piątek, 31 sierpnia 2018

Podział

Od dłuższego czasu coraz więcej na moim blogu wpisów związanych z muzyką, a coraz mniej z grafiką i fotografią. Nie czas i miejsce, by dociekać teraz przyczyn, niemniej osoby, które zaczynały czytać mojego bloga lata temu, mogą się czuć zawiedzione dużą liczbą mało interesujących wpisów. Postanowiłem zatem założyć osobnego bloga "muzycznego", żeby nie zaśmiecać strony Ladaco. Od teraz nie będą się już tutaj pojawiały wpisy związane z muzyką lub oprogramowaniem muzycznym. Myślałem, czy nie usunąć istniejących (są przeniesione na nowego bloga), ale szkoda mi komentarzy, więc raczej zostaną.

Zatem zapraszam na https://gadesound.blogspot.com/!

środa, 29 sierpnia 2018

Tysiąc książek w jednej

Nie pasuję do statystyk

Lubię książki - bardzo. Zawdzięczam to Tacie, który od małego zapewniał mi lektury - od Bahdaja, przez Szklarskiego, Nienackiego, Ożogowską po Niziurskiego i Sienkiewicza. Czytałem dużo i czytam nadal, chociaż z niepokojem zauważam, że coraz częściej zdarzają mi się dłuższe przerwy, po których "nadrabiam". Szacuję, że tak czy owak rocznie pokonuję ponad 50 tomów, co wprawdzie nie jest żadnym rekordem, ale w końcu w czytaniu nie o rekordy chodzi.

Z czytaniem jest jednak pewien problem - gdzieś trzeba te wszystkie książki trzymać. Tata ma sporą biblioteczkę, idącą w tysiące tomów, ja poszedłem w inną stronę. Mnie bowiem uwiódł Kindle.

Elektronika? Ble!

To w sumie dość ciekawe, bo zasadniczo nienawidzę czytać na ekranie (laptopa czy smartfona). Kiedy jednak po raz pierwszy zobaczyłem e-papier w Kindle'u, wiedziałem, że to urządzenie dla mnie. Nie chcę tutaj zachwalać konkretnego modelu i skupiać się na osiągach technicznych, bo w sumie jest to najmniej interesujące w całej sprawie.

Mnie się w Kindle'u podobają trzy rzecz: rozmiar, długość pracy na baterii oraz jakość "papieru". Rozmiar to ok. 16x11cm, bateria wytrzymuje (realnie) ok. 2-3 tygodnie czytania przez 2-3h dziennie (w Kindle'u bez podświetlania - a taki mam - liczy się przede wszystkim "przewracanie stron").

Zaś e-papier różni się zasadniczo od ekranów monitorów i smartfonów. Podstawową różnicą jest to, że nie potrzeba energii do podtrzymania jego zawartości. E-papier składa się z malutkich elementów, które mają białą i czarną stronę. Przy wyświetlaniu strony są one odpowiednio obracane i pozostają w tej pozycji. Rozmiar "pikseli" jest na tyle mały, że umożliwia wygodne czytanie (chociaż - przynajmniej w modelu Classic - widać "schodki" na krawędziach liter). Wielkość marginesów, liter czy krój czcionki można sobie zmienić w ustawieniach (o tym prawdziwe książki mogą pomarzyć).

Biblioteka w kieszeni

Najfajniejsze w Kindle'u jest jednak to, że mogę na nim zmieścić całkiem sporo książek. I przez "sporo" rozumiem naprawdę dużo, czyli ponad 500 pozycji (w zależności od wielkości, zwykle książki mają od 1 do 2MB). Dodatkowo, dzięki połączeniu wi-fi, mogę książki przesyłać bezprzewodowo prosto ze sklepu, gdzie je zakupiłem.

Można też, naturalnie, książki wgrywać "po kabelku", więc jeśli ktoś nie chce podpinać urządzenia do sieci, nie musi.

Kindle akceptuje format MOBI/PRC/AZW/TXT, da radę wyświetlić PDF (choć ma do tego trochę za mały ekran), Amazon umożliwia przesłanie na niego także dokumentów DOC, DOCX, RTF, HTML, JPG, GIF, PNG (dokonywana jest wówczas konwersja "w tle"). Popularny format EPUB trzeba samodzielnie konwertować na MOBI.

Wady

Klasyczny Kindle ma wadę identyczną, jak prawdziwe książki: da się go czytać tylko, jeśli dysponujemy jakimś źródłem światła. Nowsze modele (poza lepszą rozdzielczością ekranu) dysponują także podświetleniem, więc jeśli komuś zależy, znajdzie egzemplarz dla siebie.

Za wadę można uznać też konieczność ładowania, ale jest to na tyle sporadyczne, że w praktyce nie przeszkadza.

Dla niektórych największą wadą Kindle'a jest to, że nie jest książką. Papierową, pachnącą. Wiecie, o czym mówię? Też tak wcześniej myślałem - i w sumie myślę do tej pory. Bo książka, taka fizyczna, to coś więcej niż nośnik literek. Tego się nie da oddać elektronicznie.

A jednak lubię!

Mimo uwielbienia dla książek, uwielbiam też Kindle'a. Jest idealny podczas podróży, nie trzeba go ładować (jak smartfona) co dzień lub dwa, po przeczytaniu jednej książki mogę od razu zacząć kolejną (mam zawsze pewną pulę nieprzeczytanych pozycji "na wszelki wypadek"). To jeden z tych gadżetów, o których myślisz po czasie: "jak mogłem bez tego żyć?". Serio. Wielbicielom czytania - szczerze polecam.

Gaz nikogo nie obchodzi

Dziś historia prosto z życia pana K. Jak wiecie lub nie, pan K. kupił dom-bliźniak i po wielu, wielu nerwowych miesiącach ma się do niego wkrótce wprowadzić, zostało tylko kilka rzeczy do załatwienia, między innymi uruchomienie pieca gazowego.

Serwisant pieca został umówiony na czwartek. Przyjechał, porobił analizy spalin, wyjaśnił obsługę, podbił książeczkę i pojechał. Prosta sprawa. Pan K., jako że jeszcze nikt w domu nie mieszka, piec wyłączył, gaz zakręcił.

W sobotę pan K. wraz z rodziną przyjechali do domu. Pan K. zajął się skręcaniem mebli, córka - zabawą, a żona pana K. - porządkami w łazience. I to ona pierwsza poczuła zapach gazu. Faktycznie, przy zamkniętych drzwiach od łazienki czuć było gaz. Piec został wyłączony, gaz zakręcony. Serwisant nie odbierał telefonu.

W poniedziałek pan K. wziął urlop, żeby oddać się błogiemu załatwianiu spraw w urzędzie gminy - zgłoszenie do podatku, umowa na śmieci, zameldowanie. Dodatkowo trzeba było coś zrobić z tym nieszczęsnym gazem.

Pierwszy poddał się serwisant - po dodzwonieniu się stwierdził, że on odpowiada za piec, a nie za przyłącze, więc on się tam niczym nie będzie zajmował. Może pogotowie gazowe?

Pogotowie gazowe zdecydowanie się od sprawy odcięło - oni do domów nie wchodzą, mogą co najwyżej odciąć główny zawór.

Pan K. ma u operatora gazowego wykupioną specjalną usługę "Serwisant 24h", która teoretycznie powinna zapewnić nam pomoc gazownika w ciągu czterech godzin od wezwania. Pan K. zadzwonił - ale niestety! Umowę z operatorem podpisywała żona i opryskliwy pan po drugiej stronie słuchawki miał gdzieś, że pan K. ma w ręku umowę, ma PESEL, że gaz się ulatnia. Przykro mu i tyle.

Na deser został zatem deweloper. Ten z marszu, jak w każdej sprawie, zdecydowanie wyparł się jakiejkolwiek odpowiedzialności. To nie on źle zamontował. Panie, tam były dwie próby szczelności po 12 godzin każda! Jak może się coś ulatniać?! To pewnie wasi fachowcy stuknęli młotkiem w rury i coś pękło! Ja was zgłoszę do nadzoru budowlanego i gazowni!

W końcu jednak dewelopera chyba sumienie ruszyło, bo zadzwonił do pana K. i zapowiedział przyjazd z gazownikiem. I wykonanie dokumentacji fotograficznej na potrzeby zgłoszenia do nadzoru budowlanego. Pan K. zaprasza.

Przyjechali we trójkę. Deweloper, jakiś nieznajomy i gazownik-fachowiec. Fachowiec najpierw podstawił czujkę - gaz leci, czujka piszczy. Dokręcenie rury nie pomogło - leci dalej. Więc fachowiec odkręcił rurkę, wymienił uszczelkę i dokręcił. Nie leci. Czyli jednak zły montaż, a nie stukanie młotkiem? Deweloper uciekł do samochodu.

Kiedy wyszli, pan K. popatrzył smutno na piecyk. Stracił do niego zaufanie. I do wszystkich ludzi z nim związanych.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Weekendowe kręcenie

No, może nie tyle kręcenie, co skręcanie. A jeśli skręcanie, to mebli, choć wyjątkowo nie z Ikei. Tak czy owak - dwa śmiało można z półtorej dniówki wyliczyć. I całe szczęście, że mam już wkrętarkę, bo bez niej chyba po już po sobocie odpadłyby mi ręce...

Teraz jeszcze "tylko" skręcenie łóżka i pokoi Perełki będzie umeblowany. Pomijam rozstawianie tego wszystkiego, bo to już będzie przysłowiowy "pikuś".

piątek, 24 sierpnia 2018

[O] John Grisham - Adept

Trwa ciągle "faza Grishama" - pochłaniam kolejne tytuły i tym razem padło na "Adepta", który był już wydany w Polsce pod tytułem "Prawnik" (swoją drogą, strasznie nie lubię, jak wydaje się tę samą powieść pod różnymi tytułami - mam wrażenie, że bardziej niż o względy merytoryczno-językowe chodzi tu o zmylenie czytelnika, który kupi daną książkę, "bo jej nie czytał"; a wierzcie, wydawcy, nie każdy rzuca się do przeczytania streszczenia na okładce!).

Szybko o fabule

O fabule nie ma się co za bardzo rozpisywać: młody prawnik, Kyle McAvoy, zostaje zmuszony do pracy dla wielkiej kancelarii adwokackiej i podjęcia działań niezgodnych z etyką zawodową. W tle przewijają się firmy, FBI, pieniądze, piękne kobiety i zastępy prawników.

Co nieco smęcenia

Książkę czyta się szybko i z zaangażowaniem (przynajmniej tak było w moim przypadku), bo akcja - choć niespieszna - dostarcza odpowiedniej dozy napięcia, zwłaszcza w drugiej części. Głównego bohatera da się od biedy nawet polubić, choć nie jest jakimś wyrazistym charakterem. Świetnie za to (jak zwykle) oddana jest rutyna prawniczego życia w światowej klasy kancelarii - wyrabianie 100 godzinnej tygodniowej normy przez "narybek", bezwzględność szefostwa, sztuczne ludzkie oblicze korporacji. To wszystko pochłania się bez mrugnięcia okiem, człowiek zastanawia się tylko, czy 200 tysięcy dolarów rocznie jest warte spędzania 20 godzin dziennie w TAKIEJ pracy? Rywalizacja, czyhanie na potknięcia, sypianie w biurze, lizusostwo... Taka jest cena za dochrapanie się stanowiska wspólnika i zarabiania ponad miliona rocznie.

Jest to jedna z tych książek Grishama, gdzie mimo dużego "stężenia prawników" na pojedynczą stronę ani razu nie wchodzimy na salę sądową. Paradoksalnie jednak nie przeszkadza to w ogóle w lekturze, choć (UWAGA! SPOILER!) chciałoby się zakończenia z błyskotliwym procesem i pognębieniem "tych złych".

W czym problem?

Mam spory problem z tą książką - przez 90% jes niezła (mimo niezaprzeczalnych podobieństw do lepszej - moim zdaniem - "Firmy"), jednak zakończenie mnie rozczarowało. Jest jakieś... otwarte, jakby Grisham planował napisanie kontynuacji. A w przypadku takiej powieści, jak mawiał klasyk, "to się nie godzi".

Im też więcej czasu mija od lektury, tym mniej przekonuje mnie motywacja głównego bohatera. Niby jest to wszystko jakoś uzasadnione, ale koniec końców - zwłaszcza patrząc na zaprezentowane zakończenie - rzecz chyba dałoby się zamknąć jedną rozmową, a powieść miałaby wtedy maksymalnie 50 stron.

Nie jestem więc w pełni zadowolony - mimo że nie żałuję poświęconego czasu, chciałbym lepszego zakończenia. Możliwe, że to tylko moje subiektywne odczucie, jednak musiałem o tym napisać.

Czyczyczytać?

Myślę, że warto - moim zdaniem przynajmniej. Jeśli jednak ktoś zaczyna dopiero przygodę z twórczością Grishama i ma do wyboru "Firmę" albo "Adepta/Prawnika", to poleciłbym zdecydowanie "Firmę". Bo to po prostu lepsza książka jest.

czwartek, 23 sierpnia 2018

[M] Cubase stary i Cubase nowy

Człowiek stary jest, a głupi. Taka refleksja naszła mnie, kiedy znalazłem banalne rozwiązanie trudnego (zdawałoby się) problemu. Pisałem już kiedyś, że używam Cubase w wersji 9.5, z którą jest związana pewna zagwozdka. Otóż od wersji 8 Cubase jest aplikacją czysto 64-bitową, co skutkuje tym, że akceptuje również wyłącznie 64-bitowe wtyczki VST (a i to nie wszystkie - każda wtyczka jest skanowana i "oceniana" przez tzw. Sentinela, który w razie "wątpliwości" umieszcza ją na black liście i nie pozwala z niej korzystać)

No i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że przez ostatnie lata udało mi się w Cubase popełnić parę utworów - m. in. "Neptunus". Użyłem w nich kilku darmowych instrumentów VST, które istnieją wyłącznie w wersji 32-bitowej (i wiem na pewno, że nie powstaną wersje 64-bitowe - pisałem o tym z ich autorami). Oznacza to tyle, że w wersji 9 Cubase'a nie dam rady prawidłowo wczytać takich projektów...

Pierwszy pomysł

Początkowo chciałem wyeksportować dane problematycznych ścieżek do MIDI, wczytać je np. do FL Studio, podpiąć odpowiedni instrument (FL Studio jeszcze potrafi obsługiwać wersje 32-bitowe) i wykesportować pliki audio, które mógłbym wczytać z powrotem do Cubase'a. Kłopot jednak był taki, że o ile po nieudanym wczytaniu projektu do Cubase'a można od biedy dojść, na jakiej ścieżce była ustawiona jaka wtyczka, to nie da się dojść, jakie miała spreparowane brzmienie (o ile w ogóle był tam standardowy preset).

Jak zapytać Wujka Gugla?

Jako że obecnie mam od dłuższego czasu zainstalowanego Cubase'a w wersji 9.5, nie uśmiechało mi się przeinstalowywanie go, później przywracanie środowiska, walka z licencjami itp. Zacząłem zatem szukać w Google'u rozwiązania, a pytanie brzmiało: jak uruchomić wtyczki 32-bitowe w aktualnej wersji Cubase'a? Właśnie to pytanie okazało się być źródłem późniejszej straty czasu i narastającej frustracji.

Oczywiście, w wynikach wyszukiwania z marszu natrafiłem na dwie tezy: 1 - nie da się oraz 2 - trzeba użyć JBridge'a. Przyjrzałem się JBridge'owi. To taki sprytny programik, który skanuje wybrany folder z wtyczkami i tworzy ich "zmostkowane", 64-bitowe wersje. Te z kolei powinny dać się zaimportować do Cubase'a i działać bez problemów. Postanowiłem spróbować.

Eksperyment udał się częściowo - tzn. program wykrył odpowiednie wtyczki i stworzył 64-bitowe odpowiedniki. Niestety, cubase'owy Sentinel zdecydowanie odmówił uznania ich za pełnoprawne wtyczki i nie pozwolił na uruchomienie...

Do rzeczy - rozwiązanie

Byłem już w zasadzie pogodzony z porażką, kiedy do głowy przyszło mi inne rozwiązanie. Skoro nie można tych wtyczek uruchomić na wersji 9.5, trzeba... uruchomić je na wersji 7! Drugie pytanie do Wujka Gugla brzmiało zatem: jak zainstalować wersję 7 równolegle do 9.5? I to był strzał w dziesiątkę!

Okazało się bowiem, że nie ma najmniejszych problemów, żeby obok wersji 9.5 mieć także wersję 7. Obie instalują się w osobnych folderach i jedyne, co mogą (ale nie muszą) współdzielić, to wtyczki. Najprostsze rozwiązanie, jakie może być. I co, człowiek stary jest, a głupi, nie?

Co dalej?

Odtąd poszło z górki - stary Cubase zainstalował się bez problemów i bez problemów wczytał "trefne" utwory. Teraz pozostała tylko decyzja: skonwertować ścieżki korzystające ze "starych" wtyczek do audio czy wymienić instrumenty na jakieś 64-bitowe z podobnymi brzmieniami? Postawiłem na wariant pośredni: zachowałem stare brzmienie jako audio, a w miejsce starych instrumentów podczepiłem nowe. Teraz wystarczyło poszukać zbliżonych brzmień, zapisać projekt i już w wersji 9.5 nie ma problemu z otwieraniem.

Nauczka

Po co w ogóle piszę o takiej trywialnej sprawie, w dodatku ośmieszając samego siebie? Bo to dobra nauczka na przyszłość i nie dotyczy tylko muzyki - trzeba na każdy problem spróbować spojrzeć z kilku stron, zwłaszcza jeśli pierwotny pomysł nie przynosi efektów. No i nie należy bać się najprostszych rozwiązań. Jak to ludzie mówią? W prostocie siła!

wtorek, 21 sierpnia 2018

[O] John Grisham - Samotny wilk

Wspominałem niedawno, że miałbym ochotę przeczytać coś Grishama. Faktycznie, lektura Outsidera Stephena Kinga przypomniała mi o książkach autora Klienta, Firmy czy Raportu Pelikana. Tutaj - podobnie jak u Kinga - nie jestem z tytułami na bieżąco, więc dość losowo wybrałem Samotnego wilka. Przy okazji udało mi się zaktualizować Kindle'a i skonfigurować stronę Amazona, żeby przesyłać wygodnie książki za pomocą wi-fi.

Co nieco o treści

Powieść opisuje losy prawnika, Sebastiana Rudda, który jest "adwokatem ulicy", czyli podejmuje się obrony największych szumowin (w myśl zasady, że każdy zasługuje na obrońcę). Rudd jest samotnikiem, którego jedynym towarzyszem jest Partner - kierowca, ochroniarz i człowiek do wszystkiego.

Bohater opowiada nam swoje losy z własnej perspektywy, co jest ciekawym zabiegiem, zwłaszcza podczas śledzenia procesów na sali sądowej. Całość akcji podzielona jest na kilka części, które teoretycznie są osobnymi opowieściami, jednak ostatecznie splatającymi się w jedną historię.

Stary, dobry Grisham

Podczas lektury bawiłem się bardzo dobrze, choć nie bardzo przepadam za pierwszoosobową narracją. Zwłaszcza prowincjonalny proces domniemanego gwałciciela i mordercy dostarczył sporo przyjemności - nie ma to jak być świadkiem starannie przygotowanego wystąpienia adwokata, który walczy z ukartowanym procesem. Za to właśnie lubiłem poprzednie powieści Grishama.

Pozostałe części też są bardzo dobre, a powiązania między nimi dostarczają dodatkowych "smaczków". I choć zakończenie nie bardzo mnie przekonuje, to nie mam wrażenia straconego czasu.

Co tam jeszcze?

Samotny wilk sprawił, że nabrałem chęci na kolejne powieści Grishama. Przeczytałem właśnie cały wydany cykl Theodore Boone, aktualnie na tapecie znajduje się Adept, a w poczekalni - Bar "Pod Kogutem". Jestem zatem "w ciągu" i przez ostatnie dwa tygodnie nadrobiłem półroczne zaległości w czytaniu beletrystyki (bo oprócz Grishama poczytałem trochę Agathy Christie, której powieści znalazłem na odkurzonym Kindle'u).

Polecam zatem - mam wrażenie, że wahnięcia formy są u Grishama mniejsze niż u Kinga.

[M] Output - dziwna sprawa

W swojej bogatej bibliotece instrumentów wszelakich mam grupkę aplikacji, wydanych pod szyldem Output - między innymi znajduje się tutaj Substance, Analog Strings, Analog Brass & Winds, Arcade, Exhale czy Signal. Jako że od jakiegoś czasu pracuję nad materiałem na nową płytę, zacząłem się zastanawiać, dlaczego tak mało wykorzystuję produktów Output, mimo że niegdyś wydawały mi się rewolucyjne i rewelacyjne?

Początki - Analog Strings

Od tego instrumentu zaczęły się moje kontakty z Output. Analog Strings miało być idealnym rozwiązaniem w czasie, kiedy poszukiwałem (intensywnie) dźwięków smyczków i padów (których nigdy nie jest mi dosyć). Prezentacje w necie - wspaniałe. A gdy instrument znalazł się u mnie - rozczarowanie. Chociaż może to za dużo powiedziane - jest tutaj sporo świetnych brzmień, jednak to nie do końca było to, czego oczekiwałem. Analog Strings trafiło więc na półeczkę "kiedyś się przyda", przegrywając z PadShopem Pro Steinberga oraz Luftrumowym Lunarisem.

Reszta

Podczas jednej z wyprzedaży udało mi się okazyjnie kupić całą resztę produktów Output jako tzw. bundle. Nastawiałem się głównie na dwa produkty: Movement (efekt) i Substance (brzmienia basowe), ciekawy też byłem Exhale'a i Signala (którego miałem wcześnie w darmowej wersji demo i jego brzmienia mi się podobały).

Movement jest chyba najczęściej obecnie używanym przeze mnie produktem od Output - potrafi nawet z nieciekawej barwy wykrzesać sporo energii. Odsunął w cień nawet ShaperBox od CableGuys i Gatekeepera od Polyverse.

Substance do tej pory się nie przebił i przegrał zdecydowanie nie tylko z Trilianem, ale nawet z SubBoomBassem. Stanął obok Monarka, który też miał być spełnieniem marzeń, a jest rzadziej używany przeze mnie niż Mini V Arturii.

Osobno - Arcade

Arcade to nowość od Output - i pierwsza aplikacja tego producenta, dostępna w abonamencie. Póki co, używam w ramach stu dni okresu próbnego, bo nie jestem jeszcze do tego produktu przekonany. To ciekawe połączenie samplera i odgrywarki pętli. Mamy tu do czynienia z zestawami pętli i sampli, które ładujemy jednocześnie i wyzwalamy osobnymi klawiszami. Do tego mamy do dyspozycji różne efekty, które możemy w czasie rzeczywistym aplikować do odgrywanych dźwięków (dostępna jest również automatyzacja).

Instrument jest ciekawy zwłaszcza pod kątem tworzenia warstwy rytmicznej i tego typu zestawów dźwięków jest tu najwięcej. Przyznam, że zaciekawił mnie bardzo na początku, ale teraz już nie jestem do niego tak przekonany.

O co więc chodzi?

W zasadzie sam nie wiem, dlaczego nie używam tych (przecież świetnych) instrumentów. Może odstrasza mnie ich dziwny (ale konsekwentny) interfejs użytkownika? Czy raczej bardzo nowoczesne, ostre brzmienie? Podejrzewałbym raczej to drugie - bo z tych właśnie powodów rzadko obecnie używam Thorna czy Serum. Ich brzmienia są ostre, sterylnie czyste, wyraźne i to mnie do nich - paradoksalnie - zraża. Wiem, okropnie to głupie, bo przecież nie jest trudno zdegradować jakość brzmienia (w drugą stronę jest to bardziej problematyczne). Ale ja kocham miłe, ciepłe i "przytulne" brzmienia.

Czy produkty od Output mają jeszcze jakąś szansę? Tak - właśnie wczoraj na to wpadłem, podczas budowania utworu "Lead". Potrzebuję "innych" brzmień. Żeby nowa płyta brzmiała inaczej i miała własny charakter. Stąd sięgnięcie po Signal oraz Movement. Zobaczymy, jak to się potoczy.

PS. Pisałem już, że nie mogę się doczekać przesiadki na stacjonarny komputer z dużą pamięcią i dwoma monitorami? I na duże klawiatury? A tu jeszcze pewnie miesiąc przynajmniej oczekiwania...

czwartek, 9 sierpnia 2018

[O] Stephen King - Outsider

Krótki wstęp

Zasadniczo bardzo lubię prozę Stephena Kinga. Cenię jego celność w tworzeniu charakterystyk postaci, wiecie, te drobne smaczki, dzięki którym nawet drugo i trzecioplanowe postacie mają jakiś indywidualny rys.

Jednocześnie mam z Kingiem pewien problem - nie śledziłem jego dokonań z ostatnich 10-15 lat i tylko z opowiadań czy wrażeń innych dowiaduję się, że albo "King jest ciągle w formie", albo że "King się skończył". Cóż, pewnym wyznacznikiem dla mnie osobiście była dwa czy trzy lata temu lektura "Bastionu". Mnie osobiście "Bastion" nie zachwycił, bardziej wymęczył, był jednak sygnałem, że King potrafi eksperymentować i zaskoczyć (czy pozytywnie, to inna sprawa).

I w sumie z takiej właśnie pozycji przeczytałem "Outsidera" - żeby zobaczyć, z czym King sobie tym razem poeksperymentuje.

Rzut oka na fabułę

Oczywiście, postaram się niczego nie zdradzać bardziej niż wydawca - fabuła z grubsza rzecz biorąc bazuje na pojawiającym się już w literaturze pomyśle oskarżenia szanowanego i lubianego obywatela o potworną zbrodnię. Policja i prokuratura dysponują niepodważalnymi dowodami, ale... takimi dysponuje też oskarżony. Co się wydarzy?

Przyznam szczerze i bez bicia, że wciągnąłem się w opowieść, która postawiła mi przed oczy najlepsze dzieła Johna Grishama. Po prostu nie sposób się oderwać od czytania, gdy na kolejnych stronach ma się niby pojawić wyjaśnienie kolejnej sprzeczności, zeznanie kolejnego świadka czy kolejny węzeł niepewności. Naprawdę świetna robota.

Półmetek

Tutaj ostrzeżenie dla osób, które nie czytały, a nie chcą sobie psuć frajdy - zacznijcie lekturę powieści, a tutaj wróćcie później.

Bo w tym momencie zaczynają się moje bardzo mieszane uczucia co do "Outsidera". W zasadzie sam jestem sobie winien, bo zaczynając czytać i mając gdzieś z tyłu głowy wizję eksperymentującego Kinga wmówiłem sobie, że to rzeczywiście będzie powieść kryminalna (albo thriller), właśnie w stylu Grishama. Dużo policyjnej roboty, jeszcze więcej sztuczek prawników po jednej i drugiej stronie, szukanie śladów i dowodów, przekonywanie ławy przysięgłych. Może wyrok i jakaś fabuła więzienna? Rozumiecie mnie?

Tymczasem King doprowadza czytelnika do ściany, kiedy to obustronne sprzeczności tworzą sytuację bez logicznego wytłumaczenia. I wtedy pojawia się, tak trochę mimochodem, element nadprzyrodzony, w który bohaterowie (i my) musimy uwierzyć, żeby przebrnąć przez drugą połowę książki.

No i właśnie - gdybym się do tej książki nastawił jak do Kinga-straszyciela, to ok, byłoby to do przełknięcia, a może i polubienia. Ale zdążyłem się przez pół książki mocno zafiksować na kryminale, w którym liczymy na zaskakujące, ale jednak realne rozwiązanie. I to było moim największym rozczarowaniem - że King wybrał tak proste (czy wręcz prostackie) rozwiązanie spiętrzonej fabuły. Zamiast błyskotliwej wolty, inteligentnego rozwikłania zdawałoby się nierozwiązywalnego problemu mamy rzeczywiście problem nierozwiązywalny na gruncie logiki i praw fizycznych, który można wyjaśnić tylko na gruncie, hm, mistycznym...

Poza tym zdecydowanie wolę być straszony przez coś nieznanego, nieuchwytnego i najlepiej - bezosobowego. Czyż to nie przeraża najbardziej? Zwykli ludzie robiący okropne rzeczy? Jakieś nieznane siły, popychające ich w odmęty obłędu czy paranoi? Głosy, szepty, cienie - wszystko to zamiast (może i tajemniczej, ale jednak osobowej) postaci "tego złego", który w dodatku ma jakieś dogodne moce, pozwalające mu pchać fabułę w obranym przez pisarza kierunku? Myślę, że dlatego właśnie nie podszedł mi "Bastion" i dlatego mam bardzo mieszane uczucia względem "Outsidera" - wolę bezosobowe zło, tkwiące gdzieś, zaklęte i wpływające na losy bohaterów. Jak w moim ulubionym "Cmętarzu zwieżąt" czy klasycznym już "Lśnieniu".

Słowo na koniec

No i co - można dojść do wniosku, że książka Kinga nie podeszła mi, bo była książką Kinga, a nie Grishama. Troszkę tak właśnie chyba jest - spodziewałem się kryminalno-thrillerowego eksperymentu, a dostałem "normalnego" Kinga.

Dlatego nie zamierzam nikogo zniechęcać do lektury - przekonajcie się sami, czy Wam taki "nowy-stary" King odpowiada. Podejrzewam, że wielbiciele "Bastionu" oraz trylogii "Pan Mercedes" będą się czuli tutaj jak w domu i z zapałem pochłoną tę wcale grubaśną książkę. Reszta może troszkę rozczarować się rozwiązaniem, zaproponowanym przez pisarza z Maine.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Facebook przydatny?

Nie przepadam za Facebookiem - traktuję go bardziej jako komunikator i tablicę ogłoszeń niż jako miejsce, ehm, twórczej ekspresji. Tym razem jednak muszę przyznać, że dzięki zgromadzonej tam społeczności udało się zrobić coś dobrego!

W zeszłym tygodniu we wrocławskim ZOO została znaleziona karta pamięci. Niby strata niewielka, w końcu taka karta to wydatek 30-50 złotych. Rzecz w tym, że zawierała zdjęcia z kilku ostatnich lat i były to zdjęcia pewnego maluszka, który się w tym czasie urodził i dorastał. Czyli - jeśli rodzice nie zgrali tych zdjęć - karta była niemal bezcenna!

I tu do gry wszedł właśnie Facebook - opublikowana wiadomość o znalezieniu karty została udostępniona w kilka dni ponad dwa tysiące razy. I trafiła wreszcie tam, gdzie trafić miała. Dzięki temu karta dziś albo jutro ruszy w pocztową podróż do właścicielki i, miejmy nadzieję, "wszystko dobrze się skończy".

Ludzie są niesamowici!

Dopisek z 23 sierpnia 2018 - dostałem informację, że po prawie dwóch tygodniach Poczcie udało się dostarczyć przesyłkę, więc ostatecznie wszystko skończyło się dobrze.

piątek, 3 sierpnia 2018

[K] Vivaldi po pół roku

Od lutego używam i w pracy, i w domu przeglądarki Vivaldi. Zastąpiła mi Operę i Firefoksa, a że sprawuje się bardzo dobrze, chciałbym pokrótce przedstawić kilka funkcji, które są tu obecne i rzeczywiście uprzyjemniają pracę.

Wiele zakładek jako jedna

Na początek funkcja, która przydaje się osobom prowadzącym bloga, a jednocześnie posiadającym tylko jeden monitor. Zaznaczamy klikiem myszki z wciśniętym klawiszem Ctrl dwie zakładki (w jednej mamy edytor posta, w drugim - podgląd) i z menu kontekstowego wybieramy polecenie Tile 2 tabs:

Teraz okno przeglądarki podzieliło się na dwa obszary (w jednej zakładce!) - możemy spokojnie pisać posta i na bieżąco wyświetlać jego podgląd, bez konieczności badania zawartości w drugiej zakładce:

Podobnie możemy zrobić dla trzech czy czterech zakładek, chociaż nie potrafię sobie akurat do tego wyobrazić zastosowania.

Jeśli chcemy powrócić do poprzedniego widoku, klikamy prawym klawiszem na "wspólnej" zakładce i wybieramy Untile selected.

Tryb czytania

Spędzacie trochę czasu na czytaniu zawartości Internetu? Pewnie tak. Czy nie denerwują Was migające bannery, boczne paski lub panele z komentarzami? Najczęstszym sposobem radzenia sobie z tego typu problemami jest instalacja rozszerzeń blokujących (AdBlock czy podobne) i pracowite zaznaczanie elementów do usunięcia. Vivaldi ma coś, co wydaje się bardzo dobrą alternatywą. Na końcu pola z adresem strony mamy specjalną ikonkę włączającą tzw. tryb czytania:

W efekcie otrzymujemy bardzo uproszczony wygląd strony, który ukrywa większość grafik, ramek i innych zaciemniających widok elementów - porównajcie widok zwykły:

I widok w trybie czytania:

Czymś podobnym dysponowała niegdyś Opera, która również potrafiła ograniczyć liczbę prezentowanych elementów.

Szybko, szybko!

Przydatną, choć mało popularną funkcją są tzw. quick commands. Spotkałem się z nimi już w Sublime Text oraz IDEA IntelliJ. Działa to tak, że naciskamy klawisz F2 i pokazuje nam się mały panel wyszukiwania. Wpisujemy w nim frazę - tutaj przykładowo "print" i otrzymujemy wyniki: polecenia samego Vivaldiego (czyli możemy coś wydrukować), znalezione zakładki z podaną frazą lub strony z historii przeglądania. Można też przekierować wyszukiwanie np. do Google'a:

Akcje

Akcje są bardzo niepozorną funkcją, a ich odkrycie zajęło mi sporo czasu. Chodzi tu o możliwość włączenia czy wyłączenia pewnych "filtrów" (czy jak to nazwać), które wpływają na wygląd stron. Jeśli np. przeszkadzają nam kolory, ale nie chcemy pozbywać się całkowicie grafiki ze strony, włączymy sobie tutaj tryb "odcieni szarości". Albo przeszkadzają nam wieczorem "bijące po oczach" białe tła na stronach? Proszę bardzo - można sobie odwrócić kolory i już większość stron ma tło czarne. Kilka filtrów jest mało przydatnych (np. obracanie obrazków o 45 stopni lub tryb 3D), ale i tak warto sprawdzić:

Notatki

Czasem bywa tak, że jesteście na jakiejś stronie i chcielibyście coś zanotować - np. jakiś link, może grafikę czy fragment tekstu. Wiadomo, że strony czasem znikają lub zmieniają lokalizację, więc sam link dodany do "Ulubionych" lub zakładek może nie wystarczyć. W Vivaldim po przejściu do panelu notatek możemy nie tylko wpisać dowolny tekst, ale także łatwo dołączyć screen całego okna (lub tylko fragmentu), możemy też załączyć dowolny plik:

Panele

Vivaldi dysponuje tzw. panelami - domyślnie pokazuje w nich np. zakładki, historię, notatki itp. Można tu też umieścić np. facebookowy Messanger. Co ciekawe, możemy wrzucić tu zawartość dowolnej strony www - np. próbnika kolorów od W3C czy Google Keep, by mieć ją pod ręką. Nie zajmuje ona wówczas paska zakładek i szybko możemy ją wywołać:

Polecam? Polecam!

Oprócz wymienionych powyżej funkcji Vivaldi oferuje jeszcze mnóstwo drobiazgów w rodzaju dopasowania wyglądu (rozmieszczenie elementów, "tematy") czy "interfejsu adaptacyjnego" (kiedy to kolor interfejsu przeglądarki zmienia się w zależności od odwiedzanej strony i np. na Facebooku jest niebieski, a na DeviantArt - zielony). Jest, naturalnie, tryb incognito, jest grupowanie zakładek, jest manager pobieranych plików, jest speed dial, jest możliwość zrobienia zrzutu ekranowego strony (lub jej fragmentu) - słowem chyba wszystko, co obecnie przydaje się podczas surfowania.

Zachęcam do wypróbowania - przeglądarka działa na silniku Blink (jak Chrome) i akceptuje "chromowe" rozszerzenia, więc da się łatwo dostosować do własnych potrzeb. Do tego nie zauważyłem, żeby jakoś specjalnie obciążała system czy powodowała awarie (zresztą, w takich sytuacjach ratuje ją funkcja przywracania ostatnio otwartych zakładek). Korzystajcie! Ja w każdym razie póki co nie wracam do Opery czy Firefoksa.

Z archiwum K - "Manekin"

Fotografowanie manekinów jest przyjemne. Manekiny się nie męczą, nie peszą, nie narzekają. Nie zmieniają wyrazu twarzy, więc wystarczy znaleźć taki model, który pasuje do naszej wizji (albo po prostu się nam podoba).

Jednak istnieje pewna pułapka, o której nie wiedziałem, publikując swego czasu fotografie manekinów. Ta pułapka to fetyszyści (bo nie wiem, jak ich inaczej nazwać).

Poniżej zdjęcie, które swego czasu wzbudziło pewną niezdrową sensację - nie mam pojęcia dlaczego, ale zaczęły pojawiać się pod nim komentarze typu "Zabójczo piękna", "Chciałbym, żeby tak wyglądała moja żona" albo "Czy masz więcej zdjęć tego typu?". W dodatku jeden z oglądających chciał je dodać do galerii, w której umieszczano, hm, dość perwersyjne zdjęcia manekinów...

Przyznam, że tego się nie spodziewałem. Usunąłem zdjęcie - dodałem je wprawdzie później ponownie, ale już jako "scrap", żeby uniknąć podobnej sytuacji. I powiem Wam, że od tego czasu jakby rozważniej publikuję zdjęcia manekinów...

czwartek, 2 sierpnia 2018

[M] Acon Acoustica

Obróbką dźwięku zajmuję się nie od dzisiaj i już od dwudziestu niemal lat wiem, że w podręcznym arsenale bardzo przydaje się szybki i mały edytor audio. Jakoś tak mam, że przed wrzuceniem ścieżek audio do DAW chcę, by były już maksymalnie przygotowane - odszumione, znormalizowane itp.

Do tej pory używałem trzech aplikacji: Cool Edit Pro 2.1 (obecnie dostępny w modelu subskrypcyjnym Adobe jako Audition), Audacity (jako rozwiązanie awaryjne, gdy nie ma żadnych innych edytorów pod ręką) oraz Sound Forge 12 (odkąd na nowo zająłem się muzyką dwa lata temu). Miałem też przelotny, dość krótkotrwały romans z WaveLabem od Steinberga.

Dlaczego nie Sound Forge?

Nie mogę, naturalnie, powiedzieć, żeby Sound Forge był kiepskim programem. Jest po prostu programem nieprzyjaznym (dla mnie). Ma spore możliwości, tego nie neguję, ale obsługuje mi się go tak topornie i niewdzięcznie, że przez dwa lata nie mogłem się do niego przekonać. Do tego ostatnio zdarzyło mu się zniszczyć plik dźwiękowy podczas zapisu (całe szczęście, że była to już półprzetworzona kopia, a nie oryginał).

Acoustica

Acousticę podsunął mi pod nos sklep internetowy, w którym robiłem niegdyś zakupy, a z którego do tej pory przychodzą e-maile z ciekawymi ofertami. Ściągnąłem wersję próbną i przetestowałem, ze szczególnym uwzględnieniem usuwania szumu z nagrań (czym producent, firma Acon, bardzo się szczyci).

Muszę stwierdzić, że aplikacja zrobiła na mnie duże wrażenie. Tak duże, że zacząłem już bardziej serio badać jej możliwości jako potencjalnej następczyni Sound Forge. Zacznijmy jednak od początku.

Wersje

Acoustica dostępna jest w dwóch wersjach. Wersja Premium to wersja bogatsza - oferuje pracę na wielu kanałach (do ośmiu) i wsparcie dla systemów 5.1 i 7.1. Do tego dochodzą wbudowane moduły Equalize, Verberate i Restoration Suite, co czyni z programu bardzo elastyczne narzędzie.

Wersja Standard, której mam przyjemność używać, obsługuje tylko 2 kanały (czyli stereo), zaś wspomniane moduły są dostępne w okrojonych (czasem bardzo) wersjach. Niemniej, różnice między wersjami na tym w zasadzie się kończą i każdy musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście warto dopłacić do wersji Premium - mnie chyba jednak wystarczy Standard.

Rzecz nieważna - wygląd

Wiecie, że jestem wzrokowcem i podobają mi się ładne programy. Acoustica idealnie wpasowuje się według mnie w definicję "wizualnie przyjemnego oprogramowania". Wszystko jest czytelne, odpowiednio kontrastowe i - co niemniej ważne! - nieprzeładowane.

Co ważne, ładny wygląd idzie tu w parze z wygodą użytkowania - nie jest to więc tylko dekoracja i bardzo dobrze sprawdza się w codziennej pracy.

Funkcje podstawowe

To, czego oczekuję od edytora audio, to przede wszystkim:

  • normalizacja
  • zgłaśnianie i wyciszanie (fade-in i fade-out)
  • usuwanie szumu (specjalnym algorytmem lub bramką)
  • przycinanie
  • konwersja stereo-mono
  • możliwość przetworzenia pliku za pomocą efektów VST

Acoustica oferuje to wszystko, więc do pełni szczęścia nic więcej nie jest mi potrzebne.

Gdybym nie miał HOFA CD-Burn.DDP.Mastera (o którym jeszcze pewnie kiedyś parę słów napiszę), potrzebowałbym jeszcze wstawiania znaczników, etykiet i wypalania płyt CD-Audio. Żeby nie było niejasności - wstawianie znaczników jak najbardziej istnieje w Acoustice, podobnie jak etykiety. Dzięki nim można łatwo zdefiniować poszczególne obszary (np. zwrotka pierwsza, refren, solo, chórek) i później łatwo nawigować po utworze. Różnica między regionem a etykietą jest tylko taka, że region posiada początek i koniec, etykieta - tylko znacznik czasowy. Oba elementy możemy nazwać według własnego uznania.

Przygotowanie kompilacji CD-Audio

Także nagrywanie płyt CD-Audio nie stanowi problemu - tworzymy nowy projekt odpowiedniego typu i już. Dodajemy wszystkie pliki składowe, ustawiamy wielkość przerw między ścieżkami, wpisujemy (opcjonalnie) kody ISRC, po czym wkładamy płytę do napędu i rozpoczynamy nagrywanie. Niestety, Acoustica nie potrafi stworzyć obrazu ISO, który jest dogodniejszy podczas dostarczania materiału końcowego np. do tłoczni.

Funkcje dodatkowe

Szperając po menu, znajdziemy jeszcze kilka przydatnych rzeczy. Mnie ucieszyła możliwość importu wprost z płyty CD-Audio - do tej pory robiłem tak, że najpierw zgrywałem dźwięk za pomocą osobnego programu (np. CDex), a potem dopiero wczytywałem go do edytora.

Przydatny jest tzw. łańcuch przetwarzania - można w nim zdefiniować wiele etapów obróbki (np. najpierw normalizacja, potem pogłos), a cały predefiniowany zestaw (włącznie z ustawionymi parametrami) zapisać i wykorzystać w przyszłości.

Przetwarzanie wsadowe

Do tego mamy do dyspozycji przetwarzanie wsadowe, czyli obróbkę wielu plików na raz. Jest to bardzo przydatne przy obróbce sampli, kiedy wiele plików ma bardzo zbliżone parametry (np. trzeba je wszystkie znormalizować w takim samym stopniu). Da się też w ten sposób szybko przekonwertować np. stereofoniczne pliki WAV na monofoniczne OGG, z zaaplikowaniem jakiegoś konretnego efektu. W dodatku można wykorzystywać zapisane wcześniej "łańcuchy przetwarzania".

Dla twórców sampli przydatna może okazać funkcja oznaczania "pętli MIDI", którą często obsługują samplery - możemy już zatem na etapie obróbki sampla dodać informację o zapętlonym fragmencie.

Nagrywanie

Nagrywanie sygnału audio wydaje się trywialną funkcją w tego typu programie. Po prostu naciskasz przycisk, nagrywasz i kończysz, prawda? Ano nie do końca.

Mam na myśli funkcję Timer Record. Po jej odpowiednim skonfigurowaniu nagrywanie może rozpocząć się po określonym czasie lub po wykryciu dźwięku na wejściu audio (próg zadziałania wygodnie ustawiamy suwaczkiem). Podobnie zakończenie nagrywania może nastąpić po określonym czasie lub po ciszy trwającej dłużej niż zadany interwał. Bardzo przydatne podczas samodzielnego nagrywania.

Analizy

Program oferuje także rozmaite analizy (spektralną, histogram itp.), jednak nie jestem w tej dziedzinie na tyle kompetentny, by się sensownie wypowiedzieć. W dodatku wersja Standard w zasadzie nie posiada edycji spektralnej, więc tym bardziej nie wykorzystam tego w praktyce.

Odświeżanie nagrań

Jeśli naszym celem jest ewidentnie poprawianie jakości starych nagrań (np. zgranych z płyt analogowych lub kaset), możemy skorzystać ze specjalnego kreatora. Wskazujemy w nim pliki do naprawy (lub nagrywamy je na bieżąco), po czym w jednym oknie możemy zaaplikować odpowiednie filtry czyszczące (Declick, Denoise itd.). Jeśli efekty nas satysfakcjonują, możemy w wybranym miejscu zapisać pliki wynikowe, już po przetworzeniu.

Wisienka na torcie

A tą wisienką jest... możliwość pracy wielościeżkowej, i to nawet w wersji Standard! Program zachowuje się wówczas jak "mały DAW", ale wyłącznie ze ścieżkami audio. Ich liczba jest nielimitowana, a do każdej ścieżki możemy też wpiąć odpowiednie efekty (w tym VST!). W efekcie - jeśli bazujemy tylko na samplach i ścieżkach audio - nie musimy nawet korzystać z "dużego DAW". Jak dla mnie, do masteringu to byłaby idealna opcja, gdybym już do tego celu nie planował użycia Studio One.

No, a co jest nie tak?

Dla wielu największą bolączką może być brak obsługi ścieżek wideo, która bardzo ułatwiłaby pracę nad udźwiękowieniem filmów. Niestety, Acoustica to - póki co - edytor wyłącznie audio.

Dodajmy do tego brak możliwości "wypalenia" obrazu ISO z zawartością CD-Audio i... chyba na razie tyle. Więcej nieprzyjemnych rzeczy nie stwierdziłem.

And the winner is...

Tak, definitywnie Acoustica wykopała Sound Forge'a z funkcji podręcznego edytora audio. Polubiliśmy się i wiem, że w razie czego łatwo i szybko uzyskam w niej wszystko to, co sobie zamierzyłem. A o to przecież chodzi w takim typowo narzędziowym programie.

środa, 1 sierpnia 2018

Trzydziestka lekką ręką

Nie da się ukryć, że ostatnio lato pokazuje, na co je stać - dzień w dzień ponad 30oC. Spanie na kołdrze, bez przykrycia. Zwiększone spożycie lodów i napojów. Ledwie zipiąca klimatyzacja albo pootwierane okna. Buczące wentylatory.

Ale czy na początku sierpnia można chcieć czegoś innego? Niech żyje klasyczne lato i rozgrzane do białości słońce!