wtorek, 31 lipca 2018

Poranna kawa

Pijacie kawę rano? Są chwile, że trzeba, prawda? Ja wprawdzie nie powinienem, ale czasem mi się zdarza - chociaż przyznam, że bardziej dla smaku, niż dla efektu. Kofeina z kawy rozpuszczalnej nie działa na mnie praktycznie wcale, więc pobudzam się bardziej wstaniem od komputera i przejściem się po kubeczek parującego specjału.

Marzy mi się tydzień (albo i dwa) "nicnierobienia". Takie całkowite oderwanie od codzienności. Budzi Cię rano słońce, przeciągasz się, wstajesz. Poranna przechadzka do piekarni po świeże pieczywo i warzywa. Śniadanie z gorącą kawą, czytanie lub obmyślanie, co można by robić do obiadu. Potem cały dzień według własnego uznania, we własnym tempie, z własnymi pomysłami. W końcu kładziesz się spać, zmęczony, ale i zadowolony. Nie przejmujesz się jutrem, pracą, kredytem.

To musi być chyba fajne, prawda? Ciekawe tylko, czy człowiek jest wtedy szczęśliwy?

[M] DAWy raz jeszcze - subiektywne porównanie

Wybór aplikacji DAW (digital audio workstation) jest dosyć istotny choćby z tego względu, że formaty tworzonych plików są w zasadzie między programami niewymienialne. Skoro więc zdecydujemy się na pracę w aplikacji X, to po trzech latach nie przeniesiemy zgromadzonych projektów do aplikacji Y. Przynajmniej nie w prosty sposób.

Ktoś może powiedzieć, że można się też kierować dostępnymi możliwościami - to prawda, chociaż większość DAW w zasadzie potrafi to samo, czasem tylko różni się sposób osiągnięcia końcowego wyniku. Z dużym prawdopodobieństwem można napisać, że dowolny z "dużych" DAWów posiada nawet te bardziej zaawansowane funkcje, których moglibyśmy (jako muzycy i producenci) potrzebować.

Chciałbym poniżej opisać moje "boje" związane z wyborem programu DAW, bo zaprawdę powiadam Wam, sporo rzeczy wypróbowałem.

Cubase

Ten program znam zdecydowanie najdłużej, bo zaczynałem od wersji 3.01 na ATARI ST. Potem przeszedłem na wersję 3SL, później jeszcze były różne wersje LE i AI, dodawane do kupowanego sprzętu muzycznego, a obecnie posiadam 9.5 Artist, z pomocą której nagrałem w zasadzie cały album Flashback.

Co się podoba w Cubase?

  • możliwość importu starych projektów (chociaż prace nad Flashbackiem pokazały, że czasem jest to zaleta dość iluzoryczna)
  • "wyposażenie" w syntezatory i efekty (świetny Retrologue, bardzo dobry maximizer)
  • dużo opcji przetwarzania komunikatów MIDI
  • stosunkowo prosta obsługa (dużo "podręcznych" wyszukiwarek, czytelny mikser z sekcjami efektów)
  • Media Bay
  • ścieżki akordów
  • możliwość wydruku nutowego (czasem bardzo przydatne)
  • jest nagrywanie retrospekcyjne!

Co się nie podoba w Cubase?

  • paradoksalnie to, co wymieniłem jako zaletę, czyli obsługa - chodzi o podział na sekcje, mnóstwo ramek, beznadziejne drag'n'drop w piano-roll...
  • okno eksportu plików
  • awaryjność - wiele (naprawdę wiele!) razy zdarzało mi się, że program po prostu się wyłączał (i nie jest to kwestia tylko tej wersji i tej instalacji)
  • drastyczne odcięcie wtyczek 32-bitowych w wersji 9 Cubase, bez możliwości ich uruchomienia czy choćby sprawdzenia nazw ustawionych presetów, przez co dwa utwory z płyty "Via" są obecnie bezużyteczne, bo wykorzystałem w nich właśnie takie instrumenty
  • duże wykorzystanie mocy procesora

FL Studio 12

FL Studio pojawiło się w moim życiu dość nagle dwa lata temu. Po pierwszym, dość trudnym okresie poświęconym na zrozumienie filozofii pracy, porzuciłem Cubase właśnie na rzecz programu od Image-Line i to na nim głównie nagrałem płytę "Via".

Co się podoba w FL Studio?

  • wygląd - rewelacyjne GUI wektorowe, czytelne i skalowalne
  • dużo zawartości dodanej (w wersji Signature) - sample, instrumenty, efekty
  • szybkie budowanie utworu (patterny)
  • wydajność (przynajmniej początkowo tak uważałem)
  • można przygotować wydruk nutowy (choć nie wygląda tak dobrze, jak w Cubase)
  • jest nagrywanie retrospekcyjne!
  • darmowe aktualizacje

Co się nie podoba w FL Studio?

  • awaryjność - w odróżnieniu od Cubase, FL lubi się po prostu zawiesić
  • kłopoty z wtyczką perkusyjną Big Bang, którą trzeba było specjalnie obsługiwać, żeby w ogóle wydawała z siebie dźwięki
  • słaba wydajność przy wykorzystaniu wtyczek VST (z wbudowanymi nie ma takich problemów)
  • kiepsko rozwiązane nagrywanie dźwięku z mikrofonu
  • rozbicie flow na patterny, ścieżki i kanały w mikserze - trudno to wszystko opanować (ponazywać, pokolorować itd.)
  • beznadziejne zarządzanie wtyczkami i efektami

Bitwig Studio 2

Bitwig miał być połączeniem zalet Cubase'a i FL Studio. Czytelny, wygodny interfejs użytkownika, ale w klasycznym ujęciu tzw. linii czasu. Łatwe wyszukiwanie instrumentów i duża niezawodność. I... zasadzie tak jest. Dlaczego go nie używam? Nie wiem - może ciężko się go obsługuje na małym laptopowym ekranie?

Co się podoba w Bitwigu?

  • jest bardzo, bardzo ładny, czytelny i dopracowany wizualnie
  • świetna stabilność, w razie kłopotów potrafi po prostu zamknąć sprawiającą problemy wtyczkę i pracować dalej
  • dobra wyszukiwarka instrumentów, brzmień i pętli
  • ciekawe instrumenty i efekty "pokładowe", chociaż głowy nie urywają
  • bardzo przyjemny edytor piano roll
  • dobra współpraca z wieloma monitorami

Co się nie podoba w Bitwigu?

  • nieczytelność na małym ekranie laptopa (mimo teoretycznie dużej konfigurowalności)
  • kłopoty z zewnętrznymi kontrolerami MIDI (u mnie miał problemy z CME X-Key oraz Alesisem V25) - nie można zdefiniować i wykorzystać wszystkich przycisków i gałek
  • brak nagrywania retrospekcyjnego

Reaper

To bardzo niedoceniany program - i co śmieszne, również ja go nie doceniam. Nabyłem go lata temu po okazyjnej cenie (mimo że normalnie też jest niedrogi, 60$ to za DAW tyle, co nic) głównie z myślą o robieniu w nim masteringu. I rzeczywiście, w tej roli sprawdził mi się bardzo dobrze - szybko się uruchamia, łatwo zarządzać projektem, da się ładnie opisać wszystko markerami i wyeksportować gotowe "pocięte" ścieżki. Jednocześnie jest to chyba najbrzydszy z opisywanych tu programów, co teoretycznie nie powinno przeszkadzać w pracy, a jednak przeszkadza troszkę.

Co się podoba w Reaperze?

  • wydajność
  • niezawodność
  • niska cena

Co się nie podoba w Reaperze?

  • brzydota
  • przeładowane menu i okienka, sprawiające trochę amatorskie wrażenie

Studio One

Wypróbowane niegdyś i porzucone uwagi na brak obsługi VST. Obecnie odkrywam je na nowo w wersji Professional i wszystko wskazuje na to, że chyba znalazłem swój DAW.

Co się podoba w Studio One?

  • wygląd - teoretycznie bardzo zbliżony do Cubase'a, ale zdecydowanie lepiej wykonany!
  • stabilność - póki co nie zdarzyła się jeszcze żadna awaria (choć może jeszcze za krótko pracuję)
  • detekcja akordów i ścieżka akordów
  • aranżer i markery
  • patterny!
  • rewelacyjna wyszukiwarka instrumentów, efektów, pętli, próbek itp.
  • świetny mikser
  • doskonałe instrumenty i bogata biblioteka próbek oraz pętli
  • możliwość importu i eksportu także innych formatów (np. z ProTools)
  • integracja z Melodyne
  • dobra współpraca z wieloma monitorami
  • duża wydajność (obciąża komputer dużo mniej niż Cubase i FL Studio)

Co się nie podoba w Studio One?

  • brak nagrywania retrospekcyjnego
  • słaby support producenta (długo czeka się na odpowiedź, a zdarzyło mi się też trafić na niekompetentnego pracownika)

Ableton Live!

Abletona nie będę szczegółowo opisywał, bo bardzo mało w nim pracowałem - nie przemawia do mnie jego sposób obsługi, GUI i zastosowane ograniczenia wersji, które posiadam. Niemniej jest to bardzo porządny DAW, zwłaszcza wersja 10 wprowadziła mnóstwo większych i mniejszych zmian, które ludzie sobie chwalą.

I to tyle

Jak widać, w zestawieniu brakuje dwójki "wielkich": Logica oraz ProTools. Ten pierwszy działa tylko na komputerach od Apple'a, drugi zaś jest ciut za drogi i ciut zbyt wymagający dla mojego komputera. Poza tym testowałem też pobieżnie kilka DAWów darmowych (Tracktion, LMMS czy Ardour), jednak żaden z nich nie przypadł mi do gustu.

Przyznam bez bicia, że jestem już zmęczony roszadami w tej dziedzinie i bardzo życzyłbym sobie, żeby Studio One okazał się tym najlepszym programem i pozwolił skupić się na muzyce zamiast testach aplikacji. Na pewno brakuje mi w nim nagrywania retrospekcyjnego, ale możliwe, że jakaś bliska aktualizacja doda tę funkcjonalność. Wkrótce wracam też do komputera stacjonarnego w dwoma monitorami, więc teoretycznie pod uwagę mogę znów wziąć Bitwiga - tyle, że on retrospekcyjnego nagrywania również nie posiada.

Mam nadzieję, że to jeden z ostatnich wpisów, poświęconych DAW - ileż można? Następnym razem "zaatakuję" jakimś nowym nagraniem.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Poniedziałek

To będzie ciężki dzień.

Zacznę od tego, że już noc była kiepska przez głośną imprezę u sąsiadów, w wyniku czego przespałem może z 3-4 godziny. Ale nic to - przynajmniej nie zaspałem, bo jeszcze o 4:40 łupała muzyka z okien.

Nic to jednak - wstałem, umyłem się i wziąłem się za robienie śniadania do pracy. Niestety, wczoraj zapomniałem wyjąć masło z lodówki i trzeba było kombinować z rozsmarowaniem twardego...

Nic to jednak - spakowałem śniadanie, chwyciłem plecak i wybiegłem, dla pewności zamykając drzwi na oba zamki. Dopiero na ulicy zorientowałem się, że nie zabrałem identyfikatora do pracy (nie mógłbym otworzyć żadnych drzwi). Wróciłem więc biegiem do domu po zapomniany kawałek plastiku.

Nic to jednak - znów zamknąłem drzwi i biegiem ruszyłem na przystanek, bo to jednak 700-800 metrów, a do przyjazdu tramwaju niecałych 7 minut. Z wywieszonym ozorem wpadłem na przystanek przed czasem. Tramwaju nie było widać, a tablica świetlna pokazywała, że przyjedzie dopiero za trzy minuty. Usiadłem sobie na ławeczce zadowolony, że wreszcie coś się udało. Po trzech minutach tramwaj zniknął ze świetlnej tablicy - okazało się, że jednak nie przyjedzie.

Nic to jednak - zamiast czwórki przyjechała czternastka. Wskoczyłem, żeby chociaż podjechać z Grabiszyńskiej do innych linii tramwajowo-autobusowych i mieć szansę dotarcia choćby do Galerii Dominikańskiej. Musiałem z konieczności wysiąść przy Rynku, a tam miałem nadzieję złapać dziesiątkę. Kiedy wychodziłem z czternastki, dziesiątka właśnie się oddalała...

Nic to jednak - mimo że do kolejnego tramwaju miałem 9 minut (wcześnie rano rzadko jeżdżą), nie traciłem wiary, że jednak zdążę. Gdybym tylko dotarł do Galerii Dominikańskiej i tam złapał tramwaj 33, to mógłbym przecież jeszcze zdążyć na Plac Grunwaldzki i autobus 115! Pobiegłem w stronę Galerii - tylko po to, żeby zobaczyć mijającą mnie trzydziestkę trójkę.

Nic to jednak - wystarczyło teraz poczekać 6 minut na dziewiątkę, dojechać do Sępolna i wskoczyć do autobusu 118. Spora szansa na zdążenie tym bardziej, że dziewiątka przyjechała nawet minutę wcześniej niż podano w rozkładzie. Cóż z tego jednak, skoro do Sępolna dojechała w momencie, gdy autobus 118 właśnie ruszał z przystanku...

Pozostało teraz tylko przejść brakujące półtora kilometra... Co zrobić. Dobiła mnie tylko jedna rzecz - kiedy już w końcu dotarłem do firmy, wszedłem do budynku i chciałem wjechać na swoje piętro (wyobraźcie sobie, że byłem nieco zmęczony)... uciekła mi winda.

Zdjęcie archiwalne, bo nie byłem w stanie rano zrobić aktualnego...

środa, 25 lipca 2018

[M] Studio One - taki lepszy Cubase

Czasem spam się przydaje

Spam, nie-spam, bo sam się niegdyś zapisałem do newslettera firmy PreSonus. Zapomniałem o tym skutecznie, bo raz, że maile dostawałem rzadko, a dwa, zwykle nie było w nich nic specjalnie ciekawego. Ale tym razem zwróciła moją uwagę informacja o korzystnej aktualizacji programu Studio One. Rzeczywiście, mam taką licencję!

Dlaczego nie używałem?

To dobre pytanie i zrazu nie potrafiłem udzielić na nie odpowiedzi. To dziwne, żeby mieć pełną wersję takiej aplikacji i z niej nie korzystać. Kiedy jednak zainstalowałem sobie na szybko i uruchomiłem, wróciły wspomnienia - no tak, to jest ten DAW, który... nie używa wtyczek VST!

Okno główne sesji z edytorem MIDI

Oczywiście, to półprawda - Studio One oczywiście może korzystać z VST, tylko trzeba mieć odpowiednią wersję. Producent oferuje trzy: Prime, czyli darmową, bardzo okrojoną (aczkolwiek na początek można i z niej korzystać); Artist, która już do pracy jak najbardziej się nadaje, oraz Professional, w której jest wszystko, co PreSonus ma do zaoferowania w kwestii DAW. Na szczęście do wersji Artist można zaaplikować dodatek, który te nieszczęsne VST udostępni - tylko trzeba o tym wiedzieć, a ja nie wiedziałem (zresztą nie wiem, czy do wersji 2 taki dodatek istniał).

Wrażenia

Po zainstalowaniu dodatku i uruchomieniu całości zacząłem się przyglądać aplikacji. Odpaliłem przykładowe projekty, utworzyłem swój, obadałem wbudowane instrumenty i efekty, spróbowałem zrobić kilka oczywistych rzeczy (np. dodać wysyłki, utworzyć sidechain, dodać automatykę do różnych parametrów). Pomiksowałem trochę, zgrałem całość do pliku dźwiękowego.

Okno startowe

Przyznam, że wpędziło mnie to w nie lada konsternację. Od dwóch lat męczę na przemian FL Studio, Cubase, Reapera i Bitwiga, miotam się między nimi, nie mogąc wybrać tego jedynego. Każdy z nich ma coś fajnego do zaoferowania, czego nie mają pozostałe (np. FL Studio - patterny i wygląd, Cubase - ogólny workflow i bardzo bogate możliwości, Bitwig - parametryzację, stabilność i piękne GUI, zaś Reaper - szybkość i przejrzystość).

Studio One 4 ma zaś... to wszystko. Gdyby nie jeden zgrzyt, przeszedłbym na nie od razu, z marszu i bez żalu, o tym jednak później.

Co fabryka dała

Studio One trafia do użytkownika z zestawem kilku(nastu) przyjemnych dodatków, dzięki którym można natychmiast zacząć pracę (myślę tu o osobach zaczynających zabawę z muzyką w DAW). Są wirtualne instrumenty (maszyna perkusyjna, syntezator, sampler), jest biblioteka sampli i pętli, jest całkiem sporo niezłych procesorów efektowych. Mnie zaciekawił szczególnie syntezator Mai Tai, a zwłaszcza to, jak brzmi - bo brzmi świetnie!

Syntezator Mai Tai

Bardzo solidnie prezentuje się także maszyna perkusyjna Impact XT, zwłaszcza w połączeniu z narzędziem Pattern. Tak, to jest TO! Rzecz jakby żywcem wyjęta z FL Studio, ogromnie upraszczająca tworzenie sekcji perkusyjno-basowych! Cubase ma swojego Beat Designera, ale uważam, że rozwiązanie ze Studio One jest zwyczajnie wygodniejsze w użyciu.

Edytor patternu

Cubase musi też uznać (bezapelacyjnie) wyższość edytora MIDI od PreSonusa. Nic się tu samo nie przewija przy przenoszeniu "nutek", całość jest zrobiona czytelniej i ładniej. Dla mnie - rewelacja.

Na koniec zostawiam sobie jeszcze sekcję miksera. Ona również została bardo mocno przemyślana i dobrze zrobiona - wszystko jest czytelne, zaznaczony kanał "rozwija" obok siebie listę zaaplikowanych efektów i wysyłek (takie listy można też bez problemów wyświetlić nad wszystkimi kanałami jednocześnie).

Mikser z widoczną sekcją efektów

Do tego dochodzi mnóstwo przyjemnych drobiazgów w rodzaju łatwego kolorowania ścieżek, nadawania im nazw, podziału utworu na segmenty czy super wygodnego wyszukiwania. To ostatnie bardzo mnie ujęło, bo długo szukałem tak dobrze dopracowanej funkcjonalności - w FL Studio jest to wykonane słabo, lepiej w Bitwigu, całkiem nieźle w Cubase. Dopiero tutaj jednak widzę, jak to powinno być zrobione. Grupowanie względem producenta czy ostatniego użycia, możliwość oceny wtyczek, wyszukiwanie po nazwie - wszystko to działa świetnie i bardzo ułatwia pracę. Ba, jest nawet możliwość tworzenia graficznych miniaturek wtyczek, jeśli ktoś jest wzrokowcem i woli wybierać obrazki!

Wyszukiwarka

Podobnie przemyślane jest okno wtyczek - kiedy zaznaczymy jakiś kanał i wejdziemy w konfigurację jednej z wtyczek efektowych, w oknie konfiguracyjnym zobaczymy zakładki, dzięki którym możemy się łatwo przełączyć do innych efektów na tym kanale - bez konieczności zamykania okienka i klikana w mikserze.

Okno z efektami wybranego kanału

Dodatkowo program nie ma kłopotów z wykorzystaniem wielu monitorów, a co ciekawe, wielomonitorowa konfiguracja przechowywana jest z każdym projektem. Czyli w danym utworze ustawiamy sobie np. mikser na drugim ekranie, a po powrocie do sesji na drugi dzień, mikser grzecznie "wskakuje" na drugi ekran. W innej aranżacji wolimy kompaktowość - nie ma problemu, można korzystać tylko z jednego ekranu. Miło i elegancko.

Zgrzyty

Tak się ekscytuję Studio One, jakby nie miało ono żadnych wad - a to przecież niemożliwe. Wady są, a według mnie dwie główne: brak obsługi wtyczek VST w wersji Artist (da się obejść dodatkiem) i brak nagrywania "retrospektywnego" komunikatów MIDI (to doskwiera mi bardzo, choć też da się w pewnym sensie obejść, trzeba po prostu mieć stale włączone nagrywanie, co jest bardzo niewygodne). Przyznam bez bicia, że brak tej drugiej funkcji zniechęcił mnie do Bitwiga. Dziwne, że te dwa tak nowoczesne programy nie posiadają prostej w gruncie rzeczy funkcji...

Można jeszcze ponarzekać na wizualne przedstawienie próbek dźwiękowych (strasznie kanciasto wyglądają), na małą liczbę wbudowanych instrumentów czy dziwną politykę aktualizacji (w przypadku update'u większą zniżkę dostają osoby przechodzące z konkurencyjnego DAW niż z wersji Artist!)

Umarł król?...

Przyznam bez bicia, że jestem pod wrażeniem. Naprawdę spodobało mi się Studio One 4 - pasuje mi i wygląd, i sposób obsługi (bardzo podobny do Cubase'a) - zresztą, twórcy przygotowali zestawy skrótów klawiaturowych zgodnych z Cubase, Logic, Cakewalk czy ProTools. Do tego potwierdzam, że całość działa bardzo sprawnie i nie obciąża zanadto komputera. Przeprowadziłem test, w którym takie same sesje utworzyłem w Studio One i w Cubase (te same dane, takie same ścieżki, te same efekty i instrumenty VST) - zużycie procesora i generowanie ciepła były zdecydowanie większe w przypadku programu od Steinberga.

Obsługiwane formaty sesji

ALE...

Znów zmienić DAW? No ileż można? Ledwo się przyzwyczaiłem na nowo do Cubase'a, a tu taki kwiatek...

Z drugiej strony materiału na nową płytę jest tyle, co kot napłakał, więc dużej straty by nie było, a można by już wszystkie nowe rzeczy robić w Studio One. To ci zgryz...

poniedziałek, 23 lipca 2018

Jeszcze raz o rzeczywistości

Niedawno pisałem o dopuszczalnej czy niedopuszczalnej modyfikacji fotografii, przy czym w komentarzach spotkałem się z prośbą, aby pokazać praktyczny przykład. Niestety, nie mam pod ręką całego swojego archiwum, ale zawsze można przecież zrobić nowe zdjęcia.

Poniżej zatem do wglądu trzy przykłady zdjęć "prosto z aparatu" i po obróbce.

Przypadek pierwszy

Z tym ujęciem było kilka problemów: było za jasne (celowo mocno doświetlałem, bo stosowane ISO dochodziło do 6400 ze względu na słabe oświetlenie), mało kontrastowe (przeszkoda w postaci niezbyt czystej szyby) i dodatkowo na ciele jaszczurki w tle pojawił się nieładny refleks świetlny. Zastrzeżenia można było mieć także do ostrości.

Przypadek drugi

Tutaj poza odbiciem światła obecne były wszystkie wyżej wymienione mankamenty, a do tego automatyczny balans bieli niezbyt dobrze poradził sobie z zastanym oświetleniem, wprowadzając mocne ochłodzenie palety barw.

Przypadek trzeci

I znów to samo co wyżej, przy czym dodatkowym problemem okazał się cień krawędzi terrarium po prawej stronie - na zdjęciu źródłowym widać tam nie tylko zaciemnienie, ale też zmianę barwy tła (róże są zastąpione przez żółcie), co wiąże się z zasięgiem i kolorem sztucznego oświetlenia.

Które wersje?

Czy wersje "prosto z aparatu" są prawdziwsze? Czy obróbka pozbawiła je wartości? Zapewne ocena należy do oglądającego - ja uznałem, że obrazy te trzeba skorygować, bo nie tak je widziałem na żywo (jednak oko to wielki oszust). Co Wy na to?

niedziela, 22 lipca 2018

[S] ZOO Team Wrocław

Jeśli nie boicie się gadów i pająków - ZOO Team obok Dworca Świebodzkiego zaprasza! Chętni mogą pogłaskać włochatego pająka, potrzymać na rękach agamę błotną lub zawiesić na szyi pytona królewskiego. A jeśli ktoś się boi, popatrzeć przez szkło też jest miło:

piątek, 20 lipca 2018

Tysiączek

Ooo, przegapiłem TAKĄ okazję, co zostało mi właśnie wypomniane: jeszcze w listopadzie ubiegłego minąłem w rozpędzie tysięczny post na blogu. Obiecałem się pochwalić, więc się chwalę. Wprawdzie nie o ilość tu idzie, ale co tam! Do drugiego tysiąca tak szybko nie dobiję niestety, bo częstotliwość publikacji ostatnio drastycznie spadła, ale nie ma się co tym przejmować.

Z tej to okazji pragnę podziękować nielicznej grupie czytelników, którzy zaglądają na mojego bloga i poświęcają czas na lekturę - naprawdę wielkie dzięki!

Ta piosenka zawsze działa na mnie pozytywnie - może i Wam się udzieli?

Z archiwum K - "Miłość matki"

Aż strach, że to zdjęcie ma już prawie pięć lat! Zrobione rankiem, w dniu Bożego Narodzenia, bez żadnych sztuczek i nawet bez specjalnego pozowania. Po prostu uwieczniona chwila, którą pamiętam do tej pory, mimo że nie ma nas tam, gdzie wtedy byliśmy. Czyż nie o to właśnie chodzi w fotografii? Jest to jedno z tych zdjęć, z których jestem autentycznie zadowolony.

poniedziałek, 16 lipca 2018

[M] Za dużo dobrego

Zarys problemu

Pracuję od jakiegoś czasu nad materiałem na nową płytę. Przynajmniej staram się pracować, bo nie jest łatwo - ale nie chodzi mi w tym wypadku o brak czasu, trudne warunki mieszkaniowe czy konieczność korzystania z małego ekranu laptopa. To się da przeżyć (w końcu dałem radę jakoś nagrać Flashback). Chodzi o coś gorszego.

Przez te wszystkie lata, kiedy zajmowałem się (i nie zajmowałem) muzyką, uzbierałem całkiem pokaźną listę instrumentów czy efektów, z których każdy (potencjalnie) może wnieść coś ciekawego. Tyle tylko, że ta lista jest już chyba zbyt długa.

Zabójczy nadmiar

Wyobraźcie sobie, że macie pomysł na jakiś utwór (u mnie zwykle tak się zaczyna). Uruchamiacie całą maszynerię (licząc po cichu, że nic nie będzie wołało o aktualizację), siadacie i... trzeba by czymś zagrać to, co wybrzmiewa w głowie. Zaczyna się zatem nerwowe szukanie odpowiedniego brzmienia...

No i teraz krótka statystyka. Samo Omnisphere 2 zawiera - jak chwali się producent - 12 563 dźwięków. AnalogLab 3 ma ich około 6 500. Przeciętny syntezator VST to ok. 300-500 gotowych brzmień - a mam takich syntezatorów kilkadziesiąt (!). Przyznacie, że nie sposób tego przejrzeć "na szybko", mimo że brzmienia są zwykle podzielone na kategorie, więc nie szukamy w całości.

Nic dziwnego, że zbyt wiele razy zdarzyło mi się już, że siadłszy do stworzenia największego dzieła w mojej "karierze", kończyłem przeglądając różne brzmienia i tworząc krótkie pętle z pomysłami, nie mającymi z pierwotnym nic wspólnego...

Rozwiązanie pierwsze - redukcja

Oczywiście, narzucającym się wręcz rozwiązaniem tej niezręcznej sytuacji jest ograniczenie wyboru. Powinienem odinstalować 90% instrumentów i skupić się na jednym lub dwóch. Doprowadziłoby to do lepszego ich poznania, a co za tym idzie, szybkich decyzji. Po drugie - wzmogłoby prawdopodobnie kreatywność, bo ograniczenia zwykle tak działają.

Wada? Psychologiczna - nie po to gromadziłem latami biblioteki brzmień i kupowałem (najczęściej okazyjnie) fajne instrumenty, żeby teraz lekką ręką się tego pozbyć, no nie?

Rozwiązanie drugie - tabula rasa

Rozwinięciem niejako pierwszego rozwiązania jest rozwiązanie drugie: ograniczenie się do jednego tylko instrumentu i budowanie w nim konkretnych brzmień od podstaw. Mam na tyle fajne syntezatory, że bez problemu "ukręcę" w nich wszystko (Omnisphere, Diva, Serum, Massive czy Repro-5).

Wady? Na pewno duży narzut czasowy i spory nakład na naukę. Może nie chodzi o samo uczenie się obsługi syntezatora czy podstaw syntezy subtraktywnej (bo to już znam), ale o zdobycie praktyki i doświadczenia. Do tego potrzebne są dziesiątki godzin "kręcenia gałami".

Rozwiązanie trzecie - minimalizm

Można też do sprawy podejść inaczej - zrezygnować z budowania kompozycji "docelowymi" brzmieniami i zamiast tego zawsze zaczynać od np. brzmienia fortepianu. To już mi się nieraz sprawdziło, chociaż przy obecnym materiale (dużo powłóczystych brzmień typu "pad") nie wiem, czy do zrealizowania.

Zaletą jest oczywiście szybkość pracy i możliwość choćby zanotowania pomysłów na przyszłość. Wadą - konieczność dokończenia pracy, często w sytuacji, gdy pierwotny zamysł już "wyparował" z głowy. A często fortepianowe brzmienie nie jest w stanie nawet zasugerować różnych "elektronicznych nastrojów".

Rozwiązanie czwarte - silna wola

W sumie jest to wariant rozwiązania pierwszego i rodzaj śmierdzącego kompromisu - skupiam się na jednym lub dwóch instrumentach, ale nie wyrzucam pozostałych (na wszelki wypadek, he, he). I wilk jest syty, i owca cała - pod warunkiem wszak, że będę potrafił oprzeć się pokusie "myszkowania" po pozostałych dobrach. Jedyny plus, jaki tu widzę, to że przy każdym utworze mogę stosować inne instrumenty (no i nie cierpię wewnętrznie po usunięciu tylu wspaniałych wtyczek). Wada to oczywiście fakt, że moja wola jest silna niczym trzydniowy noworodek...

Problemy na życzenie

Jak widać, człowiek otoczony dobrobytem sam potrafi sobie stworzyć problemy, żeby nie mieć zbyt różowo. Któreś z rozwiązań muszę wdrożyć, bo inaczej do reszty osiwieję. Znając siebie, z uporem maniaka będę się trzymał rozwiązania czwartego, które nie rozwiąże w praktyce niczego. Z drugiej strony, warto było sobie to jasno i wyraźnie opisać - może któregoś dnia jednak zacisnę zęby i...?

Na koniec mała ciekawostka, na którą wpadłem przypadkowo niedawno. Jest sobie taki francuski muzyk, Jean-Michel Jarre, znany przede wszystkim z płyt Oxygene i Equinoxe oraz gigantycznych koncertów z laserami. Otóż istnieje gotowy syntezator VST firmy SuperWave o nazwie Equinoxe, który zawiera "brzmienia jarropodobne" i jak piszą twórcy: "is the only synthesizer dedicated to the works of Jean Michel Jarre!". Wersja HD tego syntezatora wymaga rozdzielczości 1920x1200 (nie mieści się na ekranie mojego laptopa) i wygląda tak:

To jest chyba prawdziwa miara popularności.

środa, 11 lipca 2018

[M] DAW w przeglądarce

Analogicznie do grafiki

Przyszło mi ostatnio do głowy, że skoro istnieją przeglądarkowe programy do fotomontażu, rysowania czy projektowania 3D, to być może istnieją także narzędzia dla muzyków? I okazało się, że rzeczywiście można (nawet za darmo!) znaleźć w sieci aplikacje DAW (ang. digital audio workstation) do produkcji muzyki. Czy warto się im przyglądać?

Trzy przykłady

Pod lupę wziąłem trzy aplikacje, tak zwane "pierwsze z brzegu", czyli te, które podpowiedział mi Wujek Google po wpisaniu frazy "daw online". Są to odpowiednio: BandLab, Soundation i SoundTrap. Dla dwóch pierwszych specjalnie musiałem zainstalować przeglądarkę Chrome, bo w innych nie chcą działać. Teraz wystarczyło utworzyć konta i... do dzieła!

BandLab

Jest prosto i ładnie

Trzeba przyznać, że aplikacje wyglądają bardzo schludnie - interfejs użytkownika nie przytłacza, jak to ma miejsce w przypadku "pełnoprawnych" DAW. W każdym przypadku można też znaleźć tutoriale, które pokazują krok po kroku, jak dodać kolejne ścieżki, wybrać instrument, posługiwać się piano rollem i tak dalej.

Pod względem obsługi nie jest źle - raczej wszystko działało tak, jak zaplanowali twórcy, GUI we wszystkich wypadkach było odpowiednio responsywne i nie sprawiało przykrych niespodzianek. Trzeba jednak zaznaczyć, że moje testowe projekty nie były zbyt rozbudowane, więc trudno na ich podstawie prognozować, czy bardziej złożone aranżacje nie będą powodować problemów. Z drugiej jednak strony, trudno jest mi sobie wyobrazić, żeby ktoś rzeczywiście chciał tworzyć w tych aplikacjach złożone kompozycje.

Dźwięk

Z oczywistych względów nie można w powyższych aplikacjach wykorzystywać profesjonalnych wtyczek VST (syntezatorów, samplerów, efektów itp.), więc jesteśmy skazani na to, co w danym programie umieścił producent. Z reguły są to proste instrumenty typu ROMpler (odtwarzają nagrane próbki) lub równie proste syntezatory. Zwykle dodano też maszynę perkusyjną i zestaw pętli (z których składa się utwór jak z klocków).

Wszystkie trzy programy umożliwiają nagrywanie głosu lub dodawanie do projektu już gotowych ścieżek audio, dysponują też skromnym zbiorem wtyczek efektowych. Zasada jest prosta - im więcej chcielibyśmy zrobić i im większej liczby narzędzi użyć, tym bardziej potrzebujemy komercyjnego konta. Darmowe nie oferuje np. importu audio lub mają limit ścieżek - warto zapoznać się z parametrami przed przystąpieniem do pracy.

Soundation

Po zakończeniu pracy możemy wyeksportować cały utwór do pliku dźwiękowego i np. opublikować w dowolnym serwisie. Kontrola nad miksem jest taka sobie - mamy do dyspozycji suwaki poziomów głośności, pokrętło panoramy, możliwość aplikowania efektów i to by było na tyle.

Sprzęt

Nie wszystko da się zrobić za pomocą myszki - to wiadomo nie od dziś. Dlatego warto mieć choćby najprostszy kontroler MIDI w postaci małej klawiaturki - opisywane aplikacje potrafią skorzystać z takiego dobrodziejstwa (np. bez problemu działa CME XKey 25). Zawsze to wygodniejsze od klawiatury komputera lub rysowania kursorem.

Da się także wprowadzić dźwięk za pomocą mikrofonu lub wejścia liniowego - jednak polecałbym tutaj zainstalowanie choćby Audacity i wstępną obróbkę audio właśnie w nim, po czym zaimportowanie przygotowanych plików.

Zbyt prosto?

Nie da się ukryć, że programy przeglądarkowe nie dają aż takiej swobody, co aplikacje samodzielne. Nie można zainstalować ulubionych instrumentów czy efektów, trudniej przychodzą takie rzeczy, jak automatyzacja (zwykle tylko głośność i panorama) czy zgrywanie poszczególnych śladów do audio (freezing - nie ma go w Soundation). Brzmienie wbudowanych instrumentów lub pętli jest czasem mocno dyskusyjne (posłuchajcie np. smyczków w SoundTrap).

SoundTrap

Flashowe alternatywy

Robiąc rozpoznanie tematu natrafiłem na dwie inne aplikacje, zajmujące wysokie miejsca w rankingach. Są to AudioTool oraz AudioSauna. Można je sobie obadać - ja tego nie zrobiłem, bo obie korzystają z technologii Flash, której nie lubię i nie mam zainstalowanego odpowiedniego pluginu. Przyjrzałem im się na filmikach youtube'owych i wyglądają całkiem sensownie, więc można je wziąć pod uwagę.

Na początek warto

Opisane przeze mnie wyżej niedogodności mogą być - paradoksalnie - dużą zaletą. Po pierwsze, ograniczenia zwykle korzystnie wpływają na kreatywność. Po drugie, wszystkie trzy programy bardzo łatwo się obsługuje, a nieskomplikowany interfejs użytkownika sprawia, że skupiamy się na muzyce, a nie rozpoznawaniu bojem dziesiątek przełączników i gałeczek.

Dużą zaletą jest dostępność darmowych kont, które są jak najbardziej funkcjonalne. Jak dla mnie, to bardzo fajne rozwiązanie jako szybki szkicownik pomysłów - można z niego korzystać nie tylko na dowolnym komputerze (byle miał Chrome'a), ale także na smartfonie (choć tu wygoda schodzi zwykle zdecydowanie na dalszy plan). Nie muszę chyba nawet porównywać tego do instalowania całego środowiska DAW na cudzym komputerze (klucze USB, aktywacje, ściąganie bibliotek z brzmieniami).

Tak czy owak, warto rzucić okiem, zwłaszcza jeśli brakuje nam doświadczenia w pracy z podobnymi programami. Być może okaże się, że dostępne instrumenty czy pętle będą wystarczające - a jeśli nawet nie, to przynajmniej będzie wiadomo, czego szukać w komercyjnych aplikacjach.

wtorek, 10 lipca 2018

Rzeczywistość na zdjęciu

W poprzednim "zdjęciowym" poście przeprowadziłem eksperyment ze zdjęciami, które były poprawiane "w naturze" - czyli zamiast wyklonowywać różne rzeczy, usuwałem je z kadru fizycznie przed zrobieniem zdjęcia. Zadałem też pytanie, czy takie zdjęcia są bardziej wartościowe, niż gdybym sprawnie i dokładnie usunął przeszkadzające elementy w Photoshopie?

Wydźwięk komentarzy był generalnie taki, że te niepoprawiane zdjęcia są "lepsze", że są "szczere". No i teraz mam dylemat.

Z jednej strony bowiem mogę się łatwo z tym zgodzić - w końcu namęczyłem się nielicho, więc choćby z tego tytułu zdjęcia są bardziej "wartościowe" - włożyłem w nie więcej pracy, prawda? Ale czy na pewno? Przecież poprawiając je już w domenie cyfrowej również wykonałbym pracę, być może nawet przeznaczając na to więcej czasu - a czas jest mi z każdym rokiem cenniejszy! Może więc "dopieszczenie" zdjęć już podczas obróbki nadaje im większą wartość, bo wkładam w to więcej mozołu? Poza tym zapominamy, że te "szczere" zdjęcia też są, oczywiście, poprawione - zwyczajnie zmieniłem (zafałszowałem) zastaną rzeczywistość. Czyli zrobiłem dokładnie to samo, co klonując fragmenty zdjęcia w programie graficznym!

Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak co innego. Efektem końcowym zabiegów (takich czy innych) jest zawsze fotografia. Obrazek. Coś, na co patrzymy, nie wiedząc w ogóle, jak ten obrazek powstał (jeśli autor się taką wiedzą nie podzieli). I teraz to my, widzowie, wydajemy wyrok: podoba się albo się nie podoba. I mam wrażenie, że - opierając się na doświadczeniu, wiedzy czy intuicji, sami wówczas to zdjęcie szufladkujemy: mocno poprawiane (nie podoba się) czy niepoprawiane (podoba się, trzeba docenić). I w tym wyborze można się dość często pomylić, deprecjonując zdjęcie dobre lub doceniając zdjęcie kiepskie - bo jeśli nie wiemy, jakie były okoliczności, to tak naprawdę wróżymy z fusów...

Oto zdjęcie jaszczurki:

Zdjęcie to na ogół się podoba - jest ostre, ma ładne kolory i w zasadzie niewiele osób podejrzewałoby tu jakąś grubszą obróbkę. A jednak - fotografowałem przez brudną szybę i miałem dodatkowo na sobie białą koszulkę. Podczas godzinnej obróbki usunąłem mnóstwo odblasków i "kleksów", dopracowałem oczy (wyraźniejsze odblaski) i łuski (faktura), przywróciłem (nadałem?) kolory, bo oryginał był nieco bardziej spłowiały (mimo że jaszczurka rzeczywiście była ładnie wybarwiona), skorygowałem balans bieli.

Co z tym fantem? Czyli jednak zdjęcie do bani, tak jak fotograf? "Po Bożemu" trzeba by zdemontować szybę, dodać trochę oświetlenia, ustawić balans bieli w oparciu o szarą kartę i dopiero robić zdjęcie, nad którym nie trzeba by się tak męczyć, czyż nie?

I znów dochodzę do wniosku, że wszystko rozbija się o przeznaczenie zdjęcia. Czy to ma być fotografia dokumentalna, czy po prostu ładny obrazek? Dla mnie takie postawienie sprawy jednoznacznie rozwiązuje sprawę: na zdjęciu dokumentalnym modyfikacji być nie powinno, na obrazku - dlaczego nie? Ładny obrazek jest czymś tak miałkim i nikomu niepotrzebnym (w gruncie rzeczy), że nie warto rozdzierać szat. Czy świat by coś stracił, gdybym nie zrobił i nie obrobił zdjęcia jaszczurki czy wschodu słońca? Oczywiście, że nie.

Dlatego w przyszłości jedynym kryterium pozostanie dla mnie czas - jeśli szybciej da się coś usunąć z kadru przed pstryknięciem, zrobię to. Ale resztę będę bezlitośnie tępił w Photoshopie - o ile będzie mi się chciało. Bo jeśli nie... to nazwę swoje zdjęcia dokumentalnymi!

poniedziałek, 9 lipca 2018

[M] Pianoteq 6 - fortepian inny niż wszystkie

Mam w kolekcji sporo fortepianów wirtualnych, w tym kilka naprawdę zacnych (np. The Giant czy Alicia Keys od Native Instruments czy MiniGrand od Air). Wszystkie one działają na podobnej zasadzie - są bibliotekami próbek. Co z kolei sprowadza się do tego, że producent "po prostu" spróbkował (nagrał) jakiś realnie istniejący instrument. Takie nagranie nie jest trywialne - próbek musi być wystarczająco dużo, by oddać nie tylko niuanse artykulacyjne (gra piano czy forte), ale także takie elementy, jak tłumienie strun, wydłużone wybrzmiewanie (ang. sustain) czy zamknięcie lub otwarcie klapy fortepianu. Nic zatem dziwnego, że te wirtualne instrumenty zajmują sporo miejsca na dysku - taki The Grandeur zajmuje ponad 13 gigabajtów, ale już np. Ivory II Studio Grands od Synthogy (przez wielu uważany za najlepszy wirtualny fortepian) to 112 gigabajtów!...

Czym różni się Pianoteq?

Ma jedną nóżkę bardziej? Nie, to nie ten dowcip. Pianoteq jest instrumentem szczególnym, bo zastosowano tutaj zupełnie inne podejście niż w wyżej wymienionych instrumentach. Zamiast pracowicie nagrywać dźwięk istniejącego fortepianu, zbudowano... model. Matematyczny. W końcu fortepian to struny wykonane z odpowiedniego materiału, naciągnięte na ramie o określonym kształcie, umieszczone w pudle z drewna o pewnych parametrach fizykalnych. Do tego dochodzi praca mechanizmu młoteczkowego i pedałów - wszystko można dość dokładnie policzyć, odpowiednie wzory są znane lub można je stworzyć, a komputery są już na tyle szybkie, by to w czasie rzeczywistym przeliczać.

I tak właśnie działa Pianoteq - po prostu wylicza dźwięk w oparciu o całe morze wzorów i parametrów. Zalety takiego podejścia są spore: instrument nie zajmuje miejsca na dysku (50 megabajtów), szybko się wczytuje, a do tego umożliwia symulowanie wielu modeli fortepianów bez zwiększania wielkości biblioteki (wystarczy inaczej "skonfigurować" pudło czy materiał strun). Zresztą, wersja Pro daje możliwość użytkownikowi do zabawienia się w konstruktora i zmianę wielu parametrów. Ja posiadam "tylko" wersję Stage, która jest tej możliwości pozbawiona.

Wadą modelowania fizycznego była przez długi czas jego niedoskonałość - model trzeba było upraszczać, żeby domowe komputery mogły w ogóle w czasie rzeczywistym odtwarzać dźwięki. Części elementów w ogóle nie modelowano, stąd brzmienie Pianoteq jeszcze w wersji 3 czy 4 określano mianem "plastikowego". Już jednak wersja 5 była pod względem dźwiękowym lepsza, zaś "szóstce" ja osobiście nie mogę niczego zarzucić. Zresztą, producent szczyci się tym, że ma "błogosławieństwo" firmy Stainway&Sons, której fortepiany (między innymi) symuluje - a to już niezła rekomendacja, bo Stainway nie pozwalał do tej pory nikomu używać swojej nazwy w wirtualnych instrumentach - nawet Synthogy w swoim Ivory II używa nazwy Concert D. A wielbicielom fortepianów firmy Stainway&Sons przedstawiać raczej nie trzeba...

Praktyka

Mojej praktyki na razie nie będzie, materiał uzupełnię za miesiąc czy dwa, kiedy odzyskam dostęp do klawiatur muzycznych (obecnie od pół roku używam tylko substytutu w postaci CME X-Key 25). Jeśli wierzyć filmikom na YouTube, gra się bardzo przyjemnie, zaś sam instrument nie obciąża przesadnie procesora (akurat to drugie mogę potwierdzić). Ja za to przygotowałem niedoskonałe porównanie: ten sam pliki MIDI z "Sonatą księżycową" Beethovena, odtworzony za pomocą trzech dostępnych mi fortepianów. Przy okazji test - nazwy użytych instrumentów podaję na samym końcu, więc jeśli ktoś jest ciekaw, może samodzielnie spróbować rozpoznać, który utwór został zagrany przez "sztuczny" fortepian.

Podsumowanie

Nie wiem, jak Wasze odczucia, ale mnie brzmienie Pianoteqa bardzo odpowiada. Nie jestem pianistą ani melomanem, żeby wyraźnie słyszeć jakieś mankamenty (jeśli są) - dla mnie jest to instrument idealny. Być może dokłada się do tego żyłka inżyniera-programisty - strasznie budująco działa na mnie świadomość, że da się w matematyczny sposób opisać instrument tak, by wygenerować na tej podstawie realistyczny dźwięk.

Z modelowaniem wirtualnym jest chyba troszkę tak, jak z programami szachowymi - po przekroczeniu pewnego progu nie ma sensu za bardzo "iść dalej". Obecnie najlepsze programy szachowe nie mają już problemu z ograniem człowieka - za kilka lat wirtualny fortepian będzie brzmiał tak naturalnie, że nikt nie rozpozna, że to nie nagrane próbki. O ile ten moment już nie nastapił.

Na koniec rozwiązanie zagadki: 1 - Native Instruments Grandeur, 2 - Air MiniGrand, 3 - Pianoteq.

[S] Zachód i wschód

Tydzień urlopu minął jak z bicza strzelił. Tym razem byliśmy na właściwym, suchym końcu Polski, czyli w górach (Kudowa), więc narzekać nie będę. Pogoda wspaniała, hotel przyjemny, jedzenie smaczne - na cóż tu narzekać? Na lenistwo tylko.

Udało mi się zmobilizować zaledwie na jeden zachód słońca i jeden wschód. Niestety, porywających kadrów brak, tylko to, co poniżej. W sumie nic dziwnego, bo zamiast zawczasu zwiedzić miejscówki i dobrać odpowiednio otoczenie, zastosowałem "rozpoznanie bojem". Jak wyszło, tak wyszło, ja w zasadzie nie o tym chciałem pisać.

Wypad na wschód słońca skłonił mnie do przeprowadzenia pewnego eksperymentu. Zgodzicie się, że istnieje pewien odłam fotografów-purystów, dla których używanie Photoshopa jest złamaniem najświętszego przykazania "nie będziesz ingerował w obraz". Klonowanie, maskowanie, fotomontaż - są be! Trzeba działać w naturze - podejść, odejść, zebrać śmieci, zmienić perspektywę itd. No i dobrze - postanowiłem wprowadzić rzecz w czyn.

Tak się akurat stało, że miejscem fotografowania było skoszone pole. Na skoszonym polu zaś znajdują się zwykle albo stogi, albo baloty. Tutaj w kadr właziły właśnie sprasowane bele słomy. Mogłem je bez problemu wyklonować i nikt nie zauważyłby różnicy, ale skoro bawiłem się w purystę... Zakasałem więc rękawy i poprzepychałem baloty poza kadr. Pięć sztuk. Pod górkę.

Wyobrażam sobie, jak rolnik siedzi w chałupie, patrzy przez okno i nagle woła do żony:

- Ej, Maryna, patrzaj tylko, miastowy na polu słomę kula!

No, ale ostatecznie się udało i tam, gdzie balotów nie chciałem mieć, nie mam. Napociłem się, czasu straciłem sporo i jeszcze sobie rękę zraniłem, ale z dumą (?!) mogę napisać, że słomy na zdjęciach klonowanie nie tknęło. TYLKO... tak się zastanawiam, czy dzięki temu zdjęcia te są jakoś lepsze, niż gdybym to usuwanie przeprowadził cyfrowo?...

Pozostawiam Was z tym pytaniem. I dla ciekawskich - na jednym zdjęciu (którym?) musiałem wyklonować słup - nie dało się go przepchnąć...