wtorek, 14 lipca 2015

[R] Remont - przesilenie

Dzień czwarty

Dzień czwarty, choć nie czwartek. Obudziliśmy się dość późno, bo już dochodziła powolutku ósma. Po śniadaniu trzeba było znów zawalczyć z sufitem w dużym pokoju - Be wyraziła nadzieję, że to już ostatni taki poranek. Później rozdzieliliśmy obowiązki. Be znów z poświęceniem malowała kuchnię, a ja przeniosłem resztę rzeczy z małego pokoju (oczywiście, do przeniesienia stołu i regału musiałem niecnie wykorzystać Siostrę).

Podczas gdy kuchnia nabierała śnieżnej bieli, udałem się na zakupy do zaprzyjaźnionego marketu. Wszyscy okazali się tam bardzo pomocni (szczególne podziękowania dla Pana Mariusza w dziale oświetlenia i Pani Moniki w kasie). Wojaże skończyły się nabyciem tego i owego, dzięki czemu mogę zrobić niespodziankę dla Jot.

Po powrocie okazało się, że Be praktycznie skończyła z kuchnią, więc mogliśmy zabrać się za mały pokój. Rachu, ciachu i po strachu, jak mawiają Indianie Kri z Kanady. Nie jest w naszej naturze marnowanie czasu, więc skoro akurat w małym schła pierwsza warstwa farby, częściowo machnęliśmy też przedpokój. W końcu, im szybciej zaczniemy, tym szybciej osiągniemy metę tego - nie da się ukryć, że wychodzącego już trochę bokiem - remontu. Choć z drugiej strony, gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy (tak, tak też mówią Indianie Kri z Kanady).

Gdy już kompletnie nic się nie dało robić, bo wszędzie albo natłok rzeczy, albo schnące ściany, podjęliśmy niełatwą walkę z wyglądem osobistym, aby wyskoczyć na przekąszenie czegoś. Walka była niełatwa, bo w związku z malowaniem przedpokoju zdemontowałem pstryczki-elektryczki, więc nie można było włączyć światła. Spróbujcie zmyć z siebie farbę w ciemnościach! O ile więc Be jakoś dała radę (kobiety mają przedziwną łatwość mycia się, pewnie dlatego, że są podobne do kotów), o tyle ja już po wyjściu z mieszkania zorientowałem się, że nie tylko mam resztki farby na przedramionach, to paraduję z białymi kolanami. Nic to, przecież mogłem zbierać rozsypaną mąkę, prawda?

Najedzeni (może nawet za bardzo), z animuszem i werwą typową dla tak młodych i energicznych ludzi pomalowaliśmy drugą warstwę w małym pokoju, choć przeszkadzał trochę zapadający zmrok. Nie dla nas jednak takie przeszkody! Pokój mały, Be nafaszerowana dobrym jadłem, a i ja tym razem nie migałem się od roboty, więc w trymiga się uwinęliśmy. Starczyło też czasu na umycie okna, a jakże!

Głodni sukcesów, rzuciliśmy się jeszcze do malowania przedpokoju, ale tutaj w roli głosu rozsądku wystąpiła nadchodząca ciemność (pamiętajmy, że wykręciłem pstryczki). Cóż, Be postanowiła zatem sprawdzić pocztę, korzystając z tego, że na szybko podłączyłem router i komputer, a ja włączyłem radiową transmisję z meczu Lecha z FK Sarajewo w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów. Tak oto, bez zbędnych fajerwerków zakończył się dzień czwarty. Jutro mamy nadzieję zdążyć pomalować wszystko, co zostało do malowania i zacząć sprzątanie. A przynajmniej odetchnąć z ulgą.

Chociaż nie, czekajcie, fajerwerki były - prawie. Grzebiąc przy włączniku doznałem pierwszy raz w życiu porażenia prądem. Ciekawe uczucie, nie powiem. Ale dobrze, że tylko dotknąłem przewodu, a nie potrzymałem go dłużej. Odradzam samodzielne eksperymenty, mimo ekscytujących wrażeń nie warto.

Brak komentarzy: