czwartek, 13 kwietnia 2017

[O] Ghost in the Shell

Na początku była manga Masamune Shirow. Potem Mamoru Oshii zrobił na jej podstawie film anime. A potem musiało minąć ponad 20 lat, żeby ktoś odważył się nakręcić wersję z żywymi aktorami. Pytanie - po co?

Przemyślenia

Przyznam szczerze i bez bicia, że kiedy przeczytałem ze dwa lata temu, że Hollywood bierze się za ekranizację Ghost in the Shell, popukałem się w czoło. Ten film nie miał prawa przebić animowanej wersji. Nie miał szans. A kiedy doczytałem, że główną rolę ma zagrać... Scarlett Johansson, to słowa "skok na kasę" same pchały się na usta.

Było także pewne, że hollywoodzki blockbuster nie będzie potrafił być tak oniryczny i zadumany, jak momentami bywa anime. Akcja - owszem, efekty specjalne - jak najbardziej, ale cyberpunkowe rozważania nad istotą człowieczeństwa? Hm...

Co dostajemy?

Reżyser, Rupert Sanders, oraz trójka scenarzystów chyba zdawali sobie sprawę, że wierna adaptacja dzieła Mamoru Oshii jest nieosiągalna. Wymyślili więc... coś w rodzaju alternatywnej fabuły. Główne postaci się niby zgadzają, miejsce akcji też, ale Major to już nie TA Major, a Władca Marionetek to Kuze i właściwie to wcale nie on jest głównym przeciwnikiem...

Czy to źle? Zasadniczo nie, bo tak naprawdę, abstrahując od wielkich przodków, film ogląda się nieźle i zasadniczo wszystko trzyma się kupy. Aktorzy grają, co mają do zagrania i wypadają całkiem dobrze, zaś efekty specjalne są naprawdę pierwszorzędne. Czasem zgrzytnie jakiś patetyczny dialog, ale nie oszukujmy się, mogło być gorzej.

Jedyne, czego brak w nowym Ghost in the Shell, to muzyka na miarę tej, którą napisał do anime Kenji Kawai. Dopiero w trakcie wyświetlania napisów końcowych słyszymy fragment oryginalnego soundtracku - niestety, w trakcie seansu muzyka nie rzuca się za bardzo w uszy...

Jak na to patrzeć?

Wprawdzie swego czasu miałem małego "hopla" na punkcie anime (posiadam i film pełnometrażowy, i dwa sezony tzw. "Stand Alone Complex", czyli serialu animowanego), ale za specjalistę od Ghost in the Shell się nie uważam - choćby dlatego, że nie czytałem mangi. Czy mimo to przeszkadzały mi odstępstwa filmu od "kanonu"? Nie.

Patrzyłem na wersję aktorską jak na zupełnie nowy film, bez doszukiwania się podobieństw i różnic. O tym można pomyśleć po seansie - a w trakcie nie ma sobie co psuć odbioru. Akcja toczy się szybko, dystopijne miasto przywodzi na myśl kultowego Blade Runnera, a choć sam finał trochę rozczarowuje, to nie czułem się zawiedziony (uchylę nieco rąbka tajemnicy - tak, jest TEN czołg!).

Obejrzeć czy nie?

Jako że to pytanie paść musi, muszę także spróbować na nie odpowiedzieć. I powiem tak: obejrzeć. W miarę możliwości - w kinie, bo tam można docenić realizacyjny rozmach produkcji. Ale jednocześnie zachęcam do obejrzenia anime z 1995 roku. Wizualnie nadal robi wrażenie, a przesłanie całości jakby głębsze, a na pewno inne. Warto.

Brak komentarzy: