czwartek, 9 stycznia 2020

[O] Watchmen - film i serial

Świąteczny czas pozwala nieco nadgonić zaległości związane z oglądaniem filmów czy seriali, z czego skrzętnie skorzystałem, zapoznając się z fenomenem Watchmen. O serialu słyszałem już od dawna pozytywne rzeczy, a kiedy znalazłem też w serwisie streamingowym film, postanowiłem zobaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Jak się domyślacie, nie znam i nie poznałem oryginalnego komiksu Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa (przynajmniej na razie), więc całą swoją wiedzę czerpię z filmu i serialu. Czy to wystarczyło, żeby dobrze się bawić? Uwaga! Do opisu mogły przedostać się malutkie spoilery, więc zachowajcie ostrożność!

Film, bo pierwszy

Najpierw obejrzałem pełnometrażową adaptację w reżyserii Zacka Snydera i muszę przyznać, że odebrałem ją bardzo dobrze. Spodobał mi się klimat, spodobały mi się kadry i... postacie. Nie będę może streszczał fabuły, ale odbiega ona od tego, do czego przyzwyczaiło nas kino superbohaterskie i chociaż, naturalnie, mamy tu parę scen walk (i to dość brutalnych), jednak nie skupiano się na tym.

To, co mi się bardzo spodobało, to mroczny klimat i inne spojrzenie na superbohaterów, którzy wcale nie są tacy "super", a w zasadzie - poza Doktorem Manhattanem - są zwykłymi ludźmi w trykotach, którzy coś tam robią na własną rękę.

Najciekawszą postacią jest, będący momentami narratorem, Rorschach, a grający go Jackie Earle Haley stworzył momentami przerażającą kreację. W ogóle ciekawe jest to, że trudno do kogokolwiek z bohaterów czuć jakąś wielką sympatię, co zdecydowanie różni ten film od Ligi Sprawiedliwości czy Avengers. Najpotężniejszy Doktor Manhattan w sumie nie dba o ludzi, Adrian Veidt (Ozymandiasz) jest przez większość filmu po prostu nadętym egocentrykiem, Jupiter (Silk Spectre II) nie wie, co ze sobą zrobić, Nite Owl to bojaźliwy gamoń, a Rorschach... no, nie jest zbyt sympatyczny.

Mimo to całość ogląda się nad wyraz przyjemnie, a końcowe rozwiązanie jednak zaskakuje.

Serial jako drugi

Niejako "napędzony" filmem, obejrzałem też pierwszy (i na razie jedyny) sezon serialu pod tym samym tytułem. Tu zmieniają się okoliczności - superbohaterowie w trykotach są wyjęci spod prawa i poszukiwani przez FBI, zaś sama policja uzyskała przywilej noszenia masek, co ma wyrównać jej szanse w starciu z przestępcami. A przestępcami jest tutaj Ku Klux Klan, nazwany "Siódmą kawalerią" (a później "Cyklopami"). Główną postacią okazuje się była policjantka, Angela Abar, która jednak wcale nie przestała być policjantką i nadal działa, ale w ukryciu (i przebraniu). Z jednej więc strony mamy zakaz bycia superbohaterem, z drugiej zaś policja ma do dyspozycji funkcjonariuszy, którzy w istocie nie różnią się od wcześniejszych bohaterów. Powoli do fabuły przedostają się też inne postacie, jak grany przez Jeremy'ego Ironsa (!) Adrian Veidt, powraca Doktor Manhattan oraz Silk Spectre (ale jako tropiąca superbohaterów agentka FBI). Gdy poznajemy dziadka Angeli oraz tajemniczą miliarderkę, Lady Trieu, zaczyna się robić naprawdę "gęsto"...

Przyznam, że serial także mi się spodobał, ale z innych powodów niż film. Tutaj fabuła również jest mroczna, ale jest też wielokrotnie myląca, zagadkowa i nie raz, i nie dwa zastanawiałem się, dokąd to wszystko prowadzi i jaki będzie finał. Walk nie jest tutaj przesadnie dużo, nawet bardziej uznałbym ten serial za kryminalny niż superbohaterski. Odmienny jest tu odbiór głównej bohaterki, bo dość szybko daje się ona polubić, zresztą da się tu lubić całkiem spore grono, bo nawet Ozymandiasz w wykonaniu Ironsa ma tu nieco ludzkiego oblicza.

Finał troszkę mnie rozczarował, bo przy początkowych paru odcinkach wypadł dość sztampowo, ale nie zmienia to ogólnego pozytywnego odbioru.

No i tyle

I tym to sposobem zapoznałem się (pobieżnie) z uniwersum Watchmenów. Była to przyjemna odskocznia, nie powiem, chociaż teraz zastanawiam się, co twórcy pokażą w drugim sezonie serialu, bo ostatni odcinek kończył się na scenie, która niczego nie wyjaśniała. Cóż, trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać...

0 komentarze:

Publikowanie komentarza