piątek, 17 stycznia 2020

[A] Arkady Fiedler - Wyspa Robinsona, cz. 9

John odkrywa kolejne obszary wyspy, co prowadzi do tego, że już nie musi obawiać się głodu. "Jezioro Obfitości" karmi go hojną ręką, rosną też umiejętności strzeleckie. Czy jednak to już wszystkie tajemnice wyspy?

Zapraszam do wysłuchania kolejnej części!

środa, 15 stycznia 2020

Miejsca, których już nie ma

Szukałem ostatnio pewnego zdjęcia w mojej starej galerii na DeviantArt i tak jakoś przy okazji znalazłem poniższe zdjęcie:

Nie jest to nic nadzwyczajnego, jedno z pierwszych moich zdjęć zrobionych w ogóle. Rzecz w tym, co przedstawia. Po pierwsze, to pola - puste pola uprawne w Swarzędzu. Po drugie, to zima. Taka normalna zima, jeszcze sprzed dziesięciu lat, ze śniegiem i mrozem (pamiętam, że chodziłem na fotospacery i bałem się o aparat, bo były dwudziestostopniowe mrozy - wyświetlacz reagował z opóźnieniem).

Dzisiaj w powyższym miejscu stoi osiedle, a nawet - osiedla. I po śniegu nie ma ani śladu, bo na dziś zapowiadane jest +13oC. Gdybym chciał zatem zrobić to zdjęcie od nowa, może ze statywu, może o lepszej porze, nie miałbym już takiej szansy. A to z kolei prowadzi do nieco smutnej konkluzji, że wszystko przemija i świat ciągle się zmienia, a my go powoli zapominamy. I do ocalania naszych wspomnień służą fotografie - choćby i tak mizerne, jak powyższa...

A żeby nie było tak zupełnie smutno, to poniżej zdjęcie, którego szukałem, czyli efekt zabawy w Photoshopie:

poniedziałek, 13 stycznia 2020

[A] Arkady Fiedler - Wyspa Robinsona, cz. 8

Rozbitek znalazł schronienie w jaskini, ale spotykał się też oko w oko z dotychczasowym panem wyspy - jaguarem. I chociaż został rozwiązany problem żywności, ciągle nie wiadomo, jak przedostać się na stały ląd...

Zapraszam do wysłuchania kolejnej części!

sobota, 11 stycznia 2020

[O] Remigiusz Knapik - Parallel Dispensations

Nie będzie to klasyczna recenzja, mimo że dałem odpowiedni sufiks w tytule. Bo tej muzyki nie potrafię zrecenzować - jestem na to zbyt "krótki". Mogę co najwyżej powiedzieć, czy mi się podoba - otóż... podoba.

O czym tu w ogóle mówimy? O płycie Remigiusza Knapika, który jednak nie nagrywał jej samotnie. Do współpracy zostali zaproszeni Marcin Gontarek (gitara basowa) i Jan Kadereit (bębny). Gościnnie wystąpili ponadto Robert Kamalski (saksofon) oraz - uwaga! - Leszek Możdżer. Myślę, że już samo to wystarczy, by zachęcić do słuchania.

A słuchać może każdy, bo Remigiusz Knapik umieścił płytę w sieci - aczkolwiek pochwalę się, że sam posiadam wersję CD, którą otrzymałem jako prezent (dzięki koledze JG!).

Tak czy owak zachęcam do choćby pobieżnego przesłuchania. Swoją drogą, jestem ciekawy, jak się fachowo nazywa gatunek muzyki, który uprawiają Remigiusz z kolegami.

piątek, 10 stycznia 2020

czwartek, 9 stycznia 2020

[O] Watchmen - film i serial

Świąteczny czas pozwala nieco nadgonić zaległości związane z oglądaniem filmów czy seriali, z czego skrzętnie skorzystałem, zapoznając się z fenomenem Watchmen. O serialu słyszałem już od dawna pozytywne rzeczy, a kiedy znalazłem też w serwisie streamingowym film, postanowiłem zobaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Jak się domyślacie, nie znam i nie poznałem oryginalnego komiksu Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa (przynajmniej na razie), więc całą swoją wiedzę czerpię z filmu i serialu. Czy to wystarczyło, żeby dobrze się bawić? Uwaga! Do opisu mogły przedostać się malutkie spoilery, więc zachowajcie ostrożność!

Film, bo pierwszy

Najpierw obejrzałem pełnometrażową adaptację w reżyserii Zacka Snydera i muszę przyznać, że odebrałem ją bardzo dobrze. Spodobał mi się klimat, spodobały mi się kadry i... postacie. Nie będę może streszczał fabuły, ale odbiega ona od tego, do czego przyzwyczaiło nas kino superbohaterskie i chociaż, naturalnie, mamy to parę scen walk (i to dość brutalnych), jednak nie skupiano się na tym.

To, co mi się bardzo spodobało, to mroczny klimat i inne spojrzenie na superbohaterów, którzy wcale nie są tacy "super", a w zasadzie - poza Doktorem Manhattanem - są zwykłymi ludźmi w trykotach, którzy coś tam robią na własną rękę.

Najciekawszą postacią jest, będący momentami narratorem, Rorschach, a grający go Jackie Earle Haley stworzył momentami przerażającą kreację. W ogóle ciekawe jest to, że tudno do kogokolwiek z bohaterów czuć jakąś wielką sympatię, co zdecydowanie różni ten film od Ligi Sprawiedliwości czy Avengers. Najpotężniejszy Doktor Manhattan w sumie nie dba o ludzi, Adrian Veidt (Ozymandiasz) jest przez większość filmu po prostu nadętym egocentrykiem, Jupiter (Silk Spectre II) nie wie, co ze sobą zrobić, Nite Owl to bojaźliwy gamoń, a Rorschach... no, nie jest zbyt sympatyczny.

Mimo to całość ogląda się nad wyraz przyjemnie, a końcowe rozwiązanie jednak zaskakuje.

Serial jako drugi

Niejako "napędzony" filmem, obejrzałem też pierwszy (i na razie jedyny) sezon serialu pod tym samym tytułem. Tu zmieniają się okoliczności - superbohaterowie w trykotach są wyjęci spod prawa i poszukiwani przez FBI, zaś sama policja uzyskała przywilej noszenia masek, co ma wyrównać jej szanse w starciu z przestępcami. A przestępcami jest tutaj Ku Klux Klan, nazwany "Siódmą kawalerią" (a później "Cyklopami"). Główną postacią okazuje się była policjantka, Angela Abar, która jednak wcale nie przestała być policjantką i nadal działa, ale w ukryciu (i przebraniu). Z jednej więc strony mamy zakaz bycia superbohaterem, z drugiej zaś policja ma do dyspozycji funkcjonariuszy, którzy w istocie nie różnią się od wcześniejszych bohaterów. Powoli do fabuły przedostają się też inne postacie, jak grany przez Jeremy'ego Ironsa (!) Adrian Veidt, powraca Doktor Manhattan oraz Silk Spectre (ale jako tropiąca superbohaterów agentka FBI). Gdy poznajemy dziadka Angeli oraz tajemniczą miliarderkę, Lady Trieu, zaczyna się robić naprawdę "gęsto"...

Przyznam, że serial także mi się spodobał, ale z innych powodów niż film. Tutaj fabuła również jest mroczna, ale jest też wielokrotnie myląca, zagadkowa i nie raz, i nie dwa zastanawiałem się, dokąd to wszystko prowadzi i jaki będzie finał. Walk nie jest tutaj przesadnie dużo, nawet bardziej uznałbym ten serial za kryminalny niż superbohaterski. Odmienny jest tu odbiór głównej bohaterki, bo dość szybko daje się ona polubić, zresztą da się tu lubić całkiem spore grono, bo nawet Ozymandiasz w wykonaniu Ironsa ma tu nieco ludzkiego oblicza.

Finał troszkę mnie rozczarował, bo przy początkowych paru odcinkach wypadł dość sztampowo, ale nie zmienia to ogólnego pozytywnego odbioru.

No i tyle

I tym to sposobem zapoznałem się (pobieżnie) z uniwersum Watchmenów. Była to przyjemna odskocznia, nie powiem, chociaż teraz zastanawiam się, co twórcy pokażą w drugim sezonie serialu, bo ostatni odcinek kończył się na scenie, która niczego nie wyjaśniała. Cóż, trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać...

środa, 8 stycznia 2020

G.F. Darwin

Dzisiaj trochę o perełce polskiego YouTube'a, czyli Grupie Filmowej Darwin. A to wszystko dlatego, że Siostra Be podarowała mi książkę autorstwa twórców tej grupy, czyli Marka Hucza i Jana Jurkowskiego: "To (nie) koniec świata". Książkę jeszcze czytam i o niej za chwilę parę słów, ale może na wstępie małe wyjaśnienie, czym G.F. Darwin jest.

Być może już o nich słyszeliście - a być może nie. Otóż panowie Hucz i Jurkowski studiowali w szkole filmowej i tam postanowili, że zamiast czekać na propozycje ról w polskich komediach romantycznych, założą sobie na YouTube kanał, na którym będą publikować swoje autorskie filmiki. Jak postanowili, tak zrobili.

Co ciekawe, filmiki te są w pewien sposób połączone za pomocą tworzącego się w tle "uniwersum", gdzie główne role pełnią Rafał (czyli Bóg, grany przez Marka) i Sławek (czyli Szatan, grany przez Janka). Oczywiście, filmiki są różnorodne i nie zawsze występują w nich te same postacie - raczej to tu, to tam spotykamy jakieś napomknienia, czasem filmiki łączą się za pomocą jakiejś konkretnej postaci, jednak generalnie czuć, że wszystkie mają coś ze sobą wspólnego.

Poruszane treści są bardzo różne, od kompletnie zwariowanych po podszyte prawdziwą refleksją (osobiście największe wrażenie na mnie zrobiły dwa poniższe):

Jest też sporo filmów nakręconych jako reklamy, ale z klasycznymi reklamami nie mają one wiele wspólnego, obejrzyjcie na przykład prześmiewczy teleturniej "Wygrywasz co chcesz!":

Całkiem niezłym wprowadzeniem do samego sedna, czyli uniwersum Rafała i Sławka jest filmik z Judaszem:

Polecam jednak przejrzeć wszystkie filmiki, bo naprawdę trudno się oderwać. Dużą zaletą filmów jest dobre aktorstwo i naprawdę zacne wykonanie (łącznie z efektami specjalnymi).

A teraz, skoro wprowadzenie za nami, kilka słów o książce. W najprostszych słowach, to niezrealizowane scenariusze. Czyli jeśli mało Wam filmów, można doczytać resztę. Można w ten sposób jeszcze lepiej poznać darwinowe postacie, na przykład Basię czy Agenta Siedemset. Całość napisana jest bardzo dobrze i czytając poszczególne opowiadania, wręcz można usłyszeć głosy aktorów. Jak dla mnie, to bardzo dobre uzupełnienie kanału i cieszę się, że mogłem się z tym zapoznać.

I to chyba tyle - może się wciągniecie, może nie, ale moim zdaniem mało jest tak dopracowanych produkcji w polskim YouTube, więc warto choćby rzucić okiem. A na koniec, jeśli ktoś lubi Joannę Kołaczkowską z kabaretu Potem i Hrabi oraz jest fanem "Gry o tron", to nie może opuścić opowieści o szewczyku Dratewce:

wtorek, 7 stycznia 2020

Mrówki, mróweczki

Zachęcony przez żonę, sięgnąłem po "Imperium mrówek" Bernarda Werbera. To pierwsza część "mrówczej trylogii" tego autora i chociaż jeszcze jej nie przeczytałem do końca, to już mogę polecić wszystkim wielbicielom poznawania sekretów przyrody. Dawno nie czytałem tak wciągającej książki - i to o czym? O mrówkach? A czy wiedzieliście, że mrówki pochodzą od os? Nie? No to marsz do czytania!

Ale ja nie o samej książce dzisiaj chciałem. Bo warto przyjrzeć się jeszcze pewnemu filmowi, zrealizowanemu przez BBC "Imperium mrówek" z prowadzącym Davidem Attenborough:

Nie dość, że wszystko ciekawie opowiedziane (chociaż po angielsku), to jeszcze na końcu filmu autorzy zdradzili, jak się tego typu filmy kręci! A mnie to strasznie zaciekawiło, bo pamiętam, że zrobienie fajnego zdjęcia mrówce (i to mrówce nie tylko żywej, ale bardzo aktywnej) jest niezmiernie trudne. Oczywiście mam tu na myśli zdjęcie z cieszącym oko powiększeniem, a nie mały piksel na korze drzewa.

A poniżej chyba najlepsze dwa zdjęcia mrówek, jakie zrobiłem kiedykolwiek (co nie znaczy, że są jakieś wybitne - chociaż przeszły selekcję, ha, ha):

poniedziałek, 6 stycznia 2020

niedziela, 5 stycznia 2020

Czytanie na wyścigi

Nowy rok to nowe postanowienia (zmilczę, jak jest później z ich wypełnianiem). Jako człowiek pragmatyczny, znający swój słomiany zapał i brak wytrwałości, porzuciłem jakiekolwiek planowanie czegokolwiek "na nowy rok" już dawno temu. Jako że jednak inni wcale nie muszą iść tą samą ścieżką, z ciekawością czytam i dowiaduję się, co tam sobie ludzie postanawiają.

I właśnie przeczytałem kilka dni temu o inicjatywie "52 książki", która ma zrzeszać ludzi, deklarujących przeczytanie 52 książek w roku (przynajmniej 52!). Czyli - jedna tygodniowo. Idea jest szczytna - podnieśmy czytelnictwo w narodzie, skoro statystyki wskazują, że Polak czyta w ciągu roku co najwyżej jeden rozdział. Ale czy to naprawdę ma sens?

W kwestii "zmuszania się" do regularności jestem dość sceptyczny. Przechodziłem już przez "projekt 365", kiedy to postanowiłem robić przynajmniej jedno zdjęcie dziennie i je publikować. W efekcie powstało może kilka (kilkanaście?) dobrych fotografii i kilkaset takich sobie średniaków. Byle norma była.

I tak sobie myślę, że plan 52 książek rocznie ma sens chyba tylko wówczas, gdy książki sobie zaplanujemy od razu - bo wówczas możemy ułożyć jakąś sensowną listę. W przeciwnym razie będzie to czytanie czegokolwiek, co akurat wpadnie nam w ręce, byle tylko liczby się zgadzały, a nie jestem przekonany, czy wówczas cała akcja ma sens.

Tak nawiasem mówiąc, jestem ciekaw, czy potrafiłbym się ZMUSZAĆ do czytania, byle tylko nabić statystykę? Coś mi to za bardzo pachnie wspomnieniem czasów licealnych, gdy trzeba było lecieć z lekturami, bo matura za pasem. Ani z tego przyjemności, ani pożytku...

Swoją drogą, zgrubnie podliczyłem zeszłoroczny plon i wyszło mi ponad 60 pozycji (z czego kilkanaście Grishama, he, he). Czyli chyba nie jest źle?

sobota, 4 stycznia 2020

[O] Gwiezdna klapa...

No i mamy zakończenie trzeciej trylogii "Gwiezdnych wojen". Dziewiąta, ostatnia część, nazwana "Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie" (notabene - beznadziejne tłumaczenie beznadziejnego tytułu - ale w tym filmie tak chyba musi być). Jak się sprawdziła? Od razu ostrzegam, że nie będę dbał o to, czy zdradzam jakiekolwiek szczegóły fabularne, bo fabuła w tym filmie to tylko śmieszny pretekst. Jeśli ktoś nie widział (a chce), to do kina!

Pierwszy punkt widzenia

Naprawdę chciałem, żeby ta część była najjaśniejszą gwiazdą w nowej trylogii. Wrócono do reżysera "Przebudzenia mocy", J.J. Abramsa, licząc zapewne, że jakoś da on radę spiąć trzecią część z pierwszą, mimo tego wszystkiego, co przyniósł "Ostatni Jedi". Nie dał rady.

Pierwszy jednak punkt widzenia to radość z tego, że znów jesteśmy w uniwersum "Gwiezdnych wojen", znów patrzymy na znanych sobie bohaterów. Zewsząd zalewani jesteśmy tzw. fan-service'em, czyli twórcy dają nam to, co (mają nadzieję) chcemy oglądać. Podnoszenie statku niczym z "Imperium kontratakuje"? Proszę bardzo. Chewbacca dostaje w końcu medal? Jasne! Powraca Lando? Nie ma sprawy! I tak dalej, i tak dalej.

Naprawdę, można sobie przesiedzieć cały film, oglądając to, co lubimy w "Gwiezdnych wojnach". Są duże statki, są bitwy, są pojedynki na miecze świetlne, są dziwne misje, są niemal magiczne artefakty. Wszystko okraszone miliardem efektów świetlnych i muzyką Williamsa. Problem w tym, że jeśli zaczynamy próbować myśleć i łączyć ostatnią część z resztą, to dochodzimy do tego, że jest jeszcze...

Drugi punkt widzenia

A tutaj chce się normalnie gryźć palce ze złości, że tak koncertowo spaprano zakończenie całej sagi. Że scenariusz pisała albo grupa przedszkolaków, albo skończeni kretyni (przepraszam, ale trudno nazwać to inaczej). J.J. Abrams nie tylko nie uratował tego filmu, on go po prostu zarżnął.

Nawet nie chce mi się za bardzo wchodzić w szczegóły. Bohaterowie? Skłócona banda, nazywana przyjaciółmi, gdzie nikt (NIKT!) nie przechodzi jakiejkolwiek przemiany, wszyscy są od początku do końca tacy sami, czyli nudni i bezbarwni. Ileż można było mieć nadziei na rozwój Finna czy Poe z "Przebudzenia mocy"! Mogli stać się kreacjami na miarę Hana Solo czy - choćby już nawet - Lando!

A sama Rey? Wprawdzie do tej pory była ciągle niewzruszenie i krystalicznie praworządna, uczciwa i dobra - ale czy naprawdę nie mogła choć przez chwilę, chwileczkę rozważać plusów przejścia na ciemną stronę Mocy? Może Kylo Ren (chyba najlepsza postać całej nowej trylogii) powinien ją do tego przyciągnąć? Mogłoby dojść choć przez chwilę do wahania, że jednak nie wszystko dobrze się skończy? Oczywiście, że nie. Rey jest jednowymiarowa, nudna i tyle. Skądinąd podziwiać należy Daisy Ridley, że jednak jej bohaterkę da się lubić.

Boli najbardziej

Jednak największym złem nowej trylogii jest KOMPLETNY brak scenariusza! Już przy "Ostatnim Jedi" można było odnieść wrażenie, że scenarzyści nie do końca wiedzą, dokąd zmierzają. No, ale przecież może szykowali jakieś wolty na ostatnią część? Otóż nie! Oni rzeczywiście nie wiedzieli, dokąd to wszystko prowadzi!

Naprawdę, Disney pokazał bardzo wyraźnie, gdzie ma wszystkich fanów sagi. Zamiast - jeszcze na początku, parę lat temu - wziąć jakiegoś dobrego scenarzystę, dać mu kupę pieniędzy i zażądać choćby szkicu całej trylogii, poszli po prostu na żywioł, mając (mam wrażenie, że całkiem słuszną) nadzieję, że ciemny lud to kupi.

Żeby to chociaż było głupie, ale zaplanowane. Przecież nikt od "Gwiezdnych wojen" nie wymaga ścisłości - to baśń. Jednak nawet baśnie mają swoją wewnętrzną logikę, dzięki której wszystko jakoś trzyma się w ryzach.

Mam wrażenie, że prace wyglądały tak: Disney stwierdził, że trzeba w końcu zrobić ostatnią trylogię. O czym? A, weźmy J.J. Abramsa i zróbmy na próbę coś, co będzie przypominało "Nową nadzieję" - może ludzie to załapią. Ludzie załapali, ale trochę kręcili nosami, że dostali taki "odgrzewany kotlet". Zmieńmy więc reżysera, niech zrobi coś nowego. Zatem Rian Johnson dostał jasne wytyczne: zrób inaczej. I zrobił "Ostatniego Jedi", kompletnie od czapy, uśmiercając głównego złego, nie dokonując żadnej zmiany, tyle tylko, że ubił Luke'a. Teraz ludzie od Disney'a połapali się, że chyba poszło coś nieklawo, więc w panice zakrzyknęli - dajcie J.J. Abramsa, on nas ocali! A J.J. Abrams okazał się zbyt słaby, żeby podobne wyzwanie zrealizować - aczkolwiek nie wiemy, czy po prostu nie MUSIAŁ zrobić tego, co sobie disneyowscy scenarzyści wymyślili.

Bo wybaczcie, ale moim zdaniem KAŻDY, naprawdę KAŻDY fan "Gwiezdnych wojen" wymyśliłby sensowniejszy i bardziej spójny scenariusz. Budowanie zakończenia sagi wokół niewykorzystanych zdjęć z Carrie Fisher? Ja wiem, że trzeba było oddać hołd tej aktorce i jej postaci, ale w TEN sposób? Dobra, Leia Leią, ale ożywianie Palpatine'a?! Serio? Palpatine nadaje "w kosmos" wiadomość, że żyje i szykuje się do zemsty? Ruchem dłoni wydobywający (dosłownie) spod ziemi flotę?!

Do tego dodajmy mnóstwo scenariuszowych głupot i uników (np. pytanie w trakcie filmu Rey o nazwisko tylko po to, by pokazać później ostatnią scenę, wieńczącą "dzieło"), kompletny brak konsekwencji, wymyślane na poczekaniu patenty (leczenie mocą? dlaczego Luke sobie nie odbudował utraconej dłoni? dlaczego Dartha Vadera nie można było w ten sposób wyleczyć?) - to wszystko sprawia, że ja - jako fan i widz - czuję się po prostu oszukany.

To tylko film

Hm, no niby tak, to tylko film. I to dla młodzieży, a nie starych koni. Wiadomo. Ale jeśli oglądało się oryginalną trylogię w latach osiemdziesiątych, z wypiekami na twarzy, jeśli budowało się z klocków Sokoła Millenium, z patyków robiło miecze świetlne i "bzyczało" w udawanych pojedynkach, to jednak kryje się za tą sagą coś więcej. Jestem może dziwny, bo na przykład nie załamały mnie prequele. Ba, teraz twierdzę nawet, że miały więcej sensu niż to, co Disney wypluł w ostatnich latach.

Trzecia część nowej trylogii to najgorszy film z powstałych ostatnio w uniwersum "Gwiezdnych wojen". Film o Hanie Solo był sensowniejszy. Jak dla mnie to największy zawód kinowy tego roku...

piątek, 3 stycznia 2020

czwartek, 2 stycznia 2020

Kupka wstydu

Kupką wstydu gracze nazywają listę gier, które wydają im się fajne, ale w które jeszcze nie zagrali (bo brak czasu, bo brak okazji, bo...). Jako już prawie "ex" gracz, też taką kupkę posiadam, a w związku z tym, że od niedawna jestem beta-testerem nowej aplikacji serwisu gog.com, uświadomiłem sobie z całą mocą, że kupka jest całkiem spora.

Wszystko przez to, że nowy klient gog.com umożliwia integrację platform do kupowania gier - ja akurat mam tylko dwie, czyli gog.com właśnie oraz Valve Steam. No i przez lata nazbierało mi się trochę tytułów - właśnie dowiedziałem się, że jest ich ponad 180 (!). Na szczęście nie jest tak, że w nic z tej listy nie grałem, bo większość to jednak gry już wiekowe, które męczyłem i ponad 20 lat temu, ale jest parę takich, które ciągle czekają na choćby zainstalowanie:

  • Age of Wonders III
  • Alien Breed (którakolwiek)
  • Alien Isolation
  • Bioshock 2
  • Grand Theft Auto V
  • MDK
  • Monkey Island (wszystkie)
  • Myst
  • Quake IV
  • Settlers (którakolwiek)
  • Shadow Tactics
  • Star Wars - Knights of the Old Republic
  • Superhot
  • Ultima VII
  • Under a Killing Moon
  • Worms W.M.D.

Jak widać, obok stareńkich tytułów w rodzaju Ultimy VII czy Mysta, są tu też tytuły wcale rześkie i - że tak powiem - z najwyższej półki: GTA V czy Alien Isolation wzbudzały zachwyt recenzentów i graczy zaledwie parę lat temu.

Dlaczego zatem nie gram? Hm... zdecydowanie - brak czasu. Gry są obecnie na samym końcu ogonka w oczekiwaniu na kęsek czasu. Muszę już mieć zupełnie wszystkiego dosyć, żeby odpalić grę. Czyli... w sumie, chyba dobrze, że kupka się powiększa? Bo to znaczy, że się nie nudzę.

Tak sobie to będę tłumaczył!

środa, 1 stycznia 2020