czwartek, 26 stycznia 2017

[M] Saturnus

Album w zasadzie gotowy, do dopracowania pozostały szczegóły oraz intro, do którego wczoraj dostałem materiał źródłowy. A tymczasem do posłuchania ścieżka numer 12, czyli "Saturnus":

środa, 25 stycznia 2017

[M] Trochę niepotrzebnych szczegółów

Dziś trochę dalszych rozważań nad stroną techniczną produkcji muzycznej, czyli słów kilka na temat wykorzystywanych programów i wtyczek. A nuż się to komuś przyda podczas wyboru własnego zestawu?

DAW

Jako swój DAW wybrałem FL Studio 12 firmy Image-Line - uzasadnienie i kilka słów o samym programie znajdziecie w poprzednim wpisie. Tutaj tylko podkreślę po raz kolejny, że na razie decyzji nie żałuję.

Instrumenty

W tym rozdziale lista będzie trochę dłuższa, choć początkowo dokonałem sporej czystki w zasobach. Po miesiącu znów zaroiło się na dysku, a najważniejsze instrumenty to:

KORG M1

M1 to klasyka. Barwy nie zaskakują, ale są bardzo przyjemne dla ucha. Nie stosowałem wprawdzie tego instrumentu jako głównego, ale za to pojawił się chyba w każdym utworze czy to jako łagodne wypełnienie, czy też odgrywając jakąś solówkę. W tym miejscu muszę podziękować koledze Arturowi, który uświadomił mi istnienie tego pluginu, bo sam pewnie bym do tego nie doszedł.

Xpand!2

Do teraz zastanawiam się, o co chodzi z tym programem. To fantastyczny instrument z setkami ciekawych barw, który kupiłem sobie na święta (a co!) za... dolara. Jednego. Naprawdę. Oddał nieocenione usługi, bo ma i świetne pady, i nie najgorsze basy, do tego garść efektów specjalnych i arpeggiów. Jeśli zajmujesz się muzyką i nie znasz jeszcze tego instrumentu, zaryzykuj te niecałe 5zł. Warto.

Absynth 5

To bardzo ciekawy instrument, którego (przyznaję to z bólem) do tej pory nie poznałem dostatecznie, choć w ostatnim czasie obejrzałem sporo samouczków na YouTube. Niektóre dźwięki są kapitalne, inne to nie moja bajka. Na razie korzystam na zasadzie - coś się zawsze znajdzie.

Serum

Najdziwaczniejszy instrument w mojej kolekcji. Nie ze względu na obsługę, tylko charakter brzmienia. Niby do końca mi ono nie pasuje, bo jest BARDZO sterylne i ostre, ale jednak przynajmniej w połowie utworów się dźwięki z Serum pojawiają. Rozgryzę go kiedyś i będzie mi jadł z ręki, zobaczycie.

Morphine

Dołączony do FL Studio, podobnie jak opisywany poniżej Sytrus - te dwa syntezatory naprawdę potrafią wiele. Wprawdzie w bezpośrednim starciu póki co zdecydowanie wygrywa ten drugi, ale Morphine kilka razy okazał się być bardzo przydatny i zaprezentował miłe brzmienie.

Sytrus

Bardzo, bardzo fajny instrument, bez którego - mogę to z czystym sumieniem napisać - "Via" nigdy by nie powstała w obecnym kształcie. Deska ratunkowa od zadań specjalnych - gdy już nie było nadziei, zaglądałem do Sytrusa i już. On i Xpand!2 to właśnie tacy ratownicy - nigdzie nie ma dźwięku, o który Ci chodzi, w nich znajdziesz coś inspirującego, co po zmianach będzie pasować. Do tego dostarczany w komplecie z FL Studio.

Orbit

To sprawca jednego z zawodów, których doznawałem podczas muzycznej przygody. Z jednej strony potencjalnie świetny, a niektóre dźwięki (tutaj - uwaga - w zasadzie są tylko dźwięki typu "pad"!) przykuwają uwagę. Co z tego jednak, gdy momentami potężnie zżera zasoby komputera albo zaczyna produkować trzaski między dźwiękami? Pomijam już fakt, że kilka razy "zapomniał" ustawień i musiałem wybierać dźwięki na podstawie wstępnych wersji mp3... Szkoda, wiązałem z nim wielkie nadzieje!

Hollywood Orchestra

Trzy ostatnie instrumenty to takie trochę przyprawy, zwłaszcza w "uprawianym" przeze mnie rodzaju muzyki. Orchestra to oczywiście dźwięki orkiestrowe - smyczków, sekcji dętej oraz perkusyjnej. Mistrzem orkiestracji nie jestem i nie zostanę, więc starałem się używać tych brzmień z umiarem, ale powstrzymać się zupełnie - nie potrafiłem. No bo to takie fajne!

BigBang Cinematic Percussion

Ha, no i już wiadomo, skąd są te straszne bębny w "Phobosie". Ano stąd. Dwadzieścia lat temu bardzo, ale to bardzo brakowało mi tego typu brzmień. Soczyste wielkie bębny, fajne bębenki "etniczne", różne perkusyjne efekty!... Tak, Damage od Heavyocity jest lepsze, ale też swoje kosztuje.

Z BigBangiem mam tylko ten problem, że jako jedyny plugin z całego zestawienia czasem odmawiał posłuszeństwa - trzeba go było ręcznie przestawiać w tryb "bridged".

Vocalise

To trochę eksperyment - sam do końca nie byłem przekonany, jak zadziała taka hybryda. Jest to plugin, który umożliwia "śpiewanie". Korzystając z bogatej biblioteki, jest w stanie wygenerować całkiem realistyczny efekt onirycznego wokalu - do posłuchania w "Charonie". Minus jest tylko jeden - nie sposób wykorzystać go więcej niż raz na jednym albumie, bo można popaść w niedobrą manierę okraszania każdej pauzy pięknym "oooo" albo "aaaai".

Inne drobiazgi

Nie od parady będzie napisać, że opłacało się przez lata gromadzić płyty z magazynu "Estrada i Studio" - dzięki temu na dzień dobry mogłem wrzucić na dysk kilkanaście gigabajtów różnych sampli (z których - jak się okazało - niewiele skorzystałem, poza kilkoma odgłosami specjalnymi). Ale zawsze jeszcze skorzystać mogę, a to też się liczy.

Na uwagę zasługują też darmowe wtyczki efektowe, głównie przestery, pogłosy i kompresory. Wprawdzie z efektami starałem się nie szaleć, ale zawsze miło mieć w odwodzie coś specjalnego i to rzeczywiście się kilka razy sprawdziło.

To chyba tyle

Nie wiem, co dodać jeszcze - wprawdzie używałem jeszcze kilku fajnych instrumentów (w rodzaju Avatara ST, Crisalys, Cobalt, STS-21 czy Texture), a całość masterowałem w Reaperze, o którym nie napisałem ani słowa, ale myślę, że więcej nic już nie potrzeba.

czwartek, 19 stycznia 2017

[S] Zimno i ciemno

Chociaż tego "ciemno" to może akurat nie bardzo widać, bo zdjęcia są solidnie naświetlone. A dlaczego są takie kolorowe? Cóż, smog świetlny... Mimo wszystko zapraszam do obejrzenia, polecając przy okazji gorącą herbatkę. A roli głównej - stawy w Antoninku.

Przysłona: f/6,4, Czas: 110 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/6,4, Czas: 100 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/6,4, Czas: 110 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/6,4, Czas: 100 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/6,4, Czas: 100 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/6,4, Czas: 75 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/6,4, Czas: 100 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/6,4, Czas: 75 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

AnikaIC zmobilizowała mnie do opisania technicznej strony wykonania powyższych zdjęć, bo rzeczywiście nawet słowem nie napomknąłem. Sesja była bardzo spontaniczna i zrobiona w drodze do pracy. Kiedy indziej nie mam czasu biegać na takie sesje ostatnio... Całe szczęście, że statyw wożę w aucie, więc długie czasy nie stanowiły problemu, także wężyk tkwi w kieszonce torby foto "na wszelki wypadek", który się właśnie wydarzył.

Czasy ekspozycji sięgały dwóch minut, a to z tego względu, że poza łuną na niebie nie było innych źródeł światła - tam tak naprawdę było ciemno. Długa ekspozycja sprawiła, że zdjęcia wyglądają jak robione o wschodzie słońca, podczas gdy do wschodu brakowało parę godzin.

Fotografowałem Fuji X-T10, czyli moim dyżurnym aparatem, który zawsze mam przy sobie - z tego względu sprawa wizjera schodziła na plan dalszy, bo w bezlusterkowcach nie ma czego zasłaniać (wizjer jest elektroniczny). W lustrzankach przy długich czasach rzeczywiście stosuje się zasłanianie wizjera (mój D700 ma nawet specjalną wbudowaną "zasłonkę"), ale to zasłanianie jest istotne w dzień. Chodzi bowiem o to, by światło wpadające przez wizjer nie "dodawało się" do światła wpadającego przez obiektyw (kiedyś opisywałem nawet przykład). W takiej sytuacji jednak, jak opisywana, i tak było ciemno, więc na 99% nie byłoby na zdjęciu efektu "smugi świetlnej". W moich lustrzankach, które nie mają "zasłonki", najczęściej stosowałem zakrycie wizjera ręką (nie dotykającą aparatu) - było to wystarczające. Można też po wyzwoleniu migawki kłaść na aparat np. chustkę (oczywiście tak, żeby nie zasłoniła obiektywu).

Późniejsza obróbka sprowadzała się do ewentualnego kadrowania (choć wydaje mi się, że tutaj wszystkie zdjęcia to pełne kadry) i dobrania odpowiedniego balansu bieli (żeby kolorki były "fajne"). Do tego lekkie obniżenie jasności w światłach (długa ekspozycja w niektórych przypadkach spowodowała prawie prześwietlenie) i standardowe wyostrzenie + winieta. Całość nie zabrała chyba nawet kwadransa.

Uwaga praktyczna do zdjęć w podobnych okolicznościach - bardzo przydaje się latarka i... zapasowy akumulator.

wtorek, 17 stycznia 2017

Kwartał

Właśnie zdałem sobie sprawę, że mijają już trzy miesiące "zmagań" na polu projektu 365. Może czas napisać kilka słów komentarza, choć nie będzie to komentarz obszerny.

Jakimś cudem udało mi się do tej pory codziennie robić przynajmniej jedno zdjęcie (a zazwyczaj kilka do wyboru) i umieszczać je pod tym adresem. Jedynie w Boże Narodzenie był niewielki problem z publikacją, związany ze świątecznymi wyjazdami i odcięciem od komputera.

Poziom, niestety, jest dość nierówny - z niektórych fotografii jestem bardzo zadowolony, z innych - bardzo średnio. Nie zawsze mam odpowiedni pomysł, nie zawsze też dopisują okoliczności (tak, tak, złej baletnicy...) Tak czy owak, 92 zdjęcia na stronie są, można sobie obejrzeć i wyrobić własne zdanie.

A jako bonus zdjęcie głowicy czarodziejskiej różdżki z wczoraj (klucz gęsi jednak wygrał):

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/60 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

poniedziałek, 9 stycznia 2017

[S] Jezioro w styczniu

Styczeń wreszcie zaczął przypominać styczeń - mroźno i biało, choć z tej pary bardziej dopisuje (póki co) mróz. Nie, żebym (jako kierowca) był zachwycony, bo codzienne skrobanie szyb w aucie nie należy do przyjemności. Ale są inni, którym śnieg... no, podoba się.

Kilka zdjęć z niedzielnego wypadu nad Jezioro Swarzędzkie. Nic nadzwyczajnego, takie spacerowy fotki. Żeby była pamiątka, że tej zimy jednak śnieg się pokazał.

Przysłona: f/2, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/950 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/300 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/120 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/140 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/105 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/2400 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/1250 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/70 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

czwartek, 5 stycznia 2017

[M] FL Studio 12

Postanowiłem poświęcić nieco czasu i napisać parę słów na temat programu, który umożliwił mi nagranie materiału do albumu "Via". To FL Studio 12 firmy Image-Line.

DAW

Podstawą pracy w domowym studio muzycznym jest DAW (ang. digital audio workstation), czyli program, w którym można na wielu ścieżkach (śladach) umieścić np. nuty dla instrumentów, różne dźwięki czy fragmenty przygotowane w programach zewnętrznych, wokale itp. DAW potrafi to wszystko odtworzyć w zadanym tempie, ale - oczywiście - na tym jego możliwości się nie kończą. Dochodzi tu między innymi kwestia miksowania, efektów, które można dla danej ścieżki zaaplikować (np. pogłos), automatyzacji (np. można na "osi czasu" zapisać zmiany ustawień - tempa, głośności itp.) czy możliwości współpracy z profesjonalnym sprzętem.

Jak już kiedyś pisałem, przez długie lata byłem "uzależniony" od programu Cubase firmy Steinberg - bo się go ćwierć wieku temu nauczyłem jeszcze na Atari ST (gdzie, notabene, nie był jeszcze DAWem, tylko "zwykłym" sekwencerem).

Tak to się, panie, ćwierć wieku temu korzystało z Cubase'a!

Cubase 8 Elements - zmiany w porównaniu do wersji z Atari ST są znaczne.

Zmiana programu DAW jest bolesna - nie można przenieść starych projektów do nowego środowiska (każdy DAW ma własny format plików), ciężko przezwyciężyć przyzwyczajenia, a często nowy DAW = nowa filozofia pracy. Tak właśnie było przy przechodzeniu z Cubase do FL Studio.

Jak żyć?

W Cubase sposób pracy jest prosty i oczywisty: dostajemy wiele ścieżek, na których nagrywamy to, co chcemy i później odtwarzamy, za pomocą miksera ustalając parametry każdej ze ścieżek. Jak w wielościeżkowym magnetofonie. W FL Studio jest... inaczej.

Podstawą pracy w FL Studio jest pattern, czyli krótki (lub dowolnie długi) fragment grany przez jeden lub wiele instrumentów. Później z patternów składa się cały utwór, całkiem jak z klocków.

Pojedynczy pattern - widoczna lista wszystkich instrumentów z przypisaniem ich do kanałów w mikserze, a po prawej - miejsce na nutki.

Brzmi prosto, ale pamiętam, że dobry tydzień zajęło mi zrozumienie, jak to działa w praktyce. Bo w FL Studio dość nieszczęśliwie (pod względem logiki) wszystko rozmieszczono. Lista instrumentów, których używamy w utworze? No, jest, ale w oknie, które nazwane zostało "Channel rack" i służy do... edycji patternów. Tam jest pełna lista, obojętnie, czy używasz danego instrumentu w patternie, czy nie. Więcej, jeśli usuniesz instrument w tym oknie, myśląc że usuwasz go tylko z patternu (w końcu edytujesz pattern, no nie?), usuniesz go również z utworu.

Nutki dla konkretnego instrumentu można wpisywać zarówno w edytorze patternu (te prostokąciki to kolejne nutki, zwykle szesnastki), jak i w specjalnym edytorze, zwanym piano roll, znanym także z innych programów DAW:

Piano roll, czyli edytor nut. Prosto i czytelnie.

Idźmy dalej - główny obszar roboczy, na którym tworzysz utwór, to "Playlist". Tutaj, na siatce, rozkładasz swoje patterny i możesz je odtwarzać. Ścieżka (ang. track) nie jest związana ani z konkretnym instrumentem, ani kanałem (do kanałów zaraz przejdę). Można w ogóle zapomnieć o takim pojęciu jak ścieżka - po prostu umieszczasz w tabelce swoje "klocki" i już.

Całe okno programu. Widoczna playlista, edytor patternów i mikser oraz pozostałe elementy.

Co ciekawe, na obszar playlisty można przeciągnąć dowolne pliki dźwiękowe (np. w formacie WAV lub MP3) - staną się one wówczas także patternami, ale audio:

Pliki audio jako patterny w polu playlisty.

Można je dowolnie duplikować, przenosić, przycinać, można także wczytać je do wbudowanego edytora audio o nazwie Edison i tam bardziej precyzyjnie "dopieścić" - ale przyznam, że jednak takie edytory, jak Audacity czy Wavosaur radzą sobie z tym lepiej.

Edytor Edison w akcji. Na początku trzeba mocno patrzeć na podpowiedzi, bo same ikonki nie są zbyt wymowne.

No i trzeci ważny element programu - mikser. W mikserze widzisz kanały, do których przypisane są instrumenty (nie ścieżki, nie patterny, tylko instrumenty właśnie). Tutaj decydujesz o głośności, rozmieszczeniu w panoramie stereo, zaaplikowaniu efektów lub korekcji.

Mikser w wersji kompaktowej.

Na początku trudno się w tym połapać, a zwłaszcza w tym, że nie ma praktycznie żadnego połączenia (poza automatyzacją) między mikserem a playlistą, podczas gdy w większości programów DAW takie połączenie aż się narzuca. Co więcej, chaos zwiększa się przez to, że FL Studio bardzo lubi kolorować i nazywać - możemy więc pokolorować i nazwać po swojemu instrumenty, patterny, ścieżki i kanały w mikserze. Fajnie, tylko nie ma nad tym żadnej kontroli, więc chwila nieuwagi i już "zielony bas" będzie grał żółtym patternem na niebieskiej ścieżce, a w mikserze będzie widniał na pomarańczowo.

Nie narzekam

Tak, naprawdę nie narzekam. Po przyzwyczajeniu się wszystko jest do ogarnięcia, trudne są tylko początki. I ostatecznie wychodzi na to, że praca przebiega bardzo sprawnie, skróty klawiaturowe działają jak powinny, nawet usuwanie elementów prawym przyciskiem myszki staje się intuicyjne (do tego stopnia, że w Cubase zżymam się teraz pod nosem, kiedy zamiast "malować prawym" i usuwać, muszę pracowicie wybrać gumkę i nią mazać, albo zaznaczać elementy i naciskać "Delete" na klawiaturze).

Duża zasługa w uprzyjemnianiu pracy leży po stronie interfejsu, który (chyba właśnie od wersji 12) jest napisany od nowa jako kompletnie wektorowy. Oznacza to tyle, że wszystkie elementy są skalowalne i można sobie ustawieniach dowolnie je powiększyć/pomniejszyć bez straty jakości. Koniec z rozmytymi napisami czy zbyt małymi ikonkami.

Generalnie zresztą z programem pracuje się bardzo przyjemnie, bo zwyczajnie jest on szybki (taki... lekki, chciałoby się rzec). Dość powiedzieć, że samo uruchomienie go zajmuje jakieś 3-4 sekundy, podczas gdy Cubase 8 Elements startuje równo minutę. Jedyne spowolnienia, jakich doświadczyłem w FL Studio wynikały w zasadzie wyłącznie z uruchamianych instrumentów - ale tu już trudno narzekać na sam DAW. Przy czym spowolnienie pojawiało się tylko przy pierwszym ładowaniu instrumentu, później wszystko przebiegało już sprawnie.

Kapitalną sprawą, o której grzechem byłoby nie wspomnieć, są aktualizacje. Otóż, moi drodzy, w świecie, gdzie producenci coraz częściej wprowadzają abonamenty, żeby regularnie "doić" klientów, zaś inni za przejście na wyższą wersję, czyli upgrade, żądają wcale niemałych pieniędzy, posiadacz FL Studio nic nie musi. Bo ma dożywotnią licencję na aktualizacje i nie musi niczego nikomu płacić. Po prostu ściąga uaktualnienie i już. Strasznie to miłe i nie powiem, żeby nie miało pewnego wpływu na wybór tego właśnie DAWa.

Nie jest różowo

To nie ideał, na pewno. Mam parę zastrzeżeń do stabilności, zwłaszcza przy korzystaniu z wtyczek VST, które wprawdzie nie powodowały "wysypania się" DAWa, ale odmawiały posłuszeństwa i trzeba było sztuczek, by je zmusić do pracy. Trochę czasu spędziłem też na próbie renderowania Hollywood Orchestra do pliku - w programie wszystko grało pięknie, przy renderowaniu dźwięki się urywały, jak grane staccato.

Najdziwniejszy i najbardziej irytujący problem, z jakim się spotkałem, wynika jednak z filozofii pracy. Chodzi o coś tak trywialnego, jak transpozycja fragmentu utworu. W takim Cubase po prostu zaznaczałem zakres, wybierałem ścieżki i kazałem na wszystkich podnieść wysokość dźwięku o zadany interwał. Tutaj tak się nie da, bo nie ma ścieżek - trzeba najpierw ręcznie zduplikować potrzebne patterny (tak, tak, ponazywać je też) i dla każdego instrumentu w patternie dokonać ręcznie transpozycji. Co przy bogatym aranżu daje zamiast 15 sekund godzinę (pewnie przesadzam, ale kilkanaście minut na pewno) nikomu niepotrzebnej pracy.

Tak czy owak jednak, FL Studio 12 jest bardzo dobrym programem. Mimo początkowych trudności, dało się go okiełznać i okazał się bardzo efektywnym narzędziem. Aha - uwaga - nie twierdzę, że jest obiektywnie LEPSZY od Cubase - okazał się lepszy DLA MNIE.

No i byłbym zapomniał - tym razem trochę bardziej dynamiczny fragment:

środa, 4 stycznia 2017

[M] Powolutku do przodu

Powolutku zbliżam się do muzycznego półmetka - w zasadzie sam materiał jest gotowy, pomijając brakujący tekst mówiony. Teraz słucham i uzupełniam braki, wygładzam i uspójniam. Potem oczywiście pozostanie jeszcze sklejenie wszystkiego w jedną całość, mastering i można będzie pomyśleć o wypaleniu płyty.

Jak wrażenia?

Zdaje się, że już o tym wspominałem, jeśli jednak nie, to napiszę teraz - podobało mi się nagrywanie tej płyty. Głównie przez brak przeszkadzających ograniczeń - nie musiałem walczyć z za małą liczbą ścieżek, ubogą polifonią, małą pamięcią sekwencera czy nieciekawymi brzmieniami. Po tym, jak wymieniłem Juno G na Alesisa V25, nie musiałem się także męczyć ze sprzętem. Był pomysł? To słuchawki na uszy i uruchamiamy FL Studio!

Tak, o samym FL Studio coś na pewno jeszcze naskrobię, bo duża zasługa "przyjemności" pracy wynika z działania w tym właśnie programie. Szybko się uruchamiał, nie sprawiał większych problemów i efekcie na 16 utworów, 14 powstało właśnie w programie od Image-Line. A to i tak tylko dlatego, że do dwóch użyłem Cubase'a z czystego przyzwyczajenia...

Czy będzie coś więcej?

Na razie chyba nie - spełniłem (czy może lada chwila spełnię) swój plan o nowym albumie i póki co nie zapowiada się, żebym miał pomysły na coś więcej. W tej dziedzinie, jeśli nie jest się Mozartem, chyba lepiej jednak mniej, a lepiej.

Jeśli zaś od czasu do czasu jakaś muzyczna idea się pojawi, pewnie będę ją wrzucał na SoundCloud, a tu dam linka.

Na koniec tradycyjnie coś do posłuchania - tym razem spokojniej niż ostatnio: