piątek, 31 stycznia 2020

[A] Arkady Fiedler - Wyspa Robinsona, cz. 13

Trzech mężczyzn rozpoczyna wspólne życie na wyspie - każdy ma swoje obowiązki, każdy jest przydatny. Wiedziony wspomnieniami o Robinsonie Kruzoe, John próbuje narzucić towarzyszom role "piętaszków", pokornych sług białego człowieka...

Zapraszam do wysłuchania kolejnej części!

czwartek, 30 stycznia 2020

[O] Aquaman

Dopiero niedawno miałem okazję obejrzeć Aquamana, udostępnionego akurat w jednym z serwisów strumieniowych. Jest to ekranizacja komiksu ze stajni DC, tej samej, do której należą Superman czy Batman. O ile komiksy z Supermanem czy Gackiem zdarzało mi się czytać, to o Aquamanie dowiedziałem się dopiero z filmu Justice League.

Fabuły może nie będę zdradzał w całości, jednak parę słów się przyda. Chodzi zasadniczo o to, że władca mórz, Orm (Patrick Wilson), zamierza wypowiedzieć wojnę ludziom na powierzchni, a jego brat Arthur (Jason Momoa, tytułowy Aquaman) żyje na wygnaniu właśnie na powierzchni i jest superbohaterem, pomagającym ludziom. Polityczni przeciwnicy Orma wysyłają więc poselstwo do Arthura, żeby wrócił do morza, odebrał władzę bratu i zapobiegł w ten sposób wojnie. Arthur, rzecz jasna, wcale się nie chce mieszać w całą sytuację, więc aby go przekonać, "posłem" zostaje ponętna czerwonowłosa Mera (Amber Heard), a ostateczne argumenty przedstawia dawny nauczyciel, Vulko (Willem Dafoe). Arthur może zostać królem tylko wówczas, gdy zdobędzie mityczny Trójząb Atlana, dawnego władcy Atlantydy...

Cóż, fabuła jak fabuła, potrafi wciągnąć nawet mimo całej swojej pretekstowości. Film ogląda się przyjemnie, walki pokazane są nad wyraz sprawnie, a podwodny świat rzeczywiście jest piękny, oryginalny i dopracowany. Oczywiście grafika komputerowa wylewa się wręcz z ekranu, bo wszelkie sceny podwodne i duża część nawodnych są kręcone na zielonym ekranie. Trudno jednak mieć o to pretensje do twórców, bo chyba nikt sobie nie wyobrażał, że aktorzy będą rzeczywiście pływać w oceanie. Mnie tylko momentami kłuła w oczy fizyka poruszających się postaci, które nie sprawiały wrażenia pływających, a... latających w wodzie.

Ostatecznie napiszę więc, że film może się podobać, jeśli ktoś lubi kino superbohaterskie. Aquaman jest na tyle świeżą i nieopatrzoną postacią, że brakuje porównań z wcześniejszymi adaptacjami, pewnie też większość widzów nie zna również komiksów. Dzięki temu zamiast narzekać na wady, można dać się ponieść historii i pooglądać cuda wykreowane przez speców od CGI. Sam jakimś wielkim zwolennikiem filmów od DC nie jestem i uznaję je za gorsze od tych z MCU, jednak i Superman w wykonaniu Cavilla, i nawet Batman z twarzą Afflecka mi się podobają. "Aquaman" staje jakościowo bardzo blisko najlepszej (w mojej opinii) "Wonder Woman" i daje nadzieję, że może jednak i DC w końcu znajdzie właściwą drogę.

środa, 29 stycznia 2020

[A] Jan Grabowski - Puc, Bursztyn i goście, cz. 1

No i stało się - przed Wami kolejny amatorski audiobook. Niby dla dzieci, ale myślę, że dorośli też chętnie zapoznają się z psim punktem widzenia. Do tego ogarnia człowieka lekka nostalgia za czasami z początku ubiegłego wieku...

Zapraszam do słuchania!

Okładka na podstawie zdjęcia z https://www.deviantart.com/malleni-stock/, za wiedzą i zgodą. Poniżej link do serwisu BandCamp:

wtorek, 28 stycznia 2020

Chcę czytać lepiej

Jako że spodobało mi się czytanie książek na głos (co pewnie ze zgrozą zauważyli Goście bloga już jakiś czas temu), postanowiłem na miarę swoich skromnych możliwości ulepszyć wszystko, co się da, żeby te moje nagrywane audiobooki wypadały przynajmniej znośnie. Stąd adaptacja akustyczna studia, stąd przyłożenie wagi do jakości sygnału płynącego z mikrofonu, stąd wreszcie lektura dwóch książek, dotyczących ćwiczeń głosu. No i ćwiczenia z korkiem, nie zapominajmy o ćwiczeniach z korkiem!

Ciągle mi jeszcze mało, więc kiedy dostałem zaproszenie z firmy Vocalize na testy głosu właśnie pod kątem przyszłego nagrywania audiobooków, chętnie z tej okazji skorzystałem. W końcu dobrze jest dowiedzieć się od profesjonalistów, czy to wszystko w ogóle ma jakikolwiek sens.

Na miejscu pojawiłem się troszkę po siódmej wieczorem - całe szczęście, że można było umówić się na taką właśnie godzinę. Trafienie do firmy nie jest proste, zaś sama firma na tyle tego świadoma, że wysyła szczegółowy opis w SMS. Naprawdę szczegółowy. Łącznie z opisem, w którą stronę się obracać. I powiem Wam, że bez tego byłoby naprawdę trudno, zwłaszcza po ciemku.

Fot. Szyszka z polska-org.pl

Gdy w końcu dotarłem, usiadłem na krzesełku i czekałem na swoją kolej, słuchając dobiegających z pokojów odgłosów ćwiczeń głosu. W końcu pojawiła się miła pani i zaprosiła mnie do pokoju, gdzie musiałem z grubsza opisać, co i jak robię i chcę robić. Potem przyszedł czas na diagnozę: zasadniczo nie jest źle, ale warto popracować nad monotonią (zwłaszcza w audiobookach dla dorosłych), warto też przyjrzeć się "ą" i "ę", bo mam tendencję do niepotrzebnego zbyt dokładnego ich wymawiania. Do tego skracanie końcówek wyrazów i... chęć obniżenia głosu. Co do tego ostatniego, to rzeczywiście nie zdawałem sobie sprawy, że chyba faktycznie tak robię.

Spotkanie skończyło się wręczeniem oferty szkoleń i mogłem wrócić do domu, by sobie wszystko przemyśleć.

Na razie z wiadomych przyczyn żadne szkolenie nie wchodzi w grę, ale nad wspomnianymi elementami mogę popracować też samodzielnie i to mi daje jakąś tam małą nadzieję na rozwój. Pożyjemy, zobaczymy, a tymczasem skończyłem przygotowywać pierwszą część nowego audiobooka. Kiedy premiera? Niech to będzie niespodzianka!

poniedziałek, 27 stycznia 2020

niedziela, 26 stycznia 2020

Serwisy strumieniowe - zło?

Przeczytałem niedawno artykuł "Strumieniowanie muzyki - czy to się opłaca artystom?", który dał mi do myślenia. Generalnie teza autora jest taka, że serwisy strumieniowe "zdzierają" z muzyków, płacąc im śmieszne stawki za jedno odtworzenie - w okolicach 0,004$ (źródło: soundcharts.com). Tutaj trudno się nie zgodzić, bo takie są rzeczywiste kwoty - więc muzycy na serwisach typu Spotify czy Tidal nie zarabiają za dużo, chyba że mają setki tysięcy odtworzeń miesięcznie.

Impulsem do powstania wspomnianego artykułu - jak autor sam pisze we wstępie - była chęć przeprowadzenia wyliczeń, porównania streamingów ze sklepami cyfrowymi, które pokazałyby czarno na białym, że sklepy jednak są lepsze, bo płacą muzykom więcej. Porównanie to nie wypadło sprawiedliwe, bo autor między innymi nie uwzględnił, że twórca-muzyk nigdy nie dostaje pełnej kwoty widniejącej w sklepie (zwykle jest to od 30 do 70%). Faktem jest bowiem, że rzeczywiście sklepy płacą więcej, ale... za coś innego. Bo tu - jako klienci - nie płacimy za odtworzenia, tylko za piosenkę albo za album. Moim zdaniem jednak, dużej różnicy w praktyce dla muzyka nie będzie: albo ktoś słucha kilka (kilkanaście? kilkadziesiąt? set?) razy w strumieniu (i każde odtworzenie kosztuje te marne ułamki dolara, zbierając się na, powiedzmy, 50 groszy), albo dokonuje jednorazowego zakupu za trochę więcej (niech będzie, że twórca dostanie 50% ceny sklepowej, czyli zarobi złotówkę) i słucha już bez dalszego płacenia. Tak czy owak nie są to zyski urywające głowę ani różnice sięgające kilkuset procent między jedną formą dystrybucji a drugą. Tutaj można poczytać o stawkach, jakie muzycy zarabiają za fizyczne płyty CD - tez nie są to wysokie stawki.

Teza więc o tym, że to tylko streamingi łupią muzyków zupełnie się - w moim odczuciu - nie broni. Bo muzyków łupią wszyscy, kto tylko może - podatki, marże, prowizje, opłaty. I w sumie nie oznacza to też, że "łupią" = "oszukują". Bo oszustwo zakładałoby raczej coś takiego, że mówimy muzykowi: dostaniesz za odtworzenie 1$, a tymczasem faktycznie wypłacane byłoby 0,01$. Tutaj tabele opłat są znane, raporty dostępne, muzycy chcący publikować zgadzają się (dobrowolnie!) na reguły gry (wiem, bo sam mam muzykę w różnych "strumieniach"). Może dlatego, że to dobry instrument promocyjny, a promocja w muzyce jest czymś koniecznym, jeśli chcemy zarabiać?

Teza druga artykułu jest taka, że streaming się muzykom nie opłaca. I tutaj mam odmienne zdanie - bo jak dla mnie, gdyby się to muzykom nie opłacało, to by muzyki do "strumieni" nie wrzucali. Bycie zawodowym muzykiem (chcącym się z tego utrzymywać) zakłada posiadanie jakiegoś (choćby i lichego) biznesplanu prowadzenia takiej działalności. Jeśli więc ktoś umieszcza swoją muzykę na Spotify lub Tidalu, to zakładam, że ocenił ten krok pod względem biznesowym. Tyle tylko, że na 99% nie jest to cel zarobkowy i tutaj chyba jest całe źródło zamieszania.

Bo "strumienie" to źródło (względnie tanie) muzyki dla mas. Masz abonament i słuchasz, czego chcesz. Co więcej, wszystkie niemal serwisy mają funkcje wyszukiwania podobnego typu muzyki do naszej ulubionej, co ułatwia wyszukiwanie nowych artystów, których - nie oszukujmy się - raczej byśmy nie poznali. Sam znalazłem w ten sposób mnóstwo wykonawców, których w innym wypadku nigdy bym nie usłyszał (a już na pewno nie kupiłbym ich płyty). I to jest coś, co zyskują muzycy publikujący w "strumieniach" - globalny zasięg i potencjalną możliwość dotarcia nawet w najbardziej egzotyczne miejsca na świecie. Poza tym warto mieć na uwadze, że fakt, że ktoś słucha dużo muzyki w medium strumieniowym, wcale nie przełożyłby się na fakt, że będzie równie dużo kupował muzyki w sklepie (gdyby "strumienie" wyłączyć nagle). To znane nieporozumienie, które kiedyś wykorzystywały koncerny muzyczne do szacowania swoich strat w związku z piractwem: to, że ktoś ściąga nielegalnie setki albumów, też nie oznacza, że by je wszystkie kupił.

Ja wykorzystuję Spotify także w innym celu - gdy widzę nazwę nieznanej mi kapeli czy wykonawcy, którzy mają dać koncert w okolicy, mogę bez problemu posłuchać ich dorobku i zdecydować, czy się na taki koncert wybrać (a koncerty i sesje nagraniowe to są właśnie miejsca, gdzie muzycy zarabiają rzeczywiste pieniądze). Mógłbym, owszem, posłuchać tych utworów także w sklepie, ale raz, że zwykle są to tylko fragmenty, a dwa - akurat tam za odsłuchanie artysta nie dostanie nawet 0,004$.

I żeby nie było: nie, nie twierdzę, że to, co obecnie mamy na rynku to jakiś raj dla muzyków. To raj dla odbiorców. Ale tak to już jest, gdy mamy do czynienia ze swoistą nadprodukcją. Muzyki jest zwyczajnie za dużo, by płacić muzykom wysokie stawki. Ci wielcy sobie odpowiednie kwoty wynegocjują - ci mali mają to, co jest. Bądźmy szczerzy - dzisiaj "producentem muzycznym" chce być każdy - wystarczy pirackie FL Studio i jazda (przepraszam za uogólnienie, ale to wrażenie, jakie odnoszę po obecności na kilku polskich forach muzycznych). I każdy by chciał mieć "miliony za odsłuchanie" - wrzuca taśmowo produkowane kawałki i tylko liczy tysiące dolarów dziennie. No, ale jeśli ktoś ma takie pojęcie o zawodowym rynku muzyki, to rzeczywiście dojdzie do wniosku, że wszystkiemu winny streaming.

Nie chcę wchodzić w poruszany w cytowanym artykule wątek moralizatorski (korzystający LEGALNIE ze streamingów są nazywani złodziejami), bo absolutnie nie czuję się uprawniony do mówienia komukolwiek, co jest moralne, a co nie. Według mnie działa tu wolny rynek: są znane reguły, obie strony (serwis i twórca) bez przymusu zawierają umowę, więc nie ma tu nic do dodania. Według mojej oceny jest to uczciwe. Kto nie chce, nie korzysta i już.

I to chyba tyle - dyskusja w tym temacie na Facebooku była gorąca (chyba niepotrzebnie), zaś rzeczywistość jest taka, że źródłem utrzymania streamingi mało kto może nazwać. Pozostaje znajdować inne sposoby - koncerty, szkolenia, kursy, sesje nagraniowe, sponsoring. Bo jeśli ktoś liczy, że wyżyje ot tak, z prowizji ze Spotify czy innego iTunesa, to może od razu rozdzierać szaty. Tak się nie da.

Na koniec jeszcze - to nie jest w żadnym razie atak na autora artykułu. Po prostu tematyka wydaje się być interesująca: bo rzeczywiście, płacą mało, a muzycy korzystają. Czyli jakiś profit jest - czy tylko promocja? Coś jeszcze? Chętnie poczytałbym jakieś statystyki czy wywiady z samymi muzykami na ten temat.

piątek, 24 stycznia 2020

wtorek, 21 stycznia 2020

Puc, Bursztyn i goście - jak myślicie?

Tak sobie rozmyślałem ostatnio o tym, czy nagrać jakiegoś nowego audiobooka i pomysł padł na książkę, którą uwielbiałem w dzieciństwie, a którą parę lat temu kupiłem dla Perełki. Chodzi oczywiście o "Puca, Bursztyna i gości" Jana Grabowskiego. Jak myślicie, dobry wybór? Znacie? Lubicie?

poniedziałek, 20 stycznia 2020

[O] Historia małżeńska

Weźcie dwójkę aktorów, znanych ostatnio z ról w hollywoodzkich blockbusterach i każcie im zagrać dramat. Historię końcówki małżeństwa. Emocje.

Niemożliwe w realizacji? Murowany ckliwy gniot? Nic z tych rzeczy. Rewelacyjny film, trzymający za gardło, wywołujący (a nie wyciskający) łzy i budzący wzruszenie. Jednym słowem - nie wiem, czy nie najlepszy film, jaki widziałem na przestrzeni kilku ostatnich lat.

A wszystko to za sprawą reżysera Noaha Baumbacha oraz pary aktorów: Scarlett Johansson i Adama Drivera. Wprawdzie cała obsada jest świetna, ale tytułowe "małżeństwo" niewątpliwie zagrało najlepsze dotychczas role w karierze. Najciekawsze w tym filmie jest jednak coś innego. Jest straszliwie, brutalnie wręcz prawdziwy. Do tego stopnia, że czasem ma się wrażenie, że pewne sytuacje są wyjęte z naszego własnego życia. Ale i ta szczerość i prawdziwość to jeszcze nic - film nie osądza swoich bohaterów. Nie ma tu winnych i pokrzywdzonych - a raczej wszyscy nimi są... A sytuacja między małżonkami jest zrozumiała w zasadzie tylko dla nich samych i nikogo więcej. Powiem nawet więcej - być może nie jest zrozumiała dla nikogo, bo film opisuje etap, gdzie małżonkowie zaczynają patrzeć na siebie zupełnie inaczej i odkrywają, że są obcymi sobie ludźmi.

Przyznam, że nie jest to film łatwy do oglądania - a tym trudniejszy, im więcej znajdujemy w nim znajomych scen. Niemniej - obejrzeć warto.

sobota, 18 stycznia 2020

[O] Ori and the Blind Forest

Jedną z gier, o których wspominałem niedawno, jest (był?) Ori and the Blind Forest. To nie tak stara gra, bo wydana w 2016 roku, a jednak przez te cztery prawie lata nawet jej nie zainstalowałem - czego pożałowałem dzisiaj. A było to tak...

Perełka była późnym popołudniem w bardzo bojowym nastroju i generalnie brykała jak dzika kuna po lesie. Próby namówienia jej do słuchania czytanej książeczki spełzły na niczym, podobnie inne pomysły. W końcu postanowiłem zaciekawić ją czymś innym i czym prędzej przeszukałem zasoby w poszukiwaniu ciekawej, a miłej dla oka gry. Padło właśnie na Ori. Zainstalowałem i uruchomiłem. I, jak się to mówi, szczęka mi opadła.

Bo Ori to gatunek zdecydowanie nie dla mnie - to gra z gatunku nazywanego kiedyś platformówkami, z elementami logicznymi - coś podobnego do Oddworld (a jednocześnie zupełnie inne). To jednak nie ma kompletnie znaczenia: po rozpoczęciu gry oglądamy pięknie animowany wstęp, który nagle... oddaje nam kontrolę nad bohaterem (bohaterką). Przechodzimy kawałek, oglądamy dalsze animacje i znów sterujemy, inną już postacią. W ten sposób poznajemy wzruszający początek historii, którą będziemy musieli doprowadzić do końca.

I wierzcie lub nie, nawet mnie chciało się trochę pobiegać i poskakać, mimo że poziom trudności - zwłaszcza przy grze myszką i klawiaturą - jest dość wysoki. Podobno z padem jest łatwiej, ale mój pad chwilowo odmówił posłuszeństwa, więc tego nie sprawdzę. W każdym razie jestem urzeczony i oprawą graficzną, i muzyczną, i sposobem grania - w swoim gatunku ta gra to niewątpliwie arcydzieło. Jak zobaczycie (albo nie) na filmiku, w dalszych etapach dzieje się bardzo dużo na ekranie - podczas gry ma się jednak wrażenie mniejszego chaosu, ale wątpię, czy dotrwam aż tak daleko. Mimo to te pół godziny gry, które już za mną, warte było pobrania i zainstalowania.

A Perełka? Zachwycona! Do tego stopnia, że przed snem zażyczyła sobie opowieści o tym, co było przed grą (tzn. co poprzedzało zdarzenia ze wstępu - musiałem szybko wymyślić fabułę) i omówiła krótko, jak powinniśmy grać jutro (bo mamy już zarezerwowane pół godziny przed kolacją). Brykania nie stwierdzono, po kwadransie od zakończenia rozmów przyszedł sen...

Oczywiście nie dla mnie - muszę na innym profilu pograć trochę, żeby nabrać wprawy. Ech, że też refleks już nie ten!...

piątek, 17 stycznia 2020

[A] Arkady Fiedler - Wyspa Robinsona, cz. 9

John odkrywa kolejne obszary wyspy, co prowadzi do tego, że już nie musi obawiać się głodu. "Jezioro Obfitości" karmi go hojną ręką, rosną też umiejętności strzeleckie. Czy jednak to już wszystkie tajemnice wyspy?

Zapraszam do wysłuchania kolejnej części!

środa, 15 stycznia 2020

Miejsca, których już nie ma

Szukałem ostatnio pewnego zdjęcia w mojej starej galerii na DeviantArt i tak jakoś przy okazji znalazłem poniższe zdjęcie:

Nie jest to nic nadzwyczajnego, jedno z pierwszych moich zdjęć zrobionych w ogóle. Rzecz w tym, co przedstawia. Po pierwsze, to pola - puste pola uprawne w Swarzędzu. Po drugie, to zima. Taka normalna zima, jeszcze sprzed dziesięciu lat, ze śniegiem i mrozem (pamiętam, że chodziłem na fotospacery i bałem się o aparat, bo były dwudziestostopniowe mrozy - wyświetlacz reagował z opóźnieniem).

Dzisiaj w powyższym miejscu stoi osiedle, a nawet - osiedla. I po śniegu nie ma ani śladu, bo na dziś zapowiadane jest +13oC. Gdybym chciał zatem zrobić to zdjęcie od nowa, może ze statywu, może o lepszej porze, nie miałbym już takiej szansy. A to z kolei prowadzi do nieco smutnej konkluzji, że wszystko przemija i świat ciągle się zmienia, a my go powoli zapominamy. I do ocalania naszych wspomnień służą fotografie - choćby i tak mizerne, jak powyższa...

A żeby nie było tak zupełnie smutno, to poniżej zdjęcie, którego szukałem, czyli efekt zabawy w Photoshopie:

poniedziałek, 13 stycznia 2020

[A] Arkady Fiedler - Wyspa Robinsona, cz. 8

Rozbitek znalazł schronienie w jaskini, ale spotykał się też oko w oko z dotychczasowym panem wyspy - jaguarem. I chociaż został rozwiązany problem żywności, ciągle nie wiadomo, jak przedostać się na stały ląd...

Zapraszam do wysłuchania kolejnej części!

sobota, 11 stycznia 2020

[O] Remigiusz Knapik - Parallel Dispensations

Nie będzie to klasyczna recenzja, mimo że dałem odpowiedni sufiks w tytule. Bo tej muzyki nie potrafię zrecenzować - jestem na to zbyt "krótki". Mogę co najwyżej powiedzieć, czy mi się podoba - otóż... podoba.

O czym tu w ogóle mówimy? O płycie Remigiusza Knapika, który jednak nie nagrywał jej samotnie. Do współpracy zostali zaproszeni Marcin Gontarek (gitara basowa) i Jan Kadereit (bębny). Gościnnie wystąpili ponadto Robert Kamalski (saksofon) oraz - uwaga! - Leszek Możdżer. Myślę, że już samo to wystarczy, by zachęcić do słuchania.

A słuchać może każdy, bo Remigiusz Knapik umieścił płytę w sieci - aczkolwiek pochwalę się, że sam posiadam wersję CD, którą otrzymałem jako prezent (dzięki koledze JG!).

Tak czy owak zachęcam do choćby pobieżnego przesłuchania. Swoją drogą, jestem ciekawy, jak się fachowo nazywa gatunek muzyki, który uprawiają Remigiusz z kolegami.

piątek, 10 stycznia 2020

czwartek, 9 stycznia 2020

[O] Watchmen - film i serial

Świąteczny czas pozwala nieco nadgonić zaległości związane z oglądaniem filmów czy seriali, z czego skrzętnie skorzystałem, zapoznając się z fenomenem Watchmen. O serialu słyszałem już od dawna pozytywne rzeczy, a kiedy znalazłem też w serwisie streamingowym film, postanowiłem zobaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Jak się domyślacie, nie znam i nie poznałem oryginalnego komiksu Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa (przynajmniej na razie), więc całą swoją wiedzę czerpię z filmu i serialu. Czy to wystarczyło, żeby dobrze się bawić? Uwaga! Do opisu mogły przedostać się malutkie spoilery, więc zachowajcie ostrożność!

Film, bo pierwszy

Najpierw obejrzałem pełnometrażową adaptację w reżyserii Zacka Snydera i muszę przyznać, że odebrałem ją bardzo dobrze. Spodobał mi się klimat, spodobały mi się kadry i... postacie. Nie będę może streszczał fabuły, ale odbiega ona od tego, do czego przyzwyczaiło nas kino superbohaterskie i chociaż, naturalnie, mamy tu parę scen walk (i to dość brutalnych), jednak nie skupiano się na tym.

To, co mi się bardzo spodobało, to mroczny klimat i inne spojrzenie na superbohaterów, którzy wcale nie są tacy "super", a w zasadzie - poza Doktorem Manhattanem - są zwykłymi ludźmi w trykotach, którzy coś tam robią na własną rękę.

Najciekawszą postacią jest, będący momentami narratorem, Rorschach, a grający go Jackie Earle Haley stworzył momentami przerażającą kreację. W ogóle ciekawe jest to, że trudno do kogokolwiek z bohaterów czuć jakąś wielką sympatię, co zdecydowanie różni ten film od Ligi Sprawiedliwości czy Avengers. Najpotężniejszy Doktor Manhattan w sumie nie dba o ludzi, Adrian Veidt (Ozymandiasz) jest przez większość filmu po prostu nadętym egocentrykiem, Jupiter (Silk Spectre II) nie wie, co ze sobą zrobić, Nite Owl to bojaźliwy gamoń, a Rorschach... no, nie jest zbyt sympatyczny.

Mimo to całość ogląda się nad wyraz przyjemnie, a końcowe rozwiązanie jednak zaskakuje.

Serial jako drugi

Niejako "napędzony" filmem, obejrzałem też pierwszy (i na razie jedyny) sezon serialu pod tym samym tytułem. Tu zmieniają się okoliczności - superbohaterowie w trykotach są wyjęci spod prawa i poszukiwani przez FBI, zaś sama policja uzyskała przywilej noszenia masek, co ma wyrównać jej szanse w starciu z przestępcami. A przestępcami jest tutaj Ku Klux Klan, nazwany "Siódmą kawalerią" (a później "Cyklopami"). Główną postacią okazuje się była policjantka, Angela Abar, która jednak wcale nie przestała być policjantką i nadal działa, ale w ukryciu (i przebraniu). Z jednej więc strony mamy zakaz bycia superbohaterem, z drugiej zaś policja ma do dyspozycji funkcjonariuszy, którzy w istocie nie różnią się od wcześniejszych bohaterów. Powoli do fabuły przedostają się też inne postacie, jak grany przez Jeremy'ego Ironsa (!) Adrian Veidt, powraca Doktor Manhattan oraz Silk Spectre (ale jako tropiąca superbohaterów agentka FBI). Gdy poznajemy dziadka Angeli oraz tajemniczą miliarderkę, Lady Trieu, zaczyna się robić naprawdę "gęsto"...

Przyznam, że serial także mi się spodobał, ale z innych powodów niż film. Tutaj fabuła również jest mroczna, ale jest też wielokrotnie myląca, zagadkowa i nie raz, i nie dwa zastanawiałem się, dokąd to wszystko prowadzi i jaki będzie finał. Walk nie jest tutaj przesadnie dużo, nawet bardziej uznałbym ten serial za kryminalny niż superbohaterski. Odmienny jest tu odbiór głównej bohaterki, bo dość szybko daje się ona polubić, zresztą da się tu lubić całkiem spore grono, bo nawet Ozymandiasz w wykonaniu Ironsa ma tu nieco ludzkiego oblicza.

Finał troszkę mnie rozczarował, bo przy początkowych paru odcinkach wypadł dość sztampowo, ale nie zmienia to ogólnego pozytywnego odbioru.

No i tyle

I tym to sposobem zapoznałem się (pobieżnie) z uniwersum Watchmenów. Była to przyjemna odskocznia, nie powiem, chociaż teraz zastanawiam się, co twórcy pokażą w drugim sezonie serialu, bo ostatni odcinek kończył się na scenie, która niczego nie wyjaśniała. Cóż, trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać...

środa, 8 stycznia 2020

G.F. Darwin

Dzisiaj trochę o perełce polskiego YouTube'a, czyli Grupie Filmowej Darwin. A to wszystko dlatego, że Siostra Be podarowała mi książkę autorstwa twórców tej grupy, czyli Marka Hucza i Jana Jurkowskiego: "To (nie) koniec świata". Książkę jeszcze czytam i o niej za chwilę parę słów, ale może na wstępie małe wyjaśnienie, czym G.F. Darwin jest.

Być może już o nich słyszeliście - a być może nie. Otóż panowie Hucz i Jurkowski studiowali w szkole filmowej i tam postanowili, że zamiast czekać na propozycje ról w polskich komediach romantycznych, założą sobie na YouTube kanał, na którym będą publikować swoje autorskie filmiki. Jak postanowili, tak zrobili.

Co ciekawe, filmiki te są w pewien sposób połączone za pomocą tworzącego się w tle "uniwersum", gdzie główne role pełnią Rafał (czyli Bóg, grany przez Marka) i Sławek (czyli Szatan, grany przez Janka). Oczywiście, filmiki są różnorodne i nie zawsze występują w nich te same postacie - raczej to tu, to tam spotykamy jakieś napomknienia, czasem filmiki łączą się za pomocą jakiejś konkretnej postaci, jednak generalnie czuć, że wszystkie mają coś ze sobą wspólnego.

Poruszane treści są bardzo różne, od kompletnie zwariowanych po podszyte prawdziwą refleksją (osobiście największe wrażenie na mnie zrobiły dwa poniższe):

Jest też sporo filmów nakręconych jako reklamy, ale z klasycznymi reklamami nie mają one wiele wspólnego, obejrzyjcie na przykład prześmiewczy teleturniej "Wygrywasz co chcesz!":

Całkiem niezłym wprowadzeniem do samego sedna, czyli uniwersum Rafała i Sławka jest filmik z Judaszem:

Polecam jednak przejrzeć wszystkie filmiki, bo naprawdę trudno się oderwać. Dużą zaletą filmów jest dobre aktorstwo i naprawdę zacne wykonanie (łącznie z efektami specjalnymi).

A teraz, skoro wprowadzenie za nami, kilka słów o książce. W najprostszych słowach, to niezrealizowane scenariusze. Czyli jeśli mało Wam filmów, można doczytać resztę. Można w ten sposób jeszcze lepiej poznać darwinowe postacie, na przykład Basię czy Agenta Siedemset. Całość napisana jest bardzo dobrze i czytając poszczególne opowiadania, wręcz można usłyszeć głosy aktorów. Jak dla mnie, to bardzo dobre uzupełnienie kanału i cieszę się, że mogłem się z tym zapoznać.

I to chyba tyle - może się wciągniecie, może nie, ale moim zdaniem mało jest tak dopracowanych produkcji w polskim YouTube, więc warto choćby rzucić okiem. A na koniec, jeśli ktoś lubi Joannę Kołaczkowską z kabaretu Potem i Hrabi oraz jest fanem "Gry o tron", to nie może opuścić opowieści o szewczyku Dratewce:

wtorek, 7 stycznia 2020

Mrówki, mróweczki

Zachęcony przez żonę, sięgnąłem po "Imperium mrówek" Bernarda Werbera. To pierwsza część "mrówczej trylogii" tego autora i chociaż jeszcze jej nie przeczytałem do końca, to już mogę polecić wszystkim wielbicielom poznawania sekretów przyrody. Dawno nie czytałem tak wciągającej książki - i to o czym? O mrówkach? A czy wiedzieliście, że mrówki pochodzą od os? Nie? No to marsz do czytania!

Ale ja nie o samej książce dzisiaj chciałem. Bo warto przyjrzeć się jeszcze pewnemu filmowi, zrealizowanemu przez BBC "Imperium mrówek" z prowadzącym Davidem Attenborough:

Nie dość, że wszystko ciekawie opowiedziane (chociaż po angielsku), to jeszcze na końcu filmu autorzy zdradzili, jak się tego typu filmy kręci! A mnie to strasznie zaciekawiło, bo pamiętam, że zrobienie fajnego zdjęcia mrówce (i to mrówce nie tylko żywej, ale bardzo aktywnej) jest niezmiernie trudne. Oczywiście mam tu na myśli zdjęcie z cieszącym oko powiększeniem, a nie mały piksel na korze drzewa.

A poniżej chyba najlepsze dwa zdjęcia mrówek, jakie zrobiłem kiedykolwiek (co nie znaczy, że są jakieś wybitne - chociaż przeszły selekcję, ha, ha):

poniedziałek, 6 stycznia 2020

niedziela, 5 stycznia 2020

Czytanie na wyścigi

Nowy rok to nowe postanowienia (zmilczę, jak jest później z ich wypełnianiem). Jako człowiek pragmatyczny, znający swój słomiany zapał i brak wytrwałości, porzuciłem jakiekolwiek planowanie czegokolwiek "na nowy rok" już dawno temu. Jako że jednak inni wcale nie muszą iść tą samą ścieżką, z ciekawością czytam i dowiaduję się, co tam sobie ludzie postanawiają.

I właśnie przeczytałem kilka dni temu o inicjatywie "52 książki", która ma zrzeszać ludzi, deklarujących przeczytanie 52 książek w roku (przynajmniej 52!). Czyli - jedna tygodniowo. Idea jest szczytna - podnieśmy czytelnictwo w narodzie, skoro statystyki wskazują, że Polak czyta w ciągu roku co najwyżej jeden rozdział. Ale czy to naprawdę ma sens?

W kwestii "zmuszania się" do regularności jestem dość sceptyczny. Przechodziłem już przez "projekt 365", kiedy to postanowiłem robić przynajmniej jedno zdjęcie dziennie i je publikować. W efekcie powstało może kilka (kilkanaście?) dobrych fotografii i kilkaset takich sobie średniaków. Byle norma była.

I tak sobie myślę, że plan 52 książek rocznie ma sens chyba tylko wówczas, gdy książki sobie zaplanujemy od razu - bo wówczas możemy ułożyć jakąś sensowną listę. W przeciwnym razie będzie to czytanie czegokolwiek, co akurat wpadnie nam w ręce, byle tylko liczby się zgadzały, a nie jestem przekonany, czy wówczas cała akcja ma sens.

Tak nawiasem mówiąc, jestem ciekaw, czy potrafiłbym się ZMUSZAĆ do czytania, byle tylko nabić statystykę? Coś mi to za bardzo pachnie wspomnieniem czasów licealnych, gdy trzeba było lecieć z lekturami, bo matura za pasem. Ani z tego przyjemności, ani pożytku...

Swoją drogą, zgrubnie podliczyłem zeszłoroczny plon i wyszło mi ponad 60 pozycji (z czego kilkanaście Grishama, he, he). Czyli chyba nie jest źle?

sobota, 4 stycznia 2020

[O] Gwiezdna klapa...

No i mamy zakończenie trzeciej trylogii "Gwiezdnych wojen". Dziewiąta, ostatnia część, nazwana "Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie" (notabene - beznadziejne tłumaczenie beznadziejnego tytułu - ale w tym filmie tak chyba musi być). Jak się sprawdziła? Od razu ostrzegam, że nie będę dbał o to, czy zdradzam jakiekolwiek szczegóły fabularne, bo fabuła w tym filmie to tylko śmieszny pretekst. Jeśli ktoś nie widział (a chce), to do kina!

Pierwszy punkt widzenia

Naprawdę chciałem, żeby ta część była najjaśniejszą gwiazdą w nowej trylogii. Wrócono do reżysera "Przebudzenia mocy", J.J. Abramsa, licząc zapewne, że jakoś da on radę spiąć trzecią część z pierwszą, mimo tego wszystkiego, co przyniósł "Ostatni Jedi". Nie dał rady.

Pierwszy jednak punkt widzenia to radość z tego, że znów jesteśmy w uniwersum "Gwiezdnych wojen", znów patrzymy na znanych sobie bohaterów. Zewsząd zalewani jesteśmy tzw. fan-service'em, czyli twórcy dają nam to, co (mają nadzieję) chcemy oglądać. Podnoszenie statku niczym z "Imperium kontratakuje"? Proszę bardzo. Chewbacca dostaje w końcu medal? Jasne! Powraca Lando? Nie ma sprawy! I tak dalej, i tak dalej.

Naprawdę, można sobie przesiedzieć cały film, oglądając to, co lubimy w "Gwiezdnych wojnach". Są duże statki, są bitwy, są pojedynki na miecze świetlne, są dziwne misje, są niemal magiczne artefakty. Wszystko okraszone miliardem efektów świetlnych i muzyką Williamsa. Problem w tym, że jeśli zaczynamy próbować myśleć i łączyć ostatnią część z resztą, to dochodzimy do tego, że jest jeszcze...

Drugi punkt widzenia

A tutaj chce się normalnie gryźć palce ze złości, że tak koncertowo spaprano zakończenie całej sagi. Że scenariusz pisała albo grupa przedszkolaków, albo skończeni kretyni (przepraszam, ale trudno nazwać to inaczej). J.J. Abrams nie tylko nie uratował tego filmu, on go po prostu zarżnął.

Nawet nie chce mi się za bardzo wchodzić w szczegóły. Bohaterowie? Skłócona banda, nazywana przyjaciółmi, gdzie nikt (NIKT!) nie przechodzi jakiejkolwiek przemiany, wszyscy są od początku do końca tacy sami, czyli nudni i bezbarwni. Ileż można było mieć nadziei na rozwój Finna czy Poe z "Przebudzenia mocy"! Mogli stać się kreacjami na miarę Hana Solo czy - choćby już nawet - Lando!

A sama Rey? Wprawdzie do tej pory była ciągle niewzruszenie i krystalicznie praworządna, uczciwa i dobra - ale czy naprawdę nie mogła choć przez chwilę, chwileczkę rozważać plusów przejścia na ciemną stronę Mocy? Może Kylo Ren (chyba najlepsza postać całej nowej trylogii) powinien ją do tego przyciągnąć? Mogłoby dojść choć przez chwilę do wahania, że jednak nie wszystko dobrze się skończy? Oczywiście, że nie. Rey jest jednowymiarowa, nudna i tyle. Skądinąd podziwiać należy Daisy Ridley, że jednak jej bohaterkę da się lubić.

Boli najbardziej

Jednak największym złem nowej trylogii jest KOMPLETNY brak scenariusza! Już przy "Ostatnim Jedi" można było odnieść wrażenie, że scenarzyści nie do końca wiedzą, dokąd zmierzają. No, ale przecież może szykowali jakieś wolty na ostatnią część? Otóż nie! Oni rzeczywiście nie wiedzieli, dokąd to wszystko prowadzi!

Naprawdę, Disney pokazał bardzo wyraźnie, gdzie ma wszystkich fanów sagi. Zamiast - jeszcze na początku, parę lat temu - wziąć jakiegoś dobrego scenarzystę, dać mu kupę pieniędzy i zażądać choćby szkicu całej trylogii, poszli po prostu na żywioł, mając (mam wrażenie, że całkiem słuszną) nadzieję, że ciemny lud to kupi.

Żeby to chociaż było głupie, ale zaplanowane. Przecież nikt od "Gwiezdnych wojen" nie wymaga ścisłości - to baśń. Jednak nawet baśnie mają swoją wewnętrzną logikę, dzięki której wszystko jakoś trzyma się w ryzach.

Mam wrażenie, że prace wyglądały tak: Disney stwierdził, że trzeba w końcu zrobić ostatnią trylogię. O czym? A, weźmy J.J. Abramsa i zróbmy na próbę coś, co będzie przypominało "Nową nadzieję" - może ludzie to załapią. Ludzie załapali, ale trochę kręcili nosami, że dostali taki "odgrzewany kotlet". Zmieńmy więc reżysera, niech zrobi coś nowego. Zatem Rian Johnson dostał jasne wytyczne: zrób inaczej. I zrobił "Ostatniego Jedi", kompletnie od czapy, uśmiercając głównego złego, nie dokonując żadnej zmiany, tyle tylko, że ubił Luke'a. Teraz ludzie od Disney'a połapali się, że chyba poszło coś nieklawo, więc w panice zakrzyknęli - dajcie J.J. Abramsa, on nas ocali! A J.J. Abrams okazał się zbyt słaby, żeby podobne wyzwanie zrealizować - aczkolwiek nie wiemy, czy po prostu nie MUSIAŁ zrobić tego, co sobie disneyowscy scenarzyści wymyślili.

Bo wybaczcie, ale moim zdaniem KAŻDY, naprawdę KAŻDY fan "Gwiezdnych wojen" wymyśliłby sensowniejszy i bardziej spójny scenariusz. Budowanie zakończenia sagi wokół niewykorzystanych zdjęć z Carrie Fisher? Ja wiem, że trzeba było oddać hołd tej aktorce i jej postaci, ale w TEN sposób? Dobra, Leia Leią, ale ożywianie Palpatine'a?! Serio? Palpatine nadaje "w kosmos" wiadomość, że żyje i szykuje się do zemsty? Ruchem dłoni wydobywający (dosłownie) spod ziemi flotę?!

Do tego dodajmy mnóstwo scenariuszowych głupot i uników (np. pytanie w trakcie filmu Rey o nazwisko tylko po to, by pokazać później ostatnią scenę, wieńczącą "dzieło"), kompletny brak konsekwencji, wymyślane na poczekaniu patenty (leczenie mocą? dlaczego Luke sobie nie odbudował utraconej dłoni? dlaczego Dartha Vadera nie można było w ten sposób wyleczyć?) - to wszystko sprawia, że ja - jako fan i widz - czuję się po prostu oszukany.

To tylko film

Hm, no niby tak, to tylko film. I to dla młodzieży, a nie starych koni. Wiadomo. Ale jeśli oglądało się oryginalną trylogię w latach osiemdziesiątych, z wypiekami na twarzy, jeśli budowało się z klocków Sokoła Millenium, z patyków robiło miecze świetlne i "bzyczało" w udawanych pojedynkach, to jednak kryje się za tą sagą coś więcej. Jestem może dziwny, bo na przykład nie załamały mnie prequele. Ba, teraz twierdzę nawet, że miały więcej sensu niż to, co Disney wypluł w ostatnich latach.

Trzecia część nowej trylogii to najgorszy film z powstałych ostatnio w uniwersum "Gwiezdnych wojen". Film o Hanie Solo był sensowniejszy. Jak dla mnie to największy zawód kinowy tego roku...

piątek, 3 stycznia 2020

czwartek, 2 stycznia 2020

Kupka wstydu

Kupką wstydu gracze nazywają listę gier, które wydają im się fajne, ale w które jeszcze nie zagrali (bo brak czasu, bo brak okazji, bo...). Jako już prawie "ex" gracz, też taką kupkę posiadam, a w związku z tym, że od niedawna jestem beta-testerem nowej aplikacji serwisu gog.com, uświadomiłem sobie z całą mocą, że kupka jest całkiem spora.

Wszystko przez to, że nowy klient gog.com umożliwia integrację platform do kupowania gier - ja akurat mam tylko dwie, czyli gog.com właśnie oraz Valve Steam. No i przez lata nazbierało mi się trochę tytułów - właśnie dowiedziałem się, że jest ich ponad 180 (!). Na szczęście nie jest tak, że w nic z tej listy nie grałem, bo większość to jednak gry już wiekowe, które męczyłem i ponad 20 lat temu, ale jest parę takich, które ciągle czekają na choćby zainstalowanie:

  • Age of Wonders III
  • Alien Breed (którakolwiek)
  • Alien Isolation
  • Bioshock 2
  • Grand Theft Auto V
  • MDK
  • Monkey Island (wszystkie)
  • Myst
  • Quake IV
  • Settlers (którakolwiek)
  • Shadow Tactics
  • Star Wars - Knights of the Old Republic
  • Superhot
  • Ultima VII
  • Under a Killing Moon
  • Worms W.M.D.

Jak widać, obok stareńkich tytułów w rodzaju Ultimy VII czy Mysta, są tu też tytuły wcale rześkie i - że tak powiem - z najwyższej półki: GTA V czy Alien Isolation wzbudzały zachwyt recenzentów i graczy zaledwie parę lat temu.

Dlaczego zatem nie gram? Hm... zdecydowanie - brak czasu. Gry są obecnie na samym końcu ogonka w oczekiwaniu na kęsek czasu. Muszę już mieć zupełnie wszystkiego dosyć, żeby odpalić grę. Czyli... w sumie, chyba dobrze, że kupka się powiększa? Bo to znaczy, że się nie nudzę.

Tak sobie to będę tłumaczył!

środa, 1 stycznia 2020

[A] Edgar Allan Poe - Czarny kot

Jako że pod choinką znalazłem dynamiczny mikrofon AKG D5, wypadało go przetestować, a cóż może być lepszym testem niż nagranie jakiegoś audiobooka?

Poniżej zatem zapis, wykonany podczas przeprowadzanych testów - ostrzegam, że zawiera dość makabryczne fragmenty, nawet jak na prozę Poe.