wtorek, 31 października 2017

Nowy-inny-Lightroom

Lightroom od zarania

Używam programu Adobe Lightroom od wielu lat. Wywoływałem w nim RAWy z Nikona D50, potem z kolejnych Nikonów, aż skończyłem na obróbce zdjęć z aparatów Fujifilm. Obserwowałem rozwój funkcji oraz nie do końca pasujące mi przejście na model subskrypcyjny. To ostatnie sprawiło, że od dwóch lat używam starej, "pudełkowej" wersji - nowe funkcje pojawiają się już tylko w wersji abonamentowej.

Nadzieja

Od kilku tygodni w środowisku fotografów lekko zawrzało - pojawiły się plotki, że Adobe szykuje wersję "Classic" Lightrooma. Wiele osób (w tym ja) miało nadzieję, że jednak dostaniemy nową wersję "pudełkową", bez abonamentu. Plotki, plotki...

No, nie można powiedzieć, że plotki zupełnie się nie sprawdziły. Oto światło dzienne ujrzała wersja "Classic", ALE...

Zamieszanie

Adobe w swoim stylu "zamieszało". Aby nieco uporządkować sytuację, przypomnijmy. Do tej pory istniały dwie wersje Lightrooma: 6 (pudełkowa, opłacana jednorazowo, praktycznie już nierozwijana) orac wersja CC (od "Creative Cloud", wersja abonamentowa). Pomijam wersję mobilną, bo to trochę inna kategoria.

Obecnie zupełnie "ubito" wersję 6, czyli tę, której używam. Nie będą się już do niej pojawiały żadne łatki i uaktualnienia. Lightroom CC stał się obecnie właśnie wersją "Classic CC", a sama nazwa sugeruje, że chyba też za długo nie pociągnie. Obecnie, według Adobe, liczy się tylko jedna wersja: nowy Lightroom CC. Jest to zupełnie nowa aplikacja (w związku z tym na razie pozbawiona jest wielu funkcji) i to, co ją wyróżnia, jest kompletna integracja z "chmurą" od Adobe - do tego stopnia, że z aparatu lub karty pamięci zdjęcia trafiają bezpośrednio na serwery Adobe (każdy użytkownik otrzymuje tam 20GB powierzchni w cenie abonamentu 12 Euro/miesiąc). Tak, dobrze widzicie. Zdjęcia importują się na dyski sieciowe - trzeba więc mieć BARDZO DOBRE łącze internetowe, bo takie RAWy z nowoczesnych aparatów mają po kilkadziesiąt MB. W moim przypadku pojedyncza sesja (np. z urodzin) to 2-3GB. Selekcję robię w Lightroomie, więc musiałbym sporo się naczekać na to, by móc w ogóle zacząć przeglądać zdjęcia.

Przyszłość

Przyznam szczerze, że obecnie Lightroom przestał być programem dla mnie. Fajnie, że w abonamencie (tym najtańszym) "dostaję" też najnowszą wersję Photoshopa CC, ale jednak nie widzę w tym sensu. Zwolennicy mówią, że dostaję zawsze aktualną wersję, ale nie oszukujmy się - od lat Adobe nie zrobiło w zasadzie NIC, żeby poprawić wydajność czy notoryczne błędy (przenoszenie katalogów, usuwanie - w wersji pod Windows występują niezmiennie od wersji 4!). Czyli płacę co miesiąc ludziom, którzy raz na trzy miesiące wrzucą jakąś "medialnie ciekawą" funkcję (w rodzaju "DeHaze"), zamiast raz a dobrze usiąść i poprawić stare błędy. Rzeczywiście, fajny układ.

Dobra, wiem, narzekam. Nie w smak mi to, że będę musiał porzucić mój ulubiony program do wywoływania zdjęć (ok, może nie porzucić, ale ostatecznie tracę nadzieję, że znikną z niego irytujące błędy). Nic, trzeba będzie chyba przejść na Capture One albo jeszcze inną alternatywę. Pożyjemy, zobaczymy.

A może w kontekście tego, że przestałem fotografować, to już nie mój problem?...

piątek, 27 października 2017

środa, 25 października 2017

[O] Starzy mistrzowie

Dzisiaj będzie trochę przekornie, a do wpisu sprowokowała mnie dyskusja na pewnym forum, poświęconym muzyce elektronicznej. Spotkałem się tam z ogólnym narzekaniem na "starych mistrzów", którzy zamiast nagrywać nowe rzeczy, odcinają kupony od sławy. Szczególnie oberwało się dwóm nazwiskom: Oldfieldowi i Jarre'owi. Ten pierwszy wydał wiosną "Return to Ommadawn", kontynuację "Ommadawn" z 1975 roku. Drugi z kolei nagrał w 2016 roku "Oxygene 3", nawiązujący do młodszego o 40 lat (!) "Oxygene".

Oldfield

Obaj panowie mają swoje "za uszami" i wielokrotnie już podpadali krytyce. Oldfield z uporem maniaka przez całe niemal zawodowe życie nawiązuje do płyty "Tubular Bells" - mieliśmy dwie kontynuacje ("Tubular Bells II" oraz "Tubular Bells III"), mieliśmy remastery, mieliśmy wersję symfoniczną, mieliśmy nagranie od nowa. Mieliśmy też (niestety) "pochodne" w rodzaju "Millenium Bell" czy "Tubular Beats". Ponadto po pobycie na Ibizie Mike skręcił w stronę popu i muzyki tanecznej, z czego wzięła się taka płyta jak "Light and Shade" czy późniejszy, niezbyt dobrze przyjęty "Man on the Rocks". A tu gruchnęła wieść, że powstaje druga część jednego z "kultowych" albumów, czyli "Ommadawn". Fani zadrżeli.

Na szczęście płyta jest - w mojej, ale chyba nie tylko mojej - opinii bardzo udana. To znów dwie dwudziestominutowe suity, to piękne melodie zgrabnie połączone w całość. Płyty słucha się z przyjemnością i zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jest przyjemniejsza w odbiorze niż nagranie z 1975 roku. Kontynuacja lepsza od oryginału? Tu się chyba udało.

Jarre

Pod adresem Jarre'a skierowane są inne zarzuty - że od czasów "Chronologie" z 1993 roku nie nagrał niczego nowego czy w ogóle czegokolwiek na przyzwoitym poziomie. Osobiście przesunąłbym cezurę na 1997 rok, kiedy ukazała się pierwsza kontynuacja "Oxygene" w 21 rocznicę wydania pierwowzoru. Choć wówczas płyta wydawała mi się nieco wtórna, przekonałem się do niej i w zasadzie od tych 20 lat słucham obu albumów "Oxygene" łącznie, jednym ciągiem, bo tworzą spójną całość. Ale nadszedł rok 2016 i Jarre zapragnął nagrać jeszcze trzecią część "Tlenu" - czy słusznie?

I tu pojawia się dylemat - bo płyta "Oxygene 3" zasadniczo jest w mojej opinii udana! Tyle tylko, że niepotrzebnie została włączona w skład trylogii. Gdyby nazwać ją inaczej i usunąć kilka zbyt czytelnych nawiązań, byłaby to wreszcie płyta, która może zamknęłaby usta krytykom Francuza. Można by mówić, że Jarre wreszcie nagrał samodzielnie album koncepcyjny na poziomie choć zbliżonym do dzieł z przeszłości. Jednak nazwa zobowiązuje i jako kontynuacja genialnego "Oxygene" z 1976 roku czy przyzwoitego "Oxygene 7-13" nowa płyta wypada dość blado.

Czyli co?

W sumie nie do końca wiadomo. Autorzy, jak to autorzy, mogą z własnym dorobkiem robić, co im się podoba. A co z oczekiwaniami słuchaczy? I tutaj jest chyba pies pogrzebany. Bo słuchacze są trochę jak inżynier Mamoń - lubią to, co znają. Trudno im się dziwić, w końcu "za coś" lubią danego artystę i nie każdy eksperyment musi się podobać. I ostatecznie sprawa sprowadza się do jednego: czy te nowe płyty kupimy i będziemy ich słuchać? Ja "Return to Ommadawn" słucham. "Oxygene 3" też, choć nie dograłem go jeszcze do utworów z pierwszych płyt. Na razie mi do nich nie pasuje...

poniedziałek, 23 października 2017

[O] Blade Runner 2049

Nie, nie jestem wielbicielem pierwszego "Blade Runnera" z 1982 roku. Podobał mi się i owszem, jest jednym z lepszych filmów, które w życiu widziałem, ale ani się nie kochałem w Sean Young, ani nie miałem hopla na punkcie Rutgera Hauera, ani nie wieszałem na ścianie plakatów z Harrisonem Fordem. I pamiętam, gdy dowiedziałem się o kręceniu "2049", wzruszyłem tylko ramionami, będąc pewnym, że to tylko i wyłącznie skok na kasę oraz żerowanie na "kultowości" pierwowzoru.

Nawet pierwszy zwiastun nie zmienił tej opinii - ot, chodzi sobie Ryan Gosling, widać miasto z charakterystycznymi światłami, skuszono Harrisona Forda do powrotu. Vangelisa nie skuszono do napisania muzyki do drugiej części - minus, duży minus...

No i w końcu doczekaliśmy premiery, zapoznałem się z pierwszymi wrażeniami innych widzów i... no, były pozytywne, żeby nie powiedzieć - entuzjastyczne! Hm. Trzeba zatem pójść zobaczyć samemu, no bo jak to, ma mnie ominąć dobry film? Namówiłem kolegę Krzyśka i w sobotę odwiedziliśmy kino. Oprócz nas było kilkadziesiąt osób - na trzygodzinny seans bez tuzina głośnych nazwisk i szalonych efektów specjalnych? Nie spodziewałem się.

No i co? Jest dobrze, jest nawet bardzo dobrze. Moim skromnym zdaniem, udało się zachować klimat i nastrój pierwszej części. Tempo jest powolne i pozornie niewiele się dzieje, ale to daje okazję do chłonięcia świata pokazanego w filmie - a jest co chłonąć, bo zaprawdę, jest to jeden z piękniejszych filmów jeśli chodzi o zdjęcia! Od czasu do czasu następuje przyspieszenie, jednak na pewno nie jest to film akcji, więc miłośnicy mocnych wrażeń, wybuchów i akrobacji niewiele znajdą tutaj ciekawego.

Czy nowy "Blade Runner" jest lepszy od klasycznej wersji z 1982 roku, jak chcą niektórzy recenzenci? Nie sądzę, żeby można je było pod tym względem porównywać. To tak naprawdę ta sama opowieść, leniwie opowiedziana i zachwycająca wizualnie. W praktyce tych niemal trzech godzin się nie czuje - ja nie nudziłem się ani przez chwilę. Jednocześnie (tak jak w pierwszym "Blade Runnerze") jestem pewien, że przy powtórnym obejrzeniu dostrzegę nowe szczegóły, które w sobotę mi umknęły.

Jak z grą aktorów? Ryan Gosling nadspodziewanie dobry w roli policjanta K, Harrison Ford - no, to Harrison Ford. Nie nawystępował się w "2049", ale co miał, to zagrał. Jared Leto jakiś taki mało przerażający mimo charakteryzacji. Sylvia Hoeks w roli Luv jest odpowiednio... ehm... no, po prostu od razu widać, że to niezłe ziółko. No i nie sposób pominąć Joi (śliczna Ana de Armas) - to jest castingowy strzał w dziesiątkę.

Na koniec zostaje muzyka. Już wspomniałem, że nie tworzył jej Vangelis, który odpowiedzialny jest za kapitalny soundtrack do pierwszej części. Tym razem za muzykę wziął się duet Benjamin Wallfisch - Hans Zimmer. Utrzymali klimat vangelisowych syntezatorów i tej ścieżki dźwiękowej nie da się pomylić z niczym innym (kto słyszał, ten wie, o czym mówię), jednak nie da się jej chyba słuchać poza filmem.

Ostatecznie trzeba jasno powiedzieć, że "Blade Runner 2049" - w mojej opinii - uniósł ciężar legendy. Nie stał się bladą kopią i skokiem na kasę, ogląda się go z dużą przyjemnością i na pewno do niego wrócę w edycji DVD. I wtedy zrobię sobie maraton - najpierw część pierwsza, potem druga. A co!

piątek, 20 października 2017

poniedziałek, 16 października 2017

365 - Zakończenie

I stało się - dzisiaj po raz trzysta sześćdziesiąty piąty wkleiłem zdjęcie na stronę "projektu 365". Koniec. Jutro nie muszę robić kolejnego zdjęcia. Mogę. To główna różnica.

Jak napisałem na stronie "projektu", jest to pewien sukces - każdy, kto próbował robić co dzień choćby jedno zdjęcie (lub cokolwiek) wie, że czasem nie jest łatwo. Czasem bardzo się nie chce. Czasem się zapomina (!). Czasem dopada zwątpienie, czy w ogóle warto?

Gdy dzisiaj patrzę na stronę zbiorczą, na 73 rzędy miniatur, to jednak czuję satysfakcję. Pewnie, większość zdjęć to nic nadzwyczajnego. Dużo tu banalnych zdjęć nieba czy kwiatków. Ale jest też sporo portretów, a zwłaszcza jestem dumny z sierpniowego "tygodnia głów". Było też parę wyzwań, których wcześniej robiłem mało: zdjęcia nad morzem, autoportrety, zabawy z czasem naświetlania czy obróbką.

I chociaż nie czuję, żeby ten "projekt" zrobił ze mnie lepszego fotografa i żebym się jakoś rozwinął, to nie uważam, żeby był to czas zupełnie stracony. Ot, udało się zachować dyscyplinę, zrobić garść zdjęć i tyle.

Czy będzie kontynuacja? Ha, niektórzy przedłużają cykl do 730 zdjęć. Ja na razie niczego nie przedłużam. Jak nabiorę jeszcze kiedyś ochoty, to może pojawi się nowa edycja - w końcu od stycznia czeka na mnie Wrocław, którego póki co w ogóle nie znam. Byłoby tam co fotografować - zobaczymy w styczniu.

Na pożegnanie jedno ze zdjęć, które "przegrało" selekcję na zdjęcie dnia. Wiadomo - niebo:

piątek, 13 października 2017

środa, 11 października 2017

Wypalenie nie-zawodowe

Dzisiaj będzie wpis, idealnie pasujący do szaroburej pogody za oknem. Chyba dopadły mnie jesienna depresja tudzież melancholia. Dopiero co zakończyłem prace nad płytą "Runaway", lada chwila zakończę "Projekt 365" i... co dalej? Naszło mnie ogólne zniechęcenie do wszystkiego. Nawet rysować komiksu o Ladaco mi się nie chce i o czym bym nie pomyślał, wydaje się to bez sensu...

No i zastanawiam się. Bo niby nic na siłę i nie ma co się zmuszać do czegokolwiek (w końcu mówimy o hobby), ale z drugiej strony, tylko ciągłe ćwiczenia i robienie czegoś może prowadzić do rozwoju, a przynajmniej zapobiegać regresowi. No i mamy sytuację patową - robić coś trzeba, bo inaczej się człowiek uwsteczni, a jednocześnie człowiek przymuszony do czegoś, zaczyna tego czegoś nie lubić. A nie chciałbym się zniechęcić ani do fotografii, ani do rysowania, ani do muzyki...

Nic, trzeba jakoś przetrzymać do słonecznego listopada.

piątek, 6 października 2017

wtorek, 3 października 2017

[M] Gades - Runaway

No i jest! Po kilku dniach oczekiwania dotarła paczka, a w niej nowa płyta. Jakość druku i nadruku bez zmian w porównaniu do płyty Via, czyli jest dobrze:

Niestety, mam zastrzeżenia do warstwy audio - mimo wyraźnego zaznaczenia w zamówieniu, wstawiono przerwy między utworami, co w kilku przypadkach tworzy nieprzyjemny dla ucha efekt... Tragedii wprawdzie nie ma i nie zamierzam odsyłać paczki, ale następnym razem chyba jeszcze dodatkowo zadzwonię i przekażę uwagi ustnie.

Uff, sprawę Runaway mamy zatem zamkniętą. Czy czas myśleć o kolejnym projekcie?...