czwartek, 30 stycznia 2014

Wyzwanie 77, cz. 1

Wszyscy wiedzą, że aby być w dobrym w czymś, należy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Aleksander Głowacki, zwany gdzieniegdzie Bolesławem Prusem, robił notatki nawet na spacerach, aby rozwijać giętkość słowa. Henri Cartier-Bresson zawsze chadzał z aparatem i korzystał z każdej okazji, by zrobić zdjęcie. W podręcznikach plastyki i muzyki zwraca się uwagę na potrzebę ustawicznego, codziennego ćwiczenia umiejętności. Wziąłem sobie w końcu to wszystko do serca i postanowiłem każdego dnia robić choć jedno zdjęcie (bo czasem nawet przez tydzień nie ma jakoś okazji...) Przy czym, rzecz jasna, nie chodzi tylko o naciśnięcie spustu, żeby na karcie pamięci pojawił się plik. Chodzi o odszukanie choćby minimalnie interesującego kadru, który może stać się ciekawą fotografią. Na początek, na próbę - tytułowe "Wyzwanie 77", czyli 7 zdjęć w 7 dni. Zobaczymy, jak się to powiedzie. Kadr z dzisiaj wygląda następująco:

Ze względów praktycznych większość pojawiających się tu zdjęć będzie pochodziła bezpośrednio z aparatu (pomniejszona i zaopatrzona w ramkę), bo po pierwsze nie mam możliwości obróbki, a po drugie - niech to będzie też test, czy potrafię obyć się bez Lightrooma oraz Photoshopa.

środa, 29 stycznia 2014

[K] Pożegnanie z Operą

Kiedy w sierpniu pisałem o nowej wersji przeglądarki Opera, miałem cichą nadzieję, że w ciągu najwyżej kilku miesięcy nadrobi ona braki funkcjonalne, przede wszystkim jeśli chodzi o zarządzanie zakładkami ("Ulubionymi") oraz czytnik RSS. Mamy obecnie końcówkę stycznia i pora przyjrzeć się, czy coś się zmieniło.

Rozwój

Niewątpliwie obecnie nowa Opera jest znacznie dojrzalszą przeglądarką niż wersja 15 z sierpnia 2013 roku. Polepszyła się stabilność, dodano obsługę "skórek", a w fazie eksperymentalnej pojawił się pasek zakładek. Coś się zatem dzieje i nie można powiedzieć, że nic nie dostajemy w kolejnych wersjach. Czy to wystarcza?

Opery używam już bardzo długo i generalnie jestem znany jako jej gorący zwolennik. Od zawsze podobała mi się jej "inność", elegancja i pewna "elitarność". Przeżyłem już kilka "rewolucji", które wiązały się np. ze zmianą mechanizmów renderujących. Internet Explorera używało się tylko tam, gdzie inne przeglądarki były ignorowane (czyli służbowo, w intranecie), Firefox bardzo szybko mnie do siebie zniechęcił pamięciożernością i powolnością (no i koniecznością częstych restartów). Przez chwilę równolegle z Operą używałem Chrome'a, a obecnie w domu zainstalowany jest oparty na silniku Chromium Comodo Dragon, używany zamiennie z Operą w wersji 12.16.

Źle się dzieje...

Coraz częściej irytowały mnie pojawiające się to tu, to tam informacje, że moja przeglądarka nie jest wspierana (jaskółką była strona http://www.deviantart.com, o czym pisałem już poprzednio). Czarę goryczy przelało Google - panel zarządzania blogiem zaczął od pewnego momentu generować komunikat, że Opera nie jest już w pełni wspierana, a od kilku dni "częstowany" jestem okienkami dialogowymi z informacjami o błędach. I chociaż panel Blogspota zdaje się jeszcze działać, to ciągle zamykając uciążliwe okienka nie da się pracować...

Dodając do tego obrazu kilka kolejnych witryn, uporczywie pokazujących błędy lub niepoprawnie wyświetlających treść oraz - używanego sporadycznie - Facebooka, potrafiącego w ogóle "zamknąć" Operę bez ostrzeżenia, doszedłem do wniosku, że nie ma sensu dalej męczyć się ze starą wersją, czekając aż zespół deweloperów umieści w wersji nowej tak kluczowe (dla mnie) elementy jak zakładki czy czytnik RSS. Tym samym z żalem rezygnuję z Opery.

Co w zamian?

Zacząłem rozglądać się po rynku przeglądarek internetowych w poszukiwaniu produktu, który obecnie najlepiej będzie spełniał moje wymagania. Założeniem koniecznym była możliwość importu do nowego programu całego zbioru zakładek i listy subskrybowanych kanałów RSS, obsługa gestów, blokowanie reklam, strona typu speed dial oraz narzędzie deweloperskie do analizy kodu HTML/JavaScript.

Jeszcze w sierpniu sądziłem, że gdyby przyszło mi rezygnować z Opery, przejdę po prostu na Comodo Dragon. Niestety, od tego czasu na jaw wyszło kilka niedogodności związanych z tą przeglądarką i dodatkami do niej, w związku z czym chwilowo zarzuciłem próby. Google'owego Chrome'a trochę się obawiam, bo ciągle mam wrażenie, że bardzo dużo rzeczy dzieje się w nim "za plecami" użytkownika (np. zbieranie informacji i wykorzystywanie ich do prezentowania treści), poza tym przeglądarka ta bywa wyjątkowo nachalna, proponując przy każdej okazji a to zakładanie konta u Google'a, a to jakieś google'owe nowości, które "poprawiają świat".

Po aktualizacji Windows 8 przyjrzałem się nowemu Internet Explorerowi - w końcu trzeba mu czasem dać szansę, prawda? Nic z tego jednak... Sama przeglądarka nie jest zła - oferuje zarówno zakładki, jak i czytnik RSS (aczkolwiek artykuły prezentowane są w nim nieco paskudnie, jak na mój gust). Nie ma, niestety, gestów, zaś baza dodatków jest mizerna (jedyny sensowny dodatek z gestami wymaga instalacji osobnego programiku). Ponoć najnowsze wersje Explorera są dużo bezpieczniejsze nie tylko od legendarnie "dziurawej" wersji 6, ale też od innych przeglądarek na rynku - nie sprawdzałem, jednak wydaje mi się, że nie jest aż tak różowo.

Sprawdziłem nawet najnowsze wydanie przeniesionej z MacOSa przeglądarkę Safari. Owszem, ma ładne renderowane czcionki i w ogóle prezentuje się całkiem przyjemnie, jednak podczas półgodzinnego testu trzy razy po prostu się zamknęła z niewiadomych przyczyn. Nie wiem, czy to wina systemu operacyjnego, czy Safari, ale jako użytkownika niewiele mnie to interesuje. Jakoś inne programy się nie zamykają, więc da się.

No i koniec końców chwilowy zwycięzca, czyli Firefox. Używałem tej przeglądarki dobrych kilka lat temu, gdy z kopciuszka stała się pogromcą Internet Explorera, odbierając mu ponad połowę rynku. Z tamtych czasów pamiętam, że podstawowa wersja nie nadawała się w gruncie rzeczy do pracy i trzeba było zainstalować mnóstwo dodatków, aby osiągnąć komfort - każda jednak instalacja wiązała się z koniecznością restartu przeglądarki i coraz powolniejszym jej startem. W efekcie po kilku miesiącach użytkowania Firefox startował baaardzo powoli, po czym raportował, że kilka z dodatków ma nowsze wersje; ich instalacja znów wymagała restartu, całość uruchamiała się jeszcze wolniej, aż człowiek się denerwował i instalował wszystko od początku. Do tego dochodziły problemy z wyciekami pamięci - do dziś pamiętam, że na komputerze z 2GB pamięci Firefox z kilkunastoma zakładkami potrafił zająć prawie 1GB. Nic dziwnego, że szybko zraziłem się do wynalazku Mozilli i pozostałem przy Operze.

Czy obecnie jest lepiej? To się okaże. Chwilowo zadowoliłem się tym, że zainstalowałem "gołą" wersję, a do niej pięć dodatków: gesty myszy, speed dial, manager zakładek z prawdziwego zdarzenia, czytnik RSS i bloker reklam. Bez problemu zaimportowałem zakładki i źródła RSS z Opery, wszystko wygląda ładnie i czytelnie. Program uruchamia się nieco wolniej niż norweska przeglądarka, ale póki co spełnia wszystkie moje oczekiwania, więc dam mu szansę.

Bez powrotu

Przyznam, że na razie nie widzę możliwości powrotu do Opery. Pewnie koniec końców pojawią się w niej funkcjonalności z obecnej wersji 12.16, ale ile można czekać? W moim odczuciu twórcy Opery mocno przesadzili z tempem wprowadzania nowej wersji - to, co jest obecnie, powinno pojawić się w sierpniu jako wersja alfa, zaś we wrześniu powinna pojawić się wersja, która funkcjonalnie nie ustępowałaby wersji 12.16, dodając nowe elementy, będące pochodną wykorzystania silnika Chromium. Według gemiusRanking w ciągu roku popularność Opery nie tylko nie wzrosła, ale wręcz spadła (porównując początek roku 2013 i 2014), zarówno w Polsce, jak i na świecie. Podobnie na stronie W3Schools widać trend spadkowy (porównując rok 2013 z 2012), choć w samym roku 2013 popularność była miarę stała. Ze statystyk tych wynika także, że obecnie zdecydowanie Chrome dzieli i rządzi, zdobywając popularność kosztem Internet Explorera i Firefoksa. Mam nadzieję, że nie doprowadzi to do powstania monopolu, z jakim mieliśmy do czynienia dziesięć lat temu, gdy dominował Internet Explorer.

czwartek, 23 stycznia 2014

Tradycyjna prostota, cz. 3

Gdy odebrałem wywołane dwie pierwsze klisze okazało się, że ta z Vilii nie nadaje się do niczego - większość klatek prześwietlona. Coś chyba jest ze szczelnością posiadanego egzemplarza aparatu. Drugiej (z F801) na razie nie poddawałem skanowaniu w punkcie usługowym - postanowiłem wypróbować znaleziony na forum sposób, polegający na sfotografowaniu poszczególnych klatek filmu za pomocą lustrzanki (cyfrowej) i obiektywu makro. Okazało się, że nie jest to zadanie tak łatwe, jak się początkowo spodziewałem.

Trochę majsterkowania

Pierwszym problemem było zamocowanie filmu w ten sposób, by móc za nim uzyskać dobre podświetlenie. Po kilku próbach postanowiłem zbudować odpowiedni przyrząd (choć to za dużo powiedziane), żeby maksymalnie ułatwić sobie zadanie. Wspomniany "przyrząd" to po prostu tekturowe pudło, nakładane na obiektyw, z zamocowaną na końcu tekturką, która obejmuje z obu stron film (mogący się z pewnym luzem przesuwać). Aby zabezpieczyć powierzchnię błony, od wewnątrz przymocowałem do tekturki bawełnianą tkaninę ze starej koszulki, dzięki czemu uniknąłem kontaktu filmu z chropowatym papierem. Całość, już zamocowana na aparacie, wygląda tak:

Efekty, czyli co na ekranie?

Wyniki przeniesienia zdjęć do domeny cyfrowej wypadły nieco blado. Nie udało się uzyskać ostrości choćby porównywalnej z obrazem cyfrowym (na co nie liczyłem), sporo zdjęć wyszło poruszonych (co akurat nie jest winą medium, po prostu modelka się poruszała). Dodatkowo musiałem opracować sposób na obróbkę sfotografowanego negatywu w Lightroomie - odwrócenie kolorów umożliwiły krzywe, zaś dodatkowo musiałem odbijać każde zdjęcie w poziomie (bo odwrotnie zamocowałem kliszę).

Naokoło

Można sobie zadać pytanie, czy efekt wart jest tych wszystkich zabiegów? Przyznam, że samo doświadczenie fotografowania analogami jest bardzo ciekawe i jeszcze kilka klisz na pewno wypstrykam. Zgodnie jednak z przewidywaniami, nie porzucę cyfry na rzecz analoga, przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości. Wydaje mi się, że bez zabawy w ciemni to jednak nie TO. Jeśli nie robi się wszystkiego samemu, ucieka gdzieś cały urok - co z tego, że mam wywołany film, jeśli nie mogę z niego zrobić odbitek? Oczywiście, nie jest to do końca prawda, bo przecież w tym samym zakładzie, który klisze wywołał, mogę zamówić i odbitki. Ale tak naprawdę wyglądać będzie to tak, że miły pan zeskanuje film, zrobi z niego zwykłe JPGi, a te wywoła identycznie z JPGami, które mogę dostarczyć z X20. Fotografowanie filmu lustrzanką w celu "cyfryzacji" jest równie... hm... żałosne? A zakładów wywołujących tradycyjnie, czyli z wykorzystaniem powiększalnika, papieru światłoczułego i kuwetek jest na lekarstwo...

Tak to obecnie widzę - dopóki nie będę mógł zorganizować w domu małej ciemni i samemu ślęczeć nad zdjęciami (a na to się nie zanosi), analog będzie zaledwie ciekawostką, takim sobie eksperymentem...

środa, 22 stycznia 2014

Lód i trochę śniegu

Nie chciała zima przyjść, nie chciała, aż w końcu w tym tygodniu się przełamała i trochę wyjrzała zza krzaków. Fotograficznie bardzo lubię zimę, jednak jako kierowca - niekoniecznie. A ostatnie cztery dni to ciągła walka z zamarzającym deszczem (jakby nie mógł po prostu spaść śnieg i już). Efekty? Proszę bardzo:

No cóż, dzisiaj w nocy mają przyjść pierwsze poważne mrozy. Czekamy.

wtorek, 21 stycznia 2014

Blisko, jeszcze bliżej

Kiedyś już pokazywałem, na co stać swarzędzkich kierowców. O ile jednak wówczas właściciel mercedesa zaparkował blisko muru, to tym razem kierowca nissana lekko "przyblokował" stojący na parkingu bus. Naprawdę robi się ciasno!

niedziela, 19 stycznia 2014

[S] Szaro przez dzień cały

Korzystając z faktu, że miałem dwie "wypstrykane" klisze, postanowiłem zawieźć je do wywołania, żeby przekonać się, co w ogóle wychodzi z mojego "analogowego" eksperymentu. Zamiast jednak - jak było pierwotnie w planach - szybko podjechać do centrum, oddać filmy i wrócić, zachęcony mgłą zostawiłem auto przy Moście Św. Rocha i przespacerowałem się, uwieczniając otulającą wszystko mgłę. Lubię taką pogodę, zwłaszcza w mieście, przede wszystkim z powodów maskujących. Poznań jest w gruncie rzeczy niespecjalnie ładny, a władze i mieszkańcy nie za bardzo chcą to zmienić, więc mglisty dzień daje możliwość ukrycia brudnych podwórek, zamalowanych sprayem ścian, pękających tynków, dziurawych chodników... Na szczęście nie wszystko jest paskudne i w taką zamgloną sobotę można kilka ciekawych kadrów utrwalić.

Jako bonus sprayowy sprzeciw dotyczący nieodpowiedzialnych właścicieli psów:

środa, 15 stycznia 2014

Tradycyjna prostota, cz. 2

W części pierwszej wspominałem, że może uda mi się zdobyć do testów Nikona F801 (oznaczanego w USA symbolem N8008). Słowo stało się ciałem i wczoraj miałem okazję po raz pierwszy zetknąć się z tym szacownym modelem analogowym. Od właściciela "na zachętę" dostałem też worek filmów, prawdopodobnie przeterminowanych, ale w końcu to eksperymenty, prawda? Na zdjęciu poniżej widoczny aparat z założonym obiektywem Nikkor 85/1.8D.

Wrażenia

Aparat jest duży i ciężki, bo to półprofesjonalna lustrzanka z czasów, gdy się na materiałach nie oszczędzało tak jak dzisiaj. Przy F801 Vilia to nic nie ważąca wydmuszka, chociaż z kolei D700 jest cięższy (i sprawia wrażenie bardziej zwartego, pękatego). Nie sposób uniknąć porównań do D700, bo obie konstrukcje to lustrzanki małoobrazkowe tego samego producenta, choć dzieli je prawie ćwierć wieku.

Wizjer w obu aparatach jest porównywalnej wielkości, choć przez ten w F801 patrzy się jakby wygodniej i widać lepiej - takie jest moje subiektywne wrażenie. Starsza konstrukcja jest niższa, przez co w mojej ręce leży gorzej niż D700 - mały palec z trudem znajduje oparcie. Jeszcze jeden minus F801 to brak gumy czy jakiejkolwiek chropowatości na uchwycie. Jest on zupełnie gładki, przez co do trzymania trzeba użyć więcej siły, no i przykładać więcej uwagi, by aparat nie wyśliznął się z dłoni.

Przygotowania do pracy

Aparat zasilany jest "paluszkami", a że takowe już były załadowane, można było od razu przystąpić do montowania obiektywu i pierwszych prób "na sucho". Pod rękę nawinęła się Sigma 24-70/2.8, więc to ona jako pierwsza została zamocowana. Krótka chwila na włączenie, zbliżenie aparatu do oka, naciskamy spust i... Tam do licha! Narzekałem, że lustrzanki są głośne, prawda? Ale F801 po prostu HAŁASUJE. Jest to aparat mocno już zautomatyzowany, więc i film przesuwany jest silniczkiem, i silniczkiem napędzany jest obiektyw podczas ostrzenia. Oba silniczki są bardzo głośne. Do tego dochodzi odgłos migawki - również głośny (głośniejszy niż w D700), ale przynajmniej... piękny! Taki właśnie odgłos niegdyś kojarzył mi się z profesjonalnym fotografowaniem - bardzo podobny dźwięk wykorzystał Jean Michel Jarre w utworze "Souvenir Of China".

Klik, klik

Kilka pstryków zrobiłem bez kliszy, ale w końcu nie po to się ma aparat, by się kurzył i zdjęć nie robił. Wybrałem Kodaka 400TX i przystąpiłem do ładowania kasetki. Czynność przebiegła błyskawicznie - wystarczy umieścić film w odpowiednim miejscu, dociągnąć kliszę do czerwonej kropki, namalowanej wewnątrz i... zamknąć obudowę, po czym nacisnąć spust migawki. Aparat samoczynnie nawinie film, zresetuje licznik klatek i przejdzie w tryb gotowości do robienia zdjęć.

Teoretycznie F801 powinien odczytać z kodu filmu odpowiednie ISO i je ustawić, jednak w moim przypadku zamiast 400 odczytał 200, przez co pierwsze wykonane zdjęcia będą sporo prześwietlone, bo dopiero po nich naszła mnie chęć naciskania wszystkich przycisków w body, co ujawniło złe nastawy (dopisek z 18.01.2014 - po doczytaniu w instrukcji okazało się, że aby aparat poprawnie rozpoznawał kody DX na filmach, trzeba odpowiednio ustawić opcję ISO; rzeczywiście, po tej korekcie ISO zostało odczytane poprawnie). A przycisków inżynierowie Nikona umieścili całkiem sporo - jest wybór trybu pracy (priorytet przysłony, czasu, automat i pełny ręczny), wybór sposobu ostrzenia, pomiaru światła, blokowania ekspozycji i ostrości, podgląd głębi ostrości i kilka innych, których działania jeszcze nie znam. W związku z tym, zdjęcia robi się praktycznie tak samo, jak D700 z tą różnicą, że nie można podejrzeć podglądu oraz skasować nieudanego ujęcia. Podobieństwo jest na tyle duże, że przy pierwszych zdjęciach kciuk lewej dłoni odruchowo szukał przycisku wyświetlającego podgląd.

Obiektywy

Martwiłem się nieco, że posiadane obiektywy nie będą chciały w pełni współpracować z F801. Na razie przetestowałem N85/1.8D i S24-70/2.8 - oba działają w pełni, tzn. działa autofocus oraz można zmieniać przysłonę. Podpiąłem też - z ciekawości - N50/1.4G, mój ulubiony obiektyw lustrzankowy i zdjęcia da się robić, jednak po pierwsze nie można ustawiać przysłony w trybie priorytetu przysłony (tylko w automatycznym), a po drugie nie działa autofocus (co nie dziwi, bo obiektywy serii G mają własne silniki, czego F801 po prostu nie wykorzystuje).

Przy okazji omawiania współpracy z obiektywami napiszę kilka słów o pracy automatycznego ostrzenia, bo w przypadku F801 była to nowość na rynku lustrzanek. Według opinii znalezionych w sieci autofocus działa wolno i beznadziejnie, ale z tym się nie zgodzę. Może nie jest super celny, tzn. czasem trzeba dwa albo trzy razy "przymierzyć", jednak do prędkości nie mam zastrzeżeń. Przy podłączonej Sigmie silnik AF prawie wyrywa aparat z ręki i zmiana ostrzenia z dali na bliż jest błyskawiczna. Na pewno (bo sprawdziłem) jest szybsza niż przy wykorzystaniu D700! Wprawdzie D700 ostrzy pewniej (trafia częściej), ale przy prędkości F801 można w tym samym czasie wyostrzyć dwukrotnie i również trafić. Jak dla mnie AF jest w pełni używalny.

Eksperyment trwa

Przyznam, że w przypadku F801 "posmak analoga" jest dużo mniej intensywny niż przy Vilii czy Kievie. Aparat w obsłudze nie różni się zasadniczo od współczesnych aparatów cyfrowych. Jest autofocus, jest pomiar światła (matrycowy i ważony), są programy automatyczne, uwzględnianie ISO filmu przy doborze parametrów, podgląd głębi ostrości. Do tego dochodzi automatyczny przesuw filmu i duży, jasny wizjer... Czy wpisuje się to w ideę mojego eksperymentu? Czyż nie chodziło w nim o zmianę podejścia? Hm.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Tradycyjna prostota, cz. 1

We wcześniejszym wpisie wspomniałem o podjętej próbie wejścia na chwilę w świat analogowej fotografii. Dzisiaj czas na konkrety, czyli co, jak, czym i kiedy - no, może "kiedy" to nie do końca.

Baza

Dotarły wreszcie zamówione klisze (w liczbie czterech pudełek - Ilford Delta 400 i Pan 100 oraz Kodak 400TX i Fujifilm 100 Acros). Po rozpakowaniu na pierwszy ogień poszedł Fujifilm, trafiając do niecierpliwie czekającej Vilii. Po drobnych problemach - ustaleniu orientacji kasetki i wciśnięciu "języczka" filmu do odpowiedniej szczeliny w rolce - aparat został komisyjnie zamknięty i oklejony wzdłuż szczelin czarną taśmą izolacyjną. Ten ostatni zabieg wykonałem w obawie o przepuszczanie światła - Vilia nie jest bardzo dokładnie spasowana, więc strzeżonego...

Aparaty

Jak napisałem wyżej, pierwsze zdjęcia robię za pomocą Vilii. Od Krzyśka podczas ostatniego wypadu pożyczyłem trzydziestoletniego Kieva 4, bardzo przyjemny aparat dalmierzowy i to za jego pomocą chciałem wypstrykać pierwszą kliszę. Niestety, po odkryciu sposobu otwarcia kasety okazało się, że wewnątrz brakuje rolki do nawijania filmu, więc nie sposób było nawet zamontować kliszy, nie wspominając o fotografowaniu. Wielka szkoda, bo strasznie mi się ten aparat spodobał "fizycznie" i może kiedyś, gdyby udało się tę nieszczęsną rolkę zdobyć, jeszcze jakieś zdjęcia uda mi się nim zrobić - postaram się wtedy przytoczyć dość ciekawą historię pochodzenia Kieva.

Spekulacyjnie powiem jeszcze, że być może niedługo będę miał też okazję wypróbować Nikona F801, czyli wyprodukowaną w 1988 roku lustrzankę analogową z "mojego" systemu. Na podstawie opisów w sieci wiem, że jest to już duży skok w stronę ułatwień dla użytkownika - automatyczne przewijanie filmu, elektroniczny licznik zdjęć, wbudowany światłomierz. Oczywiście najwięcej obiecuję sobie po możliwości zastosowania części mojej "szklarni" (choć niestety, nie całej, bo nie do końca z F801 współpracują najnowsze szkła z serii G, nie posiadające pierścienia przysłony).

Mała komplikacja

Pierwsze zdjęcia już są utrwalone w Vilii. Wspomniana w śródtytule komplikacja wynika z bardzo prostej konstrukcji radzieckiego aparatu - o ile ręczne ustawienie przysłony jest banalne, ręczne ostrzenie za pomocą skali odległości trochę mniej, to ustalenie czasu naświetlania staje się sporym wyzwaniem, który można rozwiązać zasadniczo na cztery sposoby:

  • zastosować mało precyzyjne wskazówki, jak na stronie Fotografowanie aparatami tradycyjnymi
  • zastosować tabelę parametrów ekspozycji, taką jak zamieszczona poniżej
  • kupić zewnętrzny światłomierz
  • wykorzystać cyfrowy aparat do zmierzenia warunków ekspozycji

Póki co, wykorzystywałem aparat cyfrowy, ustawiając w nim takie same parametry, jak w Vilii (przysłona f/4, ISO100). Na tej podstawie mogłem szacować czas, zobaczymy tylko, czy to coś da.

Pierwsze koty za płoty

O ile zupełnie pierwsze zdjęcia zrobiłem w domu, na spokojnie, to w ostatnią sobotę, w związku z wizytą w serwisie samochodowym, miałem okazję pochodzić po Suchym Lesie i wypstrykać tam kilkanaście kadrów. Jak wrażenia? Na pewno było inaczej niż przy fotografowaniu aparatem cyfrowym. Wprawdzie nie myślałem o kosztach każdej klatki, ale niewątpliwie zdjęcia robiłem zdecydowanie rzadziej i z większym namysłem. Myślę, że decydowała o tym pracochłonność całej operacji. Trzeba było wygrzebywać z kieszeni X20, mierzyć nim światło, wygrzebywać z drugiej kieszeni Vilię, ustawiać w niej odpowiednie parametry, naciągnąć film i dopiero nacisnąć spust.

Nieco frustrująca była ilość rzeczy do sprawdzenia przed wykonaniem zdjęcia. Pomijam już pomiar światła za pomocą X20, ale sama Vilia nie ułatwiała sprawy. Jest to aparat już nieco sfatygowany, stąd luzy na niemal wszystkich ruchomych częściach, a największe na pierścieniach obiektywu i dźwigni sterującej przysłoną. Przy każdym wyjęciu z kieszeni trzeba było pieczołowicie sprawdzić WSZYSTKIE nastawy i dopiero robić zdjęcie. Oczywiście, uświadomiłem to sobie dopiero po pstryknięciu pięciu czy sześciu zdjęć, gdy okazało się, że przysłona przestawiła się sama z f/4 na f/8, co zapewne poskutkuje pięknymi, czarnymi kadrami... Najśmieszniejsze, że w Vilii trzeba też pilnować... dekielka na obiektywie, bo ma ona zupełnie niezależny celownik lunetkowy, który inaczej niż w lustrzankach, wcale nie pokazuje tego, co zostanie zarejestrowane. Zdjęcie z założonym dekielkiem również udało mi się zrobić...

Postępy

Obecnie dotarłem do zdjęcia nr 25 (mniej więcej, bo licznik w Vilii nie do końca chyba działa). Jeszcze pewnie kilka pstryków i trzeba będzie oddać film do wywołania. A co potem? Robić odbitki? Skanować? Fotografować negatyw obiektywem makro?... Cóż, jeszcze nie wiem - mam tylko ciągle nadzieję, że COŚ z tych moich prób wyjdzie i nie uzyskam tylko w całości prześwietlonego filmu, który nada się tylko do zrobienia z niego zakładki do książki!

niedziela, 12 stycznia 2014

[O] Against Gravity - Oblicza fotografii

Pod choinką znalazłem fantastyczny prezent - kolekcję filmów "Oblicza fotografii", sygnowaną marką Planete. Jest to cykl pięciu filmów dokumentalnych:

  • Fotograf wojenny
  • Nowojorska ulica w obiektywie
  • Bert Stern. Prawdziwy Madman
  • Anton Corbijn. Na wylot
  • Dziennik z podróży

Poświęcając czas przeznaczony na sen, obejrzałem wszystkie z zapartym tchem. Trudno wskazać najlepszą część - każda z nich w nieco odmienny sposób przedstawia fotografię i postacie fotografów. Wydaje się, że najbardziej zapada w pamięć "Fotograf wojenny", będący ukazaniem wieloletniej reporterskiej pracy Jamesa Nachtweya. Przyznam bez bicia, że nie byłbym w stanie pracować w takich jak on warunkach i robić tego typu zdjęć. Zetknięcie się oko w oko z wielkimi, wojennymi (i nie tylko) nieszczęściami wymaga niesamowitej odporności... Zdjęcia Nachtweya mają w sobie to "coś", tę siłę, która przykuwa uwagę.

Film pokazuje nie tylko migawki z frontu i wywiady, ale także pracę fotografa przy wyborze odpowiednich kadrów i korekty nanoszone na odbitki (przyciemnianie nieba, wydobywanie istotnych szczegółów itp.) - myślę, że to ciekawa informacja dla osób trwających na stanowisku, że zrobienie dobrej fotografii kończy się w momencie naduszenia spustu migawki.

Filmy poświęcone Bertowi Sternowi i Antonowi Corbijnowi są bardziej osobiste i pokazują nie tylko pracę tych dwóch fotografów, ale także przedstawiają ich życie osobiste i wpływ, jaki wywiera na nie pasja tworzenia fotografii. W obu przypadkach nie jest to obraz mocno budujący... O ile jednak historia Sterna jakoś niespecjalnie mnie przejęła, a on sam nie wywarł sympatycznego wrażenia, to z Corbijnem sprawa się ma wprost przeciwnie. Wysoki, lekko zgarbiony samotnik z niewesołym dzieciństwem i swoją wielką miłością do muzyki oraz - oczywiście - fotografii. Skupiony na swej pracy i w całości jej oddany. Może i nie odniósł takiego sukcesu komercyjnego, jak Stern, ale przynajmniej się nie zagubił jako człowiek. Bardzo ciekawy film.

"Nowojorska ulica..." jest jedyną pozycją, która obejmuje sylwetki wielu fotografów. Są to:

  • Vladimir 'Boogie' Milivojevich
  • Bruce Davidson
  • Bruce Gilden
  • Clayton Patterson
  • Elliott Erwitt
  • Jamel Shabazz
  • Jeff Mermelstein
  • Jill Freedman
  • Joel Meyerowitz
  • Luc Sante
  • Martha Cooper
  • Mary Ellen Mark
  • Max Kozloff
  • Rebecca Lepkoff
  • Ricky Powell

Film jest podzielony na kilka części tematycznych, gdzie na zadany temat (np. bezpieczeństwo fotografii ulicznej) wypowiadają się różni fotografowie. Ciekawe jest, jak różne podejście do samego sposobu robienia zdjęć mają poszczególni bohaterowie: Martha Cooper z dużą lustrzanką pyta ludzi o zgodę na fotografowanie, Boogie chodzi z małym dalmierzem i robi zdjęcia dyskretnie, zaś Bruce Gilden biega po ulicach Nowego Jorku i trzaska ludziom znienacka zdjęcia z użyciem lampy błyskowej. Jedni fotografują głównie ludzi, inni - architekturę, jeszcze inni - ciekawe sytuacje, grę świateł, geometryczne kształty... Naprawdę widać pasję i zaangażowanie każdego z nich.

Mnie osobiście od fotografii ulicznej odstrasza właśnie robienie zdjęć zupełnie obcym ludziom, którzy - jak sobie wyobrażam - w większości wypadków nie byliby z tego faktu zadowoleni. Zdziwiłem się niezmiernie, gdy jeden z bohaterów filmu wysnuł tezę, że w latach siedemdziesiątych było ryzykowne robienie zdjęć "z zaskoczenia", a obecnie ludzie są tak przyzwyczajeni do wszędobylskiej fotografii, że nawet nie reagują. Wygląda na to, że jesteśmy w Polsce 40 lat w tyle za Amerykanami, bo jakoś nie wyobrażam sobie fotografa wczesnym wieczorem na uliczkach Jeżyc lub Łazarza, robiącego zdjęcia napotkanym osobom... No, chyba że mieszka tam od urodzenia.

Na koniec zostawiłem sobie perełkę, czyli "Dziennik z podróży" Piotra Stasika, który jest opowieścią o młodym fotografie, Michale Gonickim, który odbywa podróż po kraju z Tadeuszem Rolke. Podczas podróży obaj wykonują fotograficzne portrety zwykłych ludzi. Jest to najkrótszy z prezentowanych filmów, jednak w niczym ten fakt nie przeszkadza. Jest to też jedyny film "fabularyzowany", czyli obserwujemy pewną historię: na początku zakup aparatu dla adepta, potem przygotowanie samochodu-ciemni, podróż i związane z nią przygody, a następnie powrót do codzienności. Z tego filmu zapamiętam przynajmniej jedną ważną rzecz, którą Tadeusz Rolke starał się wpoić młodemu Michałowi. Chodzi o szacunek do własnej pracy - Rolke zabrania Michałowi podpisywania i przekazywania ludziom zdjęć nieudanych, z których sami - jako ich autorzy - nie jesteśmy do końca zadowoleni. Podstawą jest dołożenie wszelkich starań, by fotografia była jak najlepsza zarówno w treści, jak i w formie (stąd dbałość np. o równe marginesy). W dzisiejszych czasach cyfrowego pędu wydaje się to mocno anachroniczne, ale mnie się strasznie rada Rolkego spodobała.

Oglądać?

Szczerze zachęcam. Być może odkryjemy w tych filmach inspirację czy po prostu dostrzeżemy aspekty fotografii, które do tej pory jakoś umykały? Polecam zwłaszcza osobom zafascynowanym współczesną techniką - w ŻADNYM z filmów nie ma mowy ani o aparatach, ani o filmach (no, może zaznaczono, że Anton Corbijn używa ciągle polaroida). Jest mowa o patrzeniu, o wyborze momentów, o sposobach pracy, ale ani słowa o technikaliach. Myślę, że to bardzo dobrze i tym bardziej polecam!

piątek, 10 stycznia 2014

Analog i cyfra

Pod choinkę dostałem komplet 5 bardzo przyjemnych filmów wyprodukowanych przez Planete, dotyczących fotografii i fotografów. Ich obejrzenie "natchnęło" mnie, by zamówić kilka czarno-białych klisz i spróbować sił w tradycyjnym fotografowaniu. W szufladzie leży przecież wiekowa Vilia, a Krzysiek pożyczył mi Kieva 4. Klisze jeszcze podróżują (dziękujemy ci, Poczto Polska), więc może kilka słów na temat tego, czego spodziewam się po "analogowym eksperymencie"?

Analogowy snobizm

W sieci można znaleźć wiele, naprawdę wiele porównań fotografii cyfrowej i analogowej, zwanej też "tradycyjną". W zależności od nastawienia danego autora, wychwalana jest albo jedna, albo druga. Zauważam rosnący trend do gloryfikowania kliszy, zwłaszcza czarno-białej i analogowego średniego formatu, w myśl zasady, że tylko takie połączenie gwarantuje odpowiednio wysoką artystycznie jakość prac, "magię" i nieosiągalną cyfrowo plastykę obrazu. Na forach często pojawiają się udziwnione, nieostre i zaszumione fotografie w odcieniach szarości, z dumą podpisane np. "Ilford PAN 100/135/36". Wszelka dyskusja na ich temat to walka z wiatrakami - dozwolone jest tylko chwalenie (bo przecież to "analog", wizja phawdziwie ahtystyczna, a jak ktoś tego nie widzi, znaczy się - laik, gamoń i nieuk).

Całkiem nieoczekiwanie fotografia analogowa zaczęła, hm, nobilitować i stała się modna. Ktoś, kto robi zdjęcia na kliszy, ani chybi MUSI BYĆ (w opinii zwykłych zjadaczy chleba) "prawdziwym fotografem" i "wybitnym artystą"...

Oczekiwania

Póki co, oczekiwania mam zupełnie skromne. Chciałbym po prostu zobaczyć, czy rzeczywiście fotografowanie aparatem analogowym w jakiś sposób zmienia postrzeganie kadru? Czy rzeczywiście człowiek bardziej zastanawia się, co chce za zdjęcie zrobić? Czy, zachwalana przez niektórych, niespieszność działań i ograniczenia ilości klatek rzeczywiście przekładają się na jakość fotografii? Do tego dochodzi jeszcze, naturalnie, wielka niewiadoma, czyli niemożność natychmiastowego skontrolowania efektów oraz niepewność procesu wywołania (może klisza była zbyt przeterminowana albo zbyt stara chemia?)

Wiem, wiem, czytałem o sugestiach, by sprawdzić sobie te wszystkie rzeczy na "cyfrze": zakleić wizjer, zapchać kartę pamięci tak, by weszło na nią tylko 36 zdjęć, fotografować tylko w formacie JPG, wybierając program "zdjęcia czarno-białe"... Czuję jednak, że nie tylko o to mi chodzi.

Sprawa ma się tak, że przez ostatnie trzy lata fotografowałem lustrzankami cyfrowymi. Wielkimi, ciężkimi, rzucającymi się w oczy, często też z dołączonymi dużymi obiektywami. Ostatnio, dzięki Fuji X20, mogłem spróbować czegoś odmiennego. Spokojnego robienia zdjęć małym, cichym aparatem, mieszczącym się w kieszeni. To daje inne możliwości i pozwala nieco inaczej spojrzeć na cały proces powstawania zdjęcia. Dzięki "maluchowi" mogłem sfotografować ujęcia, które inaczej nie powstałyby (bo np. lustrzanka spłoszyłaby fotografowany obiekt hałasem migawki). Mam nadzieję, że podobnie będzie z eksperymentem analogowym - dzięki niemu zrobię zdjęcia nieosiągalne w obecnej chwili. Nie musi takich zdjęć być dużo, nie muszą być też phawdziwie ahtystyczne...

Poza tym chciałbym troszkę wrócić do przeszłości - w podstawówce chodziłem krótko na kółko fotograficzne, ale więcej tam było wykładów z optyki i zabawy papierem fotograficznym niż rzeczywistego fotografowania. Pamiętam "magię" ciemni, czerwonego światła, zapach odczynników i zabawę z powiększalnikiem. Teraz nie będę się raczej bawił w samodzielne wywoływanie, po prostu nadrobię to, czego wówczas zabrakło - pofotografuję.

Nigdy nie wie się

Raczej nie zostanę zażartym wielbicielem fotografii tradycyjnej, nie sprzedam żadnego z moich cyfrowych aparatów, by poświęcić się fotografowaniu na kliszy 6x6 w jakimś "średnioformatowcu". Nie zamienię łazienki w ciemnię i nie zawalę lodówki workiem z filmami. Jeśli eksperyment się powiedzie, może po prostu od czasu do czasu wypstrykam film albo dwa. Jeśli nie, będę po prostu kilkadziesiąt złotych "w plecy". No, ale właśnie... Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, prawda?

poniedziałek, 6 stycznia 2014

[S] Nowe czasy

Dawno nie miałem okazji do wypadu fotograficznego, więc kiedy Krzysiek zadzwonił z pomysłem porannego obfotografowania tego, co wyrosło obok i na Dworcu Głównym w Poznaniu, bardzo się ucieszyłem. Raz, że można będzie pofotografować w plenerze, dwa - będzie okazja do wypróbowania X20 w warunkach nieco odmiennych niż dotychczasowe. Prognoza zdawała się dopisywać (nocne deszcze, ale lekko mglisty pogodny poranek), więc po siódmej rano byliśmy już w drodze.

Niestety, pogoda nie była łaskawa - na niebie zalegały chmury, więc o wschodzie słońca nie było nawet co marzyć o jakichś efektownych ujęciach. Dopiero grubo po ósmej nad "chlebakiem", jak złośliwie nazywają centrum miejskie mieszkańcy Poznania, pojawiła się złota poświata, by po mniej więcej kwadransie przynieść ot tak, pogodny dzień.

Poznań City Center budzi silne kontrowersje i przez większość moich znajomych jest uznawany za spory przerost formy nad treścią. Do tej pory widziałem go tylko podczas poprzedniej fotowyprawy jeszcze w roku 2012, gdy była dopiero w połowie wybudowana część "chlebakowa". Wówczas wydawało mi się, że może będzie to rzeczywiście coś odważnego i ładnego. Dzisiaj zobaczyłem wybudowane już centrum i jest ono zwyczajnie w mojej opinii paskudne. Kolejna galeria handlowa, wielki moloch obrotu pieniądzem. Wybudowany bez pomysłu i smaku - już Poznań Plaza jest ładniejsze.

City Center przytłacza (przynajmniej mnie) ogromem i zawiłością. Połączone z galerią dworce PKP i PKS po prostu giną wśród mnogości sklepów, barów, butików i salonów. Wiele lat korzystałem z poznańskiego dworca PKP bez uczucia zagubienia. Dzisiaj z Krzyśkiem zaszliśmy na dawniejszy peron 7, będący teraz przystankiem "pestki", po czym próbowaliśmy przedostać się na nowy dworzec. Powiem tak - nie dziwię się, że ochrona używa segway'ów do przemieszczania się. Inaczej musieliby mieć kondycję maratończyków, aby obejść całość... Na pewno przemieszczanie się po dworcu PKP jest kłopotliwe, zwłaszcza gdy taszczy się ze sobą duży bagaż. Wtedy warto DOKŁADNIE wiedzieć, dokąd należy pójść, bo inaczej...

Dobrze, dosyć marudzenia, czas na konstruktywne wnioski. A te są takie, że nie potrafiłem znaleźć sposobu na sfotografowanie w atrakcyjny sposób żadnego fragmentu Poznań City Center. No, może przejście podziemne przy przystanku tramwajowym przed Mostem Dworcowym (notebene też będące solą w oku poznaniaków, którzy nie mogą zrozumieć, dlaczego nie zrobiono po prostu zwykłego, naziemnego przejścia dla pieszych - obecnie trzeba mocno nadkładać drogi i dodatkowo wnosić i znosić bagaże po schodach). Nic dziwnego, że jako uzupełnienie sesji "dworcowej" zamieszczam też kilka zdjęć pobliskiej "Delty".

A jak spisał się X20? Całkiem nieźle, chociaż kilka razy nieco brakowało szerokiego kąta widzenia, więc choć na początku robiłem nim wszystkie zdjęcia, koniec końców zastąpiłem go lustrzanką na statywie. Szkoda, że nie było lepszych warunków - sporo obiecywałem sobie po wykorzystaniu rybiego oka. Nie tym razem...

Na koniec tradycyjny bonus, czyli jeden z nielicznych pieszych:

niedziela, 5 stycznia 2014

Fujifilm X20 - refleksje

Minął już ponad miesiąc, od kiedy sprawdzam w praktyce aparacik Fujifilm X20. Pora na poważniejsze uwagi i wnioski (w poście Fufu opisałem tylko pierwsze wrażenia). Nie skupiałem się na robieniu testów, tylko wykorzystywałem aparat w praktyce, więc nie znajdziecie tutaj żadnych tabelek i wykresów, nie będzie też porównywania obrazków między X20 a np. lustrzanką. Z uwagi na prywatny charakter większości powstałych w tym czasie zdjęć, nie będzie zbyt wielu przykładów, więc musicie wierzyć mi na słowo. Wiele razy będę odwoływał się do cech Canona S95, bo to jedyny aparat kompaktowy, do którego mam dostęp i którego używałem wcześniej, więc mogę porównać jego pracę z opisywanym X20.

Wygoda użycia

Ten element oceniam w X20 dość wysoko, oczywiście biorąc pod uwagę czas na przyzwyczajenie się do sterowania. Tutaj polecam gorąco przeczytanie instrukcji użytkownika - w sposób systematyczny pozwoli to poznać wszystkie, nawet rzadziej używane funkcje.

Aparat jest na pewno poręczniejszy od każdej dostępnej na rynku lustrzanki i na stałe znalazł miejsce w kieszeni mojej kurtki, co zapewnia, że niemal zawsze mam go przy sobie. Przy odrobinie wprawy da się go szybko przygotować do pracy poprzez zdjęcie dekielka połączone z okręceniem pierścienia zooma i już można pstrykać (przynajmniej w teorii, w praktyce czasem zawodzi włączenie aparatu, o czym później). Na pewno ustawianie ogniskowej za pomocą pierścienia zamiast dźwigienki jest dużym plusem aparatu Fujifilm - dzięki temu zmiana ogniskowej jest szybka i pewna.

Przydatne i łatwe w obsłudze jest kółko korekty ekspozycji oraz kółko trybów - oba działają ze sporym oporem (trudno coś przypadkowo przestawić), a jednocześnie pewnie. Pod tym względem gorzej ma się sprawa z poziomym kółkiem z tyłu aparatu, sterującym np. wartością przysłony - tutaj łatwo zmienić nastawy i nawet tego nie zauważyć, dlatego warto zablokować te kółka i okoliczne przyciski za pomocą przycisku MENU/OK.

Zrezygnowałem z używania eleganckiego skórzanego etui, bo po pierwsze zwiększa ono gabaryty urządzenia, po drugie - jego otwieranie jest kłopotliwe (ciężko schodzi z obiektywu), a po trzecie - utrudnia dostęp do klapki akumulatora i karty pamięci (trzeba odkręcać cały pokrowiec, by otworzyć wspomnianą klapkę).

Jakość obrazu

Pod względem jakości obrazu nadal podtrzymuję zdanie, że jest lepiej niż w Canonie S95, jednak gorzej (czasem sporo) niż w lustrzankach. W dobrych warunkach oświetleniowych (możliwość stosowania ISO100) obrazek wygląda bardzo ładnie, zwłaszcza gdy stosujemy format JPG, odszumiany przez aparat. Stosowanie formatu RAW ujawnia w Lightroomie szumy nawet w tak niskiej czułości. W ogóle doszedłem do wniosku, że najlepiej robić (w moim oczywiście przypadku) zdjęcia RAW+JPG, bo w JPG ustawiam sobie symulację filmu Velvia i kolory wychodzą bardzo ładne, a zawsze "w razie czego" można się ratować RAWem.

To "w razie czego" to niestety, automatyczny balans bieli. Szczególnie w świetle żarowym aparat często mocno "zażółcał" ujęcia - oczywiście dało się to obejść przez ręczne ustawienia, jednak gdy się o tym zapomni, to obróbkowo JPGi nie bardzo da się odratować. Dobrym nawykiem jest ustawienie balansu bieli na CUSTOM, po czym sfotografowanie szarej karty. Wówczas zastosowany zostanie balans dla aktualnych warunków oświetleniowych.

W kwestii "wyciągania za uszy" RAWów, czyli ratowania ewidentnie niedoświetlonych czy prześwietlonych ujęć, lepiej sprawdza się odzyskiwanie świateł. Mam wrażenie, że X20 ma dużo, dużo większą tolerancję na prześwietlenia niż Nikon D700. Kiepsko pracuje się za to na cieniach, bo bardzo szybko dochodzimy do mocno zaszumionych ujęć.

Filmowanie

Nie jestem amatorem kręcenia filmów, zwłaszcza za pomocą aparatu fotograficznego, więc jakiejś dużej praktyki nie mam w tej dziedzinie. Nakręciłem kilkanaście krótkich "klipów", większość w rozdzielczości FullHD z prędkością 60 klatek na sekundę. Jakość filmów całkiem niezła (jak na moje oczekiwania), ale kilka razy przy filmie o długości 20-30 sekund otrzymywałem tajemniczy "błąd zapisu", kończący nagrywanie. Problem był związany ze słabą (wolną) kartą pamięci, bo po wymianie na szybszą już się nie pojawia - producent zresztą podaje w oficjalnej specyfikacji, że zaleca do rejestracji filmów karty klasy 10.

Szybka karta zalecana

Początkowo zamontowałem w X20 kartę SanDisk 8GB Class 6. Była ona używana wcześniej w Canonie S95 i nigdy nie sprawiała kłopotów. Jednak już pierwsze dni w X20 pokazały, że coś jest nie tak. Zapis RAWów połączonych z JPG w najwyższej jakości trwał bardzo długo, nawet do 10 sekund (!). Także wchodzenie w tryb podglądu trwało odczuwalną chwilę, przeglądanie zdjęć również przebiegało dość wolno. Dopiero zamontowanie karty Sony SF8UX (również 8GB, ale klasa 10, prędkość odczytu do 94MB/s) znacząco poprawiło komfort pracy, choć i teraz zapis RAWa potrafi trwać 2-3 sekundy. Za to przeglądanie jest bardzo płynne.

Co się nie podoba

Jak na razie największym minusem jest kontrowersyjny sposób włączania/wyłączania aparatu. Często (za często) zdarzało mi się, że aparat nie reagował na włączenie za pomocą pierścienia. Pomagało tylko ponowne wyłączenie i włączenie. Niestety, mam wrażenie (podkreślam - wrażenie), że któregoś dnia po prostu nie uda się aparatu włączyć i konieczna będzie wizyta w serwisie. Wyczytałem na forach użytkowników Fuji, że odpowiedzialny może być za to tryb uśpienia, z którego po prostu aparat wychodzi bardzo, bardzo wolno, ale po wyłączeniu tego trybu aparat nadal ma tendencję do niewłączania się...

Należy również bacznie przyglądać się diodzie sygnalizującej zapis pliku, zwłaszcza przy chęci szybkiej wymiany akumulatora/karty. Rzecz w tym, że przy wolnej karcie pamięci zapis RAW+JPG w dobrej jakości potrafi trwać bardzo długo. Można w tym czasie aparat wyłączyć pierścieniem, jednak zapis nadal trwa - jeśli zdążymy otworzyć klapkę i np. wyjąć akumulator, zapis się nie powiedzie, tzn. ostatnio zapisywane pliki będą uszkodzone. Co gorsza, udało mi się doprowadzić w ten sposób do sytuacji, że nieczytelna stała się cała zawartość karty (raz, ale to o raz za dużo). Zatem, użytkowniku X20, zachowaj czujność!

Naprawdę niezbędny okazuje się dodatkowy akumulator - producent utrzymuje, że na jednym naładowaniu da się zrobić ok. 270 zdjęć z włączonym ekranem i w trybie AUTO. Jest to wariant mocno optymistyczny, ja daję radę na jednym ładowaniu zrobić maksymalnie 150 zdjęć, a przeciętnie ok. 100-120. Nie jest to mało, zwłaszcza że staram się ostatnio mocno ograniczać liczbę "pstryków", jednak dodając do tego kręcenie filmików i okoliczności "wyjazdowe", bez dostępu do ładowarki, robi się już mniej ciekawie. Zakup dodatkowego akumulatora należy zatem zaplanować na samym początku, bo z pewnością zapasowy akumulator jest mniejszy i łatwiejszy do zabrania na wycieczkę niż ładowarka.

Kilka razy przydałaby mi się podczas fotografowania szersza ogniskowa - ekwiwalent 28mm czasem przestaje wystarczać, zwłaszcza przy fotografii turystycznej, gdy chcielibyśmy na jednym zdjęciu zmieścić jakiś gmach. Na drugim końcu zakresu ogniskowych nie odczuwałem braku - ekwiwalent 112mm jest wystarczający w interesujących mnie zastosowaniach. To nie jest aparat do fotografowania ptaków, samolotów lub piłki nożnej.

Zachwalany przez producenta system błyskawicznego automatycznego ustawiania ostrości nie zawsze działa tak, jak przewidują foldery reklamowe. Przy wyłączeniu makro i dla pojedynczego trybu ostrzenia (AF-S) jest nieźle (lepiej niż w Canonie S95). Jednak wystarczy włączyć makro lub przełączyć się na tryb ostrzenia ciągłego, by aparat długo szukał ostrości lub po prostu się gubił. Oczywiście problem jest mniejszy przy dobrym oświetleniu, jednak w sztucznym świetle można się napocić, usiłując "trafić" z ostrością tam, gdzie się chce. Notabene, warto włączyć w menu zarządzania energią pełne korzystanie z zasobów - przyspiesza to działanie autofocusa, jednocześnie żyłując i tak już goniący resztą sił akumulator.

Nie ma aparatu idealnego

To chyba jedyny, mało błyskotliwy wniosek, który mogę wysnuć po miesięcznym używaniu Fujifilm X20. Ostatecznie jednak osobiście bardzo sobie chwalę X20 - w wielu momentach sprawdził się znakomicie i dał mi mnóstwo radości z fotografowania. Jest dyskretny, cichy, ma niezły obiektyw i na pewno wystarczającą jakość, by drukować zdjęcia w formacie 15x21 lub nawet 20x30. Mnie do siebie przekonał i korzystam z niego dużo częściej niż z Canona S95, dzięki czemu np. mogłem wykonać zdjęcia do reportażu Sylwester po polsku. Trzeba mieć tylko świadomość ograniczeń i się na nie godzić.