niedziela, 30 września 2018

Już nie na Tęczowej

Wczoraj zdaliśmy mieszkanie na Tęczowej, oddając klucze panu Robertowi, więc oficjalnie już mieszkamy w domu i nic tego nie zmieni przez dłuższy czas. Wszystkie rzeczy przewiezione, przeprowadzka - teoretycznie - zakończona.

Tyle tylko, że - a wie to każdy przeprowadzający się - dopiero "się zaczyna". Mamy teraz w domu prawdziwie arabskie targowisko - wszędzie sterty kartonów, pudeł, worków czy innego dobra. Część rzeczy wala się w miejscach do siebie zupełnie nieprzynależnych.

Najgorsze, że nie są gotowe dwa elementy - strych oraz garderoba. Na strychu - ze względów oszczędnościowych - postanowiliśmy sami zrobić podłogę, ale idzie to jak krew z nosa (choć nie powiem, dzisiaj akurat trochę nadgoniliśmy). Garderoba jest na razie w fazie planu, rozrysowana, choć jeszcze nie do końca zatwierdzona.

Obecnie zatem w planach jest dokończenie strychu, umieszczenie tam rzeczy na strych przeznaczonych, a następnie zbudowanie garderoby i przeniesienie tam pozostałych szpargałów. I wtedy będzie można skupić się na tym niekończącym się ciągu szczegółów i szczególików: gdzie powiesić ten-a-ten obrazek? gdzie przykręcić tę małą półeczkę? gdzie będzie miejsce na pilota do odtwarzacza CD? gdzie będzie miejsce na klucze? I tak dalej, i tak dalej.

Czyli - zajęcia na co najmniej pół roku. Praktyka pokaże, że na znacznie, znacznie dłużej.

[O] John Grisham - Góra bezprawia

Tym razem nie będę miał skrupułów. Niestety, Grisham, nie Grisham, dość sentymentów. I będą "spoilery", czyli przecieki z fabuły, więc jeśli ktoś chętny do czytania powieści, to w tym momencie musi przerwać tę minirecenzję, żeby sobie nie psuć wrażeń.

Obiecanki-cacanki

Wydawca dumnie pisze na okładce, że to "najlepszy thriller prawniczy Grishama od czasów Firmy i Raportu Pelikana". No, nie, zdecydowanie nie. ZDECYDOWANIE. Już powiastki o Theodorze Boonie są lepszymi thrillerami, serio. Ale do rzeczy.

Fabuła powieści jest dość sztampowa - młoda prawniczka w wyniku "światowego kryzysu finansowego" traci lukratywną posadę w dużej kancelarii i wyjeżdża na bezpłatny urlop do małej górskiej miejscowości, gdzie pro bono będzie odtąd reprezentować biednych ludzi. Oczywiście, początkowo jej to nie w smak, a sama prawnicza robota bardzo różni się od tej, którą wykonywała w Nowym Jorku. Jednak od pierwszych stron wiemy dobrze, że sobie poradzi i koniec końców wcale nie będzie chciała wracać do prawniczej korporacji.

Cały problem z tą powieścią polega na tym, co już "wyłaziło" z kilku innych współczesnych pozycji Grishama: kiepska, przewidywalna i niedokończona fabuła. Znów, wszystko niby jest na swoim miejscu: wielkie pieniądze, złe firmy (tutaj: spółki węglowe i chroniący je prawnicy), biedni, pokrzywdzeni ludzie (górnicy z pylicą) i jednostka, która ma szansę powstrzymać katastrofę, a która teoretycznie się do tego nie nadaje (niedoświadczona pani prawnik). To się mogło udać i - co najgorsze - przez pół książki nawet się udawało.

Początek jest wolny, kiepski i nudny, ale kiedy główna bohaterka, Samantha, dociera do małego miasteczka Brady, zaczynają się dziać całkiem fajne rzeczy. Aresztowanie przez samozwańczego "szeryfa", zakończone poznaniem młodego i przystojnego prawnika Donovana, który okazuje się przeciwnikiem koncernów węglowych, niszczących przyrodę (i ludzi) morderczą eksploatacją kopalni odkrywkowych. Samantha wciąga się w obronę matki wyrzuconej z pracy za długi, pomaga staruszce w spisaniu testamentu, pomaga bitej przez męża kobiecie, a tle rozwija się afera "węglowa". I kiedy wszystko zaczyna mieć ręce i nogi, a czytelnik czeka na jakieś przyjemne potyczki sądowo-prawnicze, nagle... ginie jeden z głównych bohaterów. Z drugim, który pojawił się dosłownie chwilę wcześniej, Samantha nawiązuje oparty wyłącznie na seksie romans. Bohaterka brzydzi się wykradzionymi dokumentami, które mają pogrążyć jedną z węglowych firm, ale jednocześnie pomaga "w dobrej wierze". Chce pomagać miejscowym ludziom, ale niby też waha się nad wyjazdem do Nowego Jorku... Na koniec, w płomiennej rozmowie z szefową, postanawia ostatecznie zostać i walczyć. I tyle.

Czuję taką gorycz po przeczytaniu "Góry bezprawia", że chyba długo nie sięgnę po Grishama - chyba że po "klasyki" z lat dziewięćdziesiątych. Ta powieść jest zupełnie bez sensu - tak naprawdę do końca nie jest doprowadzony żaden wątek. Samozwańczy szeryf? Pojawia się i znika. Sprawa testamentu? Niby jest i coś ma się z nią stać, ale w pewnym momencie prawniczki po prostu przekazują ją do innej kancelarii. Wielka sprawa "węglowa", wygrana przez Donovana, zostaje skierowana do apelacji i Samantha w końcówce zaledwie obiecuje, że się nią zajmie. Największa sprawa, wokół której widziałbym całą oś fabularną, jest po prostu przekazana jakiemuś nadzianemu prawnikowi z innego stanu - dostaje on całą dokumentację, którą z narażeniem życia gromadzą i transportują bohaterowie i już. Rzecz jasna, otrzymujemy informację, że teraz akta są bezpieczne, więc spółka węglowa na pewno przegra. Naprawdę? To ma być thriller prawniczy, gdzie wątki kończą się obietnicą, iż coś tam się kiedyś stanie?

Odradzam

Strasznie się nabuzowałem, ale naprawdę, dawno nie czułem tak dużego rozczarowania rozwiązaniem fabuły, jak po przeczytaniu "Góry bezprawia". To w mojej opinii jedna z najgorszych książek Grishama, jaką miałem okazję czytać - a przeczytałem ponad połowę jego bibliografii. Zdecydowanie odradzam, a sam idę się napić gorącej herbaty, bo się ostatnie noce zrobiły dziwnie zimne...

czwartek, 27 września 2018

Ostatnia prosta

No, to w tym tygodniu ostateczna przeprowadzka. W mieszkaniu coraz bardziej pusto, w domu coraz bardziej pełno. Ostatnie dni to ciągłe kursy w tę i z powrotem, przewożenie ciągle nowych pudeł, pakowanie i rozpakowanie... Do tego mnóstwo prac w samym domu: instalacja oświetlenia zewnętrznego, dzwonka, przymocowywanie różnych rzeczy czy wreszcie przyspieszona nauka kładzenia paneli na strychu.

I tak sobie wczoraj rozmyślałem przed snem, czy będzie nam brakować wrocławskiej Tęczowej - w końcu przez 9 miesięcy trochę jednak zżyliśmy się z okolicą i nie da się ukryć, że mieszkanie swoje plusy posiada - choćby małą powierzchnię do sprzątania. No i łatwo dostać się do miasta, czy to pieszo, czy komunikacją - nie trzeba wbijać się autem, szukać miejsca parkingowego, a później jeszcze je opłacać.

Pewnie będziemy sobie kiedyś wspominać, jak to przybyliśmy do Wrocławia, że mieszkaliśmy tam i tam, i takie a takie przygody nas spotykały. Na razie jednak dużego sentymentu nie czuję.

Sam lubię powroty do przeszłości i odwiedzanie miejsc z własnego dzieciństwa - ciekawe, czy moja córka też będzie miała takie ciągoty. Na wszelki wypadek obfotografowałem osiedle, bo za 20-30 lat pewnie nie będzie już ładnie wyglądało. Nawet nagrałem "lektora furtkowego", który przypomina o zamykaniu drzwi.

A od wczoraj mamy kuchnię!

Od poniedziałku czas rozpocząć kolejny rozdział.

Perełka - Zamawiane opowieści

Perełka lubi, kiedy opowiada jej się przed snem jakąś ciekawą historię. Niekoniecznie o księżniczkach, smokach czy krasnoludkach, chociaż takie, naturalnie, także się zdarzają. O ile na początku to Tata wymyślał, o czym i jaką historię opowie, to do niedawna Perełka sama podpowiadała: o "Wiewiórce Agatce" albo o "Czerwonej mrówce", albo o "Kudłatej Marysi" i tak dalej. Tata dalej wymyślał fabułę, ale już nie miał swobody. Ostatnio jednak weszliśmy na zupełnie nowy poziom.

- Tata, opowiedz mi o "Czerwonej mrówce" - zagaja Perełka, fikając nóżkami. Przykrywam ją i zaczynam:

- W dalekim lesie żyła sobie pewna czerwona mrówka...

- Nie, nie, nie! - woła Perełka, znów się odkopując - Nie daleko! - znów przykrywam dziecię i próbuję drugi raz rozpocząć:

- W parku żyła sobie...

- Ale tata! - przerywa znów Perełka - Żeby ta mrówka spotkała Adę, dobra?

Zgadzam się, ale zanim zdążam coś więcej powiedzieć, Perełka dodaje:

- I żeby musiała iść na długą wyprawę.

Nabieram powietrza, ale nici z opowieści:

- I żeby musiała spakować plecak, wiesz, jakieś ciasteczka i picie, i ubranka na zmianę. I żeby miała czapeczkę. Z cekinami.

Kiwam głową.

- I niech spotka żuczka. A potem niech idą razem i żuczek będzie pomagał przesunąć kamień, co?

- A mogę coś sam wymyślić? - pytam, bo chyba jestem w tym wszystkim zbędny.

- Nie, ja Ci wszystko wyjaśnię, a ty to tylko później opowiesz, dobra?

No, i tak Tata stracił monopol na wymyślanie historyjek na dobranoc...

wtorek, 25 września 2018

[K] Luminar 2018 jako plugin

Tak sobie ostatnio powoli wracam do obrazkowego hobby, związanego z edycją fotografii i testuję różne aplikacje. Był Photolemur, było ACDSee, teraz akurat dotarł do mnie newsletter od firmy Skylum, że Luminar 2018 można zainstalować jako plugin dla różnych aplikacji, m. in. Photoshopa i Lightrooma.

Czy to ma sens?

Luminar jest programem, dla którego ciężko jest mi znaleźć sensowne zastosowanie. Bez modułu zarządzającego fotografiami jest to edytor zdjęć, w dodatku wciąż mocno powolny (w moim odczuciu). W dodatku nie jest typowym programem do grafiki rastrowej, tylko czymś bardziej w rodzaju zaawansowanego modułu Develop z Lightrooma. Nie można tu np. rysować czy dowolnie i w zaawansowany sposób manipulować fragmentami obrazu. Są wprawdzie warstwy i maski, więc trochę można pokombinować, jednak szału nie ma.

Ewidentnie Luminar jest programem do "podrasowywania" zdjęć. Jego filozofia działania to: otwórz zdjęcie, wybierz odpowiedni preset i zapisz albo opublikuj. I tyle. Producent co jakiś czas dokłada nowe presety, a na stronie można dokupić wersje "premium", zwykle za kilkanaście euro jeden dodatek. Czyli w sumie coś podobnego do Photolemura (bo to zresztą ten sam producent), tylko z dostępem do suwaczków.

Może instalacja Luminara jako wtyczki ma więcej sensu? To zależy - jeśli ktoś planuje używanie tego programu jako zwykłego "efektu" (jak np. wtyczek Nik Collection), to rzeczywiście może być mu łatwiej. Nawigację i zarządzanie załatwia np. Lightroom, a dla wybranego zdjęcia uruchamiamy Luminara, aplikujemy odpowiedni preset i wracamy do Lightrooma. Wtyczka działa bowiem jako opcja eksportu (i tam ją znajdziemy). O ile przy Photolemurze to było sensowne, bo uruchamialiśmy go tylko po to, by zastosować jakiś preset i już, to przy Luminarze - przynajmniej teoretycznie - mamy korzystać z bogatych opcji edycyjnych, do których byłoby dobrze móc wrócić. A to możliwe jest tylko wówczas, gdy w programie użyjemy polecenia Save zamiast domyślnego Apply i zapiszemy plik w formacie Luminara. Będziemy zatem mieli na dysku już trzy pliki: oryginalny RAW, kopię z ustawieniami Lightrooma, którą program utworzył przed eksportem do Luminara i plik wynikowy.

Jeśli więc zamierzamy korzystać z Luminara w bardziej zaawansowany sposób, modyfikując dużo ustawień edycyjnych i chcąc je później zmieniać, lepiej używać wersji standalone - po prostu mniej śmiecimy na dysku. Jeśli decydujemy się na bycie "presetowcem". to nie wiem, czy lepszych efektów nie zapewni nam Photolemur...

Podsumowując

Mam dziwne wrażenie, że Luminar nie bardzo wie, czym chce być. Moduł edycyjny ma bardzo fajny: można korygować w zasadzie wszystko to, co w Lightroomie, są warstwy, maski, klonowanie itp. Jednocześnie nie ma modułu katalogująco-zarządzającego, przechowywania edycji w bazie danych (a nie w osobnych plikach graficznych), opisywania i oceniania zdjęć. To taki Lightroom dla pojedynczych zdjęć.

Producent już od roku obiecuje, że doda moduł zarządzający (wersja na iOS już taki moduł ma). Póki co, obietnice mówią o końcu tego roku i jeśli okaże się to prawdą, a sam moduł - dopracowanym i wygodnym elementem - to może da się podciągnąć Luminara pod etykietę zamienników Lightrooma. Obecnie jednak jest to program (w wersji dla Windows) dla - mam wrażenie - nikogo...

środa, 19 września 2018

Perełka - Super-moc

Perełka ogląda od jakiegoś czasu "Pidżamersów", czyli przygody trójki dzieciaków, które w nocy zmieniają się w super-sowę, super-kota i super-jaszczurkę, żeby ratować świat. Oczywiście, identyfikuje się przy tym z Amayą, dziewczynką zmieniającą się w sowę, czyli Sowellę. Tata się w tym wszystkim musi orientować.

- Jestem Sowella! - krzyczy Perełka, wznosząc triumfalnie rękę w górę - Umiem latać i mam super-sowi-wzrok!

Tata, trochę rozpaczliwie, powtarza gest i mówi:

- Jestem Tatson i mam super-słuch!

Perełka marszczy brwi krytycznie:

- Nie, jesteś tatą!

- A jaką mam super-moc? - pytam niepewnie.

- Umiesz gwizdać - odpowiada Perełka po zastanowieniu. Jestem zdumiony:

- A co mi po gwizdaniu?

- No, jak zagwiżdżesz, to przybiegają pieski!

- I to jest super? - dziwię się. Perełka potakuje i dodaje:

- Bo ty im wtedy dajesz jeść. I to jest super!

poniedziałek, 17 września 2018

[K] ACDSee - alternatywa dla Lightrooma?

Używana przeze mnie wersja Lightrooma (6) nie jest już rozwijana - została zastąpiona wersją w modelu subskrypcyjnym, czyli w ramach pakietu Adobe Common Creative. O wsparciu dla nowych aparatów mogę zapomnieć, podobnie o usunięciu denerwujących błędów (przenoszenie czy kasowanie plików, wolne działanie itp.) Alternatyw dotychczas brakowało albo były zbyt drogie (Capture One wie, o co chodzi)...

ACDSee dawniej i dziś

ACDSee pamiętam jako shareware'ową przeglądarkę plików graficznych, z której korzystałem baaardzo dawno temu i to bardzo krótko. Wówczas nie było PayPala, łatwo dostępnych kart kredytowych, a sklepy zakupujące programy shareware "w imieniu klienta" nakładały spore marże, przez co całość była po prostu nieopłacalna (nie wspomnę już o tym, że jeszcze w tym czasie nie pracowałem). Potem wybrałem darmowego IrfanView i ACDSee zniknęło z kręgu moich zainteresowań.

Przypomniałem sobie o tym programie w zeszłym roku, kiedy porównywałem go do Luminara 2018. ACDSee Photo Studio 2018 Professional wypadło w tym porównaniu o wiele lepiej i zacząłem mu się przyglądać uważniej. Za chwilę pojawi się wersja 2019 Ultimate, więc pora wreszcie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy przypadkiem Lightroom nie stracił właśnie pracy?

Przyzwyczajenie drugą naturą...

Najgorszy był początek pracy z ACDSee - niby wszystkie programy katalogująco-obróbkowe wyglądają podobnie, ale ciężko jest się zrazu połapać. Tak samo miałem tutaj - wszystko jest pod ręką, ale INACZEJ niż w Lightroomie. Powoli jednak zacząłem się przyzwyczajać i oto okazało się, że nie jest źle, a nawet jest całkiem dobrze!

Nie da się ukryć, że pracuje się inaczej. Bardzo przywykłem do interfejsu Lightrooma i ten z ACDSee wydaje mi się brzydszy i mniej intuicyjny, jednak po oswojeniu się "daje radę". Narzędzi jest sporo i choć w zasadzie są odpowiednikami tych z Lightrooma, to czasem sposób lub zakres ich pracy jest odmienny. Czasem ten sam efekt da się osiągnąć, wykonując zupełnie odmienne kroki - niech przykładem będzie dodanie do obrazu ramki, co w Lightroomie osiągało się, podpinając komercyjną wtyczkę podczas eksportu. Tutaj jest to normalna funkcja w samym programie.

Wydajność

Pod względem wydajności jest bardzo dobrze. Jeszcze nie testowałem ACDSee na komputerze stacjonarnym, ale powinno być lepiej, niż na laptopie (szybszy procesor i trzy razy więcej pamięci). Pod względem importu zdjęć do katalogu Lightroom... przegrywa. Pod względem nawigacji i działania większości narzędzi z kategorii Develop zwycięzcą jest także ACDSee. Podobnie zresztą wypada eksport grupy zdjęć - z przeskalowanie i wyostrzaniem, konwersja z fujikowych RAFów do JPGów zajęła ACDSee prawie dwa razy mniej czasu niż Lightroomowi. Czyli, cytując klasyka, nie ma o czym gadać.

Praca rzeczywista

Zwykle mój sposób pracy w Lightroomie wygląda identycznie: wrzucam kartę ze zdjęciami do czytnika, wybieram import interesującego mnie zbioru (z automatycznym tworzeniem podkatalogów na dysku w oparciu o datę i automatyczną zmianą nazwy pliku - również w oparciu o datę). Po imporcie przeglądam fotografie i oznaczam te, których na pewno chcę się pozbyć. Po oczyszczeniu zbioru przystępuję do mniej lub bardziej intensywnych działań obróbkowych - zazwyczaj korekcja ekspozycji, prostowanie horyzontu czy kadrowanie. Czasem globalnie ustawię profil kolorystyczny. Z reguły wystarczają mi narzędzia wbudowane w Lightrooma, bardzo rzadko dokonuję edycji w Photoshopie (zwykle sesje portretowe). Potem wybieram pliki do publikacji (jeśli jest taka potrzeba) i eksportuję je np. za pomocą presetu "blogowego" czy "e-mailowego", które sobie kiedyś utworzyłem.

Powyższe czynności starałem się wykonać za pomocą ACDSee. Bez problemu zaimportowałem zdjęcia z podziałem na foldery i ze zmianą nazwy pliku (musiałem tylko dokonfigurować własny szablon daty - ale w Lightroomie również trzeba było to zrobić). Po przejściu do zaimportowanej kolekcji mogłem skupić się na zaznaczaniu zdjęć do usunięcia, po usunięciu zaś przeszedłem do widoku Develop, gdzie mogłem wreszcie rozpocząć edycję. Byłem w stanie zrobić te same rzeczy, co w Lightroomie - w zasadzie nie znalazłem jedynie zmiany proporcji (rozciągania w pionie lub poziomie). Cała reszta - o ile mogłem to stwierdzić - daje się wykonać. Bardzo sprawnie działa narzędzie klonowania/"leczenia" - o wiele żwawiej niż Spot Removal w Lightroomie. Wszystkie modyfikacje są - oczywiście - wprowadzane "wirtualnie", czyli zapamiętywane niezależnie od zdjęcia, które pozostaje nietknięte.

Podczas eksportu można w zasadzie zrobić to samo w obu programach z tym, że ACDSee ma dodatkową listę predefiniowanych "akcji" (rozszerzalną o nasze własne pomysły), która dodatkowo przetwarza plik przed zapisaniem w miejscu docelowym.

Gwóźdź do trumny Lightrooma

Czymś w rodzaju takiego gwoździa jest funkcja... importu bazy danych Lightrooma. ACDSee ma takie narzędzie wbudowane i potrafi ono wyciągnąć takie informacje, jak oceny (gwiazdki), etykiety, słowa kluczowe oraz kolekcje. Jak dla mnie - rewelacja! Między innymi tego właśnie brakowało mi w dotychczas testowanych programach. Konieczność budowania na nowo kolekcji, opisywania i oceniania zdjęć - to wszystko skutecznie zniechęcało mnie do migracji.

Oczywiście, dużą bolączką jest to, że nie sposób zaimportować danych "obróbkowych", czyli zmian na samych obrazkach (korekta ekspozycji, krzywe, kadrowanie), ale nie wydaje mi się, żeby to kiedykolwiek dobrze wykonano. Po prostu do dawniej obrobionych plików trzeba będzie wracać przez Lightrooma, ewentualnie wziąć kiedyś dwa tygodnie urlopu i przekonwertować cały zbiór na np. TIFFy (z już zaaplikowaną obróbką). Tak na wszelki wypadek, gdyby któregoś dnia Lightroom po prostu przestał się uruchamiać, co wydaje mi się całkiem prawdopodobną taktyką Adobe, aby ostatecznie zmusić opornych do przejścia na model Creative Cloud.

No i tyle

Jako że używam ACDSee od jakiegoś czasu (chociaż mało intensywnie) i nie zauważam w zasadzie żadnych ograniczeń, chyba rzeczywiście w praktyce odesłałem Lightrooma na emeryturę. To jest świetny program i gdyby nie nieszczęsny abonament Adobe, używałbym go jeszcze długo. Ale że nie mam zamiaru i potrzeby pakować się w Creative Cloud, a na poprawę istniejących od lat błędów czy nowe funkcje nie mam co liczyć... No cóż... ACDSee zajmuje miejsce zarówno Lightrooma, jak i IrfanView. Sytuacji raczej nie zmieni nadchodząca nowa wersja Luminara 2018 z modułem katalogującym - chyba że przeglądanie i edycja zaczną działać tak z 10 razy szybciej - na to się jednak nie zanosi.

P.S. Poprawiam się i uzupełniam wpis o ceny - obecnie są dostępne (z grubsza) trzy wersje: Ultimate za 149$, Professional za 99$ i Standard za 59$, przy czym rozważyć w kontekście zastępowania Lightrooma można tylko dwie pierwsze - wersja Standard ma spore ograniczenia w zakresie modułów Develop i Edit, co zresztą wynika z tabeli porównawczej na stronie producenta.

piątek, 14 września 2018

[K] Photolemur 3 - na co to komu?

Dla leni

Na rynku pojawił się nowy-stary gracz. Nowy, bo w nowej wersji z numerem 3, a stary - bo wcześniej była wersja 2, niewiele się w zasadzie od "trójki" różniąca. Cóż to za program?

Programiści (czy może marketingowcy?) doszli do wniosku, że ludziom nie chce się obrabiać zdjęć. Czy może inaczej: większość nie czuje specjalnie potrzeby nauczenia się tego, za to chętnie mieliby w kolekcji jakieś efektowne fotki do pokazania znajomym. Trzeba im zatem dostarczyć aplikację, która jednym kliknięciem zrobi czary-mary i gotowe!

Naturalnie, tego typu programów jest już całkiem sporo, a każda szanująca się przeglądarka grafiki ma też możliwość zastosowania "presetu auto", który zazwyczaj robi ze zdjęcia piękną, kolorową masakrę. No i tutaj Photolemur ma się wyróżnić zdecydowanie na plus. A niby dlaczego? No, hm...

Klucz: SI

Czyli Sztuczna Inteligencja, która wciska się wszędzie, gdyż jest nowoczesna i kojarzy się z wygodą. Niedługo okruszki chleba będą miały tytuł magistra i żal będzie je do kosza wyrzucać...

Podśmiechuję się, bo w większości wypadków owa "sztuczna inteligencja" to zwykły pic na wodę i fotomontaż. Opiera się zwykle na jakichś zauważonych prostych zależnościach lub stosunkowo prostej analizie (np. policzymy histogram, wyjdzie, że fotka za ciemna, to damy odpowiednią kompensację "do średniej" i gotowe!). Tu jednak troszeczkę tej sztucznej inteligencji chyba jednak siedzi, bo program dość sprawnie wykrywa niebo oraz (nieco mniej sprawnie) twarze i oczy. Niemniej, sama obróbka jest oparta na prostej zasadzie: więcej kontrastu i większe nasycenie - wtedy zdjęcie musi się podobać!

Jak to działa?

Program jest banalny w obsłudze i zupełnie się nie narzuca użytkownikowi. Otwieramy zdjęcie (np. w formacie jpg, ale i RAWy da się obrobić - przynajmniej z Fuji, bo innych chwilowo nie mam pod ręką), klikamy jeden z siedmiu "stylów" i... czekamy. Po dłuższej chwili możemy napawać oczy widokiem przerobionego zdjęcia, porównując je z oryginałem (program daje możliwość "przesuwania" podziału podglądu, żeby to efektowniej wyglądało). Jeśli efekt się podoba, eksportujemy zdjęcie w jednym z dostępnych formatów (m. in. jpg, psd, tiff), z możliwością skalowania (czego nie było w wersji 2). Jeśli efekt jest niezadowalający, próbujemy kolejny "styl", aż do skutku (albo zniechęcenia). Możemy specjalnym suwakiem złagodzić nakładaną obróbkę, zaś w przypadku obróbki twarzy włączyć czy wyłączyć specjalny algorytm poprawiający wygląd skóry i oczu (Photolemur sam rozpoznaje twarze i oczy - to też element SI). I to tyle.

Wprawdzie jest jeszcze "przetwarzanie wsadowe", czyli możemy kazać obrobić wg zadanego stylu całą grupę zdjęć, ale to w zasadzie wyczerpuje możliwości programu.

Tradycyjnie, czyli zady i walety

Zaletą programu jest, jak by to powiedzieć, umiar. Photolemur nie stosuje na potęgę podnoszenia mikrokontrastu, nie przesadza z kolorami (zazwyczaj) i dość ładnie wyostrza wynikowe fotografie, zapisywane z przeskalowaniem w dół (pomniejszane). Z reguły można uznać, że po przetworzeniu zdjęcie rzeczywiście prezentuje się "ładniej", czyli efektowniej - acz pytanie, czy nie są tu przekraczane granice dobrego smaku zależy już od użytkownika.

Wad - niestety - jest o wiele więcej. Po pierwsze i kluczowe - przetwarzanie RAWów trwa niemiłosiernie długo (u mnie ok. 30 sekund), a co gorsza, zmiana (np. wyłączenie obróbki oczu) powoduje "przeliczenie" wszystkiego od zera. Także eksport - mimo "przeliczonego" przecież już zdjęcia, które widzimy na ekranie - ponownie przeprowadza całą obróbkę.

W ogóle idea tej aplikacji jako osobnego programu do mnie nie przemawia - o wiele wygodniej jest go zainstalować jako wtyczkę do Photoshopa lub Lightrooma (jest nawet odpowiednie polecenie w samym Photolemurze). Ma się wtedy przynajmniej jakąś kontrolę nad przygotowaniem zdjęcia do obróbki - czyli np. wykadrowaniem, wyprostowaniem horyzontu itp., dodatkowo zaś w tej sytuacji RAWy są konwertowane na TIFFy, co znacznie skraca czas obróbki.

Poza korektą geometrii obiektywów nie ma tu w zasadzie nic. Porzućcie marzenia, żeby program sam wykrywał np. plamy na błękitnym niebie, będące wynikiem paprochów na matrycy czy zły balans bieli - na to lemurowa sztuczna inteligencja jest jeszcze zbyt mało inteligentna.

Program w wersji standalone przeznaczony jest chyba dla największych minimalistów (albo genialnych fotografów, którzy zawsze kadrują idealnie i zawsze poziomują aparat)

W zamyśle ciekawie miała się sprawdzać funkcja ulepszania portretów - wygładzanie skóry, obróbka oczu. I czasem rzeczywiście efekt jest całkiem fajny, ale zdecydowanie zbyt często aplikacja albo nie trafia z rozpoznaniem, albo przesadza np. z wybielaniem oczu.

Na koniec zwrócę uwagę na fakt, że liczbę "stylów" w Photolemurze można rozbudować - tyle tylko, że każdy kolejny styl to 15 euro, co moim zdaniem jest jednak pewną przesadą.

Czyli tak czy nie?

To w moim odczuciu program dla ludzi, którzy nie mają czasu i chęci na naukę obróbki zdjęć. Oni odpalą "Lemura", wrzucą do niego 200 zdjęć z wakacji, zaznaczą odpowiedni "styl" i po godzinie (dwóch? trzech?) mają materiał do pokazania rodzinie. Prosto i łatwo.

Ale równie dobrze można zainwestować w jakiś zestaw presetów do Lightrooma - ilościowo na pewno wyjdzie korzystniej, a i aplikowanie będzie wygodniejsze. A że presety nie mają wbudowanej SI?...

poniedziałek, 10 września 2018

[O] Iron Fist - sezon 2

Tak, tak, jestem oglądaczem seriali Marvela. Luke Cage, Daredevil, Jessica Jones, Defenders czy właśnie Iron Fist - jak tylko się coś pojawi, to z reguły mówię sobie: eee, tam, nie warto tracić czasu.

A potem oglądam.

Iron Fist w rankingu

Przyznam bez bicia, że pierwszy sezon Iron Fist wypadł dość blado w porównaniu do pozostałych "marek" - jakiś bogaty młodziak, który stracił rodziców, został przygarnięty przez mnichów i uczył się sztuk walki, by teraz biegać ze świecącą pięścią i walczyć z tajemniczą, a wszechmocną organizacją przestępczą... No, coś takiego!

I rzeczywiście, brnięcie przez pierwszy sezon było bolesne, czego nie ułatwiał główny bohater, zachowujący się jak arogancki gamoń. Ciągłe gadanie o mitycznym mieście Kun'-Lun prowadziło do znużenia, a walki były dużo mniej ciekawe niż np. w Daredevilu. Nic dziwnego, że Iron Fist zajmował w moim prywatnym rankingu ostatnie miejsce spośród produkcji Marvela, zwłaszcza że tuż po nim obejrzałem Luke'a Cage'a, który pokazał, jak dobry serial powinien wyglądać.

Idzie ku lepszemu

W ostatni weekend tak się złożyło, że znalazłem na Netfliksie drugi sezon przygód Daniela Randa (prawdziwe imię i nazwisko Iron Fista). Włączyłem bez przekonania, ale szybko się wciągnąłem. Sezon ma 10 odcinków, tak w sam raz - nie za krótko, nie za długo. I chociaż trafiają się odcinki pod koniec sezonu, gdy tempo trochę siada, a dużo jest rozmów i rozważań, to jakoś niespecjalnie mi to przeszkadzało. Łyknąłem szybko całość i...

Generalnie jestem zadowolony - ten sezon podobał mi się znacznie bardziej od pierwszego. Fajnie są rozpisane poszczególne postacie: sam Danny Rand, Colleen, Ward (a tak go nie lubiłem w pierwszym sezonie!) - no i główny zły, czyli Davos (bez problemu dajemy radę uwierzyć, że ma nie po kolei w głowie).

Fajna jest w ogóle cała intryga i przyznam, że oglądało mi się to z odcinka na odcinek coraz przyjemniej. Wciągnąłem się na tyle, że zacząłem sobie w wyobraźni budować własne zakończenie, z którym to serialowe zupełnie się rozminęło...

Polecam

To jedyna rzecz, która mnie w pewien sposób rozczarowała - zakończenie. Nie poszło po mojej myśli i jak tak sobie o nim rozmyślam, to nie do końca "kupuję" decyzje bohaterów i pomysł scenarzystów na kontynuację. Nie zamierzam tu wrzucać jakiś spoilerów, żeby nie psuć Wam oglądania, jednak czujcie się ostrzeżeni.

Drugie sezony w przypadku Iron Fista oraz Luke'a Cage'a wypadły bardzo fajnie (no dobra, Jessica Jones też była niezła, chociaż pierwszy sezon - moim zdaniem - miała lepszy). Polecam zapoznanie się z nimi tym bardziej, że już niedługo pojawi się kolejny Daredevil, którego jestem strasznie ciekaw, bo właśnie od niego zacząłem przygodę z marvelowskimi serialami...

piątek, 7 września 2018

[R] W urzędzie

Tak to już w życiu bywa, że trzeba czasem odwiedzić instytucję państwową, zwaną urzędem. I mnie to dotknęło przy okazji rejestracji samochodu. Poczytałem najpierw, co jest potrzebne, co wypełnić i na jakie koszty się nastawić (bo, panie, bez kosztów choćby na znaczek skarbowy to się NA PEWNO nie obędzie). Pogadałem ze znajomymi, którzy byli już tam kiedyś wcześniej i w zasadzie uznałem się za przygotowanego.

Błąd. Wiadomo.

Całość procedury, przez którą przeszedłem, można wpisać w sinusoidę, na zmianę miłych i niemiłych, rozczarowań. Najpierw ucieszyłem się, że są dokumenty PDF na stronie urzędu - ale okazało się, że nie ma egzemplarza dla współwłaścicieli (albo nie potrafiłem znaleźć). Super sprawa, że istnieje system elektronicznej rezerwacji terminów - ale w praktyce można zarezerwować termin tak za dwa tygodnie, a w praktyce okazało się, że wynika to z braku odwoływania rezerwacji. System numerkowy jest fajny - ale liczba numerków jest dla danego dnia ograniczona i szybko się kończy. Urząd otwarty jest od 7:15, ale kasa dopiero od 8:00. Można jednak płacić kartą, jednak z prowizją 2zł...

Nie chciałem czekać dwóch tygodni, więc postanowiłem zwyczajnie przyjechać wcześniej i wystać swoje w kolejce. Akurat trasa, którą jechałem do urzędu, była dla mnie zupełnie nowa, więc dałem sobie tyle zapasu, że dojechałem tam o 6:30. 45 minut przed otwarciem. I w kolejce wcale nie byłem pierwszy, tylko trzeci!

W ogóle do momentu otwarcia zebrało się pewnie 30-40 osób, więc droga do pokoju nr 20 wyglądała jak bieg maratoński - tłum i ścisk. Pobrałem numerek Be-dwieście-ileś i... usiadłem. Bo najpierw wyczytywano numery z rezerwacji elektronicznej (na kilka był tylko jeden), potem była jedna afera z pewną panią, potem jeszcze dwóch panów przede mną i jedna starsza kobieta, która "tylko się pytała o coś". W końcu wyczytano mój numer i podszedłem do stanowiska numer jeden.

Jako przygotowany obywatel podałem wszystkie wymagane dokumenty. Po chwili musiałem jednak uzupełnić je w kilku miejscach oraz potwierdzić, że tak, jestem zameldowany w miejscu zameldowania. No i pokazać dowód.

Teraz wystarczyło poczekać, aż pan urzędnik powprowadza dane do komputera, wydrukuje stertę papierów, da dwa z nich do podpisania, wyjmie z szafki tablice rejestracyjne i naklejki oraz pobiegnie gdzieś i wróci. Krótka informacja, że za dwa tygodnie dowód rejestracyjny będzie gotowy i żeby znowu wpaść w odwiedziny. Uf!

Trwało to i trwało, ale grunt, że okazało się skuteczne. Chociaż jak pomyślę, że muszę tam przyjechać raz jeszcze, to!...

Na plus zaliczam miły personel (na ile dane mi było się z nim kontaktować) i wygodne miejsca - petent przy stanowisku nie tylko może sobie usiąść, ale ma nawet blat, żeby wygodnie coś dopisać do papierów czy wypełnić jakiś dodatkowy wniosek. Strasznie to głupie, ekscytować się oczywistymi rzeczami, ale zbyt już wiele urzędów zwiedziłem i wiem, co docenić!

czwartek, 6 września 2018

Perełka - Na łyso

Wracamy z Perełką z przedszkola, stosując metodę "błądzenia". Polega ona na tym, że zamiast jechać tramwajem, poruszamy się na nogach i to Perełka wybiera trasę, zwykle taką, której jeszcze nie znamy. Tata jest od tego, żeby dyskretnie kierować ruch mniej więcej w stronę domu.

Idziemy zatem, a tu zakład fryzjerski. Pytam:

- Hej, może weszlibyśmy tutaj, to bym się ostrzygł?

- Dobra - zgadza się Perełka. - Ale wszystkie włosy?

- Naprawdę chcesz mieć łysego tatę? - dziwię się i już widzę, że przegrałem, bo Perełka ma iskry w oczach.

- Tak, chcę! Chcę! Łysy tata!

Pytam jeszcze raz, ale decyzja została podjęta. Cóż, włosy nie oczy, odrosną. Wchodzimy, siadamy - ja w fotelu, Gosia na kanapie. Pani fryzjerka dziwi się decyzji, ale wyciąga maszynkę i obcina mnie na "zero". Po wszystkim idę do Perełki, a ona klepie mnie po łysej głowie i mówi:

- Ale fajnie! Wyglądasz jak inny pan!

A potem przybiera poważną minę i oznajmia:

- Ale wiesz, mamie się to nie spodoba!

I rzeczywiście, nie spodobało się...

wtorek, 4 września 2018

[R] Wrocławskie pokazy lotnicze

Dawno nie wychodziłem w teren z aparatem, ale ostatniej niedzieli pojawiła się okazja. Szwagierka skakała ze spadochronem. Przy okazji wydało się, że na terenie wrocławskiego aeroklubu odbywają się minipokazy lotnicze - nie takie poważne jak w Poznaniu czy w Radomiu, ale bardzo sympatyczne. Były spadochrony, były awionetki, był śmigłowiec, szybowiec i filmujący wszystko z góry dron. Zapraszam do oglądania!

Przysłona: f/4,5, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 85,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 180,0 mm

Przysłona: f/4,5, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 78,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/8000 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/9, Czas: 1/80 sec, Ogniskowa: 195,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 270,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/13, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 220,0 mm

Przysłona: f/4,8, Czas: 1/1250 sec, Ogniskowa: 125,0 mm

Przysłona: f/13, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 122,0 mm