niedziela, 20 czerwca 2021

[I] Gadanie Gadesa - Pergamano

Czy wiecie, czym jest pergamano? Jak się go nauczyć? I dlaczego nożyczki do obcinania paznokci nie nadają się do cięcia pergaminu? Jeśli udało mi się Was dostatecznie zaciekawić, zapraszam do posłuchania wywiadu z Anną, która pergamano zajmuje się od lat i zgodziła się opowiedzieć to i owo:

[S] W pełnym słońcu

Upały nie ustępują, jednak postanowiłem zrobić sobie spacer po ogrodzie - piwonie już zakwitły, jaśminowiec także, a bratki strasznie się rozbestwiły i rosną całymi kępami. Powinienem poczekać do wieczora, ale... że lubię łamać reguły, postanowiłem pofotografować w pełnym słońcu. A co! Już przecież niedługo lato - to ostatnie ogródkowe wiosenne zdjęcie w tym roku.

Przysłona: f/1,2, Czas: 1/950 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Przysłona: f/1,2, Czas: 1/15000 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Przysłona: f/1,2, Czas: 1/22000 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Przysłona: f/1,2, Czas: 1/32000 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Przysłona: f/1,2, Czas: 1/32000 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Przysłona: f/1,2, Czas: 1/32000 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Przysłona: f/1,2, Czas: 1/32000 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

piątek, 18 czerwca 2021

[K] Pixel 2021

Dawno temu, bo jeszcze w 2014 roku (!), pisałem o wskrzeszaniu magazynu Secret Service. To, co wówczas jawiło mi się tylko jako łatwy "skok na kasę", wykorzystujący moc nostalgii, po dwóch numerach przestało być Secret Service'em - Waldemar "Pegaz Ass" Nowak odszedł z redakcji, zabierając z sobą prawa do tytułu. Czasopismo mogło upaść, ale wydawcy postanowili zrobić szybką akcję, zmienili tytuł na Pixel i robili dalej swoje. Do dziś krążą teorie spiskowe, na ile była to taka właśnie odważna akcja po wystawieniu do wiatru przez niesolidnego partnera, a na ile wyrachowanie obliczone na to, że crowdfundingowa zbiórka na rozpoczęcie zadziała lepiej, bijąc po oczach "kultowym tytułem" Secret Service. Mimo różnych dementi z tej czy z innej strony, kompletnej prawdy pewnie nigdy nie poznamy i... w zasadzie nie musimy.

Okazało się bowiem, że Pixel daje radę. Pójście w publicystykę, fajne felietony, ciekawe nawiązania do przeszłości, pochylenie się nad rynkiem gier indie zaowocowało napływem czytelników i to na tyle skutecznie, że właśnie na dniach ukazał się numer siedemdziesiąty! Całej Redakcji i wytrwałym czytelnikom należą się zatem szczere wyrazy uznania, bo działać w takiej niszy, jak czasopismo poświęcone kulturze gier wideo w dzisiejszych czasach nie jest łatwo, co z pewnością może być potwierdzone przez konkurencję z CD-Action.

Ja - przyznam - miałem ponad roczną przerwę od czytania magazynu. Kiedy skończyła mi się papierowa prenumerata, po prostu jej nie przedłużyłem. Niestety, ciągłe wracanie do tych samych tematów (ile razy można czytać o Sierra-On-Line?) i zupełnie nieciekawiąca mnie część z recenzjami gier sprawiły, że czytałem wstępniak, felietony i parę recenzji książek lub płyt z muzyką. No i chyba tak to już zostanie, bo kupiłem ostatnich 5 numerów i nadal jest to samo - wynika stąd jasno, że faktycznie przestałem być graczem. Bo podobnie mam przy lekturze CD-Action - też czytam wstępniak, publicystykę, czasem Action Redaction i mam dość.

Niemniej, obu tytułom, a Pixelowi szczególnie, bo mam do niego sentymentalną słabość (a raczej do jego Redaktorów), życzę długiego życia na wydawniczym rynku!

środa, 16 czerwca 2021

Gdyby głupota miała skrzydła...

Dobra, ja wiem, że nie jestem najbystrzejszy, ale to, co zmalowałem ostatnio, naprawdę woła o pomstę do nieba. Opowiem Wam, bo czuję potrzebę przyznania się - może to sprawi, że w przyszłości będę bardziej uważny.

Otóż zdarzyło się w niedzielę, że dziewczyny postanowiły pojechać na basen. Ja za basenami nie przepadam, więc od razu wpadła mi do głowy myśl, że nagram jakiegoś audiobooka, już z gatunku tych "porządnych". Wybór padł na "Historię sznura pereł" Makuszyńskiego, którą nagrywałem dwa lata temu, czyli na początku mojej przygody z rejestrowaniem głosu. Byłoby miło w drugą rocznicę opublikować ulepszoną wersję, na miarę obecnych możliwości.

Kiedy zostałem w domu sam, szybko przygotowałem studio, zamontowałem WA-87 (żadnych szumów - rejestrowanie Tascamam DR-100, szumiący komputer wyłączony!), przyniosłem sobie kubeczek i butelkę wody, zamknąłem i zaszczelniłem okno, żeby maksymalnie ograniczyć hałasy i siadłem przy książce. Trzy razy sprawdziłem poziom sygnału i to, czy się faktycznie nagrywa, po czym zacząłem czytać.

Muszę powiedzieć, że szło mi wcale nieźle - mało było pomyłek, trafiałem na ogół z intonacją i w ogóle było bardzo przyjemnie. Wszystko to powinno wzbudzić moją czujność, prawda? Zawsze, gdy idzie zbyt gładko, na końcu wychodzi jakiś klops. Tak też miało być i tym razem.

Doszedłem do ostatniego akapitu. Przeczytałem go. Dodałem, zadowolony, formułkę: "Czytał Konrad Leśniak". I wtedy, tuż po naciśnięciu przycisku STOP w rejestratorze, wreszcie usłyszałem, co jest nie tak. Ucho ludzkie ma zadziwiające zdolności do maskowania stałych sygnałów. Za moimi plecami przez ponad godzinę rejestracji stał włączony wiatrak. Kurtyna.

No i co powiecie? Cała robota na marne, bo o ile cichy syk mikrofonu SM7B da się w miarę nieuchwytnie usunąć w postprodukcji, to jednak warkot wiatraka jest zbyt intensywny (nie myślcie, że nie spróbowałem). Tym samym nagranie trafiło do kosza, a mnie pozostaje nauczka, żeby np. wyjść na chwilę z pokoju przed rejestracją, wtedy po wejściu prawdopodobnie od razu usłyszałbym wiatrak. A tak mój słuch zdołał się po prostu przyzwyczaić...

No, co zrobić, może nagram tego audiobooka na trzecią rocznicę...

wtorek, 15 czerwca 2021

[K] Ćwierć wieku TotalCommandera

Dzisiaj trochę wspominkowo, ale nie do końca. Właśnie ukazała się bowiem "okrągła", dziesiąta wersja programu TotalCommander, czyli bardzo wszechstronnego narzędzia do zarządzania plikami na dyskach. To taka profesjonalna alternatywa dla Eksploratora plików. Jest on niejako "spadkobiercą" bardzo popularnego niegdyś w czasach DOS-u programu NortonCommander, który za pomocą dwóch paneli (lewego i prawego) ułatwiał zarządzanie plikami: kopiowanie, uruchamianie, kasowanie itp. TotalCommander jest swego rodzaju ewenementem, "żywą skamieliną" i pamiątką tego, jak się kiedyś zarządzało zasobami na dyskach, a jednocześnie jest chyba jedynym programem jaki znam, który ciągle i nieprzerwanie się rozwija, jest bardzo wygodny i bardzo potężny.

Kiedy to było?

Pamiętam, że licencja na TotalCommandera (wówczas jeszcze WindowsCommandera - firma Microsoft wymogła na autorze, Christianie Ghislerze, zmianę nazwy) była jedną z pierwszych licencji, jakie kupiłem w życiu w ogóle (pomijam gry, które w oryginałach kupowałem już we wczesnych latach dziewięćdziesiątych). Używam tego programu od wersji 4.53, czyli od 2001 roku. W ogóle z samym zakupem były problemy, bo wówczas wcale nie tak łatwo kupowało się przez Internet, a o pudełkowych wersjach TotalCommandera w polskich sklepach nikt nie słyszał. Zakupu dokonałem przez pośrednika, który całkiem sporo sobie liczył za tę transakcję, ale bylem zdeterminowany. Koniec końców odebrałem klucz licencyjny i oto słynne okienko z trzema numerowanymi przyciskami przestało mi się pojawiać.

Po co to w ogóle?

TotalCommander jest tak zwanym managerem plików, jak się to kiedyś określało. Jego zadanie jest pozornie banalne: pokazać w dwóch panelach zawartość dwóch różnych folderów (nawet na dwóch różnych dyskach) i umożliwić łatwe kopiowanie/przenoszenie plików z jednego miejsca w drugie. Oczywiście, skoro już widzimy jakieś listy plików, to pojawiło się przez te lata milion pomysłów, co jeszcze można sobie ułatwić. Podgląd? Jest. Sortowanie? Jest. Porównywanie plików i całych katalogów? A jakże! I jest tych operacji całe mrowie: podliczanie zajętego miejsca, transfer przez FTP, szybkie tworzenie plików tekstowych, oglądanie miniatur grafik, zmiana atrybutów, synchronizacja, pakowanie i rozpakowanie grup plików, obliczanie sum kontrolnych... I jeszcze wiele, wiele innych.

Zmiana nazw wielu plików naraz: pliki dostają nową nazwę z numerowaniem, a dodatkowo rozszerzenie zmieni się z html na txt.

Naturalnie, da się sporo tych rzeczy zrobić także za pomocą Eksploratora plików, jednak wtedy często trzeba mieć otwarte dwa jego okna, zmieniać sposoby wyświetlania plików, walczyć ze sposobem sortowania i tak dalej, i tak dalej. Często też trzeba się wówczas wspierać dodatkowymi narzędziami (np. żeby podejrzeć zawartość pliku tekstowego). Podejrzewam, że większość osób, które poznały plusy korzystania z TotalCommandera, jest bardzo daleka od myśli o powrocie do Eksploratora...

W moim przypadku najczęściej wykorzystywane operacje to: otwieranie i podglądanie zawartości plików, kopiowanie i przenoszenie plików, wyszukiwanie (naprawdę potężne, można wyszukać pliki nie tylko po nazwie, ale i po treści) i... zmiana nazwy wielu plików jednocześnie (z możliwym zastosowanie wyliczeń czy podmianą jednych części nazwy na inne, no i z możliwością COFNIĘCIA tej operacji!). Nader często korzystam też z filtrowania zawartości katalogów (czy to "na stałe", kiedy nakładam filtr na panel i widzę tylko pasujące pliki, czy też tymczasowe, gdy po prostu wpisuję kilka liter z nazwy na klawiaturze i TotalCommander robi z tego filtr automatyczny, działający do momentu zmiany folderu). Zrobiłem sobie też na pasku narzędziowym zestaw przycisków-skrótów do określonych folderów, więc zamiast tracić czas na nawigację, klikam na przycisk "Pobrane", "Blog", "Muzyka", "Zdjęcia" (które wcale nie muszą i nie są umieszczone w domyślnych lokalizacjach windowsowych na dysku systemowym). Można też w podobny sposób uruchamiać zewnętrzne programy, np. linię poleceń z uprawnieniami administratora.

Wyszukiwanie w plikach html, szukana fraza to "Cubase" i jest ona poszukiwana w zawartości plików.

I ma się dobrze!

Co mnie osobiście urzeka w TotalCommanderze, to jego prostota. Uruchamia się błyskawicznie (około jednej sekundy pierwszy start, kolejne już natychmiastowo) i równie błyskawicznie działa. Praktycznie każda czynność, którą można tu wykonać, ma przypisany skrót klawiaturowy, a przez to można działać jeszcze skuteczniej.

Bardzo duże są możliwości konfiguracyjne - można ukrywać i pokazywać określone części interfejsu, dopasować kolory, zmienić ikony, dodawać/usuwać wyświetlane kolumny, podpiąć swój ulubiony edytor dla plików tekstowych i tak dalej, i tak dalej.

Program dodatkowo wspiera system wtyczek, więc można "dozbroić" TotalCommandera, żeby potrafił robić dodatkowe rzeczy z określonymi plikami lub na przykład korzystał z protokołu SFTP. Wtyczek na stronie producenta jest przynajmniej kilkadziesiąt, stamtąd też można pobrać dodatkowe tłumaczenia interfejsu programu (na japoński, chiński czy rosyjski).

Jak dla mnie, podstawową zaletą TotalCommandera jest jego niezawodność. Przez te 20 lat miałem z nim problem może dwa, może trzy razy, a i to nie wiem do końca, czy wina leżała po stronie TotalCommandera, czy systemu (rzecz dotyczyła, o ile pamiętam, kopiowania plików). Wprawdzie nie siedzę w nim po 8 godzin na dobę, ale jednak korzystam często - jest to moje podstawowe narzędzie do obsługi plików. Doszło wręcz do tego, że plików nie wczytuję do programów za pomocą "normalnego" polecenia Plik-Otwórz..., bo wtedy trzeba nawigować za pomocą kontrolek Windows - zdecydowanie wolę wejść do TotalCommandera, gdzie mam utworzone skróty do folderów z określonymi typami plików, jednym kliknięciem wejść do takiego folderu, błyskawicznie odszukać plik (dzięki genialnej opcji filtrowania - wystarczy zacząć wpisywać jakąś frazę z nazwy pliku, żeby TotalCommander odfiltrował niepasujące!) i wybrać dla niego polecenie Otwórz za pomocą...

Przy tym wszystkim program ciągle się rozwija i to w sposób zdumiewający. Zwykle wygląda to tak: używa się jakiejś wersji TotalCommandera i nic się z nią nie dzieje złego - działa, jak trzeba, niczego jej nie brakuje. Po czym pokazuje się update (zawsze darmowy dla posiadaczy licencji!) i okazuje się, że pojawiły się poprawki do błędów, które nas jakoś ominęły, a dodatkowo dostaliśmy funkcję, która... ooo, fajnie, że jest! Tak stało się i z wersją 10, która np. wprowadziła funkcję zapamiętywania niezależnie dla każdego panelu typu wyświetlanych tam plików. Przez 20 lat żyłem bez tego, ale teraz wiem, że faktycznie mi się to przyda, bo dość często filtruję sobie zawartość paneli i ta opcja nieco ułatwi mi pracę. Podobnie można powiedzieć o wprowadzonym "ciemnym" interfejsie użytkownika, który uwielbiam, bo w ogóle lubię ciemne tła przy pracy z komputerem i wszędzie je włączam, jeśli jest to możliwe. Ostatnio zresztą odkryłem, że poprawiono działanie Listera, modułu odpowiedzialnego w TotalCommanderze za wyświetlanie podglądu plików. Wystarczy zaznaczyć plik do podejrzenia i nacisnąć klawisz F3. Pojawi się Lister i wyświetli podgląd - zazwyczaj w postaci tekstu. Ale dla obrazów (np. jpg) od razu wyświetli ich podgląd graficzny. A jeśli mamy plik, który jest skojarzony z jakimś programem (np. pdf), to możemy po uruchomieniu Listera nacisnąć klawisz 8, a zostanie nam pokazany "podgląd systemowy". W opisie może brzmi to nieco zawile, w praktyce jednak jest banalne.

A dla kogo to?

Zdaję sobie sprawę, że TotalCommander nie jest programem dla każdego. To już nie te czasy, kiedy trzeba było doskonale znać strukturę plików i folderów na dyskach twardych - teraz użytkownicy klikają na pięknych ikonach, uruchamiają program, zapisują efekty pracy w domyślnej lokalizacji i stamtąd je wczytują w samym programie. I dobrze, do tego dążymy, żeby obsługa komputera była banalnie wręcz prosta. Kłopot w tym tylko, że jeśli coś przestaje działać "domyślnie", to bez odpowiednich narzędzi i wiedzy, gdzie szukać konkretnych plików (albo jak je w ogóle odnaleźć) komputer jest tylko "czarną skrzynką", z którą nie wiadomo, co zrobić. Ja osobiście czułbym się mało komfortowo, gdybym nie wiedział, na jakim dysku i w jakim folderze trzymam zdjęcia, projekty z Cubase'a czy finalne wersje podcastów albo ile mi jeszcze zostało miejsca na dysku systemowym. Albo gdybym nie mógł DOKŁADNIE zobaczyć, co znajduje się w danym folderze (nie wiem, czy wiecie, ale Eksplorator bardzo często ukrywa część plików z odpowiednimi atrybutami, przez co folder wydaje się pusty, a taki wcale nie jest).

Wracając do pytania - tak, TotalCommander to narzędzie dla takich informatyków "starej daty" jak ja. Dla nas to jest prawdziwy szwajcarski scyzoryk, dzięki któremu potrafimy robić różne "czary mary". Obecna cena TotalCommandera to 37 euro, czyli prawie 200zł. Czy to dużo? Moim zdaniem za tak rozbudowane narzędzie - nie, tym bardziej, że jest to jedyna opłata, jaką poniesiemy, bo wszystkie późniejsze aktualizacje są darmowe. Oczywiście, istnieją też różne alternatywne produkty, jak np. polski FreeCommander czy "zagraniczne" DoubleCommander i UnrealCommander. Dla mnie jednak jest tylko jeden manager plików...

poniedziałek, 14 czerwca 2021

[S] W odcieniach różu

Tak się jakoś złożyło, że akurat różu, fioletu i niebieskiego ostatnio w ogródku było pod dostatkiem. Zdecydowanie gorzej jest z kolorem żółtym, no, ale co poradzić. Zawsze można pójść do lasu i poszukać mleczy (mleczów?). I wszystko w pośpiechu, bo nagle się okazuje, że ledwo kwiaty czarnuszki się pokazały, to zaraz ma ich nie być. Chciałem też sfotografować nasze pierwsze róże, ale niestety, jeden kwiat już był przekwitnięty, a drugi dopiero pączkował, więc ostatecznie nie ma ani jednego, ani drugiego. A co jest? Oto plon:

Przysłona: f/1, Czas: 1/240 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/1, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/1, Czas: 1/340 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/1, Czas: 1/480 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/1, Czas: 1/220 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/1, Czas: 1/340 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/1, Czas: 1/180 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

[I] Gadanie Gadesa - Cisza biblioteki

Tyle było tych przygotowań, tyle gmerania w sprzęcie, tyle gadania o technicznych, nikogo nie interesujących sprawach, więc teraz czas pokazać, jaki jest efekt. Zapraszam Was na pierwszy wywiad w ramach mojego podcastu Gadanie Gadesa. Można wejść na stronę kanału, gdzie da się materiału posłuchać lub znaleźć linki m. in. do serwisu Spotify, gdzie również ten podcast jest publikowany. A jeśli komuś nie chce się klikać, to może posłuchać wywiadu bezpośrednio tutaj:

Oczywiście bardzo liczę na uwagi, bo jestem w temacie prowadzenia wywiadów zupełnie "zielony" i zapewne wychodzi to na razie bardzo niezgrabnie. Za to zapowiem od razu, że za tydzień ukaże się wywiad na temat pergamano, techniki dziurkowania, wycinania i klejenia pergaminu.

czwartek, 10 czerwca 2021

[O] Bazok - Journey

Bartosz "Bazok" Zelek to twórca, który oprócz tworzenia muzyki prowadzi od lat działalność szkoleniową na YouTube dla wszystkich, chcących grać na gitarze. I fajnie, że trafiłem na jego EP-kę, czyli taki "mini-album".

A fajnie dlatego, że jest ona bardzo przyjemna w słuchaniu. Zawiera cztery utwory: "Festival", "Timeless", "Anita" oraz tytułowy, "Journey". Wszystkie utwory są instrumentalne, z oczywistą dominantą brzmienia gitarowego. Mnie najbardziej do gustu przypadł do gustu ten nazwany "Anita", aczkolwiek cała czwórka jest bardzo przyjemna w odbiorze.

EP-ka ma spokojny charakter, co bardzo dobrze komponuje się ze stonowaną okładką. Jedyne, co mógłbym zarzucić całości, to... długość. Bardzo chciałbym, żeby to była pełnoprawna i długa płyta, przynajmniej godzinna i mam nadzieję, że Bartek dojdzie do tego samego wniosku. A tymczasem wracam do słuchania, bo właśnie znów zaczyna się "Festival".

Jeśli ktoś miałby ochotę zakupił wydawnictwo i wesprzeć autora, to może to zrobić na jego stronie. I w sumie zachęcam, wersja cyfrowa jest bardzo przystępna cenowo!

wtorek, 8 czerwca 2021

[O] Bill Bryson - W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku

Zacznę nietypowo - to dość dziwna książka. Można nawet chyba powiedzieć, że jest to książka-dygresja, bowiem autor, rozpocząwszy ją, snuje jakby długą, przykominkową opowieść o dziejach ludzkiego domu i tego, co się z domem wiąże: jedzeniu, oświetleniu, szkle, służbie... Jednym słowem, od Sasa do lasa.

I wydawać by się mogło, że z tego powodu książka będzie nużyć, jednak tak się nie dzieje. A przynajmniej nie działo się tak w moim przypadku - przeczytałem ją powolutku i z niejakim zaciekawieniem, choć faktycznie muszę przyznać, że ktoś sądzący książkę po okładce (czy raczej: tytule) może poczuć się oszukany. Bo tutaj nie znajdziemy rozdziałów w rodzaju: "Skąd się wzięły sztućce?" czy "Kiedy wynaleziono komin?". Tu zaczynamy dość zaskakująco od historii Crystal Palace, żeby przejść przez historię Anglów i Sasów przenoszących się do Brytanii do historii powstania przemysłu naftowego czy genezy żarówki.

Gdybym nastawił się na układ "encyklopedyczny", rzuciłbym książkę w kąt. Ale Bryson pisze tak, jakby był dziadkiem, siedzącym z nami przy buzującym ogniu w zimowy wieczór i snującym opowieści z czasów minionych. Jedna opowieść niezauważalnie przechodzi w drugą - jak w przypadku, gdy od oświetlenia domu przechodzimy do połowów wielorybniczych i powstania fortuny Rockefellera. Mnie akurat to wcale nie przeszkadzało, ba, czytałem to z zainteresowaniem, nie wiedząc, gdzie znajdę się po przejściu na kolejną stronę.

Prezentowana na kartach książki wiedza - o ile mogłem ją w kilku miejscach zweryfikować - sprawia wrażenie rzetelnej, aczkolwiek naturalnie nie jest to rozprawa naukowa. Tym niemniej osoby, które chcą poznać niektóre ciekawostki (np. ilu żelazek trzeba było kiedyś do prasowania), na pewno się nie zawiodą - inna rzecz, ile z tych rozrzuconych tu i ówdzie faktów zapamiętają, by zabłysnąć w towarzystwie.

Gdybym miał na siłę znaleźć jakąś faktyczną wadę, byłaby to chyba "anglosasko-centryczność", bo w zasadzie w rozważaniach dominują przykłady przede wszystkim z Anglii (Zjednoczonego Królestwa) oraz (w mniejszym nieco stopniu) ze Stanów Zjednoczonych. Sprawia to momentami wrażenie, że poza granicami tych dwóch państw niewiele się działo, a wybitni wynalazcy ze Starego Kontynentu, Indii, Chin czy Japonii wnieśli do historii tyle, co nic. Szczególnie mnie to uderzyło w rozdziale opisującym dość dokładnie historię oświetlenia, gdzie jako wynalazcę nafty i lampy naftowej podany jest Abraham Gesner i ani słowem nie zająknięto się o Ignacym Łukasiewiczu, który miał na tym polu jednak większe zasługi...

Tym niemniej książkę, wydaną przez Zysk i S-ka, polecam Waszej uwadze, bo zdecydowanie przeważają "plusy dodatnie". Na leniwe letnie wieczory jak znalazł!

sobota, 5 czerwca 2021

[W] Szafka-rack

Domowe studio się rozwija, więc musiałem ostatnio zrobić małe przemeblowania i przetasowania sprzętu. No i okazało się, że trudno jest ciągle trzymać wszystko poustawiane jedno na drugim. Ani to wygodne, ani bezpieczne, ani ładne. Postanowiłem zatem przygotować sobie małą "szafkę", tak zwany rack, o standardowej szerokości 19 cali, w którym mógłbym spokojnie poukładać urządzenia audio i dodatkowo ukryć plątaninę przewodów.

Niestety, z niedopatrzenia nie wziąłem do garażu-warsztatu aparatu ani nawet telefonu, więc relacji fotograficznej z budowy nie będzie. Szkoda niewielka, bo szafka sama w sobie nie jest specjalnie skomplikowana, ot, podstawa i półeczka. Grunt, że działa jak należy i nareszcie nic mi się samo nie przesuwa ani wysuwa, a będący w podstawie dbx286s wreszcie nie kaleczy powierzchni biurka swoimi mocowaniami. Oto efekt końcowy:

Na górze stoi RødeCaster, moje centrum nagrywania podcastów.

No, to skoro ogarnąłem już z grubsza klamoty, można pójść spaaaaać!...

czwartek, 3 czerwca 2021

[S] Czwartek w ogródku

Pogoda dziś taka, że żal nie wyjechać na rowerową przejażdżkę. Ale to później, po śniadanku za to można chwycić aparat i zrobić przebieżkę po ogródku, bo kwiaty ruszyły i choć tulipanów już nie ma, to i tak jest kolorowo!

Na potrzeby sesji odkurzyłem zapomniany mocno Jupiter 85/2, mocno mydlany, ale przy takich ogródkowych zdjęciach nie ma to większego znaczenia. Gorzej, że mając blendę w jednej ręce, a aparat w drugiej, trzeba się nieźle narozciągać, żeby zrobić zdjęcie - odległość ostrzenia jest dość spora i momentami faktycznie brakowało "zasięgu".

Przysłona: f/2, Czas: 1/1100 sec, Ogniskowa: 85mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/340 sec, Ogniskowa: 85mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/1800 sec, Ogniskowa: 85mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/3200 sec, Ogniskowa: 85mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/1600 sec, Ogniskowa: 85mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/750 sec, Ogniskowa: 85mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/350 sec, Ogniskowa: 85mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/600 sec, Ogniskowa: 85mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/240 sec, Ogniskowa: 85mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 85mm

A jako bonus... ja się męczę, staram, a ten...

środa, 2 czerwca 2021

[K] Aplikacje do podcastów

Podcastów słucham od niedawna i, jak to zwykle bywa, szybko się okazało, że aplikacji do słuchania jest całe morze. Moim pierwszym wyborem było Spotify, jednak dość szybko stwierdziłem, że jednak do podcastów wolę mieć osobną aplikację - mniejszy bałagan i łatwiej wszystko ogarnąć. W tym momencie okazało się, że wybór typowo podcastowej aplikacji staje się sporym wyzwaniem - jest ich tak wiele i większości są to całkiem miłe aplikacje. Przetestowałem kilka z nich, więc podzielę się swoimi opiniami, może się to komuś przyda.

Na wstępie też od razu zaznaczam, że nie brałem pod uwagę bardzo popularnej gałęzi aplikacji płatnych, bowiem organicznie nie cierpię subskrypcyjnego modelu płatności, który w tym segmencie przeważa. Niby to są jakieś grosze miesięcznie (zwykle parę złotych), ale tak to już jest, że parę złotych tu, parę złotych tam i się okazuje, że miesięczne obciążenia rosną w niekontrolowany sposób. Dlatego - jeśli już chcę za coś zapłacić - to wolę jednorazowo (chyba że - jak w przypadku IntelliJ-a - nie ma innego wyjścia).

Podcasty Google

Strona aplikacji: Podcasty Google w sklepie Play

To moja pierwsza aplikacja do podcastów i siłą rzeczy znam ją najlepiej. Na pierwszy rzut oka jest całkiem przyjemna, da się szybko wyszukać coś, dodać do listy ulubionych kanałów i tak dalej. Aplikacja jest w miarę przejrzysta, choć sprawia momentami wrażenie "za ciasnej".

Używałbym jej do tej pory i nie szukał zamienników, gdyby nie jeden problem. Od czasu do czasu aplikacja przestaje reagować. Nie wiem, jaka jest tego przyczyna i czy dotyczy tylko mojego telefonu, ale prawdę mówiąc, nie bardzo mnie to interesuje. Jeśli klikanie w przyciski przestaje nagle działać i całą aplikację trzeba ubijać, żeby uruchomić ponownie, to mnie się to nie podoba. Trudno jest mi więc z czystym sumieniem polecać Podcasty Google, bo być może to dziwne zachowanie dotyczy tylko mojego telefonu - wypróbujcie, bo jeśli u Was będzie wszystko w porządku, to reszta funkcji jest całkiem ok.

PodcastGuru

Strona aplikacji: Podcast Guru w sklepie Play

Na tę aplikację natknąłem się, gdy sam próbowałem znaleźć zamiennik dla Podcastów Google. Zrazu mi się bardzo spodobała, ale okazało się, że nie mogę znaleźć kilku podcastów, które miałem już dodane do Podcastów Google - zwyczajnie aplikacja nie potrafiła ich odszukać (widocznie są opublikowane w serwisach nieobsługiwanych przez PodcastGuru.

No i znów, nie mogę z czystym sumieniem polecić, bo chociaż sama aplikacja jest przyjemna w użyciu i nie sprawiała mi żadnych problemów, to jednak lista obsługiwanych serwisów jest tu mniejsza niż w innych aplikacjach, warto więc sprawdzić, czy nasze ulubione podcasty są tu obecne.

Podcast Go

Strona aplikacji: Podcast Go w sklepie Play

To świetna aplikacja, która tak jak PodcastGuru przepadła z powodu niemożności odszukania niektórych podcastów. Poza tym niczego jej nie brakuje - ma wyszukiwanie, tworzenie listy odsłuchiwanych odcinków, pobieranie podcastów do odsłuchania ich off-line, czyli bez podłączenia do Internetu. Początkowo nawet myślałem, że to jest TA aplikacja i używałem jej przez parę dni, ale potem na Facebooku zobaczyłem, że pokazał się właśnie nowy odcinek jednego z obserwowanych przeze mnie podcastów. Wszedłem szybko do Podcast Go, a tu niespodzianka: nie mam go na liście. Spróbowałem wyszukać - nie ma... Ech, szkoda, bo już się zdążyłem przyzwyczaić.

Antenna Pod

Stronga aplikacji: Antenna Pod w sklepie Play

Na tę aplikację trafiłem trochę przypadkiem, przeglądając jakiś ranking najlepszych aplikacji podcastowych na Androida. Zajmowała dziesiąte miejsce i postanowiłem dać jej szansę, bo jest kompletnie darmowa, a sprawiała niezłe wrażenie na screenach. I faktycznie, po bliższym kontakcie aplikacja tylko zyskała, choć najdziwniejszy jest sposób odsłuchiwania - zamiast intuicyjnego i obecnego we wszystkich innych aplikacjach przycisku "Play" z trójkącikiem, tutaj jest chmurka z napisem "Streamuj". Dziwne. Ale tak naprawdę to drobiazg, cała reszta jest dopracowana i nie sprawia kłopotów przy korzystaniu.

Coś jeszcze?

Sprawdziłem jeszcze takie aplikacje, jak CastBox, DoggCatcher, Pocket Casts i Podcast Addict - wszystkie one są bardzo dobre, tyle tylko że wymagają wykupienia abonamentu albo wyświetlają reklamy. Z tych czterech najbardziej spodobał mi się CastBox, który ma bardzo przyjemny tryb dodatkowy, nazwany Zen, podczas którego odtwarza różne przyjemne i spokojne dźwięki w rodzaju szumu lasu, morza, śpiewu ptaków itp., co ma ułatwić zasypianie. Przyznam, że pomysł całkiem przyjemny - szkoda tylko, że aplikacja jest płatna w modelu subskrypcyjnym (a jeszcze do niedawna była płatna jednorazowo - dlaczego nie ma już tej opcji, pytam?)

Tak czy inaczej, jest na czym słuchać podcastów. Większość aplikacji ma bardzo podobną funkcjonalność. Różnią się możliwościami tworzenia własnych playlist czy sposobem organizacji, ale zdecydowana większość ma możliwość pobierania podcastów do odsłuchiwania bez połączenia z Internetem, subskrybowania wybranych podcastów, powiadamiania o nowych odcinkach czy całkiem sensownego wyszukiwania i podpowiadania nowych podcastów (tu najbardziej podobały mi się Podcasty Google). W zasadzie trzeba się tylko upewnić, że dana aplikacja jest podłączona do odpowiednich serwisów i potrafi odszukać nasze ulubione podcasty.

A potem wystarczy tylko słuchać!

wtorek, 1 czerwca 2021

[K] SublimeText - niefajna zagrywka

Od lat jestem wielbicielem programu SublimeText. Jest to świetny edytor - szybki, sprytny, wygodny i używam go do wszelkich prac "pisanych" (np. scenariusze do filmików, podcastów, wpisy na bloga). Często też po prostu przetwarzam za jego pomocą tekst: sortuję, przycinam, zamieniam, opakowuję w znaczniki XML czy też te znaczniki usuwam. Jednym słowem - jest to jedno z podstawowych narzędzi pracy i rozrywki. Ostatnio wprawdzie rzadko wychodziły aktualizacje, ale skoro wszystko działa, to nie było powodów do narzekań. Dzisiaj powód się pojawił, razem z okienkiem o tym, że jest dostępna aktualizacja. Optymistycznie kliknąłem w zezwolenie.

Cichaczem

No i miałem za swoje. Zainstalowała mi się znienacka wersja 4 (do tej pory używałem 3), a wraz z nią pojawił się monit, że "halo, halo, użytkowniku, nie masz na tę wersję licencji!". Że co? Że jak? Nie powiem, ciśnienie trochę mi skoczyło, więc zaraz powędrowałem na stronę producenta. I stamtąd dowiedziałem się, ze faktycznie, właśnie debiutuje wersja 4 (która, notabene, wśród nowych funkcji, które mogłyby mnie zainteresować, ma chyba tylko wsparcie karty graficznej, bo drukowania tradycyjnie nie ma).

O, znalazłem link do aktualizacji - klikam, wchodzę, a tam REWELACYJNA oferta dla wiernych użytkowników: skromne 80 dolarów, obecnie hojnie przecenione do 70 dolarów! Czyli kwoty, którą zapłaciłem pierwotnie za pełną wersję! Obecna kosztuje już 99 dolarów (hojnie przeceniona do... 80 dolarów). Czyli, innymi słowy mówiąc, dotychczasowi użytkownicy muszą praktycznie kupić program od nowa (i to jak się pospieszą, bo jak nie, to zapłacą za AKTUALIZACJĘ więcej niż wcześniej za pełną wersję).

Oczywiście wszedłem na forum, a tam aż wrze (co mnie wcale nie dziwi). I już nie tylko problemem jest cena, ale właśnie ten "tajniacki" motyw z aktualizacją z wersji 3 do 4 bez ostrzeżenia. U mnie, na szczęście, skończyło się tylko skasowaniem moich własnych skrótów klawiaturowych (które po prostu sobie odtworzyłem z kopii na laptopie), ale niektórym użytkownikom po cofnięciu się z 4 do 3 poznikały niektóre wtyczki czy schematy kolorowania.

Twórcy kajają się, że faktycznie nie przemyśleli sprawy aktualizacji, aczkolwiek nie bardzo mi się chce w to wierzyć, bo w pewnym wątku jeden z programistów dość lekceważąco potraktował skargę użytkownika, zbywając ją stwierdzeniem w rodzaju "możesz kupić i zainstalować z powrotem wersję 4" (użytkownik przywrócił wersję 3 i stracił masę ustawień).

Dodatkowo wprowadzono ograniczenie dla wersji biznesowych, które można teraz kupić, owszem, ale tylko w modelu subskrypcyjnym...

Smutek

Bardzo mi się przykro zrobiło. Wprawdzie czerwone światełko zapaliło mi się już w momencie, gdy zgłaszane przeze mnie zapotrzebowanie na funkcję drukowania zostało skwitowane stwierdzeniem, że w SublimeText drukowania nie będzie, bo trudno je zrobić w Linuksie, więc mam sobie kopiować tekst do innego edytora albo zainstalować wtyczkę, która mój dokument zamieni na HTML i wyśle do domyślnej przeglądarki internetowej (a stamtąd sobie już "normalnie" wydrukuję). Tym razem jednak czuję się zwyczajnie olany - jakby twórcom w ogóle nie zleżało na tym, żeby ludzie tę aktualizację kupili. Zdaję sobie sprawę, że na Zachodzie 70-80 dolarów pewnie nie jest zawrotną kwotą, ale też znajmy umiar - jest mnóstwo bardzo dobrych edytorów, które kosztują mniej (albo wcale nie kosztują)...

Na razie używam sobie wersji 3, w której wyłączyłem sprawdzanie aktualizacji. Skoro niczego nie brakowało mi dotąd, to pewnie nie odczuję za bardzo braku wersji czwartej. Ale i też nie mam co liczyć na jakiekolwiek poprawki czy nowe funkcje, a nowe wtyczki będą pewnie powstawać tylko na nową platformę. Cóż. Smutne...