środa, 31 października 2018

Perełka - Halloween

Halloween. Dla dzieciaków wiadomo - okazja do zabawy w straszenie, wycinanie dyni i słodką wyżerkę. Dla starszych - też zabawa (albo zmartwienie, jeśli do drzwi zbyt często pukają przebierańcy w poszukiwaniu cukierków). Perełka zachwycona. Mama ustroiła pokój w świecące dynie, zapewniła też ciasteczka. To i Tata postanowił wczuć się w nastrój - opatulony w wielki kawał szeleszczącej folii pakowej przeistoczył się w ducha. Korzystając z ciemności, zaczął głośno tupać, wyć potępionym głosem i wolno sunąć w dół po schodach.

- Uuuuuu! Arrghhhh!

W wyobraźni Tata widział już przejętą minę Perełki, która takiego spektaklu nie mogła się spodziewać. Pewnie tuli się ze strachu do Mamy! Z dołu jednak usłyszał tylko pogodny okrzyk:

- W ogóle się ciebie nie boję!

- Uuuuuaaaa!!!

- W ogóle się ciebie nie boję!

Tata, zrezygnowany, zdjął folię. I tu dopiero zaskoczenie. Perełka bowiem, z pewnym zawodem, rzekła na to:

- Eee, to tata!

No, a kto?!

niedziela, 28 października 2018

Begonia kwitnie

Ha, po raz pierwszy zdarzyło się, że zakwitła nam begonia. Wprawdzie kiedyś, ponad 8 lat temu, też dała radę, ale później, w Swarzędzu, na potęgę rosły jej tylko liście. W końcu jednak przezwyciężyła opory i oprócz liści wydała na świat także kwiaty. A że aparat był na wierzchu... Zapraszam do oglądania!

sobota, 27 października 2018

Przestaw zegar!

To odezwa dla wszystkich, którzy hołubią stare zegary. Takie - rozumiecie - które nie wiedzą lepiej od właściciela, kiedy jest zmiana czasu z letniego na zimowy czy odwrotnie. Którym trzeba pomóc.

Pomóżcie im zatem, bo to dziś jest noc, w której cofamy wskazówki zegarów o godzinę i śpimy przez to dłużej - to na osłodę paskudniejącej pogody. Nie zapomnijmy, bo inaczej spóźnimy się na zakupy - bo to druga rzecz do pamiętania: jutro niedziela handlowa.

A mówią, że to kiedyś było trudniej...

piątek, 26 października 2018

[O] Daredevil, sezon trzeci

Ech, seriale Marvela w Netfliksie... Jest ich sporo i każdy pewnie znajdzie coś dla siebie: Jessica Jones, Punisher, Luke Cage, Iron Fist. No i Daredevil, od którego tak naprawdę się to wszystko zaczęło. To pierwszy sezon tego właśnie serialu "zrobił robotę" i zapewnił napływ widzów i pieniędzy. Opowieść o niewidomym prawniku, który ma tak wyczulone inne zmysły, że może jako superbohater walczyć wręcz z przestępcami, wyczyniając niesamowite akrobacje. Brzmi może i śmiesznie, ale pamiętam, że oglądało się to na tyle przyjemnie, by potem wypróbować pozostałe seriale.

W ostatnich tygodniach pojawił się trzeci już sezon przygód Daredevila, który zdążyłem już obejrzeć i zdam Wam krótką, nieco spoilerową relację.

Na czym stoimy - SPOILERY!

Akcja zostaje podjęta po zakończeniu fabuły osobnego serialu pt. Defenders, w którym bohaterowie pozostałych cykli spotykają się, by walczyć z tajemniczą organizacją o nazwie "Hand" (czyli Ręka). Walka ta, jak pamiętamy, została zakończona sukcesem, był to wszak sukces gorzki, bo Daredevil i Elektra poświęcili swoje życia. Jak się jednak okazuje, z Daredevilem nie poszło tak łatwo.

Matt Murdock (bo tak się nazywa nasz bohater), cudem przeżywa i zostaje znaleziony przez przypadkowych ludzi. Ci wiozą go do ojca Lantoma, gdzie zajmuje się nim siostra Maggie. Matt powoli próbuje się pozbierać i wrócić do formy, choć widać, że zaszły w nim poważne zmiany i nie jest już tak idealistycznie nastawiony do swojej "misji". Tymczasem Wilson Fisk skutecznie usiłuje wydostać się z więzienia, by odzyskać Vanessę i wywrzeć pomstę na Daredevilu.

Swoją drogą, strasznie mi się podobało, że Matt nie wkłada już tego swojego idiotycznego kostiumu, tylko walczy w zwykłych ubraniach i z obwiązaną głową. Strój się wprawdzie pojawia na ekranie, ale kontekst poznacie sami.

Fisk w formie

Fabuła znów obraca się wokół głównej pary Murdock-Fisk. Tym razem jednak Matt ma zdecydowanie "pod górkę", a Fisk wyprzedza go na każdym kroku. Zresztą Fisk, jak zwykle, świetnie się sprawdza, a grający go Vincent D'Onofrio mimo oszczędnych środków wyrazu, bardzo sprawnie tę postać ożywia. Ta dwójka - Matt i Wilson - to trochę mało, by zapełnić cały sezon, więc scenarzyści wprowadzili wiele wątków pobocznych, momentami nawet bardziej wciągających. Dorzucili dwóch agentów FBI - jednego prawego, a drugiego targanego szaleństwem, rozwinięto też znacznie wątek Karen, która w ten sposób przestała być tylko mazgajowatą blondynką (chociaż to już wiedzieliśmy wcześniej). Także Foggy dostaje swoje pięć minut i wypada w nich całkiem nieźle. Ojciec Lantom i siostra Maggie też sporo namieszają, więc wątków do obserwowania jest dość i w zasadzie chyba nie poczułem ani razu znużenia czy znudzenia.

Fabuła kilka razy zaskakuje (przynajmniej bohaterów) i w pewnym momencie nie jest się już pewnym, co czai się za rogiem i jak to się wszystko dalej potoczy. Mnie strasznie szkoda, że Vanessa Marianna pojawia się tak późno, bo w pierwszym sezonie tworzyli z Fiskiem świetną parę. Tutaj jest trochę bezbarwna i w sumie niewiele wnosi. Być może w czwartym sezonie (o ile taki powstanie) odegra znaczniejszą rolę.

Zachęcam

Tych, którzy serialu jeszcze nie widzieli (w ogóle) zachęcam do zapoznania się najpierw z wcześniejszymi sezonami i (najlepiej) z serialem Defenders. To sprawi, że dużo zdarzeń z sezonu trzeciego nabierze głębszego sensu, a na dodatek pozwoli zaobserwować pewne różnice (np. to, że w trzeciej serii zmienił się sposób walki Daredevila - mniej jest akrobacji, a więcej siły i brutalności).

Tych, którzy serial znają i lubią, zachęcać pewnie za bardzo nie trzeba, ale i tak napiszę, że warto obejrzeć kolejne odcinki. To jeden z lepszych sezonów Marvela w ogóle i chyba tylko równie dobry sezon z Punisherem mógłby go zdeklasować.

czwartek, 25 października 2018

Fotoszuflada

Sprzęt foto wypakowany

Tyle wystarczyłoby napisać, ale to nie oddawałoby skali zadania, które musiałem wykonać. Wiecie, już podczas pakowania prawie rok temu wiedziałem, że mam fotogratów nieco za dużo, ale że aż tyle?

Jako że ostatnimi czasy fotografią zajmowałem się co najwyżej sporadycznie, większość sprzętu leżała, wygodnie spakowana w torbach i pudłach. Postanowiłem wreszcie wziąć się z problemem "za bary" i wypakować wszystko do szuflady w komodzie, żeby mieć pod ręką to, co chciałbym zabrać na fotograficzny spacer. No i się zaczęło.

Drobiazgi

Wiecie, samych aparatów nie mam dużo i nie są to jakieś topowe modele (a nawet powiedziałbym, że poza Fuji to niemal zabytki). Za to przeróżnych "dupereli" - całe morze. Poczynając od filtrów najrozmaitszych firm, rodzajów i średnic, przez pierścienie pośrednie, wężyki spustowe, zatyczki, pokrywki, pudełka, szmatki po głowice do statywów, same statywy, blendy, lampy, dyfuzory, wzorniki kolorów, poziomice czy paski.

Wszystko to było dość skrzętnie poukrywane w różnych torbach, kieszonkach i pudełkach, ale teraz postanowiłem zrobić "inwentaryzację" i włos mi się zjeżył na głowie, tyle tego znalazłem. Najgorsze, że w zasadzie nie mam "duplikatów" (np. pięć takich samych wężyków) - wszystko jest potrzebne i nie sposób się tego pozbyć, skoro się już to ma. Bo przecież nie będę wyrzucał np. pilota od lampy błyskowej albo przejściówki z jednego gwintu statywowego na drugi - to takie różne "pierdółki", które rozwiązują problemy, ale zajmują mnóstwo miejsca w sumie.

Szkła

Tu już nie mogę powiedzieć, jak przy aparatach, że nie mam ich dużo. Szkieł się nazbierało, chociaż większość to różne dziwne, tanie szkła w systemie M42, podłączane do Nikonów i Fuji przez przejściówki. Odsprzedawać się nie opłaca, bo każde z nich to koszt raptem kilkudziesięciu złotych, a można czasem urozmaicić sobie fotospacer korzystaniem z tego czy owego obiektywu.

Przy okazji się troszkę załamałem, bo - jak się okazało - operację przeglądania sprzętu foto przeprowadziłem w złej kolejności. Najpierw spędziłem mnóstwo czasu z upychaniem, segregowaniem i układaniem drobiazgów, a potem sięgnąłem po drewnianą walizę, w której starannie spakowane i owinięte "spały" szkła. Kolejność była zła, bo sobie przypomniałem, że połowa walizy upchnięta jest kolejną porcją drobiazgów...

Obiektywy w zasadzie przejrzałem na razie, czy nic im się nie stało podczas transportu, bo... nie mam ich gdzie rozpakować. Będę musiał wygospodarować dodatkową szufladę, której chwilowo nie mam, więc póki co - zostają w walizie.

Aparaty

Nikony wskoczyły na swoje miejsce w szufladzie, a na pierwszy spacer w nowym miejscu wyruszył Fuji. Za to nieśmiało pomyślałem o tym, czy nie wrócić do fotografii analogowej - w nowym domu może udałoby się wygospodarować miejsce na chemię oraz od czasu do czasu zająć łazienkę, by wywołać jeden czy dwa filmy. Na wykorzystanie czeka kilka analogowych body. Strasznie mnie to kusi, ale chwilowo musi poczekać.

Czy znów będę fotografem?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Ostatni spacer miał przebłyski tego, co czułem kiedyś, gdy wędrowałem po polach i lasach z aparatem - może rzeczywiście teraz, poza miastem, da się częściej wychodzić? Może wróci głód fotografowania? Przekonamy się. Na razie podchodzę do tego z dystansem, bo nie chcę się "podpalać".

środa, 24 października 2018

[K] Logitech MX S2 - jak zrobić lepszy ideał?

Na początku roku dostałem w swoje łapki myszkę Logitech MX Master. Wiedziałem to już wtedy, ale po ponad ośmiu miesiącach codziennego używania mogę tylko potwierdzić, że jest to chyba najlepsza myszka, z jakiej miałem okazję korzystać - a wierzcie mi, że używałem wielu "gryzoni". Tym większe było moje zdziwienie, gdy dostałem możliwość sprawdzenia nowszej wersji - proszę Państwa... umarł król, niech żyje król!

Entuzjazm kontrolowany

Zanim powiem, co jest w nowym "emiksie" zrobione lepiej, kilka słów o samej myszce dla tych, którzy nie czytali poprzedniego wpisu. Logitech MX 2s to bezprzewodowa myszka, skierowana raczej do osób intensywnie pracujących z komputerem niż do graczy. Zdecydowanie wyprofilowana wyłącznie dla użytkowników praworęcznych, z szeregiem udogodnień w rodzaju zwalnianej blokady rolki (można "machnąć" rolką, która toczy się sama, przewijając dokument i ograniczając zginanie obsługującego ją palca), rolki bocznej (pod kciukiem) czy wygodnego przycisku przełączania aplikacji w podstawce kciuka. Wszystko to w bardzo eleganckiej i przyciągającej wzrok obudowie, która zwyczajnie "cieszy oko".

Te rzeczy pozostały niezmienione w stosunku do starszego modelu, co jest jednak nowego i czy zmiany poszły w dobrą stronę?

Nowe

Przede wszystkim nowy jest zamontowany w myszce czujnik. Zamiast 1600DPI, mamy już 4000DPI, co może wystarczyć nawet w grach, ale i podczas zwykłej pracy daje się odczuć tę lepszą czułość MX 2s. Brak jest wprawdzie specjalnych przycisków do zmiany czułości - takie przyciski Logitech montuje w sctricte gamingowych myszach - ale nie odczuwam tego jako wady, bo podczas pracy nie zdarzyło mi się jeszcze, że koniecznie musiałem tę czułość dla jakiegoś programu zmieniać.

Druga rzecz to nieco zmodyfikowane przyciski "wstecz/naprzód", zamontowane obok bocznej rolki i obsługiwane kciukiem. W starym "emiksie" bywały na początku problemy z wyczuciem granicy, teraz przyciski są wykonane lepiej (chyba, że już jestem tak przyzwyczajony, że mi zupełnie przestało to przeszkadzać - weźcie to pod uwagę).

Trzecią nowością jest zwiększona pojemność akumulatora - już w poprzedniej wersji czas pracy liczony był w tygodniach (średnio ładuję MX raz na miesiąc mniej więcej) - tutaj jest ponoć dwa razy lepiej, chociaż opieram to twierdzenie na opinii osoby, która tej myszki używa, a nie na własnych obserwacjach - jeśli uda mi się sprawdzić to osobiście, dopiszę stosowny akapit.

Blondynki nie są głupie

Jest taki dowcip o blondynce, która na jednym komputerze klikała "Kopiuj", a na drugim "Wklej" i dziwiła się, że to nie działa (powiem więcej, z własnego doświadczenia widziałem podobną rzecz w wykonaniu pewnej pani profesor, a i sam, mając do czynienia z jednoczesną pracą z dwoma komputerami, czasem się na tym łapałem). Cóż, widocznie inżynierom Logitecha problem nie jest obcy, bo postanowili go rozwiązać.

Rzecz wynika bezpośrednio z nowej funkcji, nazwanej Logitech Flow. Już w pierwszej wersji mogliśmy "przełączać" myszkę między maksymalnie trzema komputerami (każdy musiał mieć odbiornik Logitecha), jednak było to trochę niewygodne (przyciski na spodzie myszy). W tej wersji przełączanie jest uproszczone - po prostu używamy myszki na wielu pulpitach, a to, że każdy pulpit może należeć do innego komputera, nie ma żadnego znaczenia.

I tu jest właśnie miejsce na "magiczną" sztuczkę. Oprócz płynnej pracy na wielu pulpitach, Logitech Flow umożliwia kopiowanie danych między komputerami. Czyli rzeczywiście robimy "Kopiuj" na jednym komputerze, przeciągamy myszkę na drugi i robimy "Wklej". I to działa, nie tylko dla tekstu! Zwyczajnie i po prostu genialna funkcja, dzięki której jednoczesna praca na dwóch komputerach staje się dużo mniej frustrująca. Co ciekawe, ponoć z Flow korzystają też niektóre klawiatury Logitecha, więc w ogóle da się trzy komputery obsługiwać jednym zestawem myszka+klawiatura. Doceni to KAŻDY, kto był zmuszony do takiej pracy i ciągle myliły mu się podpięte urządzenia...

UWAGA! - jedna istotna rzecz, dotycząca Flow. Otóż działa on jedynie między komputerami, będącymi w jednej sieci. Jeśli sieci są różne (np. jeden z komputerów ma uruchomionego secure clienta), działa wprawdzie przełączanie przyciskiem na spodzie myszy, ale nie skorzystamy z płynnego przechodzenia kursora między pulpitami oraz z kopiowania między komputerami.

Czyli warto?

Cena, podobnie jak dla starej wersji MX, jest wysoka (zwłaszcza, że to nie jest myszka gamingowa). Moim zdaniem jednak, jest to najwygodniejsza i najbardziej przemyślana myszka, z jaką miałem do czynienia i jako taka warta jest swojej ceny. Oczywiście warto poszukać w sklepach internetowych, bo na oficjalnej stronie Logitecha cena jest zupełnie abstrakcyjna.

[K] Nik Collection

Szybka informacja

Gdy parę lat temu Google przejęło pakiet Nik Collection, fotografowie byli szczęśliwi (przynajmniej ci, którzy wcześniej tego pakietu nie kupili za ciężkie pieniądze). Google postanowiło bowiem zrobić ludziom prezent i udostępniło ten zestaw interesujących efektów za darmo.

Ostatnio jednak Nik Collection zostało zakupione przez firmę DxO, która zamieniła go z powrotem na produkt komercyjny (wersja 2018), udostępniając zakup w cenie 69$. Dla tych, którzy całą rzecz przegapili i chcieliby jeszcze uzyskać darmowy instalator z "prawie" poprzednią wersję, jest jeszcze ratunek. Trzeba wejść na specjalną stronę, wpisać swój adres e-mailowy i poczekać na wiadomość z linkiem do pobrania (są dostępne obie wersje, dla Windows i dla iOS).

Oczywistą sprawą jest, że do tej starej wersji firma DxO nie oferuje żadnego wsparcia ani pomocy i trudno mieć do niej o to pretensje. Tym bardziej, że cena za pakiet komercyjny nie jest zbyt wygórowana, jeśli ktoś lubi tego typu rozwiązania. Trudno powiedzieć też, do kiedy będzie oferowana "stara wersja" do pobrania, więc radzę się pospieszyć, jeśli ktoś jest chętny - wprawdzie program ma już swoje lata, ale nadal może się przydać.

Ale co to jest, ten Nik?

No właśnie, ale może nie wszyscy się orientują, o jakiej aplikacji ja w ogóle piszę? Nik Collection to zestaw siedmiu wtyczek (współpracują np. z Photoshopem czy Lightroomem), których można też używać jako samodzielnych programów (choć dla Dfine, Sharpener oraz Vivezy trzeba użyć pewnej sztuczki). Ich zadaniem jest nałożenie na wybrane zdjęcie filtru o odpowiednim charakterze lub nadanie zdjęciu określonej obróbki. I tak, Analog Efex to symulacje różnego rodzaju aparatów fotograficznych, Color Efex to filtry kolorystyczne, Silver Efex - rozmaite filtry czarno-białe, HDR Efex - obróbka HDR, Dfine - zaawansowane usuwanie szumu, Sharpener - wyostrzanie, zaś ostatnia w zestawie Viveza to bardzo przyjemna obróbka zdjęcia za pomocą tzw. punktów kontrolnych (o czym za chwilę).

Analog Efex

Color Efex

Silver Efex

HDR Efex

Sharpener

Viveza

Dfine

Sztuczka

Wspomniana wyższej "sztuczka", która umożliwia uruchomienie trzech pluginów w wersji samodzielnej polega na tym, że trzeba to zrobić z linii poleceń, podając nazwę pliku exe, a po nim pełną ścieżkę do zdjęcia, które chcemy obrobić. Przykładowo, jeśli zainstalowaliśmy wtyczki w domyślnym folderze, program Dfine ma ścieżkę c:\Program Files\DxO\Nik Collection\Dfine 2\Dfine2.exe, więc jeśli nasza fotografia leży sobie nawet na innym dysku d:\photos\IMG_20180422_071412.jpg, to musimy zrobić następującą rzecz (przepis dla systemu Windows): naciskamy kombinację Win+R, co wyświetli nam pole uruchamiania programów; wpisujemy tam cmd.exe i klikamy OK:

Pokaże się nam teraz tzw. linia poleceń, gdzie wpisujemy w cudzysłowie najpierw pełną ścieżkę do programu, potem spację, a potem w cudzysłowie pełną ścieżkę do pliku graficznego, np:

Po naciśnięciu klawisza Enter powinien uruchomić się konkretny program z otwartym zdjęciem.

Punkty kontrolne

Punkty kontrolne to sposób obróbki, wymyślony dawno temu przez firmę Nik i stosowany m. in. w programie Viveza. Polega on na tym, że dodajemy w dowolnym miejscu zdjęcia punkt, którego właściwości możemy zmieniać. A tych właściwości jest całkiem sporo - od wielkości modyfikowanego obszaru, przez rozjaśnienie, nasycenie, składowe RGB, mikrokontrast i inne:

Oczywiście, punktów może być wiele, ale ciekawą sprawą jest to, że można je pogrupować i później zmieniając jeden, modyfikować wszystkie pozostałe w grupie. Punkty da się również powielać i przenosić, więc obróbka jest całkiem szybka i sprawna.

Ciekawość

Chciałem jeszcze z czystej ciekawości sprawdzić, co nowego oferuje komercyjna odmiana Nik Collection, ale mimo pobrania instalatora nie byłem tego w stanie zrobić. Instalator bowiem próbuje się skomunikować z centrum aktywacji DxO (nawet dla wersji testowej), a w moim przypadku był chyba jakiś problem z połączeniem się do serwera. W efekcie instalator nie chciał przejść dalej, a pomocy na stronie DxO próżno szukać, jeśli nie jest się zarejestrowanym użytkownikiem płatnej wersji. No cóż.

Tak czy owak myślę, że warto pobrać i wypróbować, jeśli ktoś jeszcze nie miał do czynienia z tym oprogramowaniem. Zwłaszcza jeśli chcemy szybko i bez wysiłku uzyskać ciekawe efekty (np. przygotowując ilustrację do jakiegoś artykułu). Odinstalować zawsze można, a zainstalować już być może wkrótce - nie.

wtorek, 23 października 2018

[K] Corel PhotoPaint

Moim podstawowym programem graficznym jest Adobe Photoshop CS6, aczkolwiek nie zawsze tak było. Kiedyś bardzo hołubiłem oprogramowanie od kanadyjskiego Corela, który oprócz doskonałych programów CorelDraw i Painter ma w swojej ofercie PhotoPaint. Jest on częścią pakietu CorelDraw Graphics Suite i nie należy go mylić z PaintShop Pro o podobnej funkcjonalności, również od tego producenta. Dużo tych "paintów", więc i o pomyłkę nietrudno. Zasadniczo PhotoPaint jest programem do edycji grafiki rastrowej, w tym zdjęć i jako taki uzupełnia zgrabnie zestaw z CorelDraw.

PhotoPaint X8

Od PhotoPainta zaczynałem moją przygodę z fotomontażami, jeszcze we wczesnych latach dwutysięcznych. Szło mi to niesporo, a efekty były mocno takie sobie. Potem, już w "czasach fotograficznych", bez szczególnego żalu przeszedłem na Photoshopa i o PhotoPaincie zapomniałem.

Podczas ostatniej akcji przeinstalowywania systemu operacyjnego wgrywałem także pakiet Corela, bo od czasu do czasu wektorowa część bywa przydatna. A że ostatnio testowałem rozmaite oprogramowanie graficzne, to byłem ciekaw, czy coś nowego się w PhotoPaincie pojawiło.

Po uruchomieniu pojawia się główne okno aplikacji, a w nim zmiany raczej kosmetyczne w porównaniu do tego, co pamiętałem. I od razu też przypomniała mi się zasadnicza różnica między filozofią pracy w PhotoPaincie, a całą resztą graficznego świata...

Oryginalnym trzeba być

Z reguły w programach do grafiki rastrowej przyjęło się filozofię pracy z warstwami. Gotowy obraz jest złożeniem wielu, leżących jedna nad drugą warstw - warstwy mogą przechowywać piksele (np. namalowane kształty), tekst (możliwy do modyfikacji) czy efekty (warstwy, które np. modyfikują kolory w warstwach niższych). Każda warstwa może działać na całym obszarze obrazu albo mieć dodaną tzw. maskę, która ogranicza działanie warstwy do wybranego obszaru. Tak działa Photoshop, tak działają Paint.NET czy PaintShop Pro. Ponadto warstwom można przełączać tzw. tryb krycia, który zmienia sposób nakładania się danej warstwy na obraz poniżej.

PhotoPaint działa podobnie, ale inaczej. Tutaj zamiast warstw mamy tak zwane obiekty. Czyli dodajemy nowy obiekt (pokazywany na specjalnej liście) i możemy zdefiniować jego nazwę, przezroczystość czy sposób krycia. Obiekty można grupować i przesuwać względem siebie. Można też dla nich utworzyć tzw. maskę przycinającą, dzięki której da się część obiektu ukryć. Technicznie więc rzecz biorąc, jest to zupełna analogia do rozwiązania z warstwami tyle tylko, że obiekt z definicji jest ograniczony do swojej zawartości, a warstwa zawsze ma rozmiar obrazu. Zastanawiam się tylko, dlaczego Corel po prostu nie zmieni nazwy "Object" na "Layer"? Może ma to związek z tym, że PhotoPaint jest niejako uzupełnieniem CorelDraw, a tam obiekty (jako twory wektorowe) mają zdecydowanie więcej sensu?

Soczewki

Dwadzieścia lat temu pojęcie warstwy efektowej było chyba jeszcze nieznane, nawet w Photoshopie - po prostu wybierało się warstwę rastrową i aplikowało do niej efekt, np. korekty kolorów czy przesunięcia odcieni. Jeśli poniewczasie okazywało się, że korekta była niewłaściwa, dobrze było mieć warstwę zapasową, bo inaczej... no cóż, trzeba było zaczynać obróbkę od nowa (przy założeniu, że zachowaliśmy w ogóle oryginał obrazu). Później pojawiły się warstwy efektowe - otwierają one ustawienia danego efektu, my ustawiamy odpowiednio suwaczki i już. W razie czego znów otwieramy ustawienia efektu i wprowadzamy inne zmiany - nie wpływa to fizycznie na jakiekolwiek piksele. Dziś to oczywistość, ale do teraz taką funkcjonalność ma niewiele programów.

Na szczęście programiści Corela pomyśleli i o tym, nazywając swoje warstwy efektowe mianem "soczewek". Dodaje się je do drzewa obiektów i wprowadza niedestrukcyjne dla obrazu zmiany, nanoszone na obiekty znajdujące się niżej w hierarchii. Lista efektów, które można w ten sposób dodać, jest - niestety - mniejsza od liczby efektów w ogóle dostępnych w programie. Na szczęście także dla soczewek można stosować maski przycinania.

Możliwości różne

Rzecz jasna, program ma też narzędzia do rysowania (całkiem spory wybór pędzli) czy obróbki obrazu (mam na myśli tzw. effect tool, gdzie dostępne są możliwości w rodzaju smużenia, rozcierania, dodge'n'burn itp.). Jest całkiem sporo efektów (wyostrzanie, efekty malarskie itp.) oraz możliwości korekty kolorów. Obiekty da się, naturalnie, powielać, przenosić, wyłączać itd., można definiować dla nich maski, blokować.

Na pewno tym, co bardzo cieszy, jest szybka praca programu - naprawdę byłem pod wrażeniem, zwłaszcza w porównaniu do np. Paint.NETa, dla którego obróbka większych obrazów to prawdziwe wyzwanie (czasowe). Także do rysowania za pomocą tabletu i piórka program od Corela nadaje się dobrze właśnie ze względu na dużą szybkość reakcji - da się wygodnie szkicować bez obserwowania denerwujących lagów między kolejnymi kreskami.

Co ciekawe, możliwe jest otwieranie RAWów, nawet tych względnie nowych - np. lista dla wersji X8 obejmuje nawet mojego Fuji X-T10, co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Wprawdzie podczas wywoływania nie mamy dostępu do zbyt wielu opcji, ale od biedy jakoś damy radę to zrobić.

Drobnostki

Program posiada drobne wady, związane głównie z ergonomią pracy. Najbardziej irytujące są sytuacje, gdzie po edycji jednego elementu tracimy ustawione właściwości - dobrze pokazuje to przykład warstwy tekstowej. Możemy dla niej ustawić cień, obramowanie, przezroczystość czy sposób krycia, ale jeśli będziemy chcieli zmienić sam tekst (np. zwiększyć czcionkę czy dopisać literkę), wszystkie te ustawienia się zerują i trzeba pracowicie ustawiać je na nowo.

Raz też zdarzyło mi się, że przy przenoszeniu w drzewie obiektów zagnieżdżonego folderu ten po prostu zniknął po "upuszczeniu". Na szczęście zadziałała funkcja Undo i elementy odzyskałem, ale niesmak pozostał.

W sumie - dla kogo?

Mam dziwne wrażenie, że jest to program "dla nikogo". Mimo że solidny i sporo się za jego pomocą da zrobić, to producent nie udostępnia opcji osobnego jego zakupu - trzeba od razu wysupłać pełną kwotę na pakiet CorelDraw Graphics Suite, a dla samego PhotoPainta nie warto tego robić. Zdecydowanie lepiej kupić wówczas PaintShop Pro.

Podsumowując - mamy tutaj bardzo dobrą aplikację, której nie sposób kupić za sensowne pieniądze. I szkoda bardzo, bo właśnie przez to PhotoPaint pozostanie w swojej małej niszy, jako zaledwie uzupełnienie CorelDraw...

poniedziałek, 22 października 2018

Perełka - Marzenie i Sen

Perełka leży w łóżku i właśnie wysłuchała kolejnej opowieści o przygodach dzielnego Robinsona Crusoe (Robinson właśnie znalazł krzemienie i rozpalił pierwsze na bezludnej wyspie ognisko). Tata doradza:

- Zamknij teraz oczy i zaśnij. Dobranoc!

Perełka jednak ma pytanie:

- Tata, a kiedy przyjdzie sen?

- Jak zamkniesz oczy - odpowiada Tata, ale już wie, jakie pytanie będzie następne.

- A dlaczego?

Byle-jaka odpowiedź w rodzaju "bo tak" nie wchodzi w przypadku Perełki w grę, więc Tata wysila imaginację i na gorąco wymyśla:

- Bo wiesz, to było tak: dawno, dawno temu pewnej wróżce urodziły się bliźnięta, dziewczynka i chłopiec. Dziewczynka dostała na imię Marzenie, a chłopiec - Sen. Marzenie była bardzo piękna i kto na nią spojrzał, chciał już patrzeć na nią zawsze. Sen - jak to chłopiec - nie był aż tak urodziwy; patrząc na Marzenie doszedł wręcz do wniosku, że sam jest bardzo brzydki. Wstydził się więc pokazywać ludziom i zbliżał się do nich tylko wtedy, gdy zamknęli oczy. Wtedy dopiero mogli zasnąć.

- Aha.

Perełka leży chwilę cicho. Zamyka mocno oczy. Leży drugą chwilę, dłuższą. I w końcu szepce:

- Hej, Senku, możesz przyjść. Mam zamknięte oczy, ale nawet jak otworzę, to nie zobaczę, że jesteś taki brzydki. Bo jest ciemno.

niedziela, 21 października 2018

[S] Kolory i kolorów brak

To chyba jeden z ostatnich jesiennych dni - takich złotych od liści i słońca. Wkrótce listopad, ciemność i szarość - więc kiedy chwycić za aparat, jak nie dzisiaj? Wyciągnąłem sprzęt z szuflady i... na spacer!

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/210 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/300 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 1/110 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2.8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

czwartek, 18 października 2018

[K] ColorCheckXP po jedenastu latach

Kiedyś to były czasy! Człowiek programował dla przyjemności i wychodziły z tego czasem przydatne narzędzia - miałem wtedy nawet stronę FreeZone, na której te narzędzia upubliczniałem, bo skoro mnie się przydawały, mogły przydać się jeszcze komuś. Wiele cieczy upłynęło w Wiśle od tego czasu, FreeZone już nie istnieje, ale ja tam swoich narzędzi ciągle czasem używam. Jednym z nich jest ColorCheckXP, o którym chciałbym dzisiaj skreślić kilka słów.

Po co? Na co? W jakim celu?

Program jest malutki - niecałe 300kB - ale ciągle działa (testowane na Windows 7 i 10 64-bit). Służy do - jak by to powiedzieć - obsługi kolorów. Tych 11 lat temu dość często zajmowałem się nie tylko grafiką, ale i projektowaniem oraz wykonywaniem stron internetowych. Do tego dochodziło programowanie, gdzie również trzeba było sobie radzić z numerycznym przedstawieniem kolorów. Najczęściej potrzebowałem dokonywać konwersji z jednego systemu zapisu koloru na drugi: np. głęboki błękit w notacji Delphi zapisuje się jako $00955126, w notacji stron WWW (CSS) - #265195, a składowe RGB to 38, 81, 149. Do tego dochodził problem pobierania koloru z konkretnego fragmentu ekranu oraz potrzeba przechowania kilku (kilkunastu) kolorów do późniejszej pracy.

ColorCheckXP spełnia te wszystkie wymagania: potrafi pobrać wybrany kolor z ekranu, skonwertować go na kilka popularnych notacji oraz zgromadzić listę kolorów, zapisać ją czy odczytać z pliku. Dzisiaj jest to może mniej potrzebne niż 11 lat temu - pojawiło się mnóstwo narzędzi, zwłaszcza tych wspierających webmasterów czy grafików - ale jednak od czasu do czasu odkurzam ten mały programik i wykorzystuję do przygotowania jakiegoś pliku CSS czy ulotki w CorelDRAW.

Jak tego używać?

Po uruchomieniu program prezentuje swoje niezbyt okazałe okno robocze:

Co zrobimy dalej zależy od tego, co chcemy uzyskać. Najczęściej chyba zachodzi sytuacja, gdy chcemy poznać składowe RGB koloru jakiegoś elementu ekranu, ewentualnie dodać ten znaleziony kolor do listy. Aby "spróbkować" kolor z bieżącego ekranu, należy skorzystać z jednej z dwóch funkcji: "Pobierz kolor z pulpitu" (ikona pipetki) lub "Pobierz obszar 32x32 do zasobnika" (ikona kwadratu obok). Kliknięcie pierwszej powoduje ukrycie okna programu i zmianę kursora w pipetkę - wskazujemy nią piksel o szukanym kolorze. Jeśli trudno nam namierzyć konkretny piksel, korzystamy z drugiej funkcji, która pobiera kwadrat 32x32 piksele i umieszcza go w oknie programu. Teraz możemy kliknąć na powiększony piksel. Obrazowo można to przedstawić tak:

W efekcie działania obu funkcji otrzymujemy wewnątrz ColorChecka szukany kolor - jest on wyświetlany w małym kwadracie oraz automatycznie umieszczany w polach z różnymi notacjami (RGB, HSL, CMYK, CSS itd.).

Co robić z kolorem?

Zwykle poznanie składowych koloru czy konwersja na inny system notacji wystarczają i program można zamknąć przyciskiem "Zamknij program" (krzyżyk tylko minimalizuje go do ikony obok zegara). Czasem jednak chcemy "spróbkować" wiele kolorów - wówczas możemy aktualny dodać do listy oraz ewentualnie nadać mu jakąś czytelną nazwę. Listę kolorów możemy następnie zapisać do pliku w formacie wewnętrznym programu ccf, by wykorzystać ją w późniejszym czasie. Zapisać możemy również (jako plik bmp) zawartość "zasobnika", czyli obszaru 32x32 piksele.

ColorCheckXP w zasadzie nie wymaga w ogóle próbkowania koloru - można go wyedytować ręcznie. Dostępna jest lista kolorów systemowych:

a po kliknięciu na pole koloru - standardowe okno definiowania koloru:

I to tyle

Strony FreeZone już nie ma (chyba że poszukacie w serwisie WaybackMachine), ale ColorCheckaXP ciągle można znaleźć na różnych stronkach z programami, np. na programosach.pl. To wiekowy software, ale może się jeszcze komuś przyda. Nie jest bezbłędny i parę rzeczy bym w nim zmienił, ale niestety, nie mam już odpowiedniego środowiska programistycznego (Delphi 6 Personal + dodatkowe komponenty), a i kodu źródłowego musiałbym poszukać. Dodam tylko, że warto otworzyć w przeglądarce internetowej plik ColCheckXP.html, znajdujący się w pliku zip z programem - można w nim poczytać o różnych dziwnych dodatkowych funkcjach (np. tworzenie gradientów).

środa, 17 października 2018

Uzależnieni od Google'a?

Korzystam z serwisów Google'a od lat. Wielu lat. Tak wielu, że np. utrata zawartości skrzynki pocztowej bardzo by mnie zabolała. Podobnie utrata bloga - chociaż tutaj mam jakieś swoje backupy, czyli kopie zapasowe. Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby nagle Google "padło" z tego czy innego powodu?

Dlaczego? Po co?

Po tym, jak się naczytałem różnych rzeczy z niebezpiecznika.pl przyszło mi do głowy, że rzeczywiście utrata np. wszystkich e-maili byłaby (w moim przypadku) bardzo dotkliwa. Dużą część danych mam głównie w postaci archiwum pocztowego, np. wszelkie numery seryjne do licencji oprogramowania. Gdybym stracił do nich dostęp, straciłbym też te licencje - pewnie część dałoby się odzyskać w ten czy inny sposób, ale nie zawsze działy wsparcia różnych firm tego wsparcia rzeczywiście udzielają.

Do tego dochodzą e-maile czysto sentymentalne, np. od starych znajomych czy osób, z którymi nie mamy już kontaktu. Czasem, zaglądając do e-maili sprzed np. 5-10 lat można przypomnieć sobie o istotnych (niegdyś, a może i dzisiaj?) rzeczach. Ja mam jeszcze tak, że ważne rzeczy wysyłam sobie e-mailem, właśnie na wypadek, gdybym ich potrzebował - wyszukiwarka w poczcie Gmail jest wówczas bardzo przydatna.

Jeśli chodzi o blogi, to kiedyś napisałem sobie narzędzie, które wyciągało całą zawartość Ladaco, a dodatkowo wyliczało pewne statystyki. Było to rozwiązanie partyzanckie i dziś już niedziałające - Google wykrywa to narzędzie jako atak DDoS i blokuje jego działanie. Pewnie dałoby się napisać coś z wykorzystaniem API, udostępnianym przez Google'a, ale szczerze mówiąc po przyjrzeniu się sposobom autoryzacji dostępu odechciało mi się w to zagłębiać.

Konkluzja jednak jest taka, że kopię bezpieczeństwa warto by zrobić, pytanie tylko - jak?

Od pomysłu do przemysłu

Oczywiście, pierwszy pomysł, jaki się pojawił w mojej głowie, to wyszukanie odpowiedniego programu, który zrobi co trzeba. Po przejrzeniu jednak kilku propozycji poczułem dziwną niechęć do powierzania danych uwierzytelniających zewnętrznym programom, a i same programy nie wyglądały zachęcająco - np. wskazywany przez wiele serwisów jako najlepszy Gmail Backup zwyczajnie już nie istnieje, a inne programy są albo stare, albo ograniczone (np. kopia zapasowa jedynie poczty).

Cóż zatem począć? Trzeba zatem zapytać Google'a, jak zrobić backup Google'a. I okazuje się, że można!

Wystarczy wejść na stronę https://takeout.google.com/settings/takeout i zaznaczyć, które usługi z długiej listy chcemy sobie zarchiwizować (poczta? blogi? Google Keep?):

W następnym kroku decydujemy, w jakim formacie chcemy otrzymać zarchiwizowane dane oraz jak mają one zostać dostarczone - mnie najbardziej odpowiadał e-mail z linkiem do pobrania:

Teraz następuje właściwy etap - tworzenie archiwum. Może to potrwać jakiś czas (u mnie archiwum poczty i blogów, w sumie ok. 2GB, zajęło około półtorej godziny) - na szczęście rzecz dzieje się w tle, na serwerach firmy, więc możemy zamknąć przeglądarkę i po prostu czekać na e-maila.

Jak odzyskać?

W przypadku poczty problemu z odzyskaniem danych nie ma: wystarczy wykorzystać jakiś program pocztowy - Mozilla Thunderbird lub Outlook i otworzyć plik archiwum z rozszerzeniem .mbox. Nasze e-maile zostaną zaimportowane, a program pocztowy zadba, żeby wysłać je na serwer. I już.

Pozostałe archiwa da się (po rozpakowaniu pliku .zip) otworzyć choćby w systemowym Notatniku i wyciągnąć z nich tekstowe dane (lub - np. w przypadku kopii galerii - wykorzystać gotowe pliki .jpg). Ja sobie na szybko (3-4h roboty, z czego większość to parsowanie pliku XML) napisałem programik do wyświetlania zawartości blogów:

Tak czy owak, mamy te dane lokalnie u siebie i możemy samodzielnie zrobić ich kopię na zewnętrznym dysku twardym, na płycie DVD czy pendrivie. Tak na wszelki wypadek - bo po to robi się kopie zapasowe.