poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Koniec wakacji - to dziś

Wprawdzie akurat miewam zwykle maksymalnie dwa tygodnie wakacji w roku, to nie da się ukryć, że ostatni dzień sierpnia takim końcem jest. Niby studenci mogą jeszcze skorzystać z pięknej polskiej jesieni (której akurat wczoraj i dzisiaj rano próżno było szukać w okolicy), ale wrzesień to już jak niedziela - niby wolne, ale gdzieś w głowie kołacze myśl o poniedziałku...

Jeżdżę do pracy wcześnie rano i już w ubiegłym tygodniu zacząłem wyprzedzać słońce we wstawaniu. Na oficjalną inaugurację jesieni przyjdzie jeszcze poczekać trzy tygodnie, ale to już jutro Perełka pierwszy raz pójdzie do szkoły. Radość i nie-radość w jednym.

Przepraszam, że tak nostalgicznie i mało rozrywkowo dzisiaj, ale co zrobić. Może chociaż zdjęcie wrzucę w ciepłych kolorach:

niedziela, 30 sierpnia 2020

[O] Stanisław Lem - Bajki robotów

Może dziwić, że opisuję tak starą pozycję książkową - w końcu jej geneza sięga lat sześćdziesiątych XX wieku i pewnie wszyscy już o niej słyszeli. Niemniej wracam do niej regularnie, a przygodami Klapaucjusza i Trurla zaciekawiłem nawet Perełkę, która do teraz się śmieje na wspomnienie "Maszyny Trurla" i "Wielkiego lania". Dlatego chciałbym mimo wszystko wspomnieć i przypomnieć.

Dla tych, których do tej pory dziedzictwo Lema ominęło, krótka informacja. "Bajki robotów" to zbiór opowiadań naszego wielkiego pisarza, bodaj najprzystępniejszy ze wszystkich przez niego opublikowanych. Można go często pomylić z "Cyberiadą", która jest zbliżona charakterem i zawiera opowiadania głównie dotyczące właśnie Wielkich Konstruktorów, czyli Trurla i Klapaucjusza.

Opowiadania są najróżniejsze, od stosunkowo poważnych czy budzących grozę, jak "Biała śmierć" przez zabawne perypetie Konstruktorów po nieco filozoficzne rozważania przemycone na przykład w moim ulubionym "Przyjacielu Automateusza" (którego nawet chyba dwa albo trzy razy nagrywałem jako audiobooka, ale ze względu na prawa autorskie nie ośmieliłem się opublikować). Wszystko podane typowym językiem Lema, który się po prostu lubi lub nie, pełnym dziwnych neologizmów i porównań, aczkolwiek - co bardzo lubię u tego pisarza - dość dalekim od dosłowności. Lem zazwyczaj unikał dokładnego ukazywania, jak przyszłość będzie wyglądała - raczej pokazywał ogólne idee, jak na przykład sieci komputerowe czy smartfony (których, rzecz jasna, tak nie nazwał). Jeśli ktoś polubi ten styl, może spokojnie brać się za kolejne pozycje z dorobku pisarza.

Ja ze swojej strony bardzo polecam. Jestem zdecydowanie w drużynie stojącej murem za Lemem i jego dorobkiem, a pierwszą lekturę "Solaris" pamiętam do tej pory.

sobota, 29 sierpnia 2020

Takiego czegoś nie widziałem

Jestem fanem grupy Queen od trzydziestu bez mała lat. Żałuję, że nie dane mi było być na żadnym z ich koncertów. I tak, znam nagrania z Montrealu, Live Aid czy Wembley, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Rok 2017, koncert grupy GreenDay, także fanów Queen. Ponad 65 tysięcy ludzi śpiewa CAŁE "Bohemian Rhapsody":

piątek, 28 sierpnia 2020

Częściej niż co dzień?

Tak się stało, że publikując wpis o spamie, przekroczyłem liczbę 222 postów, czyli "pobiłem" zeszłoroczny wynik na moim blogu. I nie byłoby w tym może nic specjalnego, ale po doliczeniu 67 postów z bloga Gadesowego wychodzi już 290 postów, a mamy 241 dzień roku. Skąd z kolei płynie wniosek, że publikuję częściej niż raz dziennie, co... jakoś nie zgadza się z moimi odczuciami.

Kiedy tak sobie pomyślę, to naprawdę dziwne wrażenie, bo naprawdę nie wiem, skąd te wszystkie posty się biorą - na pewno nie siedzę codziennie na bloggerze, tłukąc maszynowo wpisy. To naprawdę dziwne... Tak czy owak wydaje się, że rok 2015 przestanie być wkrótce liderem. Albo może jednak dać sobie spokój?

Spamerskie sztuczki

Jak wiecie, jeśli podaliście gdzieś swój adres e-mail (a przy załatwianiu różnych spraw przez internet jest to nagminne), to prędzej czy później zaczną do Was przychodzić różne wiadomości, na ogół z propozycjami marketingowymi, bo klikając na "ptaszka" (albo go nie odznaczając) zgodziliście się na przekazanie Waszego adresu tak zwanym firmom trzecim. Na szczęście istnieją przepisy, że w takiej wiadomości musi być informacja o tym, że można zrezygnować z dalszego otrzymywania podobnych wiadomości - zwykle sprowadza się to do kliknięcia w odpowiedni odnośnik, który usunie nasz adres z bazy nadawcy. No i fajnie.

Fot. Walmart - ale od razu jasno piszę, że akurat firma Walmart nie wysyła wiadomości opisanych poniżej!

W ostatnim czasie jednak gmail zaczął mi zapychać skrzynkę spamową bardzo podejrzanymi wiadomościami. Wszystkie są zbudowane w podobny sposób. Na początku gratulują przystąpienia do projektu lub skorzystania z niesamowitej okazji, potem informują, że znalazłem się (szczęśliwiec!) na liście subskrybentów. Oczywiście jeśli nie chcę dłużej otrzymywać takich wiadomości (jaka szkoda!), to mogę kliknąć przycisk "Zrezygnuj" czy "Anuluj subskrypcję". Poza takim ogólnym bełkotem i rzeczonymi przyciskami w wiadomości nie ma nic, a po podejrzeniu szczegółów adresu okazuje się, że wiadomość została nadana z jakiegoś abstrakcyjnego adresu, najczęściej w domenie .ru (czyli rosyjskiej). Nawet nazwy firmy trudno się doszukać.

Poszperałem nieco w necie i okazuje się, że jest to stary-nowy sposób na działalność hakerską. Niektóre wiadomości mają tylko sprawdzić, czy konkretny adres e-mail jest w użyciu, inne podpinają pod przycisk różne niebezpieczne skrypty albo przekierowują na niebezpieczne strony. Czyli generalnie jeśli wiadomość wygląda podejrzanie, nie ma nazwy firmy, jej danych (które możemy sprawdzić w alternatywny sposób), to nie klikać i wywalać po prostu. Co i sobie radzę.

czwartek, 27 sierpnia 2020

Artysta a dzieło

Obejrzałem niedawno wideofelieton Łukasza Stelmacha na temat tego, czy warto i można oddzielać dzieło od artysty, który je stworzył. Czyli, innymi słowy, czy należy dzieło interpretować przez pryzmat tego, kim był i co robił jego autor. Wydawałoby się, że naturalną odpowiedzią jest "nie" - bo przecież żeby docenić filmowy kunszt reżysera czy techniczną biegłość rzeźbiarza nie trzeba studiować ich biografii, prawda?

Fot. Fabrizio Giovannozzi/AP

Do niedawna też skłaniałem się do takiego właśnie poglądu i w sumie nadal się skłaniam, ale już nie bezwarunkowo. To znaczy, jeśli nie wiem nic o autorze, to po prostu interpretuję jego dzieło w konkteście tego, co już znam, mojego doświadczenia, smaku i gustu. Podoba mi się albo nie podoba, podświadomie porównuję do innych, podobnych utworów i wyrabiam sobie swoje zdanie. Ale! W momencie, kiedy zaczynam się o artyście dowiadywać więcej, coś zaczyna się zmieniać. I mimo że samo dzieło się przecież nie zmieniło w tym czasie, to zaczynam je odbierać inaczej - dlatego między innymi lubię artykuły w Estradzie i Studio, gdzie można poczytać na przykład, w jakich warunkach powstawały jakieś płyty czy utwory, doszukać się różnych smaczków i ciekawostek, które sprawią, że nieco inaczej spojrzymy na znane już skądinąd dzieło.

Jednak działa to też w drugą stronę. To się właśnie dla mnie stało z płytą Olivera Shanti "Looking from the East", którą bardzo lubiłem. Lubiłem, bo teraz nie potrafię jej już słuchać. Oliver Shanti, czyli Ulrich Schulz, trafił bowiem na wiele lat do więzienia po udowodnieniu mu 76 przypadków molestowania seksualnego dzieci. A to zmienia wszystko.

środa, 26 sierpnia 2020

[K] Słabość do kalejdoskopu

Od czasów dzieciństwa mam słabość do kalejdoskopów. Mieliśmy z Siostrą A. taki jeden na spółkę, ze szkiełkami w środku. To było fascynujące, jak mocno potrafiły zmienić się obrazy przy najlżejszym nawet dotknięciu! Tylko trzeba było być ostrożnym, żeby nie zbić luster w środku (tak, to były czasy, gdy nie było jeszcze tyle plastiku wokół). Niestety, obecnie takich fajne kalejdoskopy już chyba nie istnieją, zastąpione przez lekkie i bezpieczne plastikowe wyroby z Kraju Środka.

Niemniej sentyment pozostał, a że sklep Google Play aż pęka w szwach od wszelkiej maści aplikacji, to i kalejdoskopów jest tam mnóstwo, zwłaszcza że zaprogramować tego typu przekształcenia nie jest aż tak trudno. Pobawiłem się kilkoma i zdjęciem mojej gitary. I tak, wiem, trzeba ją było przetrzeć szmatką przed zrobieniem zdjęcia, ale na małym ekranie nie było widać smug. Kilka ruchów palcem i mamy takie obrazy:

Zasmużony oryginał

[W] Półeczka na klawiaturę

Pół roku temu zrobiłem sobie uchwyt na klawiaturę, który sprawdzał się całkiem nieźle do chwili, kiedy przeorganizowałem biurko - główny monitor z kąta powędrował na lewą stronę, za nim obie klawiatury (muzyczna i komputerowa). I tu już uchwyt nie miał racji bytu z uwagi na szczupłość miejsca. Poza tym w trakcie użytkowania wyszła na jaw pewna jego... no, może nie zaraz wada, raczej właściwość: uginał się podczas prób korzystania z klawiatury, co bywało nieco irytujące.

Postanowiłem tym razem podejść do sprawy nieco inaczej. Klawiaturę najwygodniej byłoby mi odkładać gdzieś "przed siebie" - obecnie upycham ją po prostu pod monitorem, co po pierwsze grozi jej osunięciem się na klawiaturę muzyczną, a po drugie kompletnie nie widzę klawiszy. A gdyby dodać wysuwaną półeczkę, która normalnie byłaby schowana, a w razie potrzeby dawała stabilne podparcie klawiaturze?

Potrzebne komponenty

Tak się zdarzyło, że akurat miałem w garażu niemal wszystkie potrzebne elementy: odpowiednio duży kawałek sklejki na półeczkę i drewnianą kantówkę do przygotowania mocowania prowadnic. Tylko tych ostatnich nie miałem, ale krótka wizyta w markecie budowlanym i zdobyłem fajne prowadnice do szuflad. Dodatkowo przydały się wkręty oraz olej do konserwacji i można było przystąpić do pracy.

Rach-ciach!

Sklejka wydawała mi się w odpowiednim rozmiarze, ale gdy zmierzyłem dokładnie, okazała się o jakieś 3cm za szeroka, więc - niestety - musiałem ją przyciąć na wymiar. Do tego kantówka, ale tu więcej czasu spędziłem na szlifowaniu niż przecinaniu. Chwilę za to musiałem się zastanowić nad kolejnością montowania całego ustrojstwa.

Po pierwsze, po oszlifowaniu sklejki naolejowałem ją i zostawiłem do obeschnięcia. Podobnie zrobiłem z kawałkami kantówki, ale tutaj dokręciłem jeszcze blaszki do przykręcenia do biurka.

Po drugie, po wyschnięciu sklejki przymocowałem do niej fragmenty prowadnic i w zasadzie sprawa samej półeczki była zakończona. Teraz trzeba się było skupić na przymocowaniu jej do biurka. Aby wszystko wyszło równo, przykręciłem prowadnice do drewnianych mocowań i przymocowałem do biurka ściskami stolarskimi w docelowym miejscu. Manewr ten pozwolił mi na uniknięcie sytuacji, gdyby prowadnice okazały się zamocowanie zbyt daleko lub zbyt blisko siebie, uniemożliwiając montaż półeczki. Teraz nastąpiła najgorsza rzecz - przykręcanie do biurka.

Najgorsza zaś dlatego, że między blatem a półką biurka jest zaledwie 20cm przestrzeni, co bardzo utrudniało jakiekolwiek operowanie wkrętakami (a zupełnie wykluczyło z pracy wkrętarkę) czy zwyczajne zaglądanie. Kiedy już zacząłem przemyśliwać o tym, że chyba przyjdzie mi stosować połączenie klejowe, odnalazłem taki malutki wkrętak (10cm długości?) i nim jakoś się to udało. Nim i małą ręczną wiertareczką. Ale co sobie odcisków na dłoniach porobiłem, to tylko ja wiem...

Działa? Działa!

Półeczka działa i ma się całkiem dobrze, bez obawy można na niej kłaść nie tylko klawiaturę, ale nawet kubek z herbatą (no dobrze, nie odważyłbym się). Za to widać wszystkie klawisze i da się pisać - trochę niewygodnie, bo ręce w powietrzu, ale nic się nie ugina i nie przesuwa. Czyli - mimo zgrzebnego wyglądu - ulepszenie!

wtorek, 25 sierpnia 2020

Rowerowe przemyślenia

Ponad rok temu dostałem rower, a że powoli drugi sezon zmierza ku końcowi, warto byłoby przemyśleć, co się sprawdziło, a co nie.

Po pierwsze, wybrałem sobie ciut za duży model, to na pewno. Naprawdę ciut i da się z tym żyć, więc nie narzekam na to z bardzo, ale już ze dwa razy bym się przez to wywrócił na postoju, więc muszę to ciągle mieć na uwadze.

Cała reszta jest jednak bardzo pozytywna. Naprawdę udaje mi się jeździć i to często, odkąd Perełka nabrała nieco pewności i możemy jeździć razem. Bardzo lubię te nasze wyprawy i rozmowy prowadzone z wysokości siodełek. Albo zabawę w żołnierzy Galaktycznego Imperium o numerach 110 i 000, którzy patrolują systemy w poszukiwaniu Rebeliantów oraz unikają przelatującego od czasu do czasu statku Darha Vadera.

Z gadżetów bardzo dobrze sprawuje się torba na kierownicę, uchwyt na wode i dwie sakwy na tylne koło - dzięki tym ostatnim mogę "skakać" do sklepu po drobne zakupy albo przewozić paczki, odbierane z paczkomatów.

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Ankieta bez sensu

Dzwoni telefon, z nieznanego numeru. Nie lubię tego, bo to albo jakieś automaty, albo zła wiadomość, albo... ankieta. No i tym razem ankieta, bo korzystałem w zeszłym tygodniu z pomocy konsultanta jednego z banków. Czy wezmę udział? A wezmę, bo a nuż będę mógł zgłosić swoje zastrzeżenia?

Żeby wprowadzić w klimat: zamawiałem kabelek w sklepie wysyłkowym. Chciałem zapłacić "blikiem", bo to najprościej - wybrałem odpowiednią formę płatności, odpaliłem aplikacje bankową, autoryzacja i zdziwienie. Bo zamiast potwierdzenia na ekranie widzę bład numer 200. Próbuję jeszcze raz, jeszcze raz uważnie wpisując PIN. Błąd 200. Czas na płatność minął. Czekałem pół dnia na kontakt ze sklepem, żeby się dowiedzieć, gdzie wysłać płatność (już zwykłym przelewem), potem jeszcze dwa dni oczekiwania na paczkę. A miała być nazajutrz.

Nieco zdenerwowany tymi trudnościami (bo to już drugi raz mi ten błąd 200 wyskoczył przy "bliku", ale za pierwszym zrzuciłem wszystko na kłopoty z internetem) dzwonię na infolinię banku. Konsultant odebrał bardzo szybko, a kiedy tylko usłyszał "kod błędu 200", od razu mi przerwał i wyjaśnił, że mam starą wersję aplikacji i muszę zainstalować nową. Na pytanie, dlaczego aplikacja nie wyświetla takiego komunikatu odparł, że "tak się nie da". Ot i cała nasza rozmowa.

Ale wracamy do pani od ankiety. Czy byłem zadowolony z jakości usługi? Pytam, której - aplikacji mobilnej czy konsultanta. Konsultanta. Tak, szybko dowiedziałem się, w czym rzecz. Czy poleciłbym rodzinie lub znajomym ten bank? Nie, nie poleciłbym. Ale dlaczego, przecież jest pan zadowolony? Tak, z konsultanta jestem, ale wolałbym w ogóle do niego nie dzwonić, nie tracić czasu i pieniędzy na połączenie oraz nerwów przy okazji. Ojej, dlaczego się pan tak denerwuje od razu? No i dalsze pytania - czy konsultant się znał? czy wyrażał się jasno? czy rozwiązał problem? ocena w skali 0-10?

No cóż, szkoda, że ankieta nie dotyczyła problemu, który zmusił mnie do kontaktu z bankiem. Być może coś by to polepszyło? A tak, jakiś statystyk bankowy pokaże prezesowi, jacy to są świetni i jak klienci wysoko oceniają obsługę...

niedziela, 23 sierpnia 2020

[E] Studio One 5 - Artykulacje i KeySwitches

Jeszcze dwa tygodnie temu pisałem o mapach ekspresji w Cubase, a tu już przyszła pora zaprezentować podobne rozwiązanie u konkurencji, czyli Studio One 5 od PreSonus. To nowość wprowadzona właśnie w wersji 5, w dodatku całkiem nieźle wykonana - mapy artykulacji przygotowuje się łatwo i sprawnie, korzysta z nich bez większego trudu i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednak tym razem Studio One ma tę funkcjonalność zaimplementowaną zwyczajnie lepiej. Ale popatrzcie sami:

Technicznych nowości brak, może poza tą, że do dźwiękowej współpracy z OBS musiałem tym razem nakłonić Studio One. Ale "cockosowy" plugin sprawuje się bez zarzutu, więc obyło się tym razem bez czasochłonnych testów i szukania działającej konfiguracji.

sobota, 22 sierpnia 2020

Justice League - odgrzewane kotlety?

DC Comics nie ma szczęścia do filmowych adaptacji swoich komiksów. Zarówno Batman vs Superman, jak i Justice League zebrały takie sobie recenzje, zwłaszcza ten pierwszy oberwał po głowie. Ale i "Liga sprawiedliwości" wypadła tak sobie - kiepsko wykonany główny przeciwnik, czerstwy humor, dziwne efekty specjalne (tu też zaliczam usuwany cyfrowo wąs Henry'ego Cavilla). I gdy wydawało się, że sprawa jest już zagrzebana - w końcu od premiery filmu minęły już trzy lata! - dość nagle w sieci pojawił się zwiastun wersji reżyserskiej Zacka Snydera, która ma być taka, że ludziom szczęki opadną.

Przyczyna wydania drugi raz tego samego, ale nie takiego samego filmu jest oczywista - pieniądze. Nie łudzę się ani przez chwilę, że celem nadrzędnym jest dogodzenie fanom - po prostu oryginalna wersja zarobiła za mało, ktoś myślący w DC poczytał fora i recenzje, po czym stwierdził, że: "hej, przecież ludzie chcą praktycznie tego, co już nam nakręcił Zack Snyder, a co wyrzuciliśmy do kosza!". I rada w radę postanowiono wskrzesić umarlaka, żeby jednak jakieś tam złote jaja zniósł. I podejrzewam, że zniesie, bo reakcje na trailer są praktycznie jednoznacznie pozytywne. "Tak, tego chcieliśmy!" - krzyczą fani, uwiedzeni urywkami pokazanymi na tle kolejnej wersji "Hallelujah" (nie wiedzieć czemu).

Do premiery jeszcze przynajmniej pół roku (zapowiadana jest na 2021), więc pewnie film okaże się dobrze dopracowany. I tylko szkoda, że po prostu nie zrobiono go od razu dobrze, tylko za cenę (beznadziejnej) walki z imperium MCU wypchnięto go do kin zbyt wcześnie i w zbyt pociętej wersji.

Ciekawe, co teraz? Zrobią nową wersję Suicide Squad? To by dopiero było!

czwartek, 20 sierpnia 2020

[E] Wirtualna orkiestra - Jak zwiększyć realizm?

Jako kompletny fiksat na punkcie muzyki orkiestrowej, postanowiłem nagrać "ku pamięci" to, czego już się nauczyłem do tej pory w nadziei, że może się to komuś do czegoś przyda. Chciałem zawrzeć tu maksimum informacji, których mnie samemu brakło, kiedy siadałem do pierwszej biblioteki orkiestrowej z myślą o jakieś kompozycji.

Znów miałem problemy, żeby nagrać dźwięk z DAW i chociaż ostatecznie się to udało, wcale nie jestem już taki pewny, że dokładnie wiem, jak to wszystko skonfigurować. Ciągle coś się przełącza, odłącza, wyłącza... Ech!...

środa, 19 sierpnia 2020

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

[M] Gades - Walczyk

Nauka postępuje - tym razem postanowiłem spróbować zrobić coś "klasycznego", a czego jeszcze nigdy nie robiłem. Przed Wami zatem walczyk.

Utwór prościutki i krótki, a jednak jego powstanie związane jest aż z trzema powodami: pierwszy (i najważniejszy) to powód "szkoleniowy", czyli zwyczajnie chciałem zobaczyć, jak to jest napisać taki walczyk (ponadto miał to być utwór szkoleniowy na potrzeby nowo powstającego tutoriala); drugi powód to test skrzypiec od Native Instruments; w końcu trzeci powód to upór Siostry Be, która po przesłaniu pierwszej (i w domyśle ostatecznej) wersji zażądała rozwinięcia.

Zapraszam do słuchania!

środa, 12 sierpnia 2020

Lato przypomina o sobie

I tak oto lato mija sobie, a nawet jakiś tydzień temu przypomniało sobie, jak to jest latem być. Czyli upały i komary, w dowolnych proporcjach. Ale też nie ma co narzekać, bo w końcu lato takie powinno być, fundując tylko od czasu do czasu jakąś nocną ulewę.

Na blogu trochę ciszej, lecz znów: to nie przez lenistwo (a przynajmniej nie przede wszystkim przez nie), tylko przez dość intensywne prace nad orkiestrami, ha, ha! Niestety, nie jest to łatwy orzech do zgryzienia i trochę tracę zapał, ale może to tylko przejściowe kłopoty związane z upałami. Końcówka sierpnia ma być nieco chłodniejsza, więc zobaczymy. A tymczasem zapraszam do posłuchania starych-nowych utworów i wyrażenia swoich krytycznych uwag w komentarzach!

O, a propos komentarzy, musiałem chwilowo wyłączyć te anonimowe, bo przeżyłem taki zalew spamu, że dawno podobnego nie pamiętam. Jak się trochę uspokoi, włączę z powrotem.

piątek, 7 sierpnia 2020

Adiemus - śpiewajcie!

Nie wiem, czy kojarzycie projekt Adiemus kompozytora i muzyka Karla Jenkinsa. Powstał w połowie lat dziewięćdzisiątych, czyli - o zgrozo - już ćwierć wieku temu. Pamiętam, jak strasznie się ekscytowałem tą muzyką - byłem wtedy zafascynowany Enigmą, "Songs of the Distant Earth" Oldfielda i generalnie nurtem New Age, który wydawał mi się spełnieniem marzeń każdego muzyka, bo przecież "tam można wszystko". Nic dziwnego, że kaseta Adiemus "Songs of Sanctuary" grzała się w magnetofonie całymi godzinami. Uwielbiałem ją i znałem na pamięć każdy utwór.

Album ten ciągle należy do grupy ulubionych (i znajduje się w tak właśnie nazwanym katalogu w każdym moim czytniku MP3), ale w sumie nigdy mnie nie zastanowiło, jak Jenkins to nagrał? No, wiadomo, że muzyka swoją drogą, ale jak panie Miriam Stockley oraz Mary Cerawe to śpiewały? Dopiero niedawno wizyta na nieoficjalnej stronie w dziale z dyskografią pokazała mi, że ten tekst da się zapisać! Zatem przed Wami jeden z ładniejszych utworów z płyty "Songs of Sanctuary", "Tintinnabulum" i jego transkrypcja - śpiewajcie!

Tintinnabulum

Zapisane przez Moshe Jacobson.

[kaskada] oznacza 2 głosy śpiewające to samo w różnym czasie.


2x:
ei
ei ma ka ma ya
ei
ei ma ka ma ya
a ma di ei
a ma bi ei
a ma di ei
a ma bi

ei

ei
ei ma ka pa ya
ei
ei ma ka ma ya
a ma di ei
a ma bi ei
a ma bi ei
a ba di

a ma
a ma ka aya
a
a ma di aya
a bih di a
a ke ma ya
a bih di a
a ke ma ya

Refren:
a ke ma ya we
a ba di a
a bih di a
a bih di a
a bih di a
a bih di
a bih di
a bih di
a bih di a

ei
ei ma ka ma ya
ei
ei ma ka ma ya
a ma di ei
a ma bi ei
a ma bi ei
a ba di

a ma
a ma ka aya
a
a ma di aya
a bih da yei
a ke ma ya
a bih di a
a ke ma ya

Refren:
4x:
e mus
a di e mus
a di e-ah

ah

4x:
a ki ma na ma we na ma ga dis

4x:
a ya ma ye ka ma
(a ya ma yei!)
a ya ma ye ka
(a ya ma yei!)

a...

ei
ei ma ka pa ya
ei
ei ma ka ma ya
a ba di ei
a ma bi ei
a ma bi ei
a ba di

a ma
a ma ka aya
a
a ma di aya
a bih di a
a ke ma ya
a bih di a
a ke ma ya

Refren:
ei
ei ma ka ma ya
ei
ei ma ka ma ya
a ma di ei
a ma bi ei
a ma bi ei
a ba di

a ma
a ma ka aya
a
a ma di aya
a bih da yei
a ke ma ya
a bih di a
a ke ma ya

Refren:
4x:
e mus
a di e mus
a di e-ah

[kaskada]
a
        a ki ma na ma we na ma
a ki ma na ma we na ma
        ga dis
ga dis
        a ki ma na ma we na ma
a ki ma na ma we na ma
        ga dis
ga dis
        a ki ma na ma we na ma
a ki ma na ma we na ma
        ga dis
ga dis
        a ki ma na ma we na ma
a ki ma na ma we na ma
        ga dis
ga dis
        a ki ma na ma we na ma

4x:
a ya ma ye ka ma
(a ya ma yei!)
a ya ma ye ka
(a ya ma yei!)

Powtarzać aż do końca:
[kaskada]
ei...
        ei ma ka ma amaka baya ha bai
ei ma ka ma amaka baya ha bai
        ei...

czwartek, 6 sierpnia 2020

[K] Affinity Designer 1.8.4

W ostatnich dniach pojawiła się aktualizacja Affinity Designera do wersji 1.8.4. Wprawdzie nic rewolucyjnego w tej wersji się nie pojawia, to jednak po przestudiowaniu listy zmian można dojść do wniosku, że całkiem sporo rzeczy wcześniej nie działało prawidłowo, a jednak z żadną z nich się nie spotkałem, choć używam tego programu dość często. Na tyle często, że już praktycznie zupełnie zastąpił mi Corel Draw.

Aby zainstalować aktualizację, najłatwiej jest po prostu... uruchomić Designera - domyślnie ma on włączone sprawdzanie aktualizacji, więc powinien wyświetlić odpowiednie okienko i umożliwić pobranie nowego instalatora. Jeśli nie, odpowiednie linki i informacje znajdują się w wyżej podlinkowanym dokumencie.

Dodam tylko jeszcze, że aktualizacja jest oczywiście bezpłatna dla posiadaczy licencji.

środa, 5 sierpnia 2020

[E] Cubase - Wykorzystanie Expression Maps

Dawno nie było żadnego filmiku - byłem zbyt zajęty innymi rzeczami. Ale że poznałem coś przydatnego dla wszystkich, którzy tworzą utwory orkiestrowe z wykorzystaniem programu Cubase, to się i podzielę:

Z rzeczy technicznych: musiałem nauczyć się, jak nagrać w programie OBS filmik z Cubase'a w taki sposób, aby było słychać to, co się w tym programie odtwarza. Nie jest to takie zupełnie trywialne, wymaga zainstalowania specjalnej wtyczki i odpowiedniego skonfigurowania obu programów (OBS-a i DAWa), ale działa, czego dowodem powyższy filmik.

wtorek, 4 sierpnia 2020

[O] Bohemian Rhapsody

Tak, dopiero teraz obejrzałem ten film - dostałem płytę na imieniny. Nieco to dziwne, że nie wybrałem się do kina jako wieloletni fan muzyki grupy Queen - ale planowałem, wierzcie mi. Nie wyszło, więc nadrobiłem zaległości na kanapie w salonie. Za to w ciemnym pokoju i oglądając obraz rzucany na ścianę, czyli prawie, prawie jak w kinie.

Dość jednak wstępów. Nadszedł czas, żeby napisać, dlaczego film mi się nie spodobał. Bo nie spodobał się, niestety... I nie będę się czepiał aktorów, bo zagrali, co mieli zagrać, a starania Maleka o odwzorowanie ruchów Freddiego naprawdę warto docenić. Tylko co z tego, jak film jest o niczym?

"No jak to o niczym!?" - oburzycie się. Ano tak to. Dostajemy wyrywkowo kilka scen powstawania poszczególnych utworów (które zostały zdradzone już niemal w całości przez trailery, więc nie są żadną niespodzianką), okraszone scenami z typowej drogi wielkich gwiazdorów: od nikogo przez super-idola po upadek i odrodzenie. I nie zrozumcie mnie źle, przecież to nic złego tak naprawdę, bo skoro tak wyglądało to w rzeczywistości... Sęk w tym, że nie wyglądało.

Moim zdaniem głównym błędem było zrobienie filmu o Queen z członkami Queen jako aktywnymi konsultantami. W efekcie mamy opowieść o tym, jak barwny ptak, Freddie, dostał od zespołu (Briana i Rogera) szansę zostania wokalistą, potem się stoczył przez narkotyki i złego przyjaciela, wyrolował zespół podpisując kontrakt na solowe płyty, a następnie na kolanach wrócił z przeprosinami, by wziąć udział w "Live Aid". Natomiast Brian i Roger byli w tym czasie przykładnymi ojcami i głowami rodzin, odmawiali udziału w pijackich imprezach, "zdradę" Freddiego przyjęli dość wyrozumiale, po czym po latach w dwie minuty wybaczyli mu i postanowili razem wziąć udział w koncercie...

Przy całej mojej sympatii do Briana i Rogera, i chęci wiary w - było nie było - wieści "z pierwszej ręki", nie mogę się zgodzić, że tak to wyglądało. W zespole były tarcia, ale na przykład Roger wydał jeszcze w 1977 roku solowy singiel, a w 1981 - solowy album "Fun in Space ("Mr. Bad Guy" Freddiego, który według filmu był tym strasznym epizodem, niemal rozwalającym zespół - 1983). Także w 1983 roku Brian May nagrał mini-album z Eddiem Van Halenem, a Roger swój kolejny album "Strange Frontier". Poza tym, pokazanie Freddiego jako jedynego, którego ciągnęło do disco też jest przekłamaniem, bo akurat na płytach "The Game" i "Flash Gordon" użyto przede wszystkim syntezatora Oberheim OB-X, należącego do... Rogera. Przykro mi więc, panowie Taylor i May, ale Wasze zeznania mają kłopot z wiarygodnością i dają wrażenie wybielania się po latach.

I dobrze, zgoda, że to nie dokument BBC i gdyby ten film nakręcił ktoś, kto nie znał sytuacji i bazował tylko np. na wycinkach prasowych, to nie byłoby to tak przykre. Ale skoro przy kręceniu i powstawaniu scenariusza autorzy mieli aktywne wsparcie muzyków, którzy byli też na planie, konsultowali stroje i tak dalej, to do licha, zrobiono Freddiemu krzywdę, ukazując go jako jedynego odpowiedzialnego za całe zło.

Konkludując powoli, moim zdaniem "Bohemian Rhapsody" to film, który nakręcono w dwóch celach: żeby zbić kasę oraz... żeby pokazać scenę z "Live Aid" (naprawdę świetną). Nie jest to, broń Boże, film o muzykach, film o zespole, film o jakimś ciekawym epizodzie działalności Queen (czyż nie byłoby ciekawe zrobienie całego filmu tylko o nagrywaniu "A Night at the Opera"?). Nie, to taka laurka, która ma pokazać, jakie przeboje zespołowi zawdzięczamy, jakim wykolejeńcem był Freddie, a jakimi cnotliwymi obywatelami okazała się reszta zespołu...

I dlatego, mimo świetnych zdjęć, genialnego dźwięku i tytanicznej pracy Maleka - ten film mi się nie spodobał.

niedziela, 2 sierpnia 2020

[W] Kość do bigowania

Na przedmiot ten, przydatny w introligatorstwie i przy "zabawie" w pergamano do wykonywania zagnieceń papieru, otrzymałem zlecenie już dawno. Dostałem nawet tekturkowy wykrój, jak ma wyglądać ostatecznie owa kość - i wykrój ten leżał tuż pod moim monitorem, cały czas na widoku, żeby nie zapomnieć. No i zapomniałem, oczywiście.

Kiedy jednak sobie wreszcie przypomniałem, rzuciłem się do pracy, bo i nie przewidywałem tu żadnych trudności - ot, wyciąć z kawałka niegrubej sklejki, ukształtować pilnikiem i wyszlifować. Jak noże do papieru.

I tak się właśnie stało - stąd wpis krótki i tym razem bez budzących uśmiechy politowania wpadek. Wziąłem kawałek sklejki, odrysowałem szablon, zamocowałem w imadle i obrobiłem zgrubnie najpierw piłą, żeby usunąć większe fragmenty materiału:

Później zaś w ruch poszedł pilnik-zdzierak, który doprowadził kość do mnie więcej ostatecznego kształtu:

Pozostało już tylko obrobić całość papierami ściernymi: 120-240-800 i nawoskować. Gotowe!

Powstaje jedno pytanie - nie można było tak od razu już miesiąc temu?...

sobota, 1 sierpnia 2020

[O] Gwiezdne Wojny (DVD)

Obejrzeliśmy ostatnio z Perełką "Gwiezdne Wojny - Skywalker: odrodzenie", zamykając w ten sposób całą sagę. Mam ją więc w całości w pamięci, a wierzcie mi, że dociekliwe pytania dziecka potrafią zwrócić uwagę na niejedno. I jak tak patrzę z tej właśnie perspektywy, to widzę parę rzeczy, o których chciałbym tutaj wspomnieć.

Po pierwsze, "Gwiezdne Wojny" są nie dla każdego. A przynajmniej każdy odbiera je po swojemu. Jedni pozostają obojętni, inni pochłaniają bez pytań, inni jeszcze chcieliby, by "Gwiezdne Wojny" były "czymś więcej" niż tylko blockbusterami, które zapewniają rozrywkę milionom i miliony twórcom.

Po drugie, prequele nie są takie złe, jak się kiedyś wydawało. To znaczy, "green screen" nadal gryzie w oczy, a walki są nieco zbyt baletowe, ale bohaterów dało się polubić, nawet Anakina (dobra, Jar-Jara nadal nie trawię). Midichloriany psują nieco efekt, ale ogólnie tragedii nie ma. Najlepsza wydaje się "Zemsta Sithów", w której kończy się droga Anakina na ciemną stronę mocy, a zaczyna panowanie Imperatora.

Oglądanie jednak lepiej zacząć tradycyjnie, od "Nowej nadziei". Dzięki temu nie zepsuje się zwrotu akcji z "Imperium kontratakuje", który każe spojrzeć inaczej na Vadera. "Stara trylogia" trzyma się dzielnie, choć tu i tam wyłażą już na wierzch pewne niedostatki techniczno-realizacyjne, niemożliwe do uniknięcia na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku (ach, gdyby walka Vadera z Obi-Wanem wyglądała tak!). Jeśli jednak dać się ponieść fabule (co jest bardzo łatwe), to można ich zwyczajnie nie zauważać.

No i najnowsza trylogia, "disnejowska". Tu mam największy kłopot, bo o ile po "Przebudzeniu Mocy" żywiłem jeszcze spore nadzieje, a Rey i Kylo Ren naprawdę dawali obietnicę czegoś fajnego, to już "Ostatni Jedi" i - zwłaszcza - "Skywalker: Odrodzenie" tę nadzieję stopniowo i coraz sprawniej zabiły. I tak, zgoda, są to na pewno spektakularne widowiska, godne marki. I tak, poruszają sprawnie struny nostalgii, wprowadzając starych, znanych i lubianych bohaterów. Ale nie dają tak naprawdę żadnej ciekawej historii - po pierwszej trylogii mieliśmy zmierzch Republiki i Imperatora z Vaderem u boku. Po drugiej trylogii - Imperator zginął, Rebelia wygrała, galaktyka ocalona. A trzecia... no cóż, okazuje się, że zwycięstwo nad Imperatorem nie było ostatecznie, więc powtarzamy wszystko ze środkowej trylogii, tylko gorzej i mniej spójnie, uśmiercając po kolei wszystkie ważne postacie...

I o ile do niedawna to było tylko moje zdanie, to obserwując reakcje Perełki stwierdzam, że rzeczywiście najlepiej ciągle działa "stara trylogia", prequele trafiają do tych, którzy nie są "skażeni" latami osiemdziesiątymi, zaś "trylogia disnejowska" poza może BB-8 nie wprowadza nam postaci na miarę Luke'a, Hana Solo czy Vadera, a głównym pytaniem Perełki podczas seansów było "a po co oni to robią?". Rey i Kylo Ren - no ok, to jeszcze się jakoś broni, ale Poe Dameron? Finn? Rose? Perełka cieszyła się głównie wtedy, gdy na ekranie pojawiały się starsze postacie - nowe nieszczególnie ją interesowały. O Imperatorze Młoda może gadać godzinami, a o Snoke'u? Perełka trafnie go podsumowała: "to ten brzydki, co chciał być Imperatorem?"

Tak czy inaczej, "Gwiezdne Wojny" ciągle działają. Ileż to już rozmów, ile zabaw! Jeśli teraz jeździmy z Perełką "na rowery", to zawsze jesteśmy patrolem imperialnym, szukającym baz Rebeliantów (Perełka ma numer 110, ja 000, bo "szturmowcy mają numery zamiast imion, pamiętasz, tata?"). Vader jest ukochaną postacią (bo ma "śliczne czarne oczka"), "Sokół Millenium" jest najszybszym statkiem w galaktyce, na który nie można pozwolić uciec Rebeliantom, zaś rodzina, koleżanki i koledzy są bombardowani gwiezdnowojenną wiedzą i muszą brać udział w różnych quizach i zagadkach. I o to chodzi!