poniedziałek, 25 czerwca 2018

[M] FL Studio 20

No i proszę, ledwo przestawiłem się na Cubase przy okazji nagrywania albumu Flashback, a tu firma ImageLine wypuściła nową wersję FL Studio. Wprowadziła przy tym nieco zamieszania, bo drastycznie zmieniono numer wersji - z 12 na 20. Oficjalnie z powodu dwudziestolecia produktu, nieoficjalnie - żeby uniknąć trzynastki. Tak czy owak, nowa wersja jest faktem, a czy wprowadzone nowości uzasadniają taki przeskok w numeracji?

Ułatwiacze

Nowe FL Studio stara się ułatwić i przyspieszyć pracę - stąd takie rozwiązania, jak szybkie zgrywanie ścieżek instrumentalnych do audio czy szybkie wyciszanie/przywracanie głośności ścieżek.

Bardzo przyjemną nowością (choć kiedyś taka funkcja już istniała podobno we Fruity Loops) jest szybka edycja patternu bez otwierania osobnego okna z edytorem piano roll. Wygląda to i działa rzeczywiście dobrze, po kilku próbach może się okazać, że wizyty w "prawdziwym" edytorze staną się sporadyczne.

Przebudowano też główny pasek narzędziowy, który obecnie może być dowolnie konfigurowany, dzielony na pół i przemieszczany między górą a dołem okna programu. Wreszcie mogłem usunąć wiele z przycisków, których zwyczajnie nie używam (np. nabijanie tempa). A mniej "rozpraszaczy" zawsze cieszy.

Na pewno cieszą drobne ułatwienia, np. miniatura aranżacji w pasku przewijania (!), miniatury patternów, lista patternów dostosowująca się do aktualnie zaznaczonego typu, przyciski minimalizacji i zamykania głównego okna w prawym górnym rogu (ale jeśli komuś pasowały obok menu, może sobie je przenieść).

Co się nie zmieniło

Niestety, główną bolączką pozostaje wydajność - o ile mogłem stwierdzić, odtwarzając istniejące już projekty, program ciągle ma kłopot z odtwarzaniem gęstych aranży z wtyczkami VST, zwłaszcza jeśli wykorzysta się Divę, Serum czy Repro. To nie tylko efekt działania tych zabójczych dla procesora instrumentów, ale także dziwna cecha FL Studio, że nawet nie grające wtyczki generują obciążenie dla procesora. Można wprawdzie cudować z funkcją smart disable, ale dlaczego nie działa ona "z automatu" i zawsze?

Druga sprawa to bałagan przy zarządzaniu wtyczkami - nadal ciężko je się konfiguruje, nadal trudno je pogrupować - chyba że nie znam jakiegoś magicznego patentu na to? Wprawdzie da się nieco ogarnąć sprawę, zarządzając fizycznie folderami na dysku, ale jednak tej klasy program powinien mieć jakieś lepsze rozwiązanie, wbudowane w interfejs użytkownika.

FL Studio a Jabłko

Aż do tej wersji bolączką FL Studio była wersja na komputery Apple'a. Z tego, co doczytałem, istniała tylko wersja wykorzystująca emulator, która działała niestabilnie i bardzo wolno. Nic dziwnego, że użytkownicy "makówek" wcale się nie palili do przesiadki, zwłaszcza że w samym systemie mają niezły darmowy Garage Band, a za dopłatą świetną aplikację Logic.

Obecna wersja 20 ma już "natywną" wersję dla iOSa, która - jeśli wierzyć opiniom na forach - działa raczej sprawnie. Czy to wystarczy? Dowiemy się za rok czy dwa.

Plusy dodatnie

Na pewno bardzo miłą cechą FL Studia są "wieczne" darmowe aktualizacje po jednorazowym zakupie - inaczej niż w przypadku pozostałej grupy komercyjnych DAWów, gdzie najwyżej nie płaci się w ramach "małych wersji" (np. przejścia z wersji 5.3 na 5.4). Dzięki temu możemy na bieżąco aktualizować środowisko pracy, dostosowując się do nowych systemów operacyjnych czy nowych wtyczek. Nie zauważyłem też póki co problemów z przenoszeniem starszych projektów do nowych wersji (a próbowałem z takimi sprzed dwóch lat - jak ten czas leci!).

Mnie osobiście bardzo się podoba wektorowa szata graficzna FL Studio - jest bardzo czytelna, kontrastowa i mimo wszystko minimalistyczna. Wiem jednak, że to rzecz gustu, więc każdy powinien spróbować samodzielnie popracować i podjąć decyzję.

Plusy ujemne

Pewne jest też to, że FL Studio ma bardzo specyficzną logikę działania (tzw. workflow), którego trzeba zwyczajnie się nauczyć. Patterny, klipy, ścieżki, a do tego sprawiający oderwanego od tego wszystkiego mikser, nieco bałaganiarskie podejście do wtyczek, średnio wygodna wyszukiwarka - do tych rzeczy da się przywyknąć i nawet je polubić. Jednak równie dobrze mogą one zniechęcić do programu na zawsze - i znów zalecam testy, z tym, że naprawdę nie warto się poddawać i wyklikać choćby jeden utwór.

Dosyć uciążliwa jest też "okienkologia" (przynajmniej kiedy dysponuje się tylko ekranem laptopa o niezbyt wygórowanej rozdzielczości) - non stop żongluje się a to oknem patternów, a to oknem miksera czy klipów. Trochę pomaga wprowadzona konfigurowalność paska narzędziowego (możliwość redukcji przycisków do jednego paska) i przycisk "aranżacji layoutu" (np. widok "tabletowy" z paskiem umieszczonym na dole ekranu).

Do tego każda wtyczka też jest wyświetlana w osobnym okienku, więc chaos dodatkowo się powiększa. Jedynym "szybkim" rozwiązaniem jest nauczenie się skrótów klawiaturowych, bo od klikania myszą można osiwieć.

Ostatecznie

Póki co nie zmieniam zdania na temat FL Studio - to fajny program, w którym naprawdę da się zrobić świetne rzeczy. Pracowałem w nim sporo i siłą rzeczy nie mogę go sobie "odpuścić", bo mam wiele projektów, których nie chciałbym utracić.

Mimo to - jeśli zacznę nagrywać jakiś nowy album - pozostanę raczej przy Cubase, ewentualnie przy Bitwigu (który stoi trochę w rozkroku między jednym a drugim, dokładając jeszcze rozwiązania rodem z Abletona). Przynajmniej dopóki znacząco nie poprawi się wydajność - albo nie kupię potężniejszego komputera...

Dla ciekawskich, tutaj po angielsku można doczytać, jakie nowości zawiera wersja 20: pełny spis.

piątek, 8 czerwca 2018

[M] Skok do strumienia

Jako domorosły muzyk, a także użytkownik serwisu dostarczającego muzyki (obecnie Spotify), nie mogłem z okazji "wydania" nowego albumu porzucić myśli o debiucie w takim właśnie medium. I oto właśnie wszystkie moje trzy albumy są dostępne m. in. w serwisach: Google Music, Amazon Music, Apple Music, Spotify, TIDAL i Napster.

Pozostaje mi tylko życzyć miłego słuchania, jeśli ktoś już korzysta z wyżej wymienionych serwisów. Będzie mi bardzo przyjemnie!

poniedziałek, 4 czerwca 2018

[M] Gades - Flashback

Angielskim słowem flashback określa się często w filmach czy serialach krótkie, szybkie migawki z przeszłości. Takie właśnie znaczenie bardzo pasuje do materiału z najnowszego albumu, stąd tytuł płyty. O samym procesie powstawania nieco już pisałem, tutaj chciałbym tylko krótko opisać każdy z utworów.

Ex Oriente Lux, 1994

Album jest tak stary, że praktycznie nie mam z niego żadnych zachowanych plików, bo i tak większość materiału było nagrywana z pomocą Yamahy PSS-780 i jej skromnego sekwencera, a kiedy nie starczało "śladów", grana na żywo podczas rejestracji, stąd "oryginały" wprost jeżą się od błędów wykonawczych. Ale... właśnie wówczas kupiłem Yamahę MU-50 i byłem zachwycony jej brzmieniem, więc utwory "sypały się jak z rękawa".

Jako że nie dysponuję innymi zapisami niż audio, na te utwory przeznaczyłem najwięcej czasu (i dlatego jest ich tak mało) - po prostu musiałem je najpierw "zgrać ze słuchu", potem zaaranżować i zmiksować... uf...

Carpe Diem

Krótki utwór, mający wnieść nastrój beztroskiego życia wśród natury. Jak się można domyślić, napisany w szkole średniej na fali zachwytu nad poezją wszelaką, szczególnie renesansową. Prosty pomysł i proste wykonanie.

Optima Fide

To szczególny utwór, poświęcony mojej zmarłej koleżance, Magdzie Michnowskiej. Nie mogło go tu zabraknąć i tyle.

Schody do nieba, 1995

Rok 1995, z ogłoszenia w Estradzie i Studio zakupiłem właśnie Atari 1040STFM z monitorem i "magiczną" dyskietką. Dyskietka była magiczna, bo zawierała program Cubase 3.01 i umożliwiła mi rejestrowanie muzyki prawie z prawdziwego zdarzenia. W porównaniu do "sekwencera" Yamahy PSS-780 była to prawdziwa rewolucja - wreszcie można było wszystko nagrać, poprawić, wyrównać, dopieścić (co nie znaczy, że to akurat robiłem - ale mogłem, ha, ha!). Oprócz muzyki ciekawa jest historia okładki - przygotowałem makietę z wydrukowanych na czarno-białej laserówce tekstów i kolorowych kolaży, wycinanych z jakichś folderów reklamowych. Całość została zawieziona specjalnie do Poznania, bo tam było... kolorowe ksero. Jedna strona kosztowała wówczas 5 złotych, co było (dla mnie) sporym wydatkiem, bo musiałem zrobić kilka kopii (dwie wersje kolorystyczne) i do tego kupić kilka drogich kaset chromowych...

Droga do raju

Ten utwór miał już osobny wpis, bo wiąże się z nim cała historia, więc tutaj wspomnę tylko, że z niewiadomych przyczyn przez długi czas uważałem go za swoje największe osiągnięcie.

Schody do nieba

Tytuł mało oryginalny i nie mający nic wspólnego z innymi, bardzo znanymi "Schodami" (nagrywając go, nie wiedziałem nawet o przeboju Led Zeppelin - to znaczy, znałem go, ale nie znałem tytułu ani angielskiego). Co nieco już o nim wspomniałem we wcześniejszym wpisie.

Wygraj

Taki żart muzyczny - drobiazg zrobiony tylko po to, żeby sprawdzić, czy potrafię nagrać taki niepoważny i króciutki utwór, stylizowany na wykonany na fizycznych instrumentach. W wersji flashbackowej starałem się o to jeszcze bardziej.

In the second Room, 1996-1997

Album nagrany krótko po "Schodach...", ale zupełnie inny. Poznałem już na tyle MU-50, by modyfikować (czasem mocno) firmowe brzmienia, zwłaszcza perkusyjne, w wyniku czego utwory brzmią dzisiaj mało przyjemnie, bardzo metalicznie i sztucznie. Zacząłem też na dużą skalę wykorzystywać arpeggia, bo po prostu na tyle poznałem Cubase'a, by sprawnie edytować i kopiować dane MIDI. Okładka do kasety znów robiona ręcznie i kserowana w kolorze na poznańskiej Kaponierze.

In the second Room

Tytułowy utwór wymagał sporych zmian, ponieważ w wersji oryginalnej był tak "naćkany" dźwiękami, że trudno było cokolwiek usłyszeć w tej kakofonii. Nowa wersja stawia zatem na umiar, ale przyznam, że była chyba najtrudniejsza do zmiksowania ze wszystkich obecnych na "Flashbacku" utworów.

Climax

Z tego utworu byłem kiedyś strasznie zadowolony po nagraniu - wyjątkowo fajnie wyszły mi w nim brzmienia (w tym perkusyjne), chociaż jest coś niedobrego w rytmie, pulsie, coś, co uwiera do tej pory. Nie wiem, czy to brak czegoś, czy nadmiar, czy dysonans między perkusją, a basem? W nowej wersji nie gryzie to już tak bardzo, ale wciąż jest wyczuwalne.

Alone's Theme

Takie proste, typowe dla mnie plumkanie na fortepianie, z elementami innych brzmień. Dziwny utwór, ale że zadedykowany jest mnie samemu, to nie mogłem go opuścić. Wersja współczesna jest nieco mniej dziwna, przez co nie irytuje tak bardzo.

Nowe pokolenie, 2000

Naczekałem się na tę płytę, a wszystko przez to, że poszedłem na studia i nie miałem kiedy pisać muzyki. Na stancji nie miałem komputera (ba, nie miałem też telewizora). Dopiero gdy Basia dostała za świadectwo z paskiem PeCeta, postanowiłem zadziałać. Zakupiłem wysyłkowo świetną (według testów) kartę Guillemot HomeStudio 2 Pro z dodatkową pamięcią i zamierzałem poświęcić wakacje na upojną działalność twórczą. Niestety, karta okazała się uszkodzona, więc półtora miesiąca straciłem na reklamacje, a i potem sterowniki potrafiły rozłożyć Cubase'a na łopatki (to, że był on piracki, wcale nie pomagało)... W efekcie, choć płyta powstała, to kończyłem ją ekstremalnie poirytowany i w wielkich bólach - a kiedy znów wróciłem na uczelnię, porzuciłem muzykę na wiele lat.

Ciekawostką jest okładka, na której wykorzystałem (za przyzwoleniem oczywiście) zdjęcie ówczesnej dziewczyny Krzyśka, Ani (która obecnie jest jego żoną). Jako że zdjęcie na okładce było i tak czarno-białe, nie musiałem tym razem robić kolorowego ksero.

Helisaeum - Air

To jeden z utworów, które zremiksowałem jeszcze w ubiegłym roku i nawet opublikowałem pod tytułem "Air". Pierwotnie nosił tytuł "Helisaeum", który oczywiście został wymyślony i nic nie znaczy - krótko już zresztą o tym wspominałem.

Nowe pokolenie

To prawdziwe dziwadło - dziwne brzmienia, dziwne solo... Kolejny utwór na tej płycie, który zawiera "wstawki audio" - przy okazji dziękuję Agnieszce za nagranie tytułowego "New generation". Ciągle zastanawiałem się, czy umieszczać to nagranie na "Flashbacku" - ostatecznie jednak wskoczyło i straszy.

Szepty

Przyznam, że uśmiecham się przy słuchaniu "ach, ach" i "chodź do mnie", które pojawiają się w "Szeptach". Wówczas jednak byłem strasznie przejęty po pierwsze tym, że udało mi się to nagrać i wrzucić do utworu, a poza tym dodać - uwaga - pogłos! Była to dla mnie duża nowość i czułem ogromną radość, mogąc w łatwy sposób dodać efekty do ścieżek wokalnych. Nieco więcej można poczytać tutaj.

Dwa źródła

Kolejne fortepianowe plumkanie, tylko tym razem bez żadnych towarzyszących instrumentów, zaś fortepian zmieniłem na zabrudzone syntetyczne brzmienie. Ten utwór był w swoim czasie "krzykiem rozpaczy", kiedy piracka wersja Cubase'a ciągle się wyłączała czy powodowała problemy z synchronizacją, a do tego swoje trzy grosze dokładała karta "HomeStudio". Po prostu nagrałem dwie ścieżki i już - po tym utworze porzuciłem prace nad "Nowym pokoleniem" i zostawiłem je w takim stanie, w jakim akurat było.

Echonoica, 2006 (niewydana)

Po zakończeniu studiów i wyprowadzeniu się do Swarzędza osiągnąłem pewną samodzielność, dzięki czemu podjąłem decyzję o zakupie Korga Trinity 76LE, który miał znów rozpalić moją muzyczną wyobraźnię. Do tego wreszcie w pełni legalna wersja Cubase'a 3 SL i... kłopoty. Wszystko było fajnie, dopóki stosowałem gotowe brzmienia - jednak próba edycji i przesłania ich do Cubase'a za pomocą komunikatów SysEx (co uskuteczniałem z Yamahą MU-50) spełzła na niczym. Nagrałem w sumie 5 pełnych utworów, a do tego garść pomysłów - za mało na album. 76LE trafił do szafy, a później do Rodziców, gdzie leży do tej pory, ja zaś znów porzuciłem muzykę na tym razem prawie 10 lat.

Marie

Fortepianowe plumkania - ciąg dalszy. Wykorzystałem to, że w Korgu brzmienia fortepianu są o wiele lepsze, niż w MU-50, no i duża klawiatura zachęcała do gry. Obecna wersja "Marie" jest dość mocno zmieniona, głównie wyeliminowałem męczącą powtarzalność.

Princess

Plumkanie, ale brzmieniem pseudo-gitarowym. Żadna rewelacja, ale lubię wracać do tego utworu, więc dlaczego by go tutaj nie wrzucić? Aranżacja nieco wzbogacona, poprawione błędy techniczne - tyle nowego.

I to by było na tyle

Koniec końców, jakoś się to wszystko udało spiąć i nagrać. Wprawdzie korciło mnie, by "szarpnąć się" i np. "Nowe pokolenie" całe nagrać od nowa - w końcu brakuje mi tylko kilku utworów. Może jeszcze się skuszę? Ale z drugiej strony nie ma co żyć przeszłością - nowy album sam się nie nagra!

[M] Alone

W życiu sławnych muzyków nadchodzi taki dzień, gdy wpada im do głowy pomysł, żeby wydać album "Best of", ewentualnie "Greatest Hits". Zbierają wówczas najpopularniejsze nagrania, czasem poddają je małemu liftingowi i podsumowują 5, 10 czy 20 lat działalności. Nie jestem sławny, a i moje wcześniejsze nagrania (jeszcze pod szyldem "Alone") nie są popularne, jednak postanowiłem wrócić do starych utworów i przynajmniej kilka z nich "ocalić od zapomnienia". Wydawało się to zrazu dość proste, bo szczęśliwie zachowałem większość plików stworzonych w Cubase 3.01 w latach dziewięćdziesiątych, więc w ogóle teoretycznie wystarczyłoby tylko podłączyć starą Yamahę MU-50 (którą wszak mam do tej pory) i nagrać wszystko jeszcze raz z wyższą jakością przez Focusrite Clarett. Ale...

Szczegóły

Głównym problemem okazała się niekompletność danych. Po skonwertowaniu plików .all (stary Cubase) do .cpr (nowy Cubase) część z nich okazała się uszkodzona, a część... niekompletna. Część zawierała jakieś wcześniejsze wersje, nie odpowiadające nagraniom audio. No, a część w ogóle wymagała głębszej rekonstrukcji...

Tak czy owak stanęło na tym, że na pewno nie da się nagrać tej płyty w banalnie prosty sposób. Miałem zatem dwa wyjścia: zgrać materiał audio z poszczególnych płyt i nieco go ulepszyć (korekcja, odszumianie itp.) albo nagrać te utwory na nowo, z nowymi brzmieniami, poprawiając niektóre irytujące błędy. Zdecydowałem się na tę drugą drogę, głównie zresztą dlatego, że korciło mnie, by wreszcie wykorzystać rzeczy, o których w tamtych latach mogłem tylko pomarzyć (np. brzmienia orkiestrowe czy porządne bębny).

Pozory mylą

Całość wydawała się i tak w miarę prosta: otwieram plik w Cubase, przypisuję do poszczególnych ścieżek nowe instrumenty, poprawiam drobne błędy i voilà! Dwa, trzy tygodnie i płyta gotowa! Oczywiście, wyszło zupełnie inaczej, a samo nagranie np. "Drogi do raju" zajęło mi sumarycznie prawie tydzień (o tym utworze w kontekście "rekonstrukcji" zresztą już pisałem)...

Szybko wyszło na jaw, że "nutki MIDI" to strasznie mało i sam dobór nowych brzmień potrafi pochłonąć parę dni (dla jednego utworu). Rzecz w tym, by brzmienia pasowały charakterem do oryginalnego utworu, co wcale nie było łatwe do osiągnięcia. Muszę przyznać, że finalnie najwięcej korzystałem z zaledwie pięciu instrumentów: U-He Repro-5 (głosy melodyczne, arpeggio), Steinberg Padshop Pro (wiadomo, pady wszelkiej maści), Omnisphere (w zasadzie cały przekrój brzmień), Trilian (basy) i Battery 4 (perkusja).

Gmeranie

Mając już mniej więcej dobrane brzmienia, zaczynałem pracę nad samą aranżacją. Najwięcej pracy wymagały ścieżki perkusyjne, ponieważ niemal każą nutę trzeba było odpowiednio podmapować w Battery 4 - nie zgadzały się numery kodów MIDI (np. dawna "stopa" wyzwalała w Battery talerz, a hi-hat - splasha, wszystko w zależności od wybranego w Battery 4 zestawu). Koniec końców okazało się, że prościej i szybciej było budować nowe zestawy perkusyjne dla każdego utworu osobno, niż korzystać z gotowych.

Część ścieżek wymagała wyrównania (niektóre prostej kwantyzacji, niektóre tylko dociągnięcia paru nut), część - transpozycji. Niektóre melodie musiałem przerobić, by nie brzmiały AŻ TAK amatorsko jak w oryginale. Potem zaczynała się walka z monotonią, która czasem była aż nieznośna - dodawałem "przejścia", nowe ścieżki, alternatywne melodie, drugie głosy, efekty. Na koniec zostawała sprawa miksu całości, bo to była pięta achillesowa moich starych nagrań - przed laty dobierałem tylko mniej więcej głośność ścieżek i to wszystko. Później bas buczał, zlewał się z padami, te z kolei przeszkadzały melodii, a natrętne arpeggia w ogóle "pływały" sobie po całym nagraniu.

Przyznam, że to właśnie był najtrudniejszy etap prac, bo czasem musiałem zwyczajnie powyrzucać przeszkadzające ścieżki lub je przerobić tak, by jednak pasowały. Do tego okazywało się, że dobrane brzmienia i tak trzeba zmienić, bo jest np. za dużo wysokich tonów i całość jest bardzo nieczytelna. Momentami przestawałem wierzyć, że jakoś się to uda w końcu ogarnąć, a kilka utworów porzuciłem, bo nie miałem pomysłu, jak je dobrze zmiksować...

Ostateczne szlify

No i po tym wszystkim czekał na mnie etap masteringu, czyli uspójnianie wszystkiego w ramach jednego albumu. Tu pochwalę wtyczkę Ozone 8, która bardzo ułatwiła cały proces - zamiast męczyć się w DAW, wykorzystałem wersję standalone Ozone, wczytałem tam wszystkie ścieżki, ustawiłem w odpowiedniej kolejności i już. Pozostało "doprawienie" w rodzaju doboru poziomu głośności czy zaaplikowania efektu Soothe (bardzo go lubię). Wrzucenie plików do serwisu BandCamp.com było w zasadzie formalnością.

Wyjątki

Są na tej płycie także dwa nagrania nietypowe - pochodzą z okolic roku 2005 czy 2006 i albumu-widma "Echonoica", który ostatecznie nigdy nie powstał. Nagrywałem go wyłącznie na nowo wówczas zakupionym Korgu Trinity 76LE, który miał być nowym, wspaniałym narzędziem, przywracającym moje marzenia o nagraniu "superpłyty". Powstało wówczas zaledwie 5 utworów, więc płyta jako całość nie zaistniała, jednak obecnie przypomniałem sobie o tych nagraniach i "zreanimowałem" dwa z nich, dzięki czemu zostały ostatecznie utrwalone.

Nostalgia

Zdaję sobie sprawę, że te nagrania raczej nikogo nie ruszą i są tylko efektem mojej silnej nostalgii. Mimo wszystko uważam, że było warto, bo podczas pracy nad tym albumem jak nigdy wcześniej przekonałem się, jak dużo wysiłku kosztuje dobranie odpowiednich barw i ustalenie proporcji między poszczególnymi ścieżkami. Nie wyszło idealnie, ale na chwilę obecną lepiej chyba nie potrafię. Mam wielką nadzieję, że dzięki temu doświadczeniu nowy "gadesowy" album, który gdzieś tam się powoli tworzy w tle, będzie najlepszym dotychczasowym. Zapraszam zatem do słuchania!