piątek, 28 lutego 2020

czwartek, 27 lutego 2020

[W] Lutownica i lewe ręce

Przychodzi taki dzień w życiu "stolarza", że zamiast kawałka drewna i piły chwyta cynowy drucik i lutownicę. Jak się można domyślić, okoliczności takie spowodowane są tak zwaną "wyższą koniecznością", czyli nie ma już wyjścia i trzeba pobawić się w precyzyjną robotę. To właśnie spotkało i mnie.

Instrumenty

Po pierwsze, chciałem nieco poeksperymentować z moimi syntezatorami - Rolandem Juno G oraz Korgiem 76LE. Przez eksperymentowanie rozumiem nie tylko wykorzystanie ich jako klawiatur sterujących, ale także jako źródła dźwięku. Do tego jednak potrzebowałem dwóch przewodów audio, które mógłbym podłączyć do interfejsu audio. Oczywiście, przewodów różnej maści mam cały worek, ale większość ma po jednej stronie wtyki RCA (czyli "cinch"), bo przez lata miałem zamontowaną komputerze kartę Audiophile 2496 z takimi właśnie gniazdami. Obecnie używam interfejsów audio z gniazdami TS (duży "jack" mono), więc chodziło o wymianę RCA na TS, co nie jest skomplikowane, tyle tylko, że trzeba mieć odpowiednie wtyczki.

Muszę też zaznaczyć, że na lutowaniu znam się słabo, żeby nie powiedzieć - wcale. Poczytałem parę artykułów, obejrzałem ze dwa filmiki i wio, do roboty. Najpierw końcówki przewodów posmarować kalafonią, potem "zabielić" cyną. Potem już tylko przylutować do wtyczki, pamiętając koniecznie o UPRZEDNIM nasunięciu na przewód obudowy wtyczki. Bardzo przydały się uchwyty-krokodylki, którymi przytrzymywałem sobie i samą wtyczkę, i przewód. Bez tej "trzeciej ręki" byłoby dużo trudniej z moimi mizernymi umiejętnościami.

Generalnie cała operacja lutowania zajęła około godziny i gotowe przewody przeszły próbę bojową, bez problemu podając sygnał do interfejsu Focusrite Clarett. Z rozpędu jeszcze niczego nie nagrałem, ale pobawiłem się, zwłaszcza Korgiem, bo ma on całą stertę interesujących brzmień. Kto wie, może zaryzykuję nagrania w stylu Doktora Miksa, który nagrywa "na żywo", sygnał audio wprost z instrumentu? Zobaczymy.

Słuchawki

Po drugie, posłuszeństwa odmówiły moje ulubione słuchawki dokanałowe - to znaczy, nie tyle słuchawki, ile ich wtyk. Po podłączeniu do telefonu dźwięk nie był przełączany na słuchawki, bo telefon ich nie "rozpoznawał". Co ciekawe, jak tylko zastosowałem przedłużacz, to wszystko pracowało normalnie - czyli pewnie nie tylko wtyk jest wyrobiony, ale i gniazdo w telefonie. I chociaż używałem przez czas jakiś rozwiązania z przedłużaczem, to jest ono bardzo irytujące, głównie przez dużą pętlę przewodu oraz prosty, a nie kątowy wtyk.

Wymiana nie była jednak trywialna z uwagi na to, że udało mi się kupić jedynie wtyk TRS, zamiast oryginalnego TRRS (ten pierwszy to zwykły wtyk stereo, drugi umożliwia także korzystanie z mikrofonu i sterowania). I o ile od strony funkcjonalnej nie mam z taką zmianą problemów (i tak nie używałem tych słuchawek do rozmów), to po odcięciu zepsutego wtyku i zdjęciu izolacji okazało się, że zamiast 3 żył mam ich 6. Trzeba było się nieco doszkolić, więc poszukałem schematu kolorów dla kabelków, aby wydedukować, jak trzeba je połączyć z wtykiem TRS. Znalazłem tylko kiepskie jakościowo zdjęcie, więc "dla potomności" przerysowałem je w Corelu:

Z powyższego wynika, że żył jest tak naprawdę 5, bo biała to tylko linka wzmacniająca przewód. Żeby wszystko zadziałało, trzeba dodatkowo połączyć uziemienie kanału prawego i lewego, a przewodu mikrofonowego nie podłączać w ogóle (zabezpieczyłem go taśmą izolacyjną). Po przylutowaniu kabelków do odpowiednich pinów wtyczki słuchawki znów grają!

Lutownica oczyszczona i odwieszona na miejsce, drucik zwinięty czeka na kolejną okazję. Kiedy się przydarzy? Nie wiadomo, ale wielkim fanem lutowania raczej nie zostanę.

środa, 26 lutego 2020

[A] Jan Grabowski - Puc, Bursztyn i goście, cz. 5

To już ostatnie spotkanie z futrzastymi przyjaciółmi. Kluczowe wydaje się pytanie: co poczną Puc i Bursztyn, gdy panna Agata wyjedzie, zabierając ze sobą swoje psie skarby?

Zapraszam do słuchania!

Link do kanału na BandCamp:

poniedziałek, 24 lutego 2020

Estrada i Studio - zagubione wtyczki CM

Od lat kupuję czasopismo Estrada i Studio, które oprócz ciekawych treści umożliwiało dostęp do bogatego zbioru wtyczek opracowanych dla Computer Music. Wtyczki te były interesujące o tyle, że chociaż zwykle nieco "okrawano" je w porównaniu do wersji pełnych, to i tak były bogatsze niż wersje darmowe czy demonstracyjne. W ten sposób zdobyłem całkiem sporo przydatnego oprogramowania, m. in. Rob Papen RG CM czy Auburn Sound Panagement CM.

Jakiś czas temu "coś" się stało (domyślam się, że skończyła się jakaś umowa) i EiS zaczęła budować swoją własną bazę wtyczek od podstaw - i to z dość dużym rozmachem, bo pojawiały się wersje syntezatorów Dune czy Thorn. Jednocześnie dawało się - dla starszych numerów pisma - pobierać ten pierwotny, bogaty zestaw CM. Do czasu.

Ostatnio ktoś na Facebooku zapytał, jak można pobrać właśnie ten starszy pakiet. Pewny siebie, wszedłem na stronę AVT, skąd zawsze pobierałem cyfrowe treści dołączane do magazynu. No i okazało się, że po pierwsze "skasowano" moje odblokowania (żeby pobrać pliki, trzeba udowodnić, że kupiło się konkretny numer, wprowadzając trzy słowa z określonych miejsc magazynu), a po drugie, gdy odblokowałem kilka starszych numerów, nawet one mają podpięty tylko nowy pakiet, a po starym nie ma śladu.

Nie przypominam sobie, żeby Redakcja zająknęła się o tym na łamach pisma, nie znalazłem też nic na stronie WWW ani forum. Na zapytanie wysłane w formularzu kontaktowym na razie nie otrzymałem odpowiedzi.

Zakładam, że rzeczywiście jest tak, że po prostu zakończyła się umowa, na mocy której EiS mogło publikować wtyczki z Computer Music. Czy jest to kłopotliwe? Tak, bo w moim przypadku okazuje się, że np. na płycie Via z 2016 roku masowo używałem np. wspomnianego Rob Papen RG CM. Teraz mam już pełną wersję, jednak przy otwieraniu starych plików FL Studio raportuje, że potrzebuje wersji CM (ma ona inny identyfikator) - a niestety, nie mam jak jej zainstalować, bo... nie mam instalatora, a nie przewidując takiego obrotu sprawy, nie zrobiłem sobie jego kopii "na później".

Na szczęście znalazłem proste rozwiązanie (choć nie darmowe): po prostu kupiłem sobie cyfrowe wydanie Computer Music. Z pełnym pakietem wtyczek. Co przy okazji lektury numeru doprowadziło mnie do jeszcze innych wniosków, ale to temat na zupełnie inny wpis.

Co ciekawe, tak prosta rzecz, jak zakup cyfrowego wydania okazał się nad wyraz skomplikowany: najpierw musiałem założyć konto na stronie wydawcy i zakupić pismo, potem pobrać odpowiednią aplikację i założyć konto dla niej na stronie PocketMags i gdy już witałem się z gąską, konieczne okazało się założenie osobnego konta w serwisie FileSilo, gdzie udostępniane są cyfrowe dodatki do magazynu. Uf!

Tak czy owak, polecam to rozwiązanie czytelnikom Estrady i Studia, bo raczej nie spodziewam się, żeby w jakiś inny sposób można było odzyskać dostęp do wtyczek CM. Jeśli jednak ktoś z Redakcji odpowie na moje pytanie, dopiszę tu odpowiednią notatkę.

sobota, 22 lutego 2020

[O] Terminator: Mroczne przeznaczenie

Na początek prosto z mostu: jestem fanem "Terminatorów". Pierwszego i drugiego. Reszta jest słaba albo bardzo słaba - przynajmniej w moich oczach. Ale jako wierny fan od lat jestem zwodzony i oglądam każdą nową część, czekając na godną kontynuację "jedynki" i "dwójki". No i prawie się doczekałem.

Od razu zastrzegam, że filmu już dawno nie ma w kinach, więc nie zamierzam się przejmować zdradzaniem fabuły, która zresztą w każdym filmie z cyklu jest niezmienna: trzeba walczyć z terminatorem, który ma kogoś tam zabić. Czyli jest ofiara, jest kat i zwykle jest też obrońca czy też obrońcy, którzy wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi dają odpór niezniszczalnej (zdawałoby się) maszynie.

Takie prawie zakończenie

Jak wszyscy pamiętają z "dwójki", Sarah i John zniszczyli wszelki ślad po terminatorach, zatem firma Cyberdyne nie zbudowała SkyNetu, więc do dnia sądu nie doszło. Tak czy owak jednak, powstała inna sztuczna inteligencja, Legion, która z kolei postanowiła pozbyć się Dani Ramos (tak, tak, ona też ma się stać przywódcą ludzi i pokonać Legion). Co więc robi Legion? Wynajduje oczywiście podróże w czasie i wysyła w przeszłość terminatora (REV-9).

I tutaj mam największy żal do twórców. Bo jeśli już wzięli się za trzecią "kanoniczną" część, to mogli jednak wymyślić lepszą fabułę, zamiast odgrzewać kotleta sprzed ćwierć wieku. Czy Legion nie mógł być sztuczną inteligencją, powstałą współcześnie do akcji filmu, tylko sprytnie zakamuflowaną? Która na podstawie analizy mediów społecznościowych, e-maili itp. wytypowała przyszłego przywódcę ludzi i postanowiła się go zawczasu pozbyć? Mogłaby wysłać prototyp terminatora, niedoskonały na tyle, by spotkanie z T-800 było pełne niepewności - kto wygra?

Zamiast tego mamy hiper-mega-wypaśnego REV-9 (w tej roli niezły Gabriel Luna), który jest praktycznie niezniszczalny. Ma osobny szkielet i osobną powłokę, oczywiście zdolną do regeneracji i zmiany w kogokolwiek; umie podłączyć się do każdej sieci, obsługiwać wszelkie pojazdy i... tak, daje się pokonać.

Bo do obrony młodziutkiej Dani Ramos (Natalia Reyes) stają: emerytowana Sarah Connor (ponownie Linda Hamilton), emerytowany i zresocjalizowany T-800 (wiekowy już Arnold Schwarzenegger) i młoda, śliczna Grace (Mackenzie Davis), żołnierz z przyszłości, przysłana przez Dani-przywódczynię. Cała czwórka (bo Dani, naturalnie, nabiera wojowniczego ducha) dzielnie stawia czoła złowrogiemu terminatorowi i ostatecznie spuszcza mu śmiertelne manto. Nijak nie powstrzymuje to powstania Legionu, ale... No.

Spodobał mi się pomysł z "podwójnym" terminatorem, który potrafi się rozdzielić na powłokę i szkielet, za to nie spodobało mi się to, że także REV-9 potrafi zmieniać się w dowolnych ludzi (całkiem jak T-1000 z "dwójki" - a to przecież inna linia czasowa!). W ogóle beznadziejnie wtórne jest to, że Legion w zasadzie niczym nie różni się od SkyNetu. Jakby przyszłość MUSIAŁA wyglądać tak, że powstanie mordercza sztuczna inteligencja, która wymyśli podróże w czasie i będzie wysyłała takie super-terminatory w... bezsensowny sposób. Bo gdyby ta sztuczna inteligencja miała choć za grosz zdrowego rozsądku, to wysłałaby terminatora jakieś 100 czy przynajmniej 50 lat wstecz, żeby ubić rodziców czy dziadków przyszłego przywódcy. W tamtych czasach zaprawdę nikt nie podskoczyłby nawet modelowi 101 z "jedynki", który rozgniatałby ludzi jak muchy...

Fabularnie kicha, ale...

Ogląda się to podejrzanie dobrze. Stada błędów, nielogiczności, niespójności i idiotyzmów ostatecznie nie zabijają do końca frajdy, że oto mamy jednak jako-takie zamknięcie trylogii. Wprawdzie Natalia Reyes wypada bardzo blado na tle pozostałej czwórki (Hamilton, Schwarzenegger, Davies i Luna), ale za to efekty specjalne cieszą oko. Nie, żeby były jakieś przełomowe, zwłaszcza na tle np. "Avengersów", ale zrobiono je bardzo sprawnie.

Do tego jakoś tak miło zobaczyć staruszków Lindę i Arnolda, którzy mimo animozji pod koniec filmu oczywiście się ostatecznie godzą. Młoda Davis jako superżołnież Grace też daje radę - no i te oczyska! I chyba po raz pierwszy od 1991 roku dano nam terminatora, który jest groźny - REV-9 nie bawi się w rozmowy i jest "mentalnie" całkiem jak T-1000 (choć wiadomo, że do Roberta Patricka nie ma startu).

Wracając do meritum - ogląda się to całkiem fajnie, żegnając bohaterów ze świadomością, że (chyba) już żaden więcej "Terminator" nie powstanie. I dobrze, bo co za dużo, to niezdrowo.

piątek, 21 lutego 2020

czwartek, 20 lutego 2020

Age of Empires: Definitive Edition

Pierwsza wersja Age of Empires ukazała się jeszcze w 1997 roku, czyli prawie ćwierć wieku temu. Było to dwa lata po debiucie WarCrafta, a rok przed pierwszym StarCraftem - ech, co za czasy dla fanów strategii czasu rzeczywistego (RTS)! Osobiście najwięcej godzin spędziłem właśnie w produkcji o starożytnych cywilizacjach i jest to chyba jedyna gra, którą kupowałem tak wiele razy: pierwsza, nielegalna kopia na bazarze w Poznaniu (z polskawą lokalizacją zrobioną przez rosyjskich hakerów - słynne: "Zbierz swoji junity w celu wydobywania risorsów"), druga - pudełkowa wypasiona wersja kolekcjonerska (razem z Age of Empires II), trzecia - wersja wygodna w serwisie Steam, potem jeszcze wersja HD z podniesioną rozdzielczością grafiki i ostatecznie... Definitive Edition.

O co tyle szumu?

Dla niezaznajomionych z tematem: Age of Empires to gra, gdzie dostajemy pod opiekę garstkę ludzi i... rozwijamy cywilizację. To znaczy, zaczynamy zbierać surowce (są tu cztery rodzaje: drewno, żywność, złoto i kamień), budujemy (domy, baraki, porty, mury) i rozwijamy się. Ludzi nam przybywa, zasobów - ubywa (co zrozumiałe: jak wyeksploatujemy kamieniołom, to kamienie nie odrosną). Równocześnie gdzieś na mapie rośnie w siłę przeciwnik, który ma dokładnie te same możliwości rozwoju (aczkolwiek czasem pojawiają się różnice wynikające z dostępności do poszczególnych zasobów), więc raczej trzeba się uwijać, żeby na naszych słabych i nieuzbrojonych wieśniaków nie spadła horda zakutych w zbroje rycerzy, ciągnących jako wsparcie balisty i katapulty.

Walka niby nie jest konieczna - można próbować zawiązać sojusz czy płacić trybut przeciwnikowi, ale - przynajmniej grając przeciw komputerowi - koniec końców dojdzie do starcia, chyba że ustalimy inny warunek zwycięstwa (partia może się skończyć porównaniem "punktów rozwoju" po zadanym czasie lub po osiągnięciu zadanego pułapu). Warto więc choć trochę się uzbroić i zainwestować w technologie militarne.

Swoją drogą, bardzo żałuję, że nawet w tej najnowszej wersji nie ma trybu przeznaczonego wyłącznie dla jednego gracza, gdzie oprócz nas nie byłoby na mapie zupełnie nikogo. Żeby można było po prostu powolutku się rozbudowywać, rozwijać, zajmować kolejne obszary, unowocześniać - bo, powiadam Wam, jest coś bardzo relaksującego w obserwowaniu tych malutkich ludzików, jak się krzątają, wykonując swoje obowiązki; pieczołowicie wykonane modele budynków cieszą oko, a ubywanie zasobów zmusza do ekspansji lub rozwijania technologii.

Grać możemy na różne sposoby, na przykład w kampanię - wtedy komputer stawia nam zadania w rodzaju rozwinięcia się do odpowiedniego poziomu czy wybudowania konkretnej budowli. Moim ulubionym rodzajem rozgrywki są jednak samodzielne scenariusze - wybieramy swoją nację (jest tu cała lista starożytnych ludów: Rzymianie, Grecy, Aztekowie, Persowie, Sumerowie, Babilończycy, Egipcjanie itd.), liczbę przeciwników, wielkość i rodzaj mapy, warunki zwycięstwa i jazda! Oprócz tego można grać jeszcze po sieci z żywymi przeciwnikami, jednak mnie, pacyfiście, ten wariant zupełnie nie odpowiada, bo ludzie grają bardzo agresywnie i zwykle dążą do zbrojnej konfrontacji.

Definitive Edition

Jeśli chodzi o samą rozgrywkę, to między poszczególnymi edycjami nie ma różnic. Zmiany są widoczne w grafice - jest ona teraz bardziej szczegółowa, można robić nawet zbliżenia, zaś wszystko zachowuje charakter znany z oryginalnej wersji. W odróżnieniu od wersji HD, gdzie tylko dano możliwość korzystania z wyższych rozdzielczości, tu faktycznie wyrenderowano na nowo wszelkie obiekty, dzięki czemu gra sprawia bardzo dobre wrażenie.

Zmieniono też czołówkę i menu, ale na samą rozgrywkę to nie wpływa. Szkoda, że nie pokuszono się o wspomniany wyżej tryb dla budowniczych, którzy w ogóle nie chcą z nikim walczyć, choć w pewnym sensie da się to nieco obejść, odpowiednio dobierając parametry scenariusza: przy ogromnej mapie położonej na wyspach można nieco opóźnić spotkanie z przeciwnikiem, bo musi on zbudować i rozwinąć porty, by zdobyć statki, którymi dopiero może próbować nas atakować.

Ciekawostką jest to, że można w ustawieniach scenariusza wybrać rozgrywkę "klasyczną" i wtedy gramy w stareńkie Age of Empires, co pozwala docenić pracę włożoną w edycję Definitive.

Czy to się broni?

Age of Empires, jeśli chodzi o styl rozgrywki, jest prosta i nieco już dziś archaiczna. Jednocześnie ta prostota jest wciąż uzależniająca - wierzcie mi, że jak zacznie się grać, to oderwać się nie sposób: "a, tu jeszcze postawię stajnie; o, a ty do roboty, wydobywaj kamień! hm, przydałby się port, bo żywności mało; postawię im tutaj magazyn, żeby za daleko nie chodzili; o, mogę wybudować uniwersytet?" I tak to się toczy, ludziki chodzą, wykonują karnie swe zadania, po mapie włóczą się dzikie zwierzęta, w morzach i rzekach kłębią się ryby, a wszystko takie ładne!

Dobra, czas wybudować koloseum!

środa, 19 lutego 2020

poniedziałek, 17 lutego 2020

[W] Uwaga! Zły pies!

Mieszka z nami pies. A tam, gdzie mieszka pies, na płocie czy furtce musi prędzej czy później pojawić się stosowna tabliczka z ostrzeżeniem dla ewentualnych gości, żeby mieli świadomość, co im grozi po wejściu na posesję. A że w sklepach brakowało tabliczki z odpowiednim rysunkiem i przekonującym napisem, trzeba było pochylić się nad problemem samodzielnie.

Na szczęście przygotowanie tabliczki nie wymaga ani klejenia, ani łączenia desek - wystarczy kawałek sklejki i już. No i wypalarka. No i lakier.

Tabliczka wisi, więc od teraz każdy wchodzi na własną odpowiedzialność. Rzekłem!

niedziela, 16 lutego 2020

[S] Wiosna w lutym?

Idzie sobie człowiek w lutym na spacer, a tu pierwsze pączki z listkami na drzewach i krzewach... I niby fajnie, koniec zimy, ale... tej zimy przecież w ogóle tym razem nie było! Ani przez jeden dzień nie leżał śnieg! Nikogo nie trzeba przekonywać, że to niedobrze i nie wróży najlepiej na przyszłość. Tym razem zatem zielone odkrycia nie cieszą tak, jak zwykle.

Przysłona: f/3,8, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3,2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/7,1, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/7,1, Czas: 1/250 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3,2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/5, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/640 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Jako bonus - leśny szałas:

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Lubicie storczyki?

To fascynujące rośliny o wyjątkowo pięknych kwiatach. Dla mnie - jedne z najtrudniejszych do fotografowania, głównie z uwagi na trójwymiarowość. Oczywiście inne kwiaty również są trójwymiarowe, ale storczyki... bardziej. Chodzi o to, że mają one tylko jedną oś symetrii (a czasem i tej nie ma), więc trzeba albo używać dużej głębi ostrości, albo zdecydowanie wybierać, co ma być ostre na zdjęciu. Czasem więc zdjęcia się udają, a czasem - nie...

Przysłona: f/2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/2500 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/3200 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/3,5, Czas: 1/2500 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/9, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3,5, Czas: 1/1000 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3,5, Czas: 1/1250 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

sobota, 15 lutego 2020

Chwila na grę

Tak się zarzekam, że nie gram już w gry - a gram przecież. Tylko, że rzadko na komputerze, dużo częściej na smartfonie. Wprawdzie nie dużo, ale za to często. Bo tak się jakoś zdarzyło, że wciągnąłem się.

Sudoku

O uzależnieniu od Sudoku pisałem już rok temu, ale od tego czasu dokonałem przeglądu rynku cyfrowych adaptacji tej gry. Wprawdzie wygodniejszej w obsłudze od Genina Sudoku nie znalazłem, ale za to wersja proponowana przez KraiSoft jest ładna, czytelna i ma coś, co pozwala podtrzymywać nałóg: codzienne wyzwania. Czyli jedno sudoku na dobę do rozwiązania. Niby nic, dostaje się za to tylko wirtualną gwiazdkę, rozświetlającą dzień w kalendarzu. Ale już samo to wystarczy, by chcieć gwiazdkami zakryć cały miesiąc (a potem kolejny)...

Słówka

Na podobnej zasadzie "działa" Word Search, czyli wykreślanka słówek. Tutaj jednak cel jest nieco bardziej utylitarny, bo grając poznajemy nowe angielskie słówka (ale spokojnie, są też "medale" za osiągnięcie dzienne). W odróżnieniu od wykreślanki używanej poprzednio, ta oprócz normalnego trybu (słówka są widoczne nad planszą i "wystarczy" je odszukać) ma drugi tryb, bardziej wymagający: nad planszą widnieje hasło, opisujące szukane wyrazy (np. litery słownie). Trzeba więc najpierw domyślić się interpretacji (czyli że w podanym przykładzie chodzi o słówka w rodzaju: alpha, bravo, charlie), a potem dopiero znaleźć je na planszy.

Sznurki

Tak roboczo nazywam grę HEX, bo polega na tym, żeby z pomieszanych kawałków ułożyć zapętloną całość bez wolnych "końcówek". W tę grę gram rzadziej, bo w sumie nie jest to żadne wyzwanie - ot, klik, klik i obrazek ułożony. Ale czasem powstałe ornamenty są bardzo intrygujące.

I to tyle

Nie ma tego dużo, jak sami widzicie. Gry są prościutkie, nie zajmują wiele miejsca w telefonie i zagrać w nie można wszędzie, zwykle wystarcza 5-10 minut. Nic, idę, trzeba sudoku ułożyć.

piątek, 14 lutego 2020

czwartek, 13 lutego 2020

Quozio

Dzisiaj ciekawostka dla osób, które uwielbiają wklejać cytaty znanych (i mniej znanych) ludzi - istnieją serwisy do generowania cytatów, na przykład https://quozio.com/:

Szczerze mówiąc, rozbawiło mnie to nieco - w końcu zrobienie podobnego obrazka nawet w systemowym Paintcie nie powinno być dla nikogo problemem. Ale potem pomyślałem sobie, że w sumie to nie jest takie głupie - bo jak się potrzebuje takiego cytatu na szybko, to się okazuje, że trzeba jeszcze tło dobrać, czcionki odpowiedniej poszukać (a może i zainstalować, bo te istniejące nie pasują?). No i z prostego zadania robi się trochę bardziej skomplikowane.

Idąc tym tropem, oczywiście odkryłem wiele przykładów podobnych, przydatnych stronek: do generowania "cytatów z Paolo Coelho", do robienia efektownych nagłówków, do tworzenia memów w każdej popularnej postaci itp. W sumie powódź obrazków w internecie zalewa nas nie bez powodu, prawda?