czwartek, 17 sierpnia 2017

Oszukany

Dziś wpis trochę dziwny, bo dotyczący kina. Kina akcji, dodajmy. Dość już wiekowego. Najpierw jednak małe wyjaśnienie - od czasu do czasu wpadam w "ciąg" filmowy lub książkowy (rzadziej muzyczny), kiedy to skupiam się na jakimś jednym twórcy i po kolei odświeżam sobie jego "dzieła". Tak jest obecnie z książkami Agaty Christie, tak było niedawno z filmami Stevena Seagala (he, he). No właśnie, jakoś wzięło mnie na kino akcji - od dwóch mniej więcej tygodni męczę filmy z Jeanem-Claudem van Damme.

Dobre złe kino

Wiadomo, że produkcje w rodzaju "Liberatora", "Kickboxera" czy "Commando" żadnymi ambitnymi produkcjami nie są. Są za to uczciwymi filmami klasy "B", takimi, rozumiecie, miłymi kompanami do zjedzenia dobrej pizzy w sobotni wieczór. Człowiek się odpręża i ma niezłą frajdę oglądając machającego nogami van Damme'a tudzież machającego rękami Seagala. Nie bez wpływu na ogarniającą mnie nostalgię są wspomnienia z pierwszych seansów, jeszcze na kasetach VHS z wypożyczalni. Ech, to były czasy, a człowiek był taki młody!...

Przechodzimy powoli do sedna

Generalnie filmy Seagala jakoś łatwiej mi się oglądało. Te z van Damme są jakieś takie nijakie, wyłączając "Kickboxera" oraz "Krwawy sport". Te dwa są dla mnie-nastolatka wręcz kultowe, zwłaszcza pierwszy, znany w erze VHS jako "Karate Tygrys 3". Tam było wszystko - wspaniały oponent w postaci psychopatycznego Tong Po, tłukącego nogami w betonowe filary w ramach treningu; był młody van Damme, który u tajemniczego mistrza Xiana pobierał ciężkie nauki, by zemścić się za okaleczenie brata; był wątek miłosny z uroczą bratanicą Xiana, Mylee. Źli byli źli, dobrzy byli dobrzy (choć niektórzy musieli się przełamać w kulminacyjnym momencie). No i ta finałowa walka wśród posągów i pochodni, ręce w sznurach, maczane w żywicy i tłuczonym szkle!... Okropnie wszystko naiwne (patrząc dzisiaj), ale w taki ujmujący sposób, że człowiek uśmiecha się z politowaniem i ogląda dalej.

Dlaczego oszukany?

A, bo wiecie... Sam się prosiłem. Zobaczyłem, że nakręcono część drugą "Kickboxera". Obejrzałem. I powiadam Wam, dawno nie widziałem gorszego przykładu sequela. Nie dość, że spaskudzono mistrza Xiana (ten sam aktor, ale zamiast mądrości i tajemniczości mamy głupie opowiastki o zwierzętach), Tong Po okazuje się kretynem, mordującym Kurta i Erica Sloanów (główni bohaterowie "jedynki") za pomocą pistoletu (!), to na dodatek nagle okazuje się, że Kurt i Eric mają... trzeciego brata, Davida. A David (na oko lat dwadzieścia), jest uznanym mistrzem i nauczycielem (sypie maksymami jak z rękawa), który na dodatek lata temu zakończył karierę. Całość fabuły da się streścić słowami: Tong Po musi odzyskać honor pokonując Davida, a żeby ten chciał z nim walczyć, trzeba zabić jego najlepszego przyjaciela.

Gdzie tu oszustwo? Ten film to przykład żerowania na popularności tytułu. Nie daje za grosz rozrywki i nie jest nawet kinem klasy "C" - błąka się gdzieś w końcówce alfabetu. Wcale się nie dziwię, że ani van Damme (Kurt), ani Dennis Alexio (Eric) nie chcieli mieć z nim nic wspólnego - szkoda, że Dennis Chan (Xian) się zgodził.

E, marudzę, wiem. Czego się spodziewałem? Po prostu kolejnego filmu klasy "B", który w jakiś zgrabny sposób nawiązałby do pierwowzoru. A dostałem głupie kino familijne (część wątków jak z seriali Disneya), przeplatane z idiotycznymi walkami i kretyńskimi dialogami...

Ale w czym problem?

Właściwie w niczym. Impulsem do tego wpisu był jedynie żal, że "Kickboxer 2" zepsuł mi przyjemność z nostalgicznego powrotu do kina lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Omijajcie go i nie dajcie się nabrać, że w obsadzie jest Xian i Tong Po - są tylko mikrymi cieniami samych siebie.

Zamiast "Kickboxera 2" lepiej obejrzeć "Rambo", co niniejszym czynię.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Wyzwanie w wyzwaniu

Niedługo dobijam w moim "projekcie 365" do trzysetnego zdjęcia i w ramach walki z marazmem i otępieniem tydzień temu wyznaczyłem sobie dodatkowe wyzwanie: co dzień robić zdjęcie innemu dziewczęciu. Całość mogła się udać, bo w tygodniu miałem zaplanowaną sesję modelkową.

Poniżej efekt, który - wierzcie lub nie - przeszedł moje oczekiwania. Nie dość, że rzeczywiście udało się zrobić zdjęcie na każdy dzień tygodnia, to każde z inną modelką! Tym samym uznaję to za najbardziej udany tydzień w historii "projektu 365" (nie pod względem fotograficznym, bo same zdjęcia nie powalają odkrywczością czy pomysłem), ale pod względem "organizacyjnym".

I korzystając z okazji - wszystkim moim wspaniałym modelkom bardzo dziękuję! Bez Was by się to na pewno nie udało!

Niedziela - Basia
Przysłona: f/2,8, Czas: 1/220 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Poniedziałek - Ewelina
Przysłona: f/2, Czas: 1/1000 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Wtorek - Iza
Przysłona: f/2, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Środa - Danka
Przysłona: f/2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Czwartek - Ania
Przysłona: f/1,2, Czas: 1/8500 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Piątek - Maja
Przysłona: f/2, Czas: 1/2400 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Sobota - Joasia
Przysłona: f/2, Czas: 1/2700 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

I jako bonus jeszcze jedno zdjęcie z czwartku (w środę i czwartek były trzy modelki i dla jednej zwyczajnie nie starczyło dni):

Asia, siostra Ani
Przysłona: f/5,6, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

czwartek, 3 sierpnia 2017

Piknik

Wczoraj Danusia i Asia dzielnie pozowały mi podczas plenerowej sesji w Parku sołackim. Efekty widać poniżej, a dzisiaj, jeśli dopisze pogoda, zrobimy drugą część, być może tym razem w otoczeniu architektury.

poniedziałek, 31 lipca 2017

[M] Bitwig Studio

Jak pewnie wiecie, albo i nie, od kiedy zajmowałem się muzyką, stosowałem program Cubase firmy Steinberg. Znacznie później przeszedłem na FL Studio 12, w którym pracowało mi się bardzo dobrze (i którego notabene wcale nie porzucam na wieki). Ale...

FL Studio

Kończąc prace nad albumem "Runaway" nie raz i nie dwa zżymałem się na FL Studio. Coraz częściej przeszkadza mi przyjęty w tym programie workflow, czyli sposób pracy. Najważniejsze wady można wypunktować:

  • brak powiązania między patternem, playlistą i mikserem (osobne nazwy, osobne kolory itp.) = bałagan
  • irytująca przeglądarka instrumentów VST (czasem po ponownym skanowaniu pojawiają się niechciane wpisy, których trudno się pozbyć, kłopotliwe jest grupowanie instrumentów)
  • brak możliwości łatwej transpozycji fragmentu utworu (konieczność duplikowania patternów i ręczne zmienianie każdego z nich)
  • automatyzacja na playliście jako osobny "klocek" (znów brak powiązania, co prowadzi do bałaganu)
  • błędy we współpracy z niektórymi wtyczkami (np. BigBang2 pracuje poprawnie tylko w trybie bridged)
  • kłopoty z dostosowaniem wydajności (czasem pomaga włączenie, a czasem wyłączenie (!) przetwarzania wielowątkowego)
  • naprawdę wkurzające - ogólny suwak głośności (w oknie programu, nie master w mikserze) wpływa też na głośność renderowanego pliku (!!!), a co gorsza - jego stan zapisuje się wraz z bieżącym plikiem
  • osobne okienka na patterny, playlistę, mikser i instrumenty (notorycznie minimalizuję je do małej belki, którą później trudno zauważyć na tle innych elementów)
  • niemożność wycofania niektórych operacji (np. wymiana instrumentu w slocie czy podmiana sampla w samplerze)

Cubase

Po drugiej stronie mam (ciągle) Cubase'a, z którego dziewiątą wersją wiązałem spore nadzieje, bo unowocześniono wreszcie interfejs użytkownika i niby jest lepiej. Cubase jest jednak "mułowaty", nie toleruje wtyczek 32-bitowych oraz ma kiepski edytor MIDI (piano roll). W ogóle jakoś nie potrafię obsługiwać tego programu myszką - nie trafiam w to, co chcę, nie potrafię przeciągać elementów. W innych programach nie mam tego typu problemów, więc coś jest chyba na rzeczy, choć się nie upieram, że część winy leży po mojej stronie.

Ideał?

Zirytowany FL-em, sięgnąłem po Abletona Live 9 (bodajże z interfejsem M-Audio dostałem kiedyś wersję Lite). Nie powiem, jest to pewien powiew świeżości, choć nie wszystko od razu zrozumiałem. Tak czy owak, wersja Lite ma zbyt duże ograniczenia jak dla mnie, wypróbowałem więc po "coś zbliżonego", czyli właśnie po Bitwig Studio.

O genezie powstania Bitwig Studio nie będę się rozpisywał - dość powiedzieć, że jest to spośród znanych mi aplikacji DAW produkt najmłodszy i czerpie całymi garściami od konkurencji (nawet, zdaje się, były jakieś korowody sądowe z producentem Abletona). To, co mi się w nim podoba:

  • możliwość pracy albo na linii czasu (jak w Cubase), albo za pomocą klipów i scen, które odpowiadają nieco patternom w FL Studio
  • duża wydajność (przynajmniej o ile mogłem to na razie sprawdzić)
  • bardzo przyjemny edytor MIDI (w dużej mierze działa tak, jak w Abletonie i FL Studio)
  • bardzo proste tworzenie "warstw instrumentów" łącznie z przypinaniem do nich efektów (FL Studio też ma warstwy, ale ich obsługa jest nieco toporna)
  • modulacje - przynajmniej potencjalnie, bo na razie tylko oglądałem filmiki i czytałem o tym, ale możliwości wydają się być fantastyczne
  • ładny interfejs programu, łatwy w obsłudze

Dość powiedzieć, że potrafiłem przy pierwszym uruchomieniu nagrać i wyedytować kilka ścieżek, nałożyć efekty i całość działała tak, jak tego oczekiwałem (czego nie umiałem zrobić np. w Abletonie czy wcześniej w FL Studio). Natomiast na razie niejasna jest dla mnie jeszcze logika pracy ze scenami.

Bitwig nie jest ideałem, przynajmniej wersja 1. Ale to chyba krok w dobrą stronę i zamierzam wypróbować go w działaniu. Niedługo ma wyjść wersja 12.5 FL Studio - zobaczymy, w którą stronę tam pójdą zmiany (choć rewolucji się nie spodziewam).

No to co, na koniec coś, co udało się zrobić w Bitwigu?

niedziela, 23 lipca 2017

[S] Park Dzieje

Dziś w ramach testu razem ze znajomymi byliśmy w Park Dzieje w Murowanej Goślinie (Wielkopolska). Był to test, bo sam ośrodek powstał dopiero w tym roku i jeszcze go nie odwiedziliśmy.

Zasadniczo widać, że rzecz jest ciągle w budowie, ale pomysły i zaangażowanie ekipy daje nadzieję, że za rok będzie to miejsce ściągające dużo więcej turystów niż obecnie. My trafiliśmy akurat na pokazy sokolnika, przedstawienia teatralne (dla dzieci i nie tylko) oraz różne gry (ustawianie wiaderek za pomocą liny na żurawiu, strzelanie z katapulty czy rzucanie oszczepem). Dzieciaki - zachwycone, zwłaszcza że w sklepiku można się było uzbroić w miecze, hełmy i łuki. A kto nie lubi strzelać z łuku?

Odwiedzić warto - dla oszczędnych w tygodniu jest ok. 2x taniej niż w weekend, ale też nie ma przedstawień. Poniżej wrzucam kilka fotek z pokazów sokolniczych, choć zamiast sokołów - sowy:

Przysłona: f/2, Czas: 1/1900 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

piątek, 21 lipca 2017

[M] Michel Delving - Władca pierścieni

Wczoraj wieczorem miałem wielką przyjemność odbyć nostalgiczną podróż w lata dziewięćdziesiąte. Zaczęło się dość niewinnie - podczas przesłuchiwania jakiegoś utworu w serwisie SoundCloud jedna z fraz przypomniała mi nagranie, którego słuchałem namiętnie 20 lat temu. Głupie, ale zatęskniłem za przeszłością. Podobnie jak we wcześniejszym przypadku, postarałem się przypomnieć sobie wszystko, co wiem, żeby ustalić autora. Wiedziałem, że album był ilustracją muzyczną do książki (!) "Władca pierścieni", autorstwa jakoś nazwanego duetu, którego połowę stanowił Bartłomiej Dramczyk, którego z kolei znałem jeszcze z czasów Bajtka i Top Secret. Bartek zresztą obecnie pisze na łamach Piksela, więc przynajmniej było pewne, że nie odciął się zupełnie od życia publicznego. Chwila szukania na FaceBooku i... wysłałem do niego prośbę, czy nie ma gdzieś w archiwach rzeczonego albumu. Bo ja owszem, nadal go mam, ale po pierwsze jest na kasecie magnetofonowej, a po drugie - leży w szufladzie u Rodziców.

Odpowiedź przyszła bardzo szybko i Bartek, ku mojej radości, postanowił udostępnić mi nagrania. Tak oto wieczorem zgrałem sobie cały album do odtwarzacza i posłuchałem go do snu.

Tutaj mała dygresja - "Władca pierścieni" była jedną z najważniejszych powieści mojej młodości. Pamiętajmy, że w tamtych czasach nie było jeszcze filmowej adaptacji Petera Jacksona i świetnej ścieżki dźwiękowej Howarda Shore'a. Kiedy czytałem o przygodach Frodo, tłem dźwiękowym były nagrania Michel Delving i Marka Bilińskiego ("Dziecko słońca"). Słuchanie i czytanie tak się związały, że słuchając utworów, przypominam sobie fragmenty książek. To działa do dzisiaj. Naprawdę. Kilka razy autentycznie się wzruszyłem, gdy wczoraj znane niegdyś frazy wyskakiwały nagle z przeszłości.

Nie poczuwam się kompetentny do oceniania wartości muzycznej "Władcy pierścieni". Brzmienie kojarzy mi się z używaną w tamtym czasie przeze mnie Yamahą MU-50 (choć podejrzewam tu bardziej jakiegoś Rolanda SC-88), więc bez szału. W tym jednak przypadku zdecydowanie sprawdza się stara prawda, że muzyka to przede wszystkim emocje - i chociaż może nikt już nigdy tych nagrań nie odbierze w podobny sposób, to ja je bardzo lubię - takimi, jakie są. Warto było znów poczuć przyjemne ciarki przy "Ścieżce Umarłych" czy "Eowinie".

Na jeszcze jedno chciałbym zwrócić uwagę - ostatni utwór pt. "Lorien". To prawdziwa perełka ze względu na... obecność wokalu. Pięknego wokalu, śpiewającego fragment pieśni Galadrieli:

O złotych liściach śpiewam pieśń -
I oto na drzewie się złocą,
O wietrze śpiewam - i oto wiatr -
Patrz, jak gałązki łopocą.

Za słońcem słońc, za luną lun,
Gdzie morze miłe jest mewom,
Gdzie Ilmarinu piaszczysty brzeg -
Złociste wyrosło drzewo...

Pod wiecznej nocy rojem gwiazd
Złociło się w Eldamarze,
Tam gdzie wysoki kryje mur
Tirionu srebrzystą plażę...

Złociste listki błyskały wciąż
Na gałęzistych latach -
A tu, za działem rozległych mórz,
Łza elfów z łzą morza się brata...

A zima idzie - o, Lorien,
Bezlistne dni niby pręty,
Padają złote listki w toń -
A rzeka gna je w odmęty...

Nie wiem, kto to śpiewał (sprawdzę na kasecie przy okazji i dopiszę), ale głos jest wyjątkowo piękny i bardzo pasujący do treści. Chciałbym umieścić tutaj przynajmniej to jedno nagranie - zobaczymy, czy Bartek się zgodzi. Tymczasem włączę je sobie ponownie. A co!

[C] Ladaco - Brak pomysłu

środa, 19 lipca 2017

Creatism

Creatism to nazwa algorytmu stworzonego przez Google do... tworzenia zdjęć. Czy może inaczej - do zamieniania zdjęć powstałych na potrzeby StreetView na zdjęcia, nazwijmy to, artystyczne. Więcej konkretów można doczytać na Fotoblogii, zaś przykłady działania da się obejrzeć tutaj (jeden wklejam na zachętę poniżej).

by Google Creatism

Co w tym takiego niezwykłego? Ano to, że Creatism nie tylko odpowiednio dobiera sobie materiał wyjściowy (mówiąc obrazowo: obraca się wokół i szuka odpowiedniego skomponowanego kadru), ale także przeprowadza obróbkę - wyciąga detale z cieni i świateł, ustawia balans bieli itp. itd. W efekcie dostajemy zdjęcia, których większość z nas nie tylko by się nie powstydziła, ale wręcz byłaby z nich dumna...

Google chwali się, że testowało efekty prac algorytmu z wykorzystaniem profesjonalnych fotografów, którzy mieli ocenić, czy dane zdjęcie zrobił automat, czy też człowiek. No i jak można przewidzieć, fotografowie często się mylili, w co jestem skłonny uwierzyć.

Czy to początek końca fotografii, jaką znamy?

wtorek, 18 lipca 2017

niedziela, 16 lipca 2017

[S] Trochę przyrody

Żeby nie było, że tylko siedzę w domu i przyrody nie fotografuję:

Przysłona: f/2, Czas: 1/7500 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/4700 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/1250 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 80,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 80,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/6000 sec, Ogniskowa: 80,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/2500 sec, Ogniskowa: 80,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/6400 sec, Ogniskowa: 80,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/8500 sec, Ogniskowa: 80,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/1250 sec, Ogniskowa: 80,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/4000 sec, Ogniskowa: 80,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/16000 sec, Ogniskowa: 80,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/2500 sec, Ogniskowa: 80,0 mm

czwartek, 13 lipca 2017

[R] Władysławowo

Ostatni poranek pobytu we Władysławowie poświęciłem na obejście najczęściej odwiedzanych miejsc. Pech chciał (a może była to Opatrzność), że poranek był ponury i szary, więc idealnie wpisał się w moje odczucia. Pod każdym zdjęciem znajdziecie kilka słów na temat tego, czego ono dotyczy.

Sklep "Potrykus" - jedyny chyba sklep w promieniu pół kilometra, gdzie można było płacić kartą. Otwarty od 6 do 23, codziennie (włącznie w niedzielę) świeże pieczywo. Czego chcieć więcej? Odwiedzany przez nas co najmniej kilka razy dziennie. Bardzo miła i szybka obsługa.

Tutaj mieliśmy wynajęty pokój. Dom bez numeru, choć numer 10. Pościel i czajnik elektryczny w pakiecie. Oraz - oczywiście - parawan do uprawiania parawaningu na plaży. Nie został użyty ani razu.

Tania jadłodalnia, w której omal nie zjedliśmy pierwszego obiadu. Nie zjedliśmy, bo nie mieliśmy gotówki (dobrze, że zapytaliśmy przez zamówieniem). W tle "Sklep u Gracjana", otwarty do północy. Mało "Lecha" w nim, nawet "Żubra" mieli więcej.

Jedna z wielu narożnych kapliczek, których było mnóstwo tak we Władysławowie, jak i w ogóle w okolicy. Taki charakterystyczny element krajobrazu.

Łączka i gospodarstwo pewnego uprzejmego Pana Rolnika. Uprzejmego, bo bez problemu zgodził się, żebyśmy zdeptali łączkę, puszczając latawca "Rajski ptak". Oprócz Pana Rolnika zgodził się też jego Wielki Pies - chyba nie widziałem większego egzemplarza. Wyglądał z daleka jak kucyk.

Wiele jadłodalni we Władysławowie postawiło sobie takiego oto jegomościa. Widocznie działa - chociaż na nas nie.

Dacie wiarę? Stary samolot przerobiony na restaurację. Z daleka intrygujący, zdecydowanie tracił na atrakcyjności w miarę zbliżania się. A po dojściu mniej więcej do miejsca pokazanego na zdjęciu człowiek stwierdzał, że jednak woli zapraszającego kucharza ze zdjęcia wcześniej.

Reklama dźwignią handlu, co nie? No to sobie odpowiedzcie na pytanie, czy kupilibyście działkę od kogoś, kto reklamę nakleja na skrzynki elektryczne na płatnym parkingu przy samolocie-restauracji?

Lato nie dopisało. Ale to chyba nie tylko kwestia bieżącej pogody - całe Władysławowo pełne było podobnych karteczek. A na dworcu PKP na podróżnych rzucali się ludzie, takie karteczki trzymający. "Może pokój?" - taki marketing bezpośredni, stosowany również przez kierowców meleksów oraz obsługi lokali gastronomicznych. "Zapraszamy na wycieczkę", "Może obiadek?". Wszystko dla turysty.

Bankomat ratujący życie. Wypłaciliśmy gotówkę na obiad, po czym zjedliśmy go w restauracji "Miedzianka", widoczną w tle. Swoją drogą - polecam. Obsłudze dorównuje jakość potraw oraz ogólna schludność. I to przy umiarkowanych cenach.

Poranne pustki - przynajmniej tego dnia. Bo gdy pogoda była lepsza, o 4 nad ranem pełno było tu podpitego towarzystwa (mniej niż na plaży, ale jednak).

Taka ciekawostka - stoisk z tanimi książkami było mrowie, nie tylko we Władysławowie, ale także na Helu. Żeby nie to, że nie mam w mieszkaniu miejsca już na więcej papierowych książek, obkupiłbym się na pewno.

Nasz pierwszy kontakt z próbą zejścia na plażę. "Przejścia nie ma", można sobie najwyżej popatrzeć. No cóż.

W nawiązaniu do poprzedniego zdjęcia - nowe zejście nr 14 było tam. Tam. Za krzyżem i za krzakami. Nie widać? Ano właśnie.

Kolejna pusta "promenada". Po południu zostaniesz tu wielokrotnie stuknięty łokciem albo najechany autkiem elektrycznym, sterowanym przez czterolatka nie słuchającego polecenia "Nie wjeżdżaj w pana". Wszystko w oparach smażonych kebabów. Można to lubić albo nie.

Hm, wyszło trochę zgryźliwie chyba. Nic na to nie poradzę - nadal mam żal do Władysławowa, że nie okazało się miłym miejscem, gdzie można bezstresowo odpocząć...

[S] Ocean Park

Ocean Park jest jedną z niewielu sensownych rozrywek we Władysławowie, przede wszystkim dla dzieciaków. Zdecydowanie lepiej zjawić się tutaj, niż wpychać małoletnich na wieżę Domu Rybaka. Obiekt ma odpowiednią wielkość oraz parę naprawdę fajnych elementów, np. gadającego interaktywnego wieloryba, namiot z wielkimi klockami (choć tu trochę duszno) oraz plac zabaw. Niejako "obok" jet lunapark - trzeba za atrakcje płacić osobno (tylko jedna jest wliczona w cenę głównego biletu).

Na miejscu można się posilić i zrobić zdjęcia z figurami zwierząt morskich (w skali 1:1!) Świeci słońce, ale jest za zimno na plażę? Tutaj spędzicie pewnie parę godzin, a dzieciaki będą zadowolone.

Przysłona: f/8, Czas: 1/1600 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/17000 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/32000 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/7000 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/8000 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/6000 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/10000 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/22000 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/18000 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/3800 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/4000 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/18000 sec, Ogniskowa: 18,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 35,0 mm