niedziela, 10 stycznia 2016

[O] Przebudzenie Mocy

Od samego początku ostrzegam: będą spoilery, będzie zdradzanie fabuły, będą informacje zniechęcające. Jeśli zamierzasz obejrzeć film, przestań czytać. I wróć po obejrzeniu dopiero.

Vidi

Cały świat strasznie ekscytował się w połowie grudnia premierą VII części "Gwiezdnych wojen", już nie Lucasa, tylko Disneya. Czerwone dywany, ludzie koczujący pod kinami, zapewne hektolitry coli i tony popcornu. Saga miała wrócić w wielkim stylu, z Lukiem, Leią, Hanem Solo i białymi szturmowcami. Pięknie miało być...

Od razu informuję, że jakimś wielkim fanem uniwersum "Star Wars" nie jestem. Ale też - z drugiej strony - nie jestem też ignorantem, dla którego "Przebudzenie Mocy" było pierwszym filmem z tego cyklu. Na pierwszych (nazywanych dziś "kanonicznymi") częściach byłem w kinie jeszcze w latach osiemdziesiątych. Mam też komplet dotychczasowych części na DVD i oglądałem je kilka razy.

Nie napiszę, że nowa część jest kiepska. Nie napiszę nawet, że mi się nie podobała. Podobała się - w pewnym sensie.

Deja vu

Kłopot z "Przebudzeniem Mocy" jest taki, że to takie jedno wielkie oczko, puszczone w stronę fanów. Disney wyciągnął wnioski z porażki nieco zbyt mocno plastikowych i infantylnych części I, II, III, czyli ostatnich reżyserowanych przez Lucasa. Księgowi liczyli, liczyli i wyszło im, że nie ma co eksperymentować, tylko wziąć znanych i lubianych bohaterów, wydumać fabułę wzorując się na epizodach IV-VI i już. Jak uradzili, tak zrobili.

Mamy więc akcję przesuniętą w czasie o kilkadziesiąt lat w przód. Stary Han Solo tkwi w nie do końca jasnym związku ze starą Leią (niby się kochają, ale Solo, naturalnie w duecie z Chewbaccą, wciąż lata po całej galaktyce, zostawiając księżniczkę... ups, panią generał w domu). Luke pojawia się dopiero w ostatniej minucie filmu, więc nie ma co o nim pisać, jest postacią, o której się mówi i której się wyczekuje, ale która nie zaszczyca nas swoją obecnością.

Oprócz tego mamy "młodych gniewnych", czyli w pierwszej kolejności dzielną i niezłomną Rey (w tej roli Daisy Ridley) i nawróconego szturmowca Finna (John Boyega). Głównym złym jest grany przez Adama Drivera Kylo Ren, taka niespecjalnie udana replika Dartha Vadera. Na dalszym planie jest równie nieudana replika Imperatora, czyli holograficzny Snoke (Andy Serkis) i przeszarżowana replika generała Tarkina, czyli Domhnall Gleeson jako niemal faszystowski generał Hux.

Fabuła opiera się na identycznych trikach, co klasyczna trylogia - mamy pustynną planetę, zbieraczy złomu, poszukiwanego droida z ważną wiadomością, mamy ratującego cztery litery bohaterom Sokoła Millenium, sypiącego się, ale i tak skaczącego w nadprzestrzeń. Mamy młodego bohatera (ehm, bohaterkę - Rey), który jeszcze nie wie, że dysponuje Mocą, więcej nawet - mamy ten sam miecz świetlny, który dostał od Kenobiego Luke! Mamy nową Gwiazdę Śmierci (zwaną "StarKiller"), zaś zło reprezentuje "Najwyższy porządek", czyli 100% kopia Imperium (nawet wiecznie pudłujących szturmowców i flotę mają identyczne). Nie ma Dartha Vadera, ale jest jego wnuk, syn Hana Solo i Lei, Kylo Ren, który pragnie być zły i zemścić sie na ojcu (za co? nie wiadomo do końca). Jest generał, który za pomocą Gwiazdy Śmierci niesie zagładę planetom Rebeliantów. Jest trochę walk myśliwców, trochę ganiania po lesie, wybuchy, strzały z blasterów, lustrzane posadzki i spelunka z dziwnymi stworami.

Wrażeń ciąg dalszy

Nie zrozumcie mnie źle - to się nawet fajnie ogląda, zwłaszcza jeśli ktoś jest fanem części IV-VI. Widowisko zrealizowano sprawnie, z efektami na miarę dzisiejszych czasów. Troszkę nostalgia ogarnia, gdy się widzi starych znajomych, szkoda tylko, że nowi bohaterowie pozostawiają widza obojętnym. Mnie niespecjalnie wzruszyli ani zachwalana w recenzjach Rey, ani niby to rozdarty wewnętrznie Kylo Ren. Zwłaszcza drażni ten drugi - zachowuje się jak cherlawy nastolatek z opryszczką, którego rzuciła dziewczyna dla mięśniaka z drużyny futbolowej. Naprawdę, aż przykro się to ogląda, zwłaszcza łatwą do przewidzenia scenę na kładce pod koniec filmu. Dodatkowo twórcy nieco "przefajnowali" świetlny miecz Rena, więc główny zły filmu - miast rodzić jeśli już nie grozę, to chociaż respekt - po prostu wzbudza politowanie i pobłażliwy uśmiech...

Czarnoskóry eks-szturmowiec Finn jest (mam wrażenie) wrzucony do filmu, bo nie można było użyć C-3PO jako zabawnego fajtłapy (złoty robot się wprawdzie pojawia, ale - tak jak R2D2 - epizodycznie). Trochę zamieszania wprowadza postać Poe Damerona, najlepszego pilota Rebeliantów (gra go Oscar Isaac) - sceny z jego udziałem otwierają film i przez chwilę wydaje się, że przystojniak będzie kluczową postacią, ale po kwadransie nagle znika, by pojawić się krótko podczas szturmu na nową Gwiazdę Śmierci.

Brawa za oprawę

Tutaj czepiać się nie mam zamiaru - muzyka Williamsa jest ponadczasowa, efekty specjalne bez zarzutu, także dźwiękowe. Postacie nieludzkie nadal wyglądają uroczo pokracznie, jak dawniej, w próżni słychać doskonale pracę silników i wystrzały blasterów, a napisy wprowadzające do fabuły ciągle są pochylone jak należy. Taka konwencja i już. Całość trzyma poziom i pasuje do starej trylogii.

Nota końcowa

No cóż, mam problem z ostateczną oceną. Bo z jednej strony film fajnie się ogląda i słucha, ale z drugiej - nawiązania do części IV-VI mogłyby być daleko subtelniejsze. Tu zrobiono to z iście amerykańską dosłownością (że wspomnę żart Hana Solo o zgniatarce), przez co widz (w mojej osobie) miał ciągle wrażenie oglądania czegoś, co już kiedyś było.

Trzeba też wziąć pod uwagę, że "Przebudzenie Mocy" jest pierwszą częścią nowej trylogii, więc w pełni będzie można je ocenić dopiero po obejrzeniu pozostałych dwóch, nieistniejących jeszcze filmów. Być może pojawią się jakieś zwroty fabularne czy wyjaśnienia, dzięki którym niektóre wątki nabiorą większego sensu?

Jeśli ktoś po tym wszystkim się nie zniechęcił, to dodatkowo zniechęcał nie będę. Obejrzeć "Przebudzenie Mocy" można, nie będzie to duża strata czasu. Można też zignorować na razie i poczekać, aż ukażą się dwa kolejne epizody i kupić sobie całą najnowszą trylogię na DVD. Też się niewiele straci. Na pewno za to nie ma co ulegać fanowskiemu podnieceniu i piać, że oto mamy jakieś "starwarsowe" objawienie, nową jakość i film miażdżący poprzedników. Nic z tych rzeczy, niestety...

3 komentarze:

Grażyna pisze...

Oj tam. Fajnie się ogląda.:) Nowy robocik to słodziak. :) Intryguje mnie, co ma wspólnego Rey z Hanem Solo. Bo ma. Klasycznych motywów, pojawiających się w każdej trylogii jest kilka. Najfajniejszy jest ten samotny pilot, który robi totalną roz...róbę i rozwala generator/pierwszą Gwiazdę Śmierci/drugą Gwiazdę Śmierci.
Ogólnie miło popatrzeć na znajomych po latach. :) Zwłaszcza na jednego... :)))
"Gwiezdne wojny" to dla mnie miłe wspomnienia z dzieciństwa. Zawsze im zazdrościłam tych latających pojazdów. :)

Ladaco pisze...

No tak, BB-8 jest w sumie najciekawszy z nowych bohaterów :) I rzeczywiście potrafi skraść serce :D

Rey - jak obstawiam - nic nie ma wspólnego z Hanem Solo, za to wiele wspólnego z Lukiem. Tak wiele, że obawiam się nawet tego, że może być jego córką :) Byłaby wtedy kuzynką Kylo Rena, co fajnie skomplikowałoby intrygę :)

Poe Dameron (czyli ów samotny pilot) mógł być (moim zdaniem) znacznie lepiej wykorzystany, bo rzeczywiście ma w sobie "coś" :) Może jeszcze dostanie swoje pięć minut w dwóch pozostałych filmach?

gabi pisze...

byłam, zobaczyłam i niestety młodzi aktorzy "polegli" :/ gdyby nie starszyzna film byłby jak potrawa bez soli i pieprzu. Kokoszu, oddam oddam obiecuję wszystkie 6 (słownie: sześć) części.