sobota, 4 lipca 2015

E na Te

W ostatnich dniach miałem okazję zamienić swojego wysłużonego X-E1 na nowość Fuji - X-T10. Rozmiar podobny, matryca tej samej wielkości - czy taka zamiana w ogóle ma sens?

Największe różnice

Aparaty różnią się w tak wielu punktach, że chyba nie ma sensu wymieniać ich wszystkich. Inny jest wizjer, gdzie indziej go też umieszczono - X-T10 nie przypomina już dalmierza, a starą lustrzankę. Oprócz umieszczonych w tym samym miejscu co w X-E1 pokręteł migawki i korekty ekspozycji, dodano po lewej stronie nowe pokrętło, służące m. in. włączania bracketingu czy innych funkcji.

Zupełnie inny jest wizjer - nie dość, że oferuje lepszy obraz, niż w X-E1, to do wspomagania ręcznego ustawiania ostrości mamy coś podobnego do klina, znanego ze starych aparatów. Dużym plusem jest ponadto ruchomy tylny ekran, umożliwiający fotografowanie z nietypowej perspektywy bez np. kładzenia się na ziemi.

Ciekawie rozwiązano problem wyświetlania podglądu - można jak w starych modelach wybrać tylko ekran LCD, tylko wizjer lub automatyczne przełączanie między nimi (za pomocą czujnika wykrywającego zbliżenie aparatu do oka), jednak pojawił się dodatkowy tryb, który od razu mnie zawojował. Jest to tryb "oszczędnościowy", czyli normalnie wyłączone są zarówno LCD, jak i wizjer, a ten ostatni włącza się dopiero przy zbliżeniu do oka. Rozwiązanie genialne w swojej prostocie!

X-T10 jest nieco mniejszy od X-E1 i sprawia wrażenie bardziej "zwartego". Trzyma się go lepiej, bo czarne tworzywo, którym pokryta jest rękojeść, dużo lepiej przylega do dłoni niż plastik ze starszego brata. Sam uchwyt jest dużo głębszy niż w X-E1, a dodatkowo z tyłu znalazło się miejsce na przyjemną wypustkę dla kciuka. W efekcie fotografuje się wygodnie nawet bez gripa.

Duże zmiany zaszły, jeśli chodzi o system autofocus - z przyjemnością stwierdzam, że wreszcie Fujifilm odrobiło lekcje i ustawianie ostrości przestało być drogą przez mękę, zwłaszcza w trybie continous, czyli śledzenia. Aż chciałoby się zapytać - dlaczego tak to nie działało od początku?

Jakość zdjęć nie odbiega od tego, do czego przyzwyczaił mnie X-E1, nawet wydaje mi się, że wyższe wartości ISO wyglądają w nowym modelu trochę lepiej. Szału nie ma, ale np. stareńki D300s już zostaje zdecydowanie w tyle, jeśli chodzi o dynamikę obrazu. Na szczęście najnowsza aktualizacja do Lightrooma wprowadziła obsługę RAWów z X-T10, więc nie muszę bazować tylko na JPGach.

Praktyka

Jak zatem te wszystkie zmiany przekładają się na rzeczywiste użytkowanie? Otóż przekładają się. Jestem zadowolony głównie z wizjera i z nowego autofocusa - zdecydowanie podnoszą frajdę z robienia zdjęć. Człowiek już nie klnie pod nosem, gdy aparat mozolnie próbuje ustawić ostrość na jakimś obiekcie. Bardzo przydaje się nowy sposób wspomagania ostrzenia ręcznego w postaci "cyfrowego klina" - jest (przynajmniej dla mnie) czytelniejszy niż focus peaking (wyróżnianie konturów "ostrych krawędzi").

Aparat przyjemnie trzyma się w ręce i nawet bez gripa nie ma obaw, że wystarczy chwila nieuwagi, by body wypadło i roztrzaskało się o ziemię. Opóźnienie spustu jest podobne, jak w X-E1 (czyli - niestety - spore), ale za to dużym plusem jest obecność elektronicznej, całkowicie bezgłośnej migawki. Oprócz tego, że likwidujemy przykry w niektórych okolicznościach "klik", to elektroniczna migawka pozwala nam na dużo większe skrócenie czasu niż mechaniczny odpowiednik. Do czego to się może przydać? Przede wszystkim do fotografowania z w pełni otwartą przysłoną w jasny, słoneczny dzień. Wiele razy miałem do czynienia z sytuacją, gdy X-E1 z podłączonym obiektywem f/1.4 nie dawał rady przy czasie 1/4000s utrzymać szczegółów w światłach (mimo olbrzymiej elastyczności przy odzyskiwaniu z plików RAW). Wówczas trzeba było przymykać obiektyw do f/2.8, a czasem i do f/4, co już dla ogniskowej 23mm dawało wyraźną różnicę w obrazowaniu. Z elektroniczną migawką czas można skrócić nawet do 1/32000s.

Producent chwali funkcje wykrywania twarzy oraz oczu (!) - mają one radykalnie poprawić skuteczność ustawiania ostrości na te części ludzkiego ciała. Co do ich skuteczności mam jednak mieszane uczucia - czasem rzeczywiście wydawały się działać (zwłaszcza wykrywanie twarzy), jednak wiele ujęć straciłem, pozwalając automatyce na złapanie ostrości. Pewnie po dopracowaniu będzie to dość przydatna funkcja, zwłaszcza przy fotografowaniu dynamicznych scen lub chęci zachowania dyskrecji (niedawno Paweł Kosicki opowiadał, że wykorzystywał wykrywanie twarzy, by robić zdjęcia "z biodra", bez patrzenia). Pożyjemy, zobaczymy.

Wartość dodana

Razem z X-T10 trafiły do mnie trzy obiektywy: XF27/2.8, XC16-50/3.5-5.6 OIS oraz XC50-230/4.5-6.7 OIS. Zwłaszcza z pierwszego jestem ogromnie zadowolony, czego dałem wyraz we wpisie sprzed kilku dni. Jak widać na zdjęciu poniżej, jest on nieco mniejszy od XF18/2R i tworzy z X-T10 bardzo kompaktowy zestaw:

Pozostałe dwa obiektywy mają nieco inne przeznaczenie - są to szkła uniwersalne, mające "pokryć" jak najszerszy zakres ogniskowych. To ważne zwłaszcza dla początkujących fotoamatorów, którzy jeszcze do końca nie wiedzą, jakiego typu fotografię chcą tworzyć. Pochwalić należy zwłaszcza model XC16-50, który mimo nienajlepszego światła, oddaje do dyspozycji bardzo przydatne ogniskowe (zwłaszcza 16mm jest rzadko spotykana w tego typu obiektywach). W krótkich testach szkło sprawowało się świetnie, dając bardzo przyzwoity obraz. Jedyne zastrzeżenia, jakie miałbym do tego modelu, to bagnet z tworzywa sztucznego oraz mocne wysuwanie "mordki" przy zmianie ogniskowej na najdłuższą.

XC50-230 dopiero czeka na testy - postaram się zabrać go na jarmark średniowieczny w Uniejowie w nadchodzący weekend. Zastrzeżenia - póki co - są takie same, jak dla "krótszego" brata, czyli bagnet i długa "mordka". X-T10 z podpiętym XC50-230 na ogniskowej 230mm wygląda dość absurdalnie:

Porównanie

Dla lubiących porównywać zamieszczam dwa przykłady. Ta sama scena, ten sam obiektyw, różne aparaty. Pierwszy przypadek, czyli X-E1. Po lewej stronie kadr uzyskany przy ISO 200, po prawej - ISO 6400. Żadnego odszumiania czy wyostrzania:

Drugi zestaw to już X-T10, takie same warunki:

Jak widać na przykładzie, szum na ISO 6400 w X-T10 jest większy, niż w starszym bracie. Wynika to z dość prostej sprawy - T10 nie doświetlił odpowiednio tego kadru i musiałem podnosić jego jasność o 0,6EV. Niestety, zwiększyło to szumy, co zresztą ładnie widać. Czy więc takie porównanie ma sens? Moim zdaniem ma, bo oznacza, że w X-T10 na wyższych czułościach trzeba niestety korygować ekspozycję, aby otrzymać poprawnie naświetlony kadr. Da to mniejsze szumy, ale przy dłuższym czasie. Ciekawe, czy życie zweryfikuje ten pobieżny test?

Zadowolony?

Jasne, że tak. Zawsze nowa zabawka cieszy, a jeśli zmiana jest na lepsze, to cieszy podwójnie. Lepszych zdjęć pewnie nie zrobię, ale przynajmniej zrobię mniej nieudanych. Zawsze to mniej kasowania, prawda?

Brak komentarzy: