sobota, 30 listopada 2013

[R] Koncert, na którym warto było być

Ostatni dzień listopada 2013 roku był specjalny ze względu na koncert Hanny Banaszak, który odbył się w Swarzędzu. Wpisuje się on w cykl koncertów, organizowanych od kilku lat przez Panią burmistrz Annę Tomicką. Osobiście byłem na występach Michała Bajora, Edyty Geppert, a także - w zeszłym roku - Grzegorza Turnaua. I tym razem postanowiłem się wybrać, bo co tu dużo mówić - artyści znani i uznani, no i jest okazja do podszkolenia się z reportażu koncertowego.

Tym razem jednak okazało się, że z reportażu będą nici, ponieważ podczas koncertu obowiązywał zakaz fotografowania. Cóż było robić - skoro nie można, to nie można. Dlatego z samego koncertu zdjęć nie ma - te, które są, zostały wykonane już po zakończonym koncercie, podczas wręczania kwiatów i ostatniej, pożegnalnej piosenki. Mam nadzieję, że będzie mi to wybaczone...

Ale mniejsza o zdjęcia - sam koncert był świetny! Naprawdę się nie spodziewałem, że muzyka będzie aż tak porywająca! Zaczęło się niby to niewinnie i dość spokojnie, ale potem zaczęły widzów (a przynajmniej mnie) rozgrzewać dźwięki samby, następnie zabrzmiał bardzo lubiany przeze mnie utwór wykonywany przez Marka Grechutę: "Serce". Tu już zacząłem (podświadomie) się bujać i wybijać nogą rytm. Dopiero jednak utwór Chucka Mangione z filmu "Sanchez i jego dzieci" naprawdę "zadziałał" - aż się buzia śmiała do tego, co muzycy wyprawiali na scenie. Hanna Banaszak świetnie wykonała partię... trąbki, ale solowy popis dał także pianista, Piotr Kałużny. Przez cały koncert doskonale spisywał się Leszek Ranz, grający na basie, zastrzeżeń nie można mieć też do sekcji perkusyjnej, czyli Andrzeja Mazurka i Krzysztofa Przybyłowicza. Naprawdę cały zespół grał świetnie, co w połączeniu ze śpiewem wokalistki złożyło się na bardzo udany występ. Ja nie mam żadnych zastrzeżeń i sądząc z reakcji, reszta publiczności też była bardzo zadowolona.

czwartek, 28 listopada 2013

Fufu

Jeszcze przed rozpakowaniem paczki z X20 wiedziałem mniej więcej, czego się spodziewać. Podczas warsztatów miałem w końcu okazję przetestować starszego brata, X10, który - jak wówczas napisałem - nie zachwycił mnie. Otwarte pozostawało pytanie, czy X20 okaże się dużo lepszy od poprzednika i zatrze niezbyt dobre wrażenie? Niewątpliwie będzie miał na to więcej czasu niż godzina nerwowego biegania i rozpaczliwe próby zrobienia ciekawych zdjęć nieznanym sprzętem.

Pierwsze wrażenia

Co zwróciło moją uwagę po wyjęciu aparatu z pudełka, to jego wygląd. Testowany wcześniej X10 był cały czarny, X20 mam w wersji srebrnej, która wygląda dużo szykowniej. Naprawdę przyjemnie go wziąć do ręki i choćby potrzymać, nie mówiąc już o robieniu zdjęć. Jednak pierwsza rzecz, którą należy wykonać, jest dużo bardziej prozaiczna - należy po prostu naładować akumulator. Według producenta wystarcza on na zrobienie ok. 270 zdjęć, czyli jest to wartość zbliżona do Canona S95. Czy tak będzie w praktyce, zobaczymy.

Przywoławszy Canona S95 na szybko porównam go choćby zewnętrznie do aparatu Fujifilm. Przede wszystkim X20 jest większy i mniej kompaktowy, do czego walnie przykładają się kółka nastaw i obiektyw, dość mocno wystający z obudowy. O ile Canona dało się włożyć nawet do kieszeni spodni, to Fufu pomieści dopiero kieszeń kurtki. Także pod względem masy Canon wygrywa - jest prawie dwa razy lżejszy od "konkurenta". Na tym jednak kończą się przewagi mniejszego kompaktu - pod względem obsługi i możliwości X20 zostawia go w tyle. Mnie najbardziej podoba się mechaniczny pierścień do ustawiania ogniskowej (organicznie wręcz nie cierpię znanej z większości kompaktów "dźwigienki").

X20 ma jeszcze jedną zaletę - sprawia wrażenie bardzo trwałego i odpornego. Duża zasługa w tym metalowej obudowy i związanego z tym sporego ciężaru. Do tego w zestawie otrzymałem skórzany pokrowiec, przykręcany do gwintu statywowego. Również on wprowadza pewien "snobistyczny" smaczek, którym można się nacieszyć przez chwilę.

Włączamy

Po naładowaniu trzeba aparat włączyć, co w przypadku X20 początkowo nastręcza kłopotów. Podobnie jak X10, włącznikiem jest... pierścień zmiany ogniskowej na obiektywie! Z podobnym rozwiązaniem dotychczas się nie spotkałem i pamiętam, że pracując z X10 musiałem obejrzeć go dokładnie ze wszystkich stron, zanim znalazłem ten oryginalny włącznik. Z testów innych użytkowników wyczytałem, że czasem włączanie nie zawsze działa - zobaczymy, czy w przypadku mojego egzemplarza też tak będzie. Zaraz po uruchomieniu aparatu trzeba wybrać język oraz ustawić wewnętrzny zegar, w moim przypadku doszła jeszcze wędrówka po menu w poszukiwaniu opcji wyłączenia jakichkolwiek dźwięków (w końcu ma to być aparat dyskretny!)

Na szybko

Pierwsze zdjęcia i jeden filmik zrobiłem jeszcze będąc w pracy. Pierwsze wrażenie było takie, że dużo łatwiej kadruje się i ostrzy za pomocą ekraniku na tylnej ściance niż przez lunetkowy wizjer. W tym drugim przypadku musiałem pokręcić kółkiem ustawiania dioptriażu, żeby w ogóle cokolwiek sensownego zobaczyć, a i tak obraz wydaje mi się dziwnie zniekształcony i mało czytelny.

Podczas pierwszych kilkunastu minut z X20 miałem wrażenie, że aparat WSZYSTKO poza ostrością i ogniskową stara się ustawić za mnie - nawet program był ustawiony na P, czyli automat. Niekoniecznie jest to wada, bo w końcu użytkownik chciałby od razu robić ładne zdjęcia, tak po prostu, jednak będę musiał nad ustawieniami posiedzieć.

Potwierdziło się jednak wrażenie, które odniosłem na warsztatach używając X10 - menu jest dużo bardziej rozbudowane niż w Canonie S95 i żeby dokopać się do jakiejś konkretnej opcji, trzeba się sporo naszukać. To przejdzie z czasem, gdy już człowiek się "opatrzy", jednak na początku czuję się zagubiony.

Strzały kontrolne

Nie byłbym sobą, gdybym nie pokusił się o porównanie jakości zdjęć między moimi aparatami. Głównym zadaniem X20 było pokonanie Canona S95 - oba te aparaty mają bowiem przed sobą trudne zadanie fotografowania W CISZY z jak najlepszą jakością. Chodzi przede wszystkim o niezwracanie uwagi na fotografującego, a przez to zachowanie naturalności utrwalanej sceny. Lustrzanki są tu zdecydowanie zbyt inwazyjne - nie dość, że czarne, wielkie i przyciągające uwagę, to jeszcze okropnie głośne. Spójrzmy zatem, jak podobną scenę naświetliły X20 i S95, najpierw na ISO100, a później na ISO1600 (które wydaje się maksimum do wykorzystania w Fufu):

X20 nie wypada źle - na tle S95 jest dobrze, a do tego testy wykazały, że dużo więcej informacji można "wyciągnąć" z plików RAW, gdyby zaszła taka potrzeba (S95 ma także RAWy, ale pod względem możliwości edycji niespecjalnie odbiegają one od plików JPG).

Bardzo duża różnica między X20 a S95 zachodzi podczas kadrowania i ostrzenia. Dzięki pierścieniowi zmiany ogniskowej można błyskawicznie przybliżyć lub oddalić fotografowany kadr, co w przypadku "dźwigienki" Canona jest często mocno frustrujące i wolne. Działanie nastawiania ostrości w X20 jest bardzo dobre, tutaj Canona nie ma nawet co porównywać - ileż świetnych, sytuacyjnych zdjęć nie udało mi się zrobić przez "błądzący" autofokus z S95! Oczywiście w X20 też nie jest idealnie, zwłaszcza w słabszym żarowym oświetleniu, ale tutaj gubią się nawet lustrzanki, więc dużego żalu nie mam.

Zdjęcia zbliżeniowe

Opisywany aparat ma też możliwość wykonywania zdjęć makro (i "super-makro"). Oczywiście, jak w przypadku chyba wszystkich kompaktów, funkcja ta jest częściowo tylko marketingowym bełkotem, bo dostępne w trybie (zwłaszcza tym "super") makro odległości ostrzenia z góry wykluczają fotografowanie żywych okazów fauny. No, może żuczka czy nieruchomego pająka da się sfotografować, ale o pszczołach czy motylach można zapomnieć - soczewka obiektywu znajduje się wtedy w odległości ok. 1cm od fotografowanego obiektu. Przykładowe zdjęcie wykonane z maksymalnym powiększeniem (można używać tylko najszerszej ogniskowej):

Gorące podsumowanie

Muszę powiedzieć, że na razie jeszcze czekam na pełnię zadowolenia z nowego aparatu. Jest nieźle i liczę, że po poznaniu obsługi będzie jeszcze lepiej. Na pewno potencjał istnieje i chociaż jakością obrazu daleko X20 do XPro1 lub XE2, a tym z kolei do współczesnych lustrzanek, to czuję, że zdobyłem pewien stopień pośredni między Nikonami a S95, łączący małe gabaryty i dyskrecję kompaktu z niezłą jakością obrazu.

czwartek, 21 listopada 2013

[R] Całkiem fajne aparaty

W ostatnią środę miałem okazję wziąć udział w warsztatach Fujifilm X - Spotkanie z Mistrzem, które odbyło się w poznańskim Concordia Design. Były to pierwsze warsztaty fotograficzne, w których uczestniczyłem i nie do końca wiedziałem, co mnie czeka. Program spotkania był podzielony na dwie części - w pierwszej o swojej pracy opowiadali Tomasz Lazar, Filip Ćwik i Alex Lambrechts, w drugiej uczestnicy mogli "wyżyć się" fotograficznie w przygotowanych studiach. Pierwsza część była bardzo interesująca, zwłaszcza wystąpienie Aleksa Lambrechtsa - spory entuzjazm, którym fotograf chciał się podzielić, zniwelował wrażenie zbyt długiej prezentacji (co wynikało z obecności tłumacza).

W drugiej części uczestników podzielono na trzy grupy, każda otrzymała swojego "patrona", jednego z Mistrzów. Grupy rozeszły się do swoich modelek i rozpoczęło się wielkie fotografowanie, które zawodowców pewnie przyprawiłoby o ból głowy. Ja trafiłem do grupy Filipa Ćwika i w sumie (jako totalny amator) pstrykałem tak, jak inni - po prostu okrążając modelkę to z jednej, to z drugiej strony, szukając jakiegoś ciekawego kadru. Filip jednak po pewnym czasie obserwowania naszych bojaźliwych poczynań zirytował się (pozytywnie) i wytłumaczył nam, o co chodzi w sesjach z modelkami. Przyznam, że na mnie podziałało to pozytywnie (w sensie zdobycia wiedzy), ale efektów wielkich raczej nie było, ze względu na wrodzoną nieśmiałość...

Oczywiście, każdy mógł w dowolnej chwili przejść do innego studia i fotografować pozostałe modelki, co kilka razy uskuteczniłem, aczkolwiek z umiarkowanie dobrymi skutkami. Każda modelka była inaczej wystylizowana: scenka u Filipa nazwana została "Turecki pokój", Alex opiekował się typową sesją glamour, zaś Tomaszowi przypadła scenka "kulinarna", czyli modelka w kuchni. Wszystkie ciekawe i z wszystkich dało się wynieść świetne zdjęcia.

Firma Fujifilm nie ograniczyła się tylko do prezentacji i warsztatów, dała też możliwość wypróbowania swoich wyrobów. Niestety, z uwagi na dużą liczbę uczestników (na oko pewnie 50 osób!), były niewielkie szanse wypożyczenia najlepszych modeli. Mnie udało się porwać w łapki X-10, czyli chyba najsłabszy z dostępnych aparatów. Powiem tak: gdybym mógł przetestować wersje X-Pro1 lub X-E2, może przekonałbym się do wymiany lustrzanki i kilku obiektywów na takie właśnie maleństwo. X-10 mnie do tego nie przekonał - na pewno między innymi dlatego, że miałem podobny aparat pierwszy raz w życiu w rękach i nie potrafiłem ustawić wszystkiego, co chciałem. Nie powiodła się próba odnalezienia zapisu zdjęć do RAW (aparat oczywiście ma taką funkcję, lecz "zakopaną" gdzieś w menu), często też obraz w lunetce gubił się (tzn. nic nie było widać przez sekundę lub dwie po podniesieniu do oka). Niespecjalnie dobrze działało kółko korekcji ekspozycji, ale być może winny był tryb fotografowania (EXR). Mimo tych wszystkich problemów, podobało mi się. Nie kupiłbym modelu X-10, ale gdyby mnie było stać i gdybym mógł popracować choćby dzień lub dwa X-Pro1 lub X-E2, taki mały, zgrabny aparat mógłby odesłać obie moje lustrzanki na długie wakacje do plecaka. Od dawna marzę o czymś małym, dyskretnym i CICHYM, co dawałoby świetny obrazek i seria "iksów" Fuji wydaje się te nadzieje spełniać. Tym bardziej żałuję, że nie mogłem potestować wyższych modeli...

Jeśli ktoś ma dostęp do Facebooka, to może obejrzeć relację samego organizatora. Ja uznaję te warsztaty za wartościowe doświadczenie i firmie Fuji udało się zasiać w moim sercu ziarno pożądania - ech, taki miły, mały, fajny aparacik!...

Dobra, dość gadania, czas pokazać kilka ujęć, wykonanych podczas warsztatów. Najpierw część "reporterska", a potem kilka kadrów, które udało się popełnić fotografując modelki.

Tutaj widzimy Filipa Ćwika (niebieska bluza), który stoi załamany naszym pstrykaniem "zwykłych fotek":

Alex Lambrechts tłumaczy sposoby wykorzystywania małych aparatów w sesjach z modelkami:

Moje prace:

I bonus - widok z okna naszego studio na rozkopaną Kaponierę i Zamek:

środa, 20 listopada 2013

Z archiwum K - "Diagonal"

Nie wiem, czy każdy, ale wielu fotografów przechodzi przez "fazę makro". Zaczyna się ona w większości wypadków od inspiracji czyjąś fotografią przedstawiającą albo owada, albo roślinkę, albo ciekawą abstrakcję z życia codziennego. "Zarażony" makrofobią zaczyna próbować swoich sił, jednak efekty zwykle zmuszają, by wgłębić się w temat. W ten sposób przeznacza się fundusze na zakup soczewki makro, pierścieni pośrednich lub wręcz specjalnego obiektywu. Jeśli bakcyl złapie z pełną siłą, dochodzą do tego statyw, lampa, blenda i zestaw różnych (czasem zabawnych) akcesoriów w rodzaju uchwytów, spryskiwaczy, sznurków czy drucików, ułatwiających fotografowanie.

Zdjęcie, które prezentuję poniżej, powstało nie tylko jako jedno z moich pierwszych zdjęć "makro", ale w ogóle jedno z pierwszych zdjęć - pożyczonym Nikonem D50, uzbrojonym w "kitowy" obiektyw 18-55. Miałem urlop i do upadłego biegałem po ogródku, próbując zrobić zdjęcie WSZYSTKIEGO, co się pod obiektyw nawinęło. Dość szybko odkryłem biegające i latające owady, za punkt honoru stawiając sobie zrobienie takiemu żyjątku superzdjęcia. Efekty były - nie da się ukryć - mizerne. Większość zdjęć robiłem w trybie automatycznym, stąd np. prezentowany przykład ma ustawione ISO 400, mimo fotografowania w pełnym słońcu dość statycznego modela. Jednocześnie było to jednak jedno z tych zdjęć, które okrutnie mi się wówczas podobało, bo koniec końców nie jest złe, nawet patrząc z dzisiejszej perspektywy:

W oryginale zdjęcie wyglądało troszkę gorzej, a nieudolna obróbka w Paint Shop Pro niewiele mu pomogła (przede wszystkim dodałem zupełnie beznadziejną, szeroką, półprzezroczystą ramkę, której nie widać poniżej, ale musicie mi wierzyć na słowo). Brakowało kolorów, światła na kwiatkach wydawały się całkiem wypalone, a kadr było mocno centralny:

I tak to się zaczęło - mam na myśli pasję makro, która trwała później dłuższą chwilę, a i dziś lubię czasem kucnąć na łące obok jakiejś roślinki i przez obiektyw podziwiać maleństwa, budzące się do życia...

niedziela, 17 listopada 2013

Domowe fotografowanie

Rzadko ostatnio wychodzę z domu na fotograficzne sesje, a że pokusa robienia zdjęć jest duża, postanowiłem urządzić domowe fotografowanie makro. W końcu odpowiedni sprzęt jest, można więc przysiąść fałdów i wymyślić ciekawy temat, po czym go zrealizować, nie wyściubiając nosa za drzwi.

Jest kilka wyzwań, z którymi można się zmierzyć w domowych pieleszach:

  • makrozagadki - czyli fotografujemy ogólnie znane rzeczy w ciekawym ujęciu lub dużym powiększeniu, dzięki czemu stają się czymś nowym i tajemniczym
  • abstrakcje - korzystając z możliwości dużych powiększeń, tworzymy abstrakcyjne obrazy, bardziej podobne do grafik niż zdjęć
  • kropelki i dym - nieśmiertelne tematy, do których można wracać wielokrotnie; sesje są niepowtarzalne i nie sposób się nudzić
  • testy sprzętu - czyli sprawdzamy, jak się zachowuje sprzęt do fotografii makro, robiąc zdjęcia jakichś trywialnych tematów (monety, zapałki), na których jednak dobrze widać skalę powiększenia (bo każdy wie, jaki naprawdę mają rozmiar); w ten sposób można testować wielkość powiększenia, rodzaj oświetlenia, mocowania itp.; czasem rzeczywiście warto takie próby przeprowadzić, chociaż lepiej połączyć je z którymś z wcześniejszych punktów

Tym razem postawiłem na makrozagadki - chciałem stworzyć obrazy niejednoznaczne, które zmuszą widza do uruchomienia wyobraźni. Czy się udało, możecie ocenić poniżej (na końcu posta podaję, co jest na którym zdjęciu dla bardziej niecierpliwych, ale myślę, że warto najpierw samodzielnie spróbować rozszyfrować poszczególne kadry):

Rozwiązanie:

  1. siatka ochronna głośnika
  2. sprężyna
  3. zaślepka od obiektywu
  4. płyta CD
  5. kasztan
  6. bąbelki powietrza na truskawce w kompocie
  7. jabłko
  8. pestka dyni
  9. inna pestka dyni
  10. ponownie płyta CD