czwartek, 29 maja 2014

Legenda nie powróciła

Dzisiaj będzie zupełnie niestandardowo, ale nie mogłem się powstrzymać przed napisaniem kilku słów. Chodzi bowiem o najnowszą płytę jednego z moich ulubionych muzyków, czyli Man on the Rocks Mike'a Oldfielda. Krążek ukazał się całkiem niedawno i to w kilku wersjach - najlepiej byłoby chyba nabyć edycję super deluxe, ale...

Od razu muszę się przyznać, że jestem tym typem fana Oldfielda, który woli jego płyty instrumentalne, takie jak The Killing Fields, Voyager, Guitars czy The Songs of the Distant Earth. Oczywiście, śpiewane "Moonlight Shadow" czy "Foreign Affair" są miłymi przerywnikami, ale już płytę Earth Moving odebrałem raczej mocno średnio. Najnowsze dzieło Mike'a wpisuje się właśnie w taki popowo-rockowy schemat, ale wiadomo - na bezrybiu i rak ryba, a dyskografię warto mieć kompletną.

Niniejszy tekst piszę "na gorąco", po kilkukrotnym zaledwie przesłuchaniu całości. Być może jeszcze się przekonam, bo i niesławny Millenium Bell zdarza mi się włączyć, więc do wszystkiego da się przyzwyczaić. Obecnie jednak jestem zawiedziony. Prawdę mówiąc, gdybym tę płytę dostał bez okładki i opisu, nie zgadłbym, kto jest autorem. Charakterystyczne gitarowe frazy niemal gdzieś zniknęły i choć czasem troszeczkę je słychać, to nie jest TO. Nie mówię, że wszystkie piosenki są beznadziejne, a samą płytę trzeba natychmiast wyrzucić do jeziora, obciążoną dla pewności kamieniem. Nie, to nie jest zła płyta, tylko... nie ma na niej Mike'a Oldfielda.

Od piętnastu lat Brytyjczyk nie potrafi się przełamać twórczo. A to eksperymenty z muzyką taneczną, a to kolejne wariacje Dzwonów rurowych, a to nieco mechaniczne i bezduszne Tr3s Lunas czy Light+Shadow. Przedostatnie Music of the Spheres dawało nadzieję, że coś się jeszcze zmieni na lepsze, a tu taki klops...

Dlatego do zakupów nie bardzo zachęcam. Posłuchać można, więcej nawet - płyta może się podobać, bo część utworów jest całkiem przyjemna. Jednak fani Oldfielda (w tym ja) czekali na coś... coś bardziej oldfieldowego. Mike zawsze lubił eksperymentować w dziedzinie dźwięku i instrumentarium, tutaj nie ma nic poza "grzecznymi" piosenkami, które mógłby nagrać każdy średnio zdolny zespół. Mam nadzieję, że to nie jest płyta zamykająca dyskografię Oldfielda i coś na miarę The Songs of the Distant Earth jeszcze się pojawi.

Pisałem wyżej, że jeśli kupować, to wersję super deluxe. A to dlatego, że zawiera ona nie tylko normalny album, ale też drugi krążek z wersjami instrumentalnymi (ma go także wersja deluxe) oraz trzeci krążek z wersjami demo i czwarty z alternatywnymi miksami. Okazuje się, że wersje instrumentalne oraz demo często wypadają lepiej, niż te wybrane płytę "główną". Szkoda, że cena takiego zestawu robi się mocno nieatrakcyjna...

Dopisek z 9 lipca 2014: dużo słuchałem w ciągu ostatniego miesiąca tej płyty i ostatecznie się do niej przekonałem. Podtrzymuję zdanie, że "za mało w niej Oldfielda", ale poza tym świetnie się sprawdza zarówno w samochodzie, jak i przy pracy czy odpoczynku. Taka przyjemna, popowo-rockowa produkcja z ładnymi, wpadającymi w ucho melodiami.

poniedziałek, 26 maja 2014

W majowym ogródku

Uf, a to nas upały przycisnęły w ostatnich dniach - a i dzisiaj ma być raczej cieplej niż zimniej. W taką pogodę nie ma to jak wyjść do ogródka, zamiast wałęsać się po wybetonowanych ulicach. Na szczęście weekend był zaplanowany na wsi, więc udało się nieco odetchnąć.

Jako bonus mały uparciuch, mimo zrzucania ciągle wracający na koc:

piątek, 23 maja 2014

[O] Fotobook

Znani już z warsztatów w Rogalinie oraz przeżywającego kryzys czasopisma Digital Foto Video Ewa Prus i Piotr Dębek przystąpili do nowej ofensywy. Otworzyli sklep internetowy z fotobookami, czyli elektronicznymi książkami o fotografii. Poniżej zamieszczam kilka słów na temat jedynej obecnie pozycji, "Jak kupić statyw?"

Klik, klik

Zakup książki jest banalny, choć można naczekać się na link, gdy płacimy zwykłym przelewem. Niestety, nie da się wykorzystać PayPala ani płatności kartą, co pozwoliłoby się od razu nacieszyć nabytkiem. Piotr jednak daje nadzieję, że pojawią się nowe możliwości w kwestii płacenia.

Gdy już otrzymamy link, możemy pobrać książkę w formacie PDF. Po namyśle stwierdzam, że do chyba najodpowiedniejszy format. Oprogramowanie wyświetlające te pliki jest powszechnie dostępne i darmowe, nie trzeba nawet ograniczać się do Acrobat Readera. Nie da się jednak ukryć, że czytanie takich plików za pomocą np. tabletu jest już nieco mniej wygodne - literki stają się zbyt drobne. Czytamy zatem za pomocą komputera lub... drukujemy (co się jednak trochę kłóci z ideą książki elektronicznej).

Treść

Wielkim specjalistą od statywów może nie jestem, ale kilku w życiu używałem, z różnymi głowicami i sposobami mocowania aparatu. "Przećwiczyłem" różne sposoby regulacji nóg i różne wysokości robocze. Zasadniczo niczego zupełnie nowego w książce Piotra nie znalazłem, ale za to nieco uporządkowałem chaotyczną (przyznam) wiedzę. Książka prowadzi przez wszystkie bodajże meandry wyboru tego "idealnego" statywu. Mamy rozdziały o materiałach, o nogach, o regulacji, o liczbie sekcji, o kolumnach centralnych, o stopkach, głowicach, płytkach szybkiego mocowania. Nie sposób się przyczepić do rzetelności prezentowanych informacji.

Dość szeroko opisane są głowice, w tym typy rzadko spotykane wśród fotograficznej braci, np. głowica gimbalowa czy automatyczna (są to głowice o dość specyficznych zastosowaniach, a przy tym drogie i bardzo drogie). Ciekawy jest rozdział, opisujący testowanie wybranego kompletu statyw+głowica, choć przydatność praktyczna jest dyskusyjna. Trudno znaleźć (przynajmniej w Poznaniu) stacjonarny sklep z odpowiednio szeroką ofertą "trójnogów" i głowic, by można się tam udać i w spokoju przetestować wymarzony zestaw. Zresztą Piotr też o tym pisze i rzeczywiście, chyba metoda zakupu przez internet, przetestowanie w ciągu 10 dni i ewentualne odesłanie pozostanie jedyną drogą do zdobycia odpowiedniego statywu.

Nieco irytują wstawione co kilkanaście stron reklamy warsztatów - ale mnie zawsze denerwują treści reklamowe w zakupionych produktach (np. niemożliwe do ominięcia reklamy na płytach DVD). Myślę, że reklamy wstawione na początku/końcu książki byłyby lepszym pomysłem (choć najlepiej, gdyby ich w ogóle nie było).

I słusznie

Książka wydaje się wyczerpywać temat dla kogoś, kto dopiero stoi przed potrzebą zakupu statywu. Na pewno warto ją przeczytać i wziąć sobie do serca praktyczne rady autora. Co zaś do samego pomysłu na sklep, to oferta fotobooków ma się systematycznie powiększać o nowe pozycje, nie tylko stricte techniczne. Czekam zatem na kolejną książkę!

sobota, 17 maja 2014

E jeden

Podczas warsztatów firmy Fujifilm miałem okazję przetestować duet X-E1 oraz XF-18/2R. Czy może on użytkownika lustrzanek przekonać do przejścia na system X? Czy w ogóle warto sobie nim zaprzątać głowę?

Dzień dobry

Aparat jest bardzo starannie zapakowany w pudełku, wszystko ma swoje miejsce. Znajdziemy tutaj stertę papierów, płytę CD z oprogramowaniem oraz to, co najważniejsze: korpus X-E1, zabezpieczony zaślepką, ładowarkę i akumulator oraz czarny pasek na szyję. Przy wyjmowaniu można nieco zdziwić się sporą masą korpusu, ale w końcu jest zbudowany z metalu, więc swoje ważyć musi.

Obiektyw

Testowany obiektyw to XF-18/2R, co dla matrycy z X-E1 daje kąt widzenia obiektywu 27mm na pełnej klatce. Nie jest to zatem obiektyw dla wielbicieli makro, portretów czy fotografowania ptaków. Jak dla mnie jednak X-E1 jest typowym aparatem do fotografii "ulicznej" oraz "okolicznościowej". W takiej roli dobrze sprawują się obiektywy standardowe i szerokokątne (najlepiej w okolicach 35mm dla pełnej klatki). Zresztą Fujifilm proponuje w tym zakresie największy wybór obiektywów do swoich aparatów. Mamy szerokie 14, potem 18, 23, 27 i 35mm. Do tego dochodzą dwa zoomy, 16-50 i 18-55, więc wszyscy "stritowcy" będą usatysfakcjonowani, szczególnie że większość z tych szkieł jest jasna lub bardzo jasna (23 i 35 mają światło f/1.4!). Testowany XF-18/2R jest w mojej opinii najlepszym połączeniem jakości, ceny i wielkości, oczywiście biorąc pod uwagę zakładane przeze mnie zastosowanie.

Obiektyw jest zapakowany równie pieczołowicie, jak korpus. Oprócz samego szkła otrzymujemy miękki futerał, osłonę (o dość nietypowym kształcie, jednak często spotykanym w systemie X) oraz dekielek. Po wyjęciu z pudełka obiektyw sprawia wrażenie dość delikatnego instrumentu - jest niewielki i lekki.

Uruchamianie

Pierwszy raz spotkałem się z tak długą procedurą doprowadzenia aparatu do stanu używalności. Wszystko przez to, że testowany zestaw miał wgrane dość stare wersje firmware i po włączeniu zasilania namolnie monitował o aktualizację. Co ciekawe, należy osobno zaktualizować korpus, a osobno - obiektyw. Po pobraniu odpowiednich plików trzeba je (pojedynczo) wgrać na pustą kartę pamięci i wykonać odpowiednie kroki podpowiadane przez kreator. Warto aktualizację zrobić od razu, bo czyszczone są wówczas wszelkie ustawienia aparatu.

Zdjęcia, czyli jak, co i po co

Przyznam, że w X-20 nie korzystałem z hybrydowego wizjera - nie dość, że obraz miał dziwne wady optyczne (zniekształcenia i brak ostrości), wynikające zapewne w dużej części z mojej wady wzroku, to jednak nie mogłem przyzwyczaić się do błędu paralaksy. W X-E1 jest inaczej, bo i wizjer jest w pełni elektroniczny. Pokazuje dokładnie to, co zarejestruje matryca i jest już całkiem miłą alternatywą dla ekranu LCD, szczególnie w słoneczny dzień. Niestety, wizjer ma sporą bezwładność i nie oferuje komfortu znanego z wizjerów lustrzankowych, a do tego charakteryzuje się dużą jaskrawością kolorów i podbitym kontrastem.

Na pewno dużą zaletą X-E1 są elementy sterujące. Duże koło czasów oraz położone obok koło korekty ekspozycji i przycisk Fn, domyślnie sterujący ISO w zupełności wystarczają do sprawnej i szybkiej regulacji ustawień. Do tego wizjer/ekran LCD na bieżąco pokazują wpływ ustawień na końcowy obraz - szczególnie jest to przydatne w przypadku korekty ekspozycji. Nie spotkałem dotąd aparatu, w którym ta funkcja działałaby równie dobrze. W lustrzankach zwykle korzystanie z korekty ekspozycji sprowadza się do obserwowania "drabinki" światłomierza i próbnych zdjęciach - tutaj po prostu kręcimy pokrętłem i obserwujemy zdjęcie lub histogram. Żadne próbne "strzały" nie są potrzebne.

Ostrzenie

Każdy, kto przeczytał jakikolwiek test X-E1 wie, że system autofocusa w tym aparacie nie jest zbyt żwawy. W końcu jednym z głównych powodów wypuszczenia X-E2 była poprawa tego aspektu pracy aparatu. Czy rzeczywiście jest tak tragicznie, jak uważają niektórzy? I tak, i nie.

Nie ma co się oszukiwać, że X-E1 błyskawicznie ustawia ostrość. Nie ustawia. Nie nada się do fotografowania ptaków czy sportu (chyba że zawodów szachowych), a i nadążenie za biegającym dzieckiem też może być sporym wyzwaniem. Pewnie, przy pewnej dozie samozaparcia "da się wszystko", mnie chodzi o oczekiwania zwykłego użytkownika, który po prostu chce robić fajne zdjęcia z "kolorami Fuji". Fotografia okolicznościowa i krajobrazowa - jak najbardziej. Ulica? Też zwykle da radę. Ale cudów nie ma i często odnoszę wrażenie, że AF ostrzy wolniej niż w X-20. Pewnie jakiś wpływ na szybkość AF ma sam obiektyw i wersja firmware'u (przeglądając zmiany w oprogramowaniu widziałem wiele poprawek działania AF, zarówno w korpusie, jak i w obiektywie).

Alternatywą dla ostrzenia automatycznego jest ostrzenie ręczne, wspomagane przez tzw. focus peaking. Nie potrafiłem się przekonać do tego rozwiązania w X-20, nie potrafię także w X-E1. Niestety, przy bliskich ujęciach i przysłonie f/2 nie jest prosto trafić z ostrzeniem za pomocą pierścienia i podglądu w wizjerze/na LCD. To już jednak bardziej wina operatora, a nie sprzętu.

Wady

O bezwładności wizjera już pisałem, o AF także, trzecią zaś wadą (dla mnie) jest zbyt płytki uchwyt. Przy sporej wadze zestawu korpus+obiektyw nie pomaga chropowatość w gruncie rzeczy śliskiego materiału uchwytu. Nie przepadam za paskami na szyję, więc czym prędzej przywiązałem do aparatu tasiemkę, którą można założyć na nadgarstek. Na razie nie zdarzyło się, żebym wypuścił sprzęt z dłoni, ale wiadomo - pechowi nie ma co pomagać. Co ciekawe, firma Fujifilm oferuje opcjonalny uchwyt, poprawiający znacznie komfort trzymania aparatu, ale żąda za niego ponad 300zł - moim zdaniem, biorąc pod uwagę ceny aparatów i obiektywów, taki uchwyt powinien być dodawany gratis do każdego X-E1 na takiej samej zasadzie, jak pasek...

Zalety

Niewątpliwie największą zaletą X-E1 jest jakość zdjęć. Duża matryca sprawdza się bardzo dobrze, szumy są niewielkie, a kolory... No cóż, kolory są bardzo, bardzo dobre. To oczywiście subiektywne odczucie, ale mnie się kolory z X-E1 bardzo podobają. Jeśli ktoś nie lubi obrabiać zdjęć i ceni przede wszystkim "surowe" JPGi z aparatu, dobrze zrobi inwestując w aparaty z matrycą X-Trans. Są naprawdę rewelacyjne, choć w ostatnich modelach trochę przesadzono z odszumianiem, co powoduje znikanie najdrobniejszych detali (warto ustawić odszumianie na wartość -2).

Nieco gorzej mają osoby preferujące RAWy. Wprawdzie Fujifilm dostarcza darmowy RAW FILE CONVERTER, więc RAWy wywołać się da, jednak w porównaniu do Lightrooma możliwości są raczej skromne, zwłaszcza jeśli chodzi o korektę lokalną. Oczywiście Lightroom wywołuje pliki z X-E1, jednak coś chyba nie jest do końca dobrze z demozaikowaniem danych z matrycy X-Trans - na powiększeniach przy włączonym wyostrzaniu pojawiają się brzydkie artefakty. Cieszy za to fakt, że wersja 5.4 dysponuje profilami, odpowiadającymi symulacji filmów (Provia, Velvia, Astia i kilka wariantów czarno-białych). Rzeczywiście kolory wychodzą bardzo zbliżone do JPGów "prosto z puszki".

Innymi alternatywami (sprawdzonymi przeze mnie i działającymi) są darmowy LightZone oraz komercyjny Photo Ninja. Ten pierwszy sprawia wrażenie bardzo skomplikowanego, drugi zaś ma bardzo przyjemny moduł odszumiający. Warto również pamiętać, że w sytuacjach awaryjnych można RAWa wywołać do JPGa wprost w aparacie.

Mówiąc o zaletach, nie bez znaczenia jest kompaktowość zestawu X-E1 i któregoś z obiektywów: XF-18/2R lub XF-27/2.8. Wystarczy mały futerał i aparat można brać ze sobą wszędzie - na ramieniu na pewno nie będzie ciążył, a i miejsca dużo nie zajmie. Może nie jest tak mały, jak Canon S95, ale sporo mniejszy od lustrzanki.

Dla estetów zaletą będzie też niezaprzeczalna elegancja aparatu Fujifilm, zwłaszcza w wersji srebrnej. Staranne wykonanie, dobrej jakości materiały i przyjemne "ciążenie" w ręce naprawdę robią dobre wrażenie, zwłaszcza w dobie wszechogarniającej bylejakości. Trudno w obecnej chwili przewidzieć, czy za walorami estetycznymi pójdzie trwałość - o tym przekonamy się za wiele, wiele lat.

Warto?

Przyznam, że wchodząc w system Fujifilm X można mieć wiele dylematów co do wyboru odpowiedniego aparatu. Na szczycie stoją X-T1 i X-Pro1, nieco niżej - X-E1 i X-E2. Potem idą niemal bliźniacze X-M1 i X-A1 (różnią się właściwie tylko rodzajem - ale nie wielkością - matrycy) i kompaktowe X-100(s) i X-20. Niby więc wybór jest prosty, jednak... X-E1 ma tę samą matrycę co X-Pro1, pozbawiono go za to hybrydowego wizjera i kilku pomniejszych funkcji. X-E2 jest ulepszonym E1 (szybszy AF, poprawiona matryca), jednak cena jest nieadekwatnie większa. X-M1 jest mniejszy niż X-E1, ma tę samą matrycę, ale posiada nowszy wizjer i odchylany LCD, kuleje za to jeśli chodzi o obsługę (mniej elementów sterujących). W tańszym od X-M1 X-A1 zmieniono matrycę z X-Trans na zwykłą CMOS. X-100s to w zasadzie X-E2 z "przyspawanym" na stałe obiektywem. X-20 wygrywa, jeśli chodzi o wymiary i uniwersalność, jednak ma najgorszą matrycę w tym całym zestawieniu. No i co wybrać? X-E1 czy X-M1? A może X-100s? Ładować się w X-T1 czy jednak poprzestać na X-E2? Ech!...

Jak dla mnie to X-E1 jest wyborem optymalnym. X-E2 jest za drogi, zaś X-100s ma wszystko, co trzeba, jednak nie da się wymienić obiektywu (a marzy mi się jakaś jasna portretówka lub makro). X-T1 jest jednocześnie za drogi i za duży, a X-Pro1 dokłada do tego spory wiek. W sumie ideałem byłby X-E2 w cenie X-E1...

piątek, 16 maja 2014

[R] Fujistreet BW

No i dałem się podpuścić - poniżej efekt konwersji zdjęć z warsztatów Fujifilm do czerni i bieli (lekko tonowanej). Czy jest lepiej? Na pewno inaczej.

Stacking

Zainteresowałem się ostatnio techniką zwaną stackingiem. Cóż to jest takiego? To metoda, dzięki której możemy przygotować zdjęcie, trudne do uzyskania innymi sposobami. Chodzi przede wszystkim o rozpiętość tonalną oraz głębię ostrości. Polega to na wykonaniu wielu ujęć składowych, z których później budowany jest pojedynczy obraz, zawierający ich "najlepsze" fragmenty. Najprostszy stacking ekspozycji to wykonanie dwóch ujęć krajobrazowych, raz naświetlanych "na niebo", a raz "na ziemię". Potem otwieramy takie dwa zdjęcia jako warstwy w Photoshopie i maskujemy niepotrzebną część, uzyskując obraz z prawidłowo naświetlonymi niebem i ziemią.

Makro

Ja postanowiłem zmierzyć się z tematem w innej dziedzinie stackingu, czyli uzyskiwaniu dużej głębi ostrości w fotografii makro. Każdy, kto próbował robić zdjęcia makro, szczególnie za pomocą lustrzanki, dobrze wie, na jaki natrafia się problem. Przy dużych skalach odwzorowania głębia ostrości zaczyna niebezpiecznie się kurczyć, osiągając wielkość milimetra lub mniejszą. Aby rozszerzyć głębię, należy w tym wypadku zmniejszyć otwór przysłony, ale to z kolei prowadzi do a) wydłużenia czasów (tu pomaga np. doświetlenie) i b) utraty jakości wskutek dyfrakcji na małym otworze (tutaj nie pomaga już nic). Poniżej zdjęcie, które zrobiłem "tradycyjnie", w jednym ujęciu, z przysłoną f/45:

Jednym z problemów jest niedostateczna głębia ostrości, ale jest też problem drugi - przy takiej przysłonie tło zaczyna być coraz bardziej wyraźne, co nie zawsze jest pożądane.

Jak rozwiązać sprawę za pomocą stackingu? Mocujemy aparat do statywu i na przysłonie np. f/8 (zwykle w zakresie od f/5,6 do f/8 obiektywy dają najbardziej ostry obraz) robimy serię zdjęć. Ile? Im więcej, tym zwykle rezultat lepszy, ale wydłuża się czas robienia zdjęć oraz czas obróbki. Czym poszczególne zdjęcia się różnią? Tym, co jest na nich ostre. Czyli zaczynamy np. od pierwszego planu, robimy zdjęcie, troszkę przesuwamy ostrość, robimy kolejne i tak aż do sfotografowania ostatniego planu, który chcemy mieć ostry. Na poniższej animacji można zobaczyć wszystkie 14 kadrów, które wykonałem na potrzeby testów:

Obróbka

Dobrze, mamy już zrobione zdjęcia składowe - co dalej? Oczywiście można przystąpić do ręcznego wczytywania ich na kolejne warstwy (co umożliwia choćby Paint.NET czy GIMP) i maskowania niepotrzebnych elementów. Jak się domyślacie, nie jest to efektywna metoda i lepiej się posłużyć odpowiednim narzędziem.

Photoshop

Photoshop został swego czasu wyposażony w funkcję automatycznego łączenia obrazów "w stosie". Aby skorzystać z tej funkcji, musimy otworzyć obrazy składowe jako warstwy (w Lightroomie wystarczy kliknąć na zaznaczonych zdjęciach prawym przyciskiem i z menu kontekstowego wybrać Edit in - Open as layers in Photoshop). Następnie zaznaczamy wszystkie warstwy i z menu Edit wybieramy polecenie Auto Align Layers (w polskiej wersji językowej: Auto-mieszanie warstw):

Po zatwierdzeniu okienka dialogowego program przystępuje do obliczeń i po jakimś czasie otrzymujemy obraz końcowy:

Jak widać, efekt nie jest porażający (niestety). Niby można go troszkę dopracować, modyfikując utworzone przez Photoshopa maski warstw, ale może warto sprawdzić inne programy?

Enfuse/Enblend

Enfuse/Enblend jest programem wsadowym (pozbawionym okienek, suwaków itp.) - wszelkie parametry należy podać mu w linii poleceń, co czyni jego obsługę nieco żmudną. Na szczęście istnieje EnfuseGUI, czyli graficzna nakładka i z jej pomocą łatwiej można okiełznać program. Wspierałem się dodatkowo wpisem z http://blog.patdavid.net - okazał się bardzo pomocny.

Po kilkunastu eksperymentach (dzięki Bogu istnieje okienko podglądu, które generuje się o wiele szybciej niż obraz wynikowy) otrzymałem następujący efekt:

Przyznam, że było to dość rozczarowujące...

CombineZP

Trzecim w kolejce był CombineZP, którego strona domowa przypomina tekstowe początki internetu. Sam program, jak większość niszowych projektów GPL, ma niestandardowy wygląd (że użyję takiego eufemizmu).

Wczytałem do niego obrazy składowe i po kilku próbach najbardziej spodobał mi się taki rezultat:

O dziwo, wynik działania tego niepozornego programu jest lepszy niż dwóch poprzednich!

Zerene Stacker

Ostatnim testowanym programem specjalizowanym był Zerene Stacker, który w odróżnieniu od Enfuse i CombineZP nie jest darmowy. Czy warto za niego zapłacić wcale nie tak małe pieniądze? W końcu wersja "Prosumer", zawierająca wszystkie funkcje (jednak bez prawa do komercyjnego wykorzystania, np. sprzedaży obrobionych zdjęć) kosztuje 189$ (za możliwość użycia komercyjnego trzeba dopłacić 100$). Zainstalowałem, uruchomiłem i wczytałem zdjęcia składowe:

Efekt działania programu jest rzeczywiście niezły, zbliżony do CombineZP:

Ciekawostką w Zerene Stackerze jest generowanie obrazu wynikowego - możemy oglądać to "na żywo", bo program pokazuje efekty nakładania poszczególnych obrazów. Wygląda to bardzo ciekawie.

Tymczasowe wnioski

Żaden z programów nie wygenerował obrazu, z którego byłbym zadowolony w 100%. Najbliżej były Zerene Stacker i CombineZP, zaś kompletnie zawiódł mnie Enfuse. Zdaję sobie jednak sprawę, że jeszcze nie mam dużej praktyki w robieniu tego typu zdjęć i być może nie potrafię do końca prawidłowo skonfigurować oprogramowania. Możliwe, że wykorzystanie większej liczby zdjęć dałoby lepszy efekt. Jest to o tyle prawdopodobne, że z ciekawości zrobiłem test dla 7 (zamiast 14) zdjęć składowych i efekt był dużo gorszy. W różnych poradnikach i tutorialach widziałem, że ludzie stosują nawet 50-80 zdjęć składowych (choć zwykle skala odwzorowania jest dużo większa niż na moim przykładzie).

Doczytałem też, że program ControlMyNikon, którego używam czasem do "stacjonarnych" sesji makro ma wsparcie dla stackingu. Zapewne ułatwia precyzyjne ustawianie ostrości tak, aby pokryć cały obszar głębi ostrości. Spróbuję go wykorzystać i jeśli okaże się, że coś to daje, na pewno dam znać.

czwartek, 15 maja 2014

[R] Fujistreet

Nie spodziewałem się, że będę mógł po pół roku znów uczestniczyć w warsztatach "Spotkanie z mistrzem", organizowanych przez firmę Fujifilm. Poprzednio mistrzami byli Filip Ćwik, Tomasz Lazar i Alex Lambrechts, tak było też teraz. Wybrano za to inne miejsce - zamiast Concordia Design, City Solei na Chwaliszewie.

Warsztaty miały podobny przebieg jak ostatnio. Podzielono je na trzy części. Jedna zawierała "treści marketingowe" (nazwijmy je tak): wysłuchaliśmy prelekcji Pana Jarosława Delugi na temat historii firmy (obchodzi w tym roku osiemdziesięciolecie istnienia!), potem Pan Tomasz Taberski przedstawił ofertę sprzedażową, skierowaną do warsztatowiczów. W drugiej części o swojej pasji i zdjęciach opowiadali kolejno Alex Lambrechts, Filip Ćwik i Tomek Lazar. Alex jak zwykle opowiadał długo i barwnie (i jako jedyny z całej trójki miał wystąpienie pokrywające się w dużej części z tym, co mówił i pokazywał ostatnio). Filip skupił się tym razem na omówieniu portretów, bo jego grupa miała zostać później w hotelu i ćwiczyć się w trudnej sztuce portretowania. Tomek tradycyjnie już pokazał zdjęcia z Nowego Jorku, niektóre moim zdaniem bardzo dobre.

Po części "teoretycznej" nastąpiło wypożyczanie aparatów - mając doświadczenia z poprzedniego spotkania, siedziałem odpowiednio blisko, by załapać się na nieco lepszy sprzęt niż X20. Trafił mi się XE1 z obiektywem 18/2. Gdy opadły emocje związane z wypożyczeniem sprzętu, wyszliśmy z hotelu i rozpoczęliśmy część trzecią warsztatów, czyli praktykę.

Przed warsztatami zastanawiałem się, jak może wyglądać fotografia uliczna (będąca tematem wiodącym) uprawiana przez dwadzieścia osób przemieszczających się w grupie. Będziemy przecież z daleka widoczni, a liczy się chyba dyskrecja? Co ciekawe, organizatorzy dodali nam jeszcze bardziej zwracającą uwagę szczudlarkę Marię (pozdrowienia!). W tym szaleństwie była jednak metoda - ludzie skupiali się na dziwnym zjawisku, jakim była duża grupa otaczająca szczudlarkę, więc przy pewnej dozie odwagi i (ehm) bezczelności można było zrobić ciekawe zdjęcia. Mnie się to nie do końca udało, bo znów w kontakcie z żywym człowiekiem okazywałem się zbyt nieśmiały (żeby nie powiedzieć bojaźliwy), ale niektórzy naprawdę się odnajdowali w takim klimacie i zapewne zobaczymy mnóstwo ciekawych zdjęć innych uczestników.

Poniżej prezentuję kilkanaście kadrów, które udało mi się złapać. Początkowo myślałem o konwersji do czerni i bieli, jednak ostatecznie wrzuciłem wersje kolorowe. W końcu Fujifilm szczyci się jakością kolorów w swoich aparatach! Dopisek z 16 maja: wersja czarno-biała jest dostępna w innym poście.

O samym aparacie powiem tyle - fotografowało się nim naprawdę przyjemnie. Wprawdzie ogniskowa 18mm była dość szeroka (na cropie dawała kąt widzenia obiektywu 27mm), ale nic to, przynajmniej trochę popróbowałem przełamywania się przy podchodzeniu do ludzi. Troszkę zawiodłem się na dyskrecji aparatu. Większy niż X20 rzucał się w oczy, zaś mimo wyłączenia wszystkich dźwięków słychać było pracę migawki. I to na tyle, że dźwięk był słyszalny dla stojących obok osób, ściągając na mnie uwagę.

Za to bardzo mi się podobało to, co zobaczyłem po zgraniu zdjęć. Fotografowałem w RAWach, jednak - poza lekkim kadrowaniem i "gaszeniem" świateł na niektórych ujęciach - nie musiałem robić zupełnie nic. Tylko skalowanie przy eksporcie i zestaw gotowy!

I tak oto zakończyły się drugie warsztaty "Spotkanie z mistrzem". Wypada podziękować firmie Fujifilm za ich zorganizowanie, bo myślę, że warto było się pojawić.