niedziela, 27 listopada 2016

[S] Zimno, ale w ciepłych barwach

Przysłona: f/4,5, Czas: 1/680 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 0.02 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Jako bonus jedno z niewielu żyjątek, które dotrwały do końca listopada:

Przysłona: f/2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

sobota, 26 listopada 2016

[S] Smugi małe i duże - bez smug

Dzisiaj coś w rodzaju suplementu do wpisu Smugi małe i duże - czyli komplet zdjęć, ale pozbawionych smug. Do oceny, które lepsze:

Przysłona: f/8, Czas: 14 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 18 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/2,5, Czas: 1.3 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/4,5, Czas: 1.7 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/80 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/16, Czas: 13 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 0.3 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

środa, 23 listopada 2016

[S] Sen róży

Przysłona: f/2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/3,2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/3,2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/3,2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/3,2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

wtorek, 22 listopada 2016

[S] Smugi małe i duże

Przysłona: f/8, Czas: 8.5 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 5.3 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 5 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 13 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 18 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 7 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 6 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/10, Czas: 6 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/16, Czas: 14 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

niedziela, 20 listopada 2016

Perełka - Bajeczki

Gdy Perełka zasypia, Tata opowiada jej bajeczkę. Czasem krótką (kiedy Perełka "była łobuziem"), a czasami taaaką długą, jak odległość między szeroko rozstawionymi łapkami Perełki (kiedy była "bazio gziećna").

Bajeczki zwykle są wymyślane ad hoc, ale niektóre muszą być powtarzane po wielokroć. Choćby ta poniżej, która żyje już chyba ponad miesiąc. Przytaczam jedną z wersji, jakby Perełka powiedziała: bez policjanta*:

O przygotowaniach do zimy

Daleko, daleko stąd rósł wielki, ogromny, stary las. W lesie tym mieszkało mnóstwo zwierząt. Byli tam Wilk Marcin, Lis Franek, Sroka Sabina, Żółw Bogdan, Wąż Szczepan, Wiewiórka Agatka, Jeż Mietek, Żabka Żaneta, a nawet Łoś Waldek i wiele innych jeszcze, których chwilowo nie wymienimy, bo od tego są inne bajeczki specjalnie o nich.

Była już późna jesień i wszystkie zwierzątka przygotowywały się na nadejście zimy. Wilk Marcin przepatrywał swoją ogromną szafę na ubrania w poszukiwaniu zimowej kurtki:

— Musi przecież gdzieś tu być! — mruczał pod nosem.

Mimo to kurtka się nie znalazła i Marcin postanowił udać się do miasta, by zawczasu kupić nową. W końcu zima za pasem!

W tym samym czasie Lis Franek przeglądał swoją ogromną szufladę z butami, licząc na to, że szybko znajdzie odpowiednie na zimową porę kozaki. Niestety! Znajdował sandałki, adidasy, klapki i kalosze, ale po zimowych butach ślad zaginął.

— Trudno — rzekł do siebie — Pojadę do miasta i kupię nowe, nie ma innego wyjścia!

Jak postanowił, tak zrobił. Na dworze spotkał przechodzącego Marcina.

— Dokąd wędrujesz, Marcinku? — zapytał, a kiedy Wilk opowiedział mu o swoim kłopocie, zaproponował:

— Pójdźmy razem, zawsze to raźniej we dwójkę!

Marcin się zgodził, no i poszli. Nie uszli jednak daleko, gdy usłyszeli za sobą odgłos nadjeżdżającego samochodu i klakson - tutu! To Wiewiórka Agatka w swoim szybkim czerwonym aucie! Zahamowała tuż obok i przez okienko zapytała:

— Dokąd się wybieracie? Jeśli do miasta, to zapraszam, akurat jadę po karton mleka!

Wilk i Lis ogromnie się ucieszyli, bo droga była daleka, więc pomoc Agatki była im bardzo na rękę. Teraz podróż trwała naprawdę krótko!

Agatka zaparkowała na rynku i zapytała:

— Słuchajcie, wystarczy wam pół godziny na zakupy? Zdążycie?

— Pewnie, jasne! — odpowiedzieli niemal równocześnie Marcin i Franek.

— Dobrze, to umawiamy się tu, w samochodzie za dokładnie pół godziny. Tylko — tu Agatka podniosła ostrzegawczo pazurek — nie spóźnijcie się! Spóźnialscy będą wracać pieszo do lasu!

— Nie spóźnimy się, na pewno! — zapewnili Wilk i Lis, po czym wszyscy rozeszli się do swoich sprawunków.

Pierwsza do samochodu wróciła, oczywiście, Agatka — w końcu miała do kupienia tylko karton mleka. Ale i Marcin szybko znalazł kurtkę z mnóstwem kieszeni i kapturem, i wrócił do auta jeszcze przed czasem. Ale Franek!...

Franek wszedł do wielkiego sklepu obuwniczego i kiedy zaczął przymierzać buciki, zapomniał o bożym świecie! A nic go nie zadowalało: a to buciki były za duże, a to za małe, a to z rzepami zamiast sznurówek, a to w złym kolorze!... Dość, że kiedy w końcu znalazł swoje wymarzone pomarańczowe zimowe półbuty i zapłacił za nie, rzut oka na zegarek upewnił go, że pół godziny właśnie minęło! Ojej! Rzucił się biegiem do samochodu.

Tymczasem Agatka mówiła właśnie do Marcina:

— Musimy jechać. Franek się spóźnił.

— Ależ Agatko — prosił Marcin — poczekajmy jeszcze minutkę, na pewno się zjawi!

I rzeczywiście, Lis jak burza wpadł do samochodu i zaczął przepraszać. Agatka od razu mu powiedziała:

— To bardzo nieładnie nie dotrzymywać słowa i w dodatku się spóźniać! Następnym razem pojedziemy bez Ciebie!

A Franek zapewniał, że to już się nigdy nie powtórzy. I wiecie co? Nie powtórzyło się, bo odtąd Lis Franek stał się wzorem punktualności dla całego lasu!

K O N I E C

*) istnieje wersja, w której Wiewiórka Agatka jeździ swoim szybkim czerwonym autem jak pirat drogowy i zostaje tuż przed miastem zatrzymana przez policjanta, od którego dostaje mandat i któremu obiecuje wieczystą poprawę.

sobota, 19 listopada 2016

[S] Niebo, niebo!

Listopad to dziwny miesiąc. Zazwyczaj szary i ponury, wietrzny, zimny i mokry, ale zdarzają się też dni słoneczne, które tym bardziej wydają się piękniejsze, im gorsze dni je poprzedzały. No i wczoraj słońce wyszło, nie na długo i nie wszędzie. Byłem akurat na dworze (tak, z aparatem), więc zrobiłem kilka zdjęć... nieba. Bo gdziekolwiek się obejrzałem, wyglądało ono inaczej. Wszystkie poniższe kadry dzielą zaledwie cztery minuty...

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/1400 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/850 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Bonusowo zdjęcie z poranka tego samego dnia:

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/6000 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

czwartek, 17 listopada 2016

[M] Tymczasowy sukces

Korzystając z może niezbyt szczęśliwej okoliczności, jaką jest choroba, postanowiłem uporządkować sprawy sterowników i innych średnio działających rozwiązań muzycznych. I o dziwo - odpukać - na razie z sukcesami!

W pierwszej kolejności wyrzuciłem ASIO4ALL, czyli sterowniki, zapewniające minimalne opóźnienia. U mnie tylko bruździły i gryzły się ze sterownikami karty dźwiękowej. Zostawiłem więc tylko te ostatnie, zwłaszcza że wg pomiarów programów DAW, dają one mniejsze opóźnienia niż ASIO4ALL.

Drugim krokiem było odinstalowanie starych wersji programów, głównie od Native Instruments. Spowodowało to tyle, że programy DAW (a mam ich kilka) przestały się dławić podczas skanowania wtyczek VST. O dziwo, zainstalowanie najnowszego Kontakt Playera nie spowodowało nowych problemów - najwyraźniej coś było nie tak po tym, jak instalowałem większość muzycznego softu jeszcze w Windows 8, a teraz używam zmigrowanego Windows 10.

W ogóle z instrumentów VST powyrzucałem wszystko, co albo było wersją demonstracyjną, albo i tak bym tego nie używał. Ostało się kilka przyjemnych instrumentów, a do tego zainstalowałem Korga M1 oraz Orbita.

Chwilowo całkowicie zrezygnowałem też z Cubase'a na rzecz FL Studio 12, które działa "jak przeciąg". Niby instrumenty VST czasem się gryzą z tym programem (tak przynajmniej utrzymują np. autorzy Nexusa 2), ale póki co nie zauważyłem żadnych problemów. Wszystko ładnie się ładuje, zapisuje i odtwarza.

Jedyna poważna porażka to - oczywiście - Juno G (ta nazwa zaczyna być znacząca!). Skoro i tak dłubałem w systemie, postanowiłem wypróbować polecany na różnych forach sposób z obejściem braku odpowiednich sterowników do Windows 10. Efekt? Zmarnowane pół godziny. Sterownik, owszem, dał się zainstalować bez szemrania, wyświetlił nawet budujący komunikat, że wszystko przebiegło prawidłowo. Cóż z tego, jeśli w Menadżerze urządzeń Juno G opatrzony jest pomarańczowym trójkącikiem ("Nie udało się uruchomić urządzenia (Kod błędu 10)" - wg dokumentacji Microsoftu może to oznaczać wszystko, a najpewniej, że sterownik jest przestarzały). Oczywiście, w takiej sytuacji Juno nie pojawia się na żadnej liście dostępnych urządzeń MIDI, nie widzą go też firmowe programy Editor i Librarian. Nie, to nie.

Dobra, skoro tak dobrze wszystko poszło, nie pozostaje nic innego, jak przysiąść i zagrać. Coś. Wreszcie.

środa, 16 listopada 2016

[M] O mojej muzyce

Patrzę na gitarę. Prosty instrument - wystarczy po niego sięgnąć, dostroić i można grać. Żadnej filozofii. Tak jak z przeszłością - też wszystko było prostsze, trawa zieleńsza, oranżada słodsza, a człowiek się tyle nie denerwował... Także jeśli chodzi o muzykę.

Kombatanckie początki

Muzyka od zawsze rywalizowała w mojej głowie z plastyką. Na równie amatorskim poziomie, ale jednak. I nie, nie grałem nigdy na gitarze - to znaczy, mam nawet dwie w domu i znam parę chwytów, ale to wszystko. Moim instrumentem były od zawsze "klawisze". Nie fortepian, tylko właśnie syntezator. Dla pewnej Yamahy porzuciłem naukę gry na akordeonie, dla innego syntezatora sprzedałem ukochane ośmiobitowe Atari.

I z tego, co pamiętam, na początku rzeczywiście było fajniej. Używałem prostej Yamahy PSS-780, która miała prościutki "zapamiętywacz" tego, co się grało (nie nazwę go sekwencerem, bo nie było żadnej edycji). Nagrałem w ten sposób pięć kaset z muzyką (hm, powiedzmy - i tak już tego nikt nie usłyszy). Potem dokupiłem (za cenę Atari) Yamahę MU-50 i sterowałem nią z poziomu PSS-780. Wszystko było proste i działało, a ja miałem mnóstwo czasu (czasy liceum). Tak nagrałem kolejną kasetę i czas było skomplikować sobie życie.

Była zima 1994, kiedy uzbierawszy fundusze i naciągnąwszy mocno ojcowski portfel dokupiłem szesnastobitowe Atari 1040STfm z monitorem i pirackim programem Cubase 3.01 oraz prościutką klawiaturę sterującą (już o pełnowymiarowych klawiszach, a nie "dziecięcych", jak w PSS-780). Dźwięk leciał nadal z MU-50, a ja uczyłem się metodą prób i błędów obsługi Cubase'a i jego narowów (a miał, miał ich trochę). Już nie wszystko było proste - żeby coś nagrać, trzeba było powłączać urządzenia, odpalić komputer, wczytać Cubase, potworzyć ścieżki w sekwencerze... Ale jakoś to ogarnąłem i chociaż czasem krew człowieka zalewała (np. gdy nie zgrały się wszystkie dane), to jakoś podczas wakacji powstała kolejna kaseta, a zarazem pierwsza płyta (bo akurat wchodziły do użytku nagrywarki CD), chyba najlepsza w mojej "karierze".

W następnym roku nagrałem nowy materiał na tym samym sprzęcie - miałem już wszystko pod kontrolą i eksperymentowałem z brzmieniem, przez co płyty nie da się dziś słuchać bez zgrzytania zębami. Ale na tym chwilowo muzyczne dokonania się zakończyły, bo w międzyczasie poszedłem na studia.

W pięknym roku 2000 moja kochana młodsza Siostra w nagrodę za świadectwo z paskiem dostała komputer PC, który całkiem przypadkiem stanął w moim pokoju z zamontowaną w środku niby-to-profesjonalną kartą muzyczną Guillemot MaxiSound 64. To były początki tzw. home recordingu, czyli przenoszenia studia nagraniowego do domu. Wcześniej, jeśli ktoś chciał podejść do produkcji muzycznej poważnie, to wynajmował studio, tam nagrywał, a w cenie (słonej!) dostawał reżysera dźwięku, który elegancko wszystko miksował i masterował, dzięki czemu całość trzymała przynajmniej techniczny poziom. Na przełomie wieków dzięki wzrostowi wydajności komputerów, każdy mógł studio założyć w domu, przeprowadzając produkcję od A do Z w swoim pokoju. Nic dziwnego chyba, że oczy zaświeciły mi się do takiej możliwości - stąd wspomniana karta muzyczna.

Z MaxiSound miałem jazdy jak po LSD. Najpierw okazało się, że sprzedawca przysłał mi wersję bez rozszerzonej pamięci, po miesiącu oczekiwania przysłał kartę z pamięcią, ale wadliwą. Ostatecznie sprzętu nie zdążyłem przetestować we wakacje i tylko podczas weekendów, kiedy wracałem do Rodziców, coś tam "rzeźbiłem". Opornie szło, bo szybko się okazało, że z pirackim Cubasem karta współpracowała średnio, lepiej z własnym oprogramowaniem, które jednak było dość niewygodne. Nie zliczę zawieszeń i awarii, które w tym czasie skutecznie zniechęcały do dalszego nagrywania. Jakoś dobrnąłem do końca płyty i dałem sobie spokój.

Jazda bez trzymanki

Studia, studia i po studiach - czas do pracy! Mieszkałem sam, wydawałem tylko na bilety autobusowe, czynsz i wyżywienie, więc szybko pojawił się pomysł, żeby zrobić sobie "prawdziwe studio". Korg 76LE był moim pierwszym zakupem internetowym (chociaż jeszcze internetu nie miałem w mieszkaniu, tylko na uczelni, gdzie ówcześnie pracowałem). Do tego doszedł już legalny Cubase i... kłopoty.

Zaczęło się niewinnie, bo od podłączenia instrumentu do komputera. No, nie da się. Korg nie miał USB, komputer - złącza MIDI. Kupiony kabelek z adapterem działał "tak sobie", czyli czasem tak, a czasem nie. Korg nie wszystko potrafił przesłać do komputera, więc jakaś większa edycja parametrów odpadała. Cubase nagrywał z lekkim opóźnieniem - walczyłem z tym długo, po czym się przyzwyczaiłem. Co gorsza, legalny Cubase za sprawą sprzętowego klucza licencyjnego sprawiał więcej problemów niż piracka kopia - a to nie zauważał, że klucz jest podpięty, a to twierdził, że licencja nieprawidłowa. Do tego żądał ciągłych aktualizacji (w tym sterowników do klucza). Wyobraźcie sobie - w głowie siedzi Wam świetna, wiekopomna kompozycja, włączacie sprzęt, a tu komunikat, że niestety, dziś nie pograsz, bo trzeba update sterownika klucza zrobić. A net tylko w pracy - nazajutrz zapominasz ściągnąć, potem ściągasz nie tę wersję. Zgroza. W takich warunkach nagrałem tylko kilka utworów, bo na więcej nie starczyło mi samozaparcia.

Obrażony nieco na ten cały złom, nabyłem szlachetny instrument Korg SP-250, czyli cyfrowe pianino. Bez ambicji, że będę coś na nim nagrywał czy komponował - bardziej chciałem się podszkolić w samej grze. Siadywałem więc po pracy, włączałem instrument i grałem - ech, jakie to było piękne i proste! Doszedłem nawet do tego, że kulawo potrafiłem zagrać preludium e-moll Chopina!

Po paru latach zmieniłem pracę i mieszkanie, doczekałem się Neostrady (tadam!) i znów ożyły muzyczne cknienia. W międzyczasie Korg jako duży i nieporęczny pojechał do Rodziców, a ja sprezentowałem sobie Rolanda Juno G i aktualizację do Cubase'a. Już pierwsze uruchomienie ustrojstwa dawało znać, żeby nie spodziewać się żadnej poprawy. Klucz licencyjny w tajemniczy sposób "sam się" wyczyścił. Zamiast grać, siadłem do pisania e-maila do supportu firmy Steinberg, żeby coś zrobili, bo przecież soft legalny, kasa wydana, a korzystać nie ma jak. Po paru dniach udało się licencję wgrać. Siadam, w głowie muzyczny zamęt, włączam nagrywanie... A tu okazuje się, że nic z tego. Cubase nie widzi Juno. Wgrywam sterowniki takie i owakie, szukam po forach, przestawiam, konfiguruję, wreszcie jest, działa! Teraz stworzę dzieło!

Nie, nie stworzyłem dzieła. Cubase nawet coś nagrywał, ale z kolei przesyłanie do Juno nie szło za dobrze. Coś szwankowało, coś się zacinało, coś zawieszało. Nie wierzyłem własnym oczom. Po paru miesiącach zrobiłem kolejne podejście i znów tylko problemy, bo już trzeba było instalować aktualizacje. Znów pisałem do supportu udowadniając, że ja to ja i że naprawdę program kupiłem, i chciałbym go nawet poużywać. Znów problem ze sterownikami do klucza...

Czasy współczesne

Opuściła mnie ostatnio wena fotograficzna, to myślę sobie: wrócę do muzyki, teraz na pewno jest lepiej, w końcu tyle lat minęło, postęp, standardy... Oczywiście, konieczne okazały się aktualizacje wszystkiego, czego używałem (tak, zgadnijcie, czy sterownik do klucza zadziałał od razu). Wypchaj się, Cubase! Zeźlony, przetestowałem najpierw Studio One, potem Reapera, żeby skończyć w FL Studio. Działa. Bez klucza. Za każdym razem.

Oczywiście w międzyczasie przestał działać Juno - Roland postanowił NIE wydawać sterownika do Windows 10, bo przecież po co dbać o własnych klientów. To oraz generalnie brak miejsca na fizyczne instrumenty skłoniły mnie do przejścia na instrumenty wirtualne, programowe. Plus taki, że wszystko siedzi w samym komputerze, brak problemów z kabelkami i połączeniami. Minus taki, że tym większą wagę mają sterowniki, a tu nie jest dobrze.

Powiem tak - samo doprowadzenie do stanu, gdy naciskam klawisz, a z komputera bezzwłocznie słychać dźwięk - okazało się tytaniczną pracą. Sterowniki MIDI, ASIO, karta dźwiękowa, wtyczki VST - weź, człowieku, ustaw to od razu poprawnie. W dodatku część wtyczek nie jest widziana przez oprogramowanie, część ma dziwne opóźnienia, a część stwarza problemy licencyjne - a to nie widzi licencji, a to się nie aktywowało, a to się aktywowało, ale w jakimś miejscu tego nie widzi... Ręce opadają, naprawdę.

Niedojda

To jedyne wytłumaczenie - jestem niedojdą. Przecież z tych programów korzystają setki, jeśli nie tysiące osób. I jakoś im się to udaje, no nie? Ale z drugiej strony, fora są pełne opisów problemów identycznych z tymi, z jakimi ja się spotykam - tylko rozwiązań nikt nie podaje. Dziwne to wszystko.

Tak czy inaczej, wszystko wskazuje na to, że za parę dni przejdzie mi chęć do muzykowania. Bo jak tu muzykować, gdy trudno jakieś dźwięki z kupy złomu wydobyć?

Może by jednak spróbować z gitarą?...

P.S. Gdyby ktoś pytał - dlaczego z uporem maniaka stosowałem Cubase? Cóż, przez długi czas był to standard i najlepsze oprogramowanie tego typu...

poniedziałek, 14 listopada 2016

[S] O świcie i o zmroku

Dzisiaj - zgodnie z obietnicą - nie będzie oszronionych listków i zziębniętych kwiatków. Kilka kadrów z początku i końca listopadowego dnia - z przewagą tego drugiego, bo jakoś o poranku nie za bardzo starczyło czasu. Tak czy owak, klimaty raczej mroczne, choć zaskakująco kolorowe.

Przysłona: f/2, Czas: 1/1250 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/4400 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/1,6, Czas: 1/35 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,6, Czas: 1/75 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 0.05 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/30 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 0.04 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 0.05 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Jako bonus zdjęcie, które trafiło do puli 365 z podtytułem: "Tak się robi Księżyc!":

Przysłona: f/1,6, Czas: 1/15 sec, Ogniskowa: 23,0 mm