr. Swarzędzan jednak to nie przestraszyło i frekwencja była całkiem spora (zwłaszcza jeśli brać pod uwagę, że do występu gwiazdy wieczoru, zespołu "Perfect", pozostały całe godziny).
Andrzej Grabowski

W porównaniu do Dni Swarzędza sprzed roku, przybyło zabaw dla dzieci - były karuzele, kręcąca się góra-dół łódź (czy cokolwiek to było), salon grozy i salon śmiechu, dwie trampoliny, rodeo, kule na wodzie, kucyki. Stragany na pierwszy i drugi rzut oka podobne, rozmieszczenie stołów i sceny takoż. Trochę bardziej restrykcyjna była ochrona wpuszczająca na teren przed sceną, musiałem otworzyć torbę i pokazać, że nie wnoszę niczego niebezpiecznego.

Po Andrzeju Grabowskim miała nastąpić (według planu) przysięga członkowska Bractwa Kurkowego, jednak niespodziewanie dał się słyszeć głos... Zenona Laskowika. Zdziwiło mnie to, ponieważ kto jak kto, ale taki gość powinien być wymieniony w programie imprezy! Na scenie jednak stał listonosz w bandażu na głowie i testował znajomość starego Swarzędza wśród mieszkańców. Jakie było moje zdziwienie (i zapewne nie tylko moje), gdy po zdemaskowaniu (czyli zdjęciu bandaża przez ochotniczkę spośród publiki) okazało się, że na scenie stoi nie Zenon Laskowik, ale Paweł Kuleszewicz z Kabareciku na Woźnej! Złudzenie słuchowe było niesamowite! Nie wiem tylko, czy sam artysta zachwycił się reakcją publiczności, czyli... rozczarowaniem. Niemniej, na pewno występ odniósł zamierzony cel i większość widzów została bardzo sprawnie wyprowadzona w pole. Przy okazji bardzo dziękuję Panu Mariuszowi Kwaśniewskiemu za zdradzenie tożsamości tego sprawnego imitatora.
Mariusz Kwaśniewski i Paweł Kuleszewicz

Wkrótce jednak do występu zaczęła przygotowywać się swarzędzka grupa bordello a'capello. Przyznam, że nie słyszałem o niej wcześniej, mimo że Pan Mariusz Kwaśniewski wspominał o obecności jej utworu na liście przebojów Radia Merkury. Gdy już cała potrzebna aparatura została dostrojona, a muzycy chwycili za instrumenty i zagrali, odczułem to do głębi, gdyż stojąc tuż przed sceną zostałem wprost zbombardowany niskimi tonami. Trzeba przyznać, że muzyka całkiem fajna i gdyby nie nadmierna ilość decybeli, pewnie postałbym pod sceną dłużej.
Maciej Żuk Żebrowski

Michał Klimaszewski

Michał Wejman

Tomek Balbina Maćkowiak

Michał Ruksza

Tymczasem jednak trzeba było powoli wracać do domu - dlatego w tej niepełnej relacji brak zdjęć z koncertu Farben Lehre oraz Perfect - na pewno jednak znajdziecie odpowiednie relacje w sieci, bowiem te zespoły, jako bardziej popularne, z pewnością zostały dokładnie obfotografowane ze wszystkich stron.

A przy wyjściu z terenu imprezy (lub przy wejściu - zależ w którą stronę się szło)...