poniedziałek, 28 maja 2018

[M] Helisaeum (Air)

Prace nad albumem "Flashback" postępują - dzisiaj kolejny stary-nowy utwór. To już kolejna wersja - pierwszy remiks pojawił się już prawie rok temu, tym razem jednak powróciłem do oryginalnego, brudniejszego i ostrzejszego brzmienia.

W sumie z oryginałem nie wiąże się żadna ciekawa historia, za to pierwszy remiks miał ciekawą genezę. Nagrywałem wówczas materiał do płyty "Runaway" i miałem już gotowy utwór "Die of Cold". "Helisaeum" był drugi w kolejce, bo spodobał mi się eksperyment z daniem drugiego życia niektórym utworom ze starych płyt. Żeby nie było łatwo, postanowiłem wykorzystać tylko dwa instrumenty: XPand!2 i Hybrid 3 od firmy Air (plus sample perkusyjne z FL Studio) - a to dlatego, żeby nie musieć się ciągle zastanawiać, którego syntezatora użyć do którego głosu i dlaczego.

Remiks szedł jednak niesporo - głównie przez to, że zdecydowałem się właśnie na FL Studio. Przenoszenie wszystkich ścieżek z Cubase'a, rozbijanie perkusji na poszczególne ślady, przeróbki na patterny - trwało to i trwało. Dodatkowo postanowiłem nieco zmienić charakter utworu, żeby był on nieco "lżejszy" niż oryginał, więc dobór brzmień również swoje potrwał (mimo ograniczonej palety instrumentów).

Z efektu byłem zadowolony tylko połowicznie, dlatego nie wrzuciłem "Air" na płytę "Runaway" (a był taki pomysł). Brakowało jednak czegoś, co było w oryginale, a podczas przeróbek zniknęło. Dopiero teraz, przy okazji "Flashbacka", przysiadłem raz jeszcze i możecie poniżej posłuchać wersji bardziej zbliżonej do materiału wyjściowego.

sobota, 26 maja 2018

środa, 23 maja 2018

[M] Szepty

Tym razem nie będzie żadnej budującej historii, bo żadnej związanej z utworem "Szepty" z albumu "Nowe pokolenie" nie pamiętam. Kojarzę tylko to, że im więcej czasu mija od jego nagrania, tym szerzej się uśmiecham, słysząc te "ach" i "szepty wokół mnie" - przez myśl przeszło mi nawet, że może nowa aranżacja to dobry powód, żeby się ich pozbyć... Ale przecież z drugiej strony, bez nich to nie byłby TEN utwór!

Zapraszam zatem do słuchania - śmiać się wolno (a może nawet - trzeba)!

czwartek, 17 maja 2018

[M] Schody do nieba

Taki już urok całego albumu "Schody do nieba", że utwory miały bardzo "poetyckie" i "górnolotne" tytuły: "Droga do raju", "Tęcza z marzeń", "Sen"... To uboczny skutek faszerowania poezją na lekcjach polskiego w liceum.

Historia krótka i bolesna

Inaczej niż przy nagrywaniu Drogi do raju, w przypadku "Schodów" wszystko poszło błyskawicznie. Z tego, co pamiętam, utwór powstał w jeden dzień (od podstaw do nagrania na kasecie) i ogromnie mi się wówczas podobał. Wiadomo, bębny, smyczki, a do tego bez opamiętania wykorzystywane pogłosy i delaye.

Dopiero jakiś czas później, gdy chwaliłem się koledze Wieśkowi moimi dokonaniami, dowiedziałem się. I tego, że nuda, nic się nie dzieje; i tego, że efekty są przesadzone; a nawet tego, że nagranie buczy i źle brzmi. Masakra.

Oczywiście uniosłem się wówczas twórczym gniewem i stwierdziłem, że wszystko jest tak, jak sobie zaplanowałem, żadnych zmian nie będzie i basta!

Nie da się w jeden dzień

Kiedy zasiadałem do remiksu tego utworu, przypomniało mi się to wszystko i naturalnie, musiałem przyznać Wieśkowi rację (zresztą, wtedy też wiedziałem, że ją ma, tylko bardzo ugodziło to mą miłość własną). Kawałek po kawałku, ścieżka po ścieżce, przerabiałem, dopasowywałem, zmieniałem i dorabiałem. Aż wreszcie zaczęło to jakoś wyglądać (mam nadzieję).

Do tego doszło jeszcze miksowanie całości, co okazało się ponad siły FL Studio, odpalonego na moim wiekowym laptopie. Pogram się zwyczajnie "zatykał" i nie potrafił odtworzyć całej aranżacji, dopiero zgranie do stemów pozwoliło na ostateczny miks, już w osobnej sesji.

Ostatecznie zatem spędziłem nad - gotowym przecież! - utworem pięć dni. Mam nadzieję, że było warto - posłuchajcie sami.

[M] Przez mękę do raju?

Przy okazji odnawiania starych utworów (tudzież nagrywania ich na nowo) nadeszła chwila, gdy pochyliłem się nad ówczesną moją dumą, czyli "Drogą do raju" z albumu "Schody do nieba" (he, he). Utwór jak utwór, dzisiaj patrzę na niego z mniejszymi emocjami, ale wtedy!...

Ambicje

Po tym, jak zdobyłem Yamahę MU-50 (która była dla mnie wówczas rewelacyjna brzmieniowo), marzyłem o dwóch rzeczach: żeby nagrać coś z potężnymi bębnami (na wzór ścieżki dźwiękowej "The Rock" Hansa Zimmera, a co!) oraz żeby umieścić ludzki wokal we własnym utworze. Na bębny musiałem zaczekać, ale wykiełkował we mnie pomysł, jak zrealizować drugie zadanie.

Na jednym z obozów wędrownych zakupiłem bowiem kasetę "De Angelis" z chorałem gregoriańskim. Postanowiłem wykorzystać zaśpiewy mnichów i dodać do nich własną muzykę - pozostawały tylko trudności techniczne.

Jak to zrobić?

Do dyspozycji miałem: magnetofon kasetowy Sony, walkman, Yamahę MU-50 i Atari ST. Muzykę wymyśliłem bardzo szybko (to był taki lipcowy "muzyczny haj", kiedy w niespełna 30 dni nagrałem godzinny album), pozostawało połączyć ją z chorałem - ale jak to zrobić?

Dzisiaj to nie problem - do DAW wrzucamy odpowiednie klipy audio, synchronizujemy, korygujemy i gotowe. Ale wówczas...

Najpierw przesłuchałem wielokrotnie kasetę z chorałem, aby znaleźć odpowiedni fragment (czy fragmenty). Skręconym bez lutowania kabelkiem (trzeszczał przy dotykaniu, więc obchodziłem się z nim jak z jajkiem) podłączyłem walkmana do MU-50. MU-50 podobnej jakości kabelkiem było spięte z magnetofonem nagrywającym. I teraz cała zabawa - włączyć nagrywanie, uruchomić odtwarzanie w walkmanie i w odpowiednim momencie uruchomić odtwarzanie muzyki w Atari ST (suma sygnałów z Yamahy i walkmana szła do rejestratora). Po pierwszym fragmencie chorału trzeba było delikatnie odłączyć trzeszczący kabelek od walkmana, ustawić w walkmanie (na słuchawkach) drugi fragment, delikatnie podpiąć z powrotem do MU-50 (zanim skończy się fragment instrumentalny) i w odpowiednim momencie uruchomić odtwarzanie. Teoretycznie można by nie odłączać, ale operowanie walkmanem podczas szukania i ustawiania niosło jednak większe ryzyko wygenerowania trzasków.

Możecie sobie wyobrazić, że nie udało się to za pierwszym podejściem. Za drugim, piątym i dziesiątym również. Z tego, co pamiętam, siedziałem na tym dobrych parę godzin. Jak już trafiłem z momentem odtwarzania, to trzeszczał kabelek. Jak kabelek nie trzeszczał, to nie zdążyłem przewinąć do drugiego fragmentu chorału. A jak zdążyłem, to włączyłem go za wcześnie lub za późno...

Nic dziwnego, że kiedy w końcu udało się całość nagrać, ani mi było w głowie wprowadzać jakieś poprawki w warstwie instrumentalnej i przechodzić całą procedurę jeszcze raz!

Szumofobia muzyczna

Tak jak na początku przygody z fotografią "chorowałem" na szumofobię, tak wówczas bardzo doskwierały mi niedostatki techniczne sprzętu audio. Nagrania na kasecie bardzo szumiały (choć kupowałem tylko bardzo drogie kasety chromowe i stosowałem system Dolby), a sprawę pogarszała słaba jakość stosowanych przewodów (z braku lutownicy i wiedzy w posługiwaniu się nią większość kabelków byłą łączona przez skręcanie "drucików"). W efekcie nagrania były dość kiepskiej jakości, mimo że parę lat później zgrałem je do komputera i trochę "podrasowałem" w CoolEdit Pro.

Cud, że się udało

Jak tak sobie patrzę z dzisiejszej perspektywy, to miałem bardzo dużo samozaparcia i wolnego czasu, by robić takie rzeczy. Może zresztą stąd bierze się u mnie nostalgia do tych bardzo niedoskonałych nagrań i chęć, by wreszcie zabrzmiały tak, jak sobie to wtedy wyobrażałem? Kto wie?

W tym miejscu chciałbym jeszcze po dziękować oo. Paulinom z Wyższego Duchownego Seminarium w Krakowie za zgodę na publikację tego utworu, który bez fragmentów chorału nie zaistniałby zapewne.

Tak czy owak, zapraszam do posłuchania!

piątek, 11 maja 2018

[M] Cubase wciąż żywy

Odkąd zajmuję się muzyką, przetestowałem całą rzeszę programów DAW (ang. digital audio workstation). Pierwszy był Cubase, potem trafiłem na FL Studio i Reapera, by skończyć w Bitwig Studio, który moim zdaniem łączy zalety wymienionych programów.

Jako że pracuję obecnie nad "płytą wspomnieniową", czyli aranżuję na nowo wybrane utwory z ostatniego ćwierćwiecza, zostałem niejako zmuszony do powrotu do Cubase'a, bo to jego używałem w tym czasie. Napiszę może kilka (niekoniecznie ciepłych) słów na ten temat, najpierw jednak małe wyjaśnienie, po co jeszcze raz nagrywać coś, co już jest.

Generalnie mam sentyment do tych nagrań (bo, naturalnie, przypominają mi czasy, ehm, młodzieńcze), a jednocześnie dysponowałem wówczas jedynie magnetofonem kasetowym, więc techniczne te nagrania są dość słabe (mimo że kiedyś je już "odszumiłem" i "podrasowałem"). Do tego dochodzą ograniczenia tamtych lat - np. część rzeczy musiałem nagrywać "na żywo", bo sprzęt nie dawał rady odtworzyć całej zaplanowanej aranżacji. A że instrumentalistą nie jestem, czasem przemknęły się drobne (i większe) nierówności i "fałsze". No i wiadomo, wtedy nie miałem też możliwości wdrożyć w życie wszystkich pomysłów, bo po prostu brakowało wiedzy, brzmień czy narzędzi. To wszystko chciałbym teraz naprawić.

Najpierw kłody

Utwory, o których wspomniałem, powstawały w latach dziewięćdziesiątych, z wykorzystaniem Atari 1040 STFM i Cubase'a w wersji 3.01. Na szczęście zdążyłem przytomnie zgrać zawartość dyskietek i zarchiwizować pliki - okazało się jednak, że w tak zwanym międzyczasie firma Steinberg zdążyła usunąć z Cubase'a funkcję importu starych projektów. Ostatnia wersja, która to umożliwiała, to zabytkowa "trójka" SX. Musiałem zatem pofatygować się i zainstalować ją, by móc skonwertować kilkadziesiąt plików (ręcznie, pojedynczo). Niestety, część plików skonwertować się nie chciała...

Ostatecznie jednak przystąpiłem do pracy, dysponując z grubsza większością materiału z płyt "Ex Oriente Lux", "Schody do nieba", "In the Second Room" i "Nowe pokolenie". Mimo że nadal posiadam stareńką Yamahę MU-50, z której wówczas korzystałem, postanowiłem całość zaaranżować na nowo.

Jak to odtworzyć?

Praca nad kolejnymi utworami przebiega jedną z dwóch dróg: początkowo w Cubase otwierałem tylko plik źródłowy, konwertowałem go do formatu MIDI i taki wczytywałem do FL Studio (później do Bitwiga). Jednak ten sposób pracy był bardzo czasochłonny i traciłem część informacji (choćby podziały na ścieżkach) czy automatykę (jeśli jakaś była).

Druga droga to pozostanie w Cubase i pogodzenie się z pewnymi niedogodnościami (np. na moim laptopie okno Bitwiga jest dużo czytelniejsze i lepiej rozplanowane, niż to w Cubase, także edycja danych MIDI przebiega tam jakoś wygodniej). Tak robię od pewnego czasu i jakoś chyba zaczynam się na nowo przyzwyczajać do tego programu, zwłaszcza że wersja 9.5 ma kilka całkiem przydanych funkcji.

Jak sięgam pamięcią

Ostatnio tak dużo pracowałem w Cubase chyba w 2001 roku, kiedy nagrywałem album "Nowe pokolenie" (to była mordęga z różnych powodów i aż cud, że album udało się mniej więcej ukończyć). Od tego czasu Cubase zmienił się, ale nie tak bardzo, żeby mnie czymś zaszokować.

Ciekawie wygląda podział ekranu na strefy, aczkolwiek w przypadku małego ekranu laptopa trochę za dużo miejsca zajmują te wszystkie ramki i rameczki. Bardzo podoba mi się za to mikser, bo raz, że jest ładny, to jeszcze funkcjonalny (np. sekcje efektów widoczne dla wszystkich kanałów, a nie, jak w FL Studio, tylko dla wybranego). Cieszy możliwość łatwej korekcji (EQ) bez zapinania dodatkowych wtyczek (kształt korektora można "narysować" wprost na specjalnym polu w wybranym kanale).

To, co bardzo ułatwia mi życie, to powiązanie między ścieżkami a śladami w mikserze (do teraz odbija mi się czkawką misz-masz z FL Studio). Także automatyki są powiązane z konkretną ścieżką i do niej "przypięte". Nie ma również problemów z nazewnictwem i w razie czego da się łatwo przemianować wszystkie "klipy" w danej ścieżce. Także zmiana velocity lub masowa transpozycja nie są kłopotliwe, ba, wręcz można daną ścieżkę przetransponować bez zmiany samych "nut", po prostu ustalając przesunięcie w półtonach w parametrach ścieżki. Bajka.

Rzeczy nowe dla mnie

Jedną z przydatnych rzeczy w Cubase, z których do tej pory nie korzystałem, jest ścieżka akordów. Działa mniej więcej tak: ustawiamy "zdarzenia" zmiany akordu i ustalamy, jaki konkretnie akord ma się tam rozpocząć. Można zagrać go na podpiętej klawiaturze MIDI lub wybrać z listy lub koła kwintowego. Co ważniejsze, zbudowaną progresję akordów można po prostu przeciągnąć na zwykłą ścieżkę instrumentalną, co stworzy odpowiednie "nuty". W efekcie dość szybko mamy odpowiedni "podkład" dla utworu, dodatkowo zazwyczaj utrzymany w tonacji.

Druga sprawa, która ogromnie mnie ucieszyła, to pojawienie się ścieżek sampli. Coś podobnego jest w zasadzie podstawą FL Studio - wrzucamy na ścieżkę np. próbkę basu i już możemy stosować ją jak normalny instrument (tzn. program sam przetransponuje nam tę próbkę w górę i w dół), czyli całość działa jak prosty sampler. Samą próbkę możemy poddać edycji już w samym Cubase, więc da się ją np. przyciąć, dociąć, rozciągnąć itp. Wyzwalanie próbek następuje przez zwykłe komunikaty MIDI, więc rzeczywiście ścieżka zachowuje się jak normalna ścieżka instrumentalna.

Ogromnie pomocną funkcjonalnością jest Media Bay, czyli miejsce do zarządzania naszym "muzycznym imperium". To zaawansowany moduł do zarządzania próbkami, pętlami MIDI, instrumentami, presetami i wszystkim, czego możemy chcieć użyć w tworzonych projektach. Dawniej podobała mi się wyszukiwarka w FL Studio, ale Media Bay zjada ją na śniadanie sprawiając, że wreszcie zacząłem jakoś ogarniać zgromadzoną przez lata bibliotekę różnorodnych próbek czy pętli. Można tworzyć kategorie, grupować, wyszukiwać i wszystko działa zaskakująco szybko (jak na ilość plików, którą trzeba zarządzać).

Edycja materiału audio w samym Cubase to temat, który też mnie do tej pory omijał. W wersji na Atari audio w ogóle nie było, później ograniczałem się tylko do jakichś dziwnych manipulacji (ale i tak wolałem to zrobić w zewnętrznym edytorze audio). Obecnie narzędzia do obróbki próbek są bardzo zaawansowane, łącznie z korektą tonacji, która potrafi korzystać z opisywanych wcześniej ścieżek akordów. W sumie z tego, co do tej pory obejrzałem, to chyba SoundForge zacznie się pokrywać kurzem...

No i na koniec coś, co być może przeważy w moim przypadku o pozostaniu z programem na dłużej - nagrywanie "retrospektywne". Uwielbiam tę funkcję w FL Studio i bardzo brakuje mi jej w Bitwigu. Chodzi z grubsza o to, że czasem (często) siedzę sobie przy klawiaturze i brzdąkam coś - a to jakieś akordy fajnym brzmieniem, a to melodyjka jakaś ładna wyjdzie. I jak wyjdzie, to co zrobić? Nie zawsze uda się powtórzyć dokładnie to samo, już z włączonym nagrywaniem (poza tym dochodzi tu stres, że "musi wyjść" i wielokrotne próby przy pomyłkach). Na szczęście niektóre DAWy mają wspomniane nagrywanie "retrospektywne", czy non stop nagrywają w tle to, co przychodzi z klawiatury muzycznej, więc można w razie potrzeby kazać takie nagranie po prostu utrwalić. I nagle to, co powstało w wyniku (nie bójmy się tego słowa, he, he) natchnienia udaje się odzyskać i wykorzystać. Przyznacie, że przydatne?

Sprawy techniczne

Cechą charakterystyczną dla wersji 9.x Cubase'a jest całkowite porzucenie 32-bitowych wtyczek VST. Nie działają. Po prostu. Nie i już. Nie ma powrotu. Więcej, część wtyczek 64-bitowych również ma kłopoty - trafiają wtedy na tzw. czarną listę i jeszcze można spróbować je reaktywować, ale z reguły kończy się to komunikatem, że "nie da rady". To smutna konkluzja, bo akurat tak się stało, że jeden z utworów z albumu "Via" powstał w Cubase 7 (przed aktualizacją) i wykorzystywał parę darmowych wtyczek. Teraz po prostu już tego utworu nie jestem w stanie odtworzyć nawet, bo zwyczajnie wczytuje się bez połowy instrumentów. Aktualizacja wtyczek nie wchodzi w grę, bo są to dość wiekowe instrumenty, niektóre już porzucone przez autorów, więc nigdy nie powstaną wersje 64-bitowe...

Za to nie narzekam na wydajność (już). Wersja 9.5 działa bardzo sprawnie i mam wrażenie, że obecnie łatwiej jest "zapchać" FL Studio niż Cubase'a, co akurat mnie ucieszyło, bo wreszcie mogę w jednym projekcie wrzucić kilka ścieżek z instrumentami od U-he czy z Serum. A jeszcze rok czy półtora roku temu gotów byłbym przysiąc, że to FL Studio właśnie jest na tym polu liderem.

Kłopoty i zaciachy

Niestety, na samych superlatywach się nie skończy. Cubase sprawił mi kilka razy nieprzyjemną niespodziankę, po prostu się zamykając w wyniku wystąpienia jakiegoś błędu w którejś z wtyczek (podobne psikusy robi też FL Studio, chociaż preferuje bardziej zawieszanie się niż zamykanie). Pod tym względem wzorowy jest Bitwig, który w takiej sytuacji zamyka tylko sprawiającą kłopoty wtyczkę, a reszta działa dalej.

Irytujący jest edytor zdarzeń MIDI - potężny, z mnóstwem funkcji, a jednocześnie bardzo irytujący podczas pracy na małym obszarze - wówczas zbyt nachalnie próbuje automatycznie przewijać zawartość i w efekcie "jeździmy" w tę i nazad, nie mogąc trafić w odpowiednią "kratkę". Szkoda, że nie ma możliwości zmiany DPI, co pozwoliłoby upchnąć więcej na laptopowym ekraniku.

Smutna konkluzja

Trochę przewrotnie powiem na koniec, że jedna rzecz martwi mnie przy opisywaniu kolejnych informatyczno-muzycznych cudeniek, z którymi mam kontakt. Tą rzeczą jest fakt, że tak mało dobrej muzyki powstaje z mojej ręki, mimo że mam TAKIE narzędzia do dyspozycji. Nieco się frustruję i żałuję ogromnie, że tak długo musiałem na te narzędzia czekać, bo mając dużo wolnego czasu, jak ćwierć wieku temu, może udałoby mi się stworzyć coś wartego zapamiętania...

czwartek, 10 maja 2018

[E] Mam lustrzankę! cz. 3

[E] Mam lustrzankę! cz. 3

Dalej w las

W poprzedniej części pisałem o trybach fotografowania, z których najpraktyczniejszym wydaje się być preselekcja przysłony. Dzisiaj idziemy dalej i sprawdzamy, co jeszcze przydaje się podczas fotografowania.

ISO, ISO...

Dobór czułości matrycy (czyli ustawianie ISO) nie jest domeną wyłącznie lustrzanek - chyba wszystkie rodzaje aparatów dysponują taką możliwością. Historycznie rzecz biorąc, jest to odpowiednik zakładania filmów o różnej czułości (kto fotografował analogowo wie, że kupowało się film o określonej czułości, np. ISO 400). Ustawianie czułości ma za zadanie kompensowanie małej ilości światła w sytuacji, gdy albo jest zbyt ciemno, albo musimy zmniejszyć otwór przysłony (bo oczekujemy większej głębi ostrości).

Sprawa jest banalnie prosta: jeśli zaczynają nam wychodzić poruszone zdjęcia, bo aparat ustawia zbyt długi czas, zwiększamy wartość ISO (np. z 200 na 400 lub 800) i możemy dalej fotografować. Oczywiście, nic za darmo: ceną za wysokie wartości ISO są rosnące szumy.

Od lat producenci lustrzanek (i aparatów w ogólności) starają się opracować takie matryce, które dysponują bardzo wysokimi wartościami czułości ISO. Każda nowa generacja podnosi tutaj poprzeczkę i o ile w moim wiekowym Nikonie D200 już przy ISO 800 pojawiał się brzydki szum, to w Fuji X-T10 mam lepszy obrazek przy ISO 6400. Topowe obecnie lustrzanki reporterskie Nikona czy Canona dochodzą tu do absurdalnych wręcz wartości (Nikon D5 - natywna czułość maksymalna ISO 102 400, rozszerzalna do 3 280 000!), przy czym oczywiście te maksymalne wartości dają obraz czasem ledwie akceptowalny.

Jeśli kogoś frapuje temat wysokich wartości ISO lub generalnie szumów w fotografii, może zajrzeć tutaj.

Auto ISO

Samo zwiększanie czułości nie byłoby aż tak interesujące, jak funkcja jej automatycznego doboru. W skrócie chodzi o to, że konfigurujemy w aparacie, że dla czasów dłuższych niż X aparat ma zwiększać czułość aż do zadanej wartości. Czyli fotografujemy normalnie z czułością minimalną, np. ISO200, a jeśli czasy zaczną się wydłużać, to aparat sam zaaplikuje np. ISO400 czy ISO800, aby uniknąć poruszenia. Nie muszę chyba pisać, jakie to wygodne rozwiązanie. Jedynie w trybie ręcznym (M) warto wyłączyć tę funkcję, żeby zachować pełną kontrolę nad dobieranymi parametrami.

RAW czy JPG?

Jako posiadacz lustrzanki na pewno prędzej czy później spotkasz się z dylematem, w jakim formacie zapisywac zdjęcia. O ile format JPG jest w zasadzie standardem i bez problemu obejrzymy czy wyedytujemy takie zdjęcie, to z RAWem już tak wesoło nie jest. Na ogół trzeba mieć odpowiedni program, otworzyć w nim zdjęcie, obrobić i dopiero wtedy zapisać w formacie JPG (np. na potrzeby publikacji w Internecie czy wysyłki do druku).

O ile jestem zwolennikiem właśnie formatu RAW, to jestem też świadomy, że wiąże się on z kilkoma niedogodnościami. Pliki RAW są duże (zwykle kilka, kilkanaście razy większe od JPG) i nie zawsze da się je podejrzeć w zwykłej przeglądarce plików. Do tego część programów, otwierających RAWy, nie potrafi wydobyć "zaszytych" w nich informacji np. o balansie bieli, profilu kolorystycznym, korekcji obiektywu itp. W efekcie zdjęcia na ekranie wyglądają dużo mniej efektownie niż na ekranie aparatu (sic!) i trzeba je dodatkowo obrobić. Nieco więcej na ten temat znajdziesz w temacie Komu RAWa, komu?

Wszystko zatem zależy od tego, ile mamy czasu na nasze hobby. Jeśli chcemy się podszkolić w obróbce, to RAWy są idealne - zawierają więcej danych niż JPG i łatwiej skorygować np. błędy naświetlania. Jeśli jednak fotografia kończy się dla nas na naciśnięciu spustu migawki i odpowiadają nam ustawienia, aplikowane przez oprogramowanie aparatu, to możemy poprzestać na formacie JPG.

Balans bieli

Z ustawieniami balansu bieli powinni zapoznać się przede wszystkim ci, którzy zdecydowali się fotografować w formacie JPG. W tym przypadku kolory są ustalane już w momencie tworzenia pliku (inaczej niż przy RAW, gdzie surowe dane z matrycy są zupełnie niezależne od tego, jaki balans został wybrany).

Zasadniczo dobór balansu bieli powinien umożliwić "rzeczywiste" oddanie kolorów - chodzi z grubsza o to, żeby kolory widziane przez nas, były tak samo odzwierciedlone na zdjęciu. Nie do końca jest to ścisłe, ale z grubsza chodzi o zachowanie spójności fotografowanej sceny i fotografii. Zagadnienia z tym związane opisywałem w poście Kolorowy świat.

Na zakończenie

Jako że ten cykl miał na celu jedynie uporządkowanie i zebranie informacji, może Ci się wydawać, że nie ma tu zbyt wiele praktycznej wiedzy - jednak wynika to z faktu, że nie chcę powielać już istniejących tematów. Zatem, jeśli chciałbyś w nieco szerszym aspekcie zgłębić pewne zagadnienia, podam kilka przydatnych linków:

Mam nadzieję, że początkującym pozwoli to wejść głębiej w tematykę fotografii i... robić lepsze zdjęcia - a o to przecież chodzi.

środa, 9 maja 2018

[E] Mam lustrzankę! cz. 2

Czas przejść dzisiaj od słów do czynów, czyli wyjmiemy aparat z torby i zrobimy kilka zdjęć "testowych". Zakładam przy tym, że jakieś zdjęcia już robiłeś czy robiłaś i takie terminy jak ustawianie ostrości, balans bieli czy histogram nie powodują u Ciebie paniki. Gorąco też zachęcam do przeczytania i ZAGLĄDANIA do instrukcji własnego aparatu - naprawdę producenci umieszczają tam mnóstwo przydatnych informacji! Zwłaszcza gdy będę opisywał jakieś konkretne ustawienia (np. zmianę trybu pomiaru światła), nie będę wnikał, jak to robić w konkretnym modelu - trzeba więc zastosować się do reguły RTFM* i doczytać.

Sytuacja wyjściowa

Na potrzeby poradnika zakładam, że masz niezbyt zaawansowaną lustrzankę ze standardowym obiektywem zoom o zakresie ogniskowych zbliżonym do 18-55mm. Jak napisałem wcześniej, zakładam też jakiś minimalny poziom wiedzy, czyli że już w życiu nieco zdjęć powstało z Twojej ręki. Skupmy się zatem na różnicach w porównaniu do aparatów kompaktowych (to kolejne założenie - że "przesiadasz" się z takiego właśnie aparatu).

Dla ułatwienia proponuję na razie ustawić tryb "zielony", jeśli taki jest dostępny lub ewentualnie pełną automatykę (czyli tryb "P"), gdzie aparat sam dobierze odpowiednie parametry. Zajmiemy się bowiem na początku samą obsługą aparatu.

Różnice

Trochę to może zabawne, ale dość sporą różnicą między lustrzanką a kompaktem jest... zmiana ogniskowej. W kompaktach producenci zwykle stosują dźwigienkę W-T (wide-tight), która "poszerza" lub "ścieśnia" kadr. W lustrzankach do tego celu należy użyć pierścienia na obiektywie (zwykle jest od duży i karbowany). Kręceniu pierścieniem zwykle towarzyszy wydłużanie się lub skracanie samego obiektywu. W trakcie kręcenia patrzymy przez wizjer, aby kontrolować kadr. Taki sposób zmiany ogniskowej jest dużo szybszy niż w kompaktach i z reguły też dokładniejszy (zgodzi się z tym każdy, kto w kompakcie przesuwał dźwigienkę "o troszkę" w lewo czy prawo i nie mógł trafić w idealne położenie).

Druga różnica to ostrzenie. W lustrzankach można to robić automatycznie (wciśnięcie spustu migawki do połowy) lub ręcznie (pierścieniem na obiektywie). Tutaj uwaga praktyczna - część obiektywów lustrzankowych w momencie używania autofocusa NIE POZWALA na ostrzenie ręczne, a próby takie mogą skończyć się wręcz uszkodzeniem obiektywu! Stąd lustrzanki (ale i same obiektywy) są zaopatrzone w dźwigienkę trybu ostrzenia (A - automatyczny, M - ręczny). Po przełączeniu trybu na M możemy swobodnie kręcić pierścieniem ostrości i ustawiać ją tak, jak sobie to zaplanujemy (pomagają w tym oznaczenia na obiektywie, gdzie można odczytać, na jaką odległość ustawiono ostrość - np. 1m, 5m, nieskończoność; niestety, nowsze obiektywy często są pozbawione skali odległości).

Proponuję zatem wypróbować te dwie funkcje i zrobić zdjęcia na różnych ogniskowych (z różnym stopniem "przybliżenia") oraz ustawiając ostrość zarówno automatycznie (zalecam na razie poprzestać na ostrzeniu punktem centralnym - sprawdź w instrukcji, jak go wybrać), jak i ręcznie. Wprawdzie w trybie "zielonym" czy "P" nie mamy jeszcze pełnej kontroli nad obrazem, ale już zabawa zoomem i punktem ostrości daje nieco pojęcia, jak bardzo lustrzanki ułatwiają panowanie nad sprzętem.

Wychodzimy z przedszkola

Naprawdę nie mam nic przeciwko trybom tematycznym, trybowi "zielonemu" czy "P". Każdy tryb jest dobry do zrobienia zdjęcia. Jednak łatwo po pewnym czasie zauważyć, że nie zawsze automatyczne algorytmy wszystko ustawią prawidłowo i "odgadną", co fotograf chciał uzyskać. Wtedy czas przestać się bać trybów mniej automatycznych:

Preselekcja przysłony

Ta niezbyt oczywista nazwa oznacza, że fotograf ustawia żądany otwór przysłony (kilka słów wyjaśnienia za chwilkę), zaś aparat dobiera odpowiedni czas, potrzebny do naświetlenia zdjęcia. Tryb ten jest oznaczany często literami "A" lub "Av". Czas wyliczony przez aparat można zmieniać, stosując tzw. korektę ekspozycji. Uf! Co to wszystko oznacza?

Większość obiektywów dla aparatów popularnych posiada przysłonę - jeśli zajrzysz obiektywowi "w oko", dostrzeżesz zbiegające się "listki", które pozostawiają w środku duży lub mały otwór. Przez ten właśnie otwór wpada do aparatu światło, tworzące obraz. Skoro fotografujesz już od jakiegoś czasu, z pewnością wiesz, że światła zwykle jest zbyt mało na oczekiwania fotografa, przez co trzeba zwiększać czułość ISO matrycy, co z kolei prowadzi do powstawania szumów.

Skoro tak, to po co w ogóle ograniczać ilość światła? Niech wpada go zawsze maksymalnie dużo! Otóż to nie do końca tak. W słoneczne dni i przy "jasnym" obiektywie maksymalnie otwarta przysłona wpuszcza ZA DUŻO światła, prowadząc do przepalonych obrazów. Mniej oczywisty - zwłaszcza dla fotografujących kompaktami - jest wpływ otworu przysłony na głębię ostrości - ale tutaj odsyłam do wcześniejszego wpisu.

Zasadniczo wydaje mi się, że ten tryb półautomatyczny jest najłatwiejszy w zrozumieniu i w użyciu. Za pomocą przysłony kontrolujemy, ile chcemy mieć ostrego obszaru na zdjęciu, a aparat dobiera nam czas, potrzebny do poprawnej ekspozycji. Czas też możemy zresztą w pewnym zakresie kontrolować za pomocą korekcji ekspozycji.

Podsumowując: w większości sytuacji preselekcja przysłony sprawdza się bardzo dobrze. Jeśli masz wątpliwości, jakie przysłony należy ustawiać, by uzyskać odpowiednią dla Twoich zamiarów głębię ostrości, możesz skorzystać np. z symulatora głębi ostrości. Wystarczy też chwilę poeksperymentować: zrobić dwa, trzy ujęcia z takim samym zoomem i różnymi przysłonami; potem zmienić odległość, na którą ostrzymy: raz kilka ujęć z różnymi przysłonami, ostrząc na szklankę stojącą 50cm od Ciebie, potem tyle samo ujęć z ostrzeniem na odległy budynek. Zdjęcia zgrywamy do komputera i oglądamy - różnice powinny być widoczne gołym okiem.

Preselekcja czasu

Tryb, będący odwróceniem poprzedniego: tutaj ręcznie dobieramy czas ekspozycji, zaś aparat stara się odpowiednio dobrać przysłonę (tryb oznaczany jest zwykle przez litery "S" lub "Tv"). Do czego to się może przydać? Do panoramowania, do rozmywania kropli deszczu, do fotografowania gwiezdnego nieba - jednym słowem wszędzie, gdzie zdjęcie jest "tworzone" przede wszystkim przez czas. Tryb czasem przydaje się też do zagwarantowania sobie krótkich czasów (np. żeby zamrozić ruch), jednak bez podbijania ISO samo otwieranie przysłony przez automat zazwyczaj nie wystarcza (nie da się "przeskoczyć" ograniczenia samego obiektywu).

Tryb ręczny

Tryb "M", w którym o wszystkim decyduje fotograf. On dobiera przysłonę, on ustala czas. Nic nie jest pozostawione przypadkowi. Teoretycznie tryb najtrudniejszy do opanowania, ale tak naprawdę często jest to jedyny tryb, w którym pewne rzeczy da się zrobić łatwo. Ze swojego doświadczenia powiem, że dopiero po przełączeniu w ten tryb zacząłem panować nad zewnętrzną lampą błyskową. Według mnie aparaty mogłyby mieć tylko tryb "A" i "M" (w "S" i tak oprócz czasu trzeba dodatkowo "żonglować" ISO, więc łatwiej już ręcznie dobrać nieszczęsną przysłonę i mieć spokój).

*) RTFM (ang. read the fucking manual), czyli w wolnym tłumaczeniu - "przeczytaj, z łaski swojej, instrukcję obsługi".

wtorek, 8 maja 2018

[E] Mam lustrzankę! cz. 1

Początki i mity

Ot, i stało się. Właśnie ściskasz w dłoniach aparat, o którym w powszechnej opinii jest wyznacznikiem "poważnej fotografii". No, bo przecież wiadomo, że takimi aparatami robią zdjęcia tylko zawodowcy, czyż nie?

Oczywiście to nie tak. To nie rodzaj aparatu decyduje, czy robimy dobre zdjęcia. Lustrzanka jest tylko jedną z dróg - poza kompaktami, telefonami, bezlusterkowcami, dalmierzowcami, formatami średnim i dużym, camera obscura i innymi jeszcze narzędziami do rejestracji fotografii. W niektórych aspektach (i dla niektórych ludzi) jest lepsza od innych rodzajów aparatów, w innych znów - gorsza. To od fotografa zależy, jak wykorzysta trzymane w rękach narzędzie.

No dobrze, ale masz tę lustrzankę i marzysz o tym, by Twoje zdjęcia zaczęły być "profesjonalne" i nareszcie osiągnęły poziom znany z oglądanych w internecie galerii. Jak się w ogóle do tego zabrać?

Zejście na ziemię

Po pierwsze, wyrzuć z głowy mit, że sam aparat wprowadzi Twoje zdjęcia na wyższy poziom. On może Ci w tym pomóc, ale to tylko narzędzie. Po drugie, trzeba sobie uświadomić, gdzie tkwią zalety, a gdzie wady lustrzanek, bo na pewno nie są to aparaty uniwersalne i najlepsze na każdą okazję. Bierz też pod uwagę, że nie wszystko, co przeczytasz poniżej, musi mieć zastosowanie do Ciebie i Twojego sposobu fotografowania. Poza tym lustrzanki różnią się między sobą, np. wielkością matrycy czy liczbą przycisków i pokręteł, dostępnych dla użytkownika. Warto więc uzmysłowić sobie pewne fakty.

Zalety

Zaczniemy od zalet, a największą z nich ma być "jakość obrazu". Z czym ta jakość jest związana i co przez nią rozumiemy? Najczęściej osoby fotografujące do tej pory telefonami lub kompaktami zwracają uwagę na mniejszą głębię ostrości, czy mówiąc po ludzku - na ładnie rozmyte tło. Wiąże się ono z tym, że matryce w lustrzankach są na ogół dużo większe (fizycznie, nie "megapikselowo") niż w wymienionych aparatach oraz do lustrzanek można dołączyć tak zwane "jasne" obiektywy, które dodatkowo pogłębiają ten efekt.

Oczywiście, nie dla każdego musi to być zaleta - np. w fotografii makro trudniej jest zmieścić całego owada czy drobny kwiatek w głębi ostrości i trzeba wówczas przymykać przysłonę i wydłużać czas (co z kolei zwiększa ryzyko poruszenia przy fotografowaniu z ręki). Zakładam jednak, że jeśli ktoś chce lub właśnie kupił lustrzankę, to efekt rozmycia tła był jednym z argumentów "za".

Druga zaleta to lepsza ergonomia. Z reguły lustrzanki (zwłaszcza te lepsze) mają bardzo dobrze rozwiązane sterowanie - większość funkcji i ustawień została wyprowadzona na zewnątrz korpusu w postaci guzików, dźwigni czy pokręteł, więc nie trzeba tracić czasu na wchodzenie do menu i szukanie odpowiedniej pozycji.

Trzecia sprawa to możliwość wymiany obiektywów. Użytkownik lustrzanki nie jest skazany na "szkło" wbudowane w korpus fabrycznie. Jeśli ceni sobie zdjęcia ptaków czy zwierząt na wolności, może dokupić teleobiektyw o dużej ogniskowej (potocznie można powiedzieć: o dużym przybliżeniu). Jeśli woli fotografować portrety, znajdzie jasne i doskonałe obiektywy także do tego celu. Makro? Proszę bardzo. Rybie oko? Jest. Specjalizowane obiektywy do fotografii architektury? Na życzenie.

Nie do przecenienia są też szybkość i niezawodność. Lustrzanki są w zasadzie gotowe do użycia już w chwili włączenia (nie trzeba czekać sekundy lub dwóch na ich uruchomienie, jak w kompaktach czy bezlusterkowcach), ich systemy auto-focus są z reguły dużo szybsze i dokładniejsze niż w innych typach aparatów, zaś dodatkowym atutem jest też długa praca na jednym ładowaniu akumulatora.

Wady

Wady lustrzanek są na ogół odwrotnościami zalet - np. wymienność optyki jest zaletą, ale zwykle w podstawowym zestawie z aparatem dostaje się dość ciemny obiektyw typu zoom, który do poważniejszego fotografowania trzeba będzie wymienić na coś bardziej specjalizowanego (a to koszt, często większy niż zakup samego aparatu!). Jak już pisałem, mała głębia ostrości to zaleta, ale w niektórych rodzajach fotografii jednak bardziej przeszkadza niż pomaga.

Ergonomia niby jest poza dyskusją, spójrzmy jednak na ciemną stronę gabarytów lustrzanek. Te aparaty są z reguły dość duże (a im lepszy model, tym z reguły większy i cięższy). Jeśli dodamy do tego duży i ciężki obiektyw (a te lepsze są właśnie takie), to już mamy co dźwigać.

Nawet taką zaletę, jak długą pracę bez konieczności ładowania można przekuć w wadę - wynika ona bowiem z korzystania w lustrzankach z wizjera optycznego zamiast ekraniku LCD (a to ekraniki "pożerają" najwięcej prądu). A wizjer optyczny to: kłopoty przy kadrowaniu na poziomie ziemi (trzeba się w zasadzie położyć, żeby coś widzieć), kłopoty w ciemnościach (bo nic nie widać), kłopoty z ustawianiem ostrości (w tańszych modelach lustrzanek wizjer jest stosunkowo mały i ciemny, więc trudno ZOBACZYĆ, czy np. ostrość jest na nosie modela, czy jednak na źrenicach oczu - śmieszne, ale prawdziwe).

Eee...

No, a miało być tak pięknie!... Spokojnie, będzie, będzie. Masz w rękach bardzo dobrze narzędzie, które - przy odpowiednim podejściu - pomoże Ci uzyskać rezultaty lepsze, niż te dotychczasowe. W następnym odcinku postawię na nieco mniej gadania, a więcej na robienie zdjęć.

wtorek, 1 maja 2018

[O] Avengers: Infinity War (spoilerowo)

Lubię uniwersum Marvela - Iron Mana, Kapitana Amerykę, Spidermana, Hulka i resztę ekipy. Obejrzałem wszystkie filmy traktujące o tych superbohaterach, jakie wyszły na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat (wyjątkiem są "Czarna pantera" i "Thor: Ragnarok"). Są wśród nich pozycje świetne (np. "Zimowy żołnierz", "Strażnicy galaktyki"), są dobre ("Kapitan Ameryka", "Spiderman: Homecoming"), są też słabsze ("Czas Ultrona", drugi "Thor"). Trzeba jednak przyznać Marvelowi, że jest konsekwentny i przez tych dziesięć lat zbudował w miarę spójny świat i zaludnił go bohaterami, których da się polubić (nawet mocno).

Uwaga - w opisie mogą powić się spoilery, więc jeśli ktoś się wybiera na film i nie chce poznać niektórych zwrotów akcji czy szczegółów fabuły, niech wróci do lektury już po seansie.

Aha - jeszcze jedno. Podkreślam po raz kolejny, że nie jestem fanem komiksów Marvela, nie mam półek uginających się pod tomami z przygodami Avengersów i nie śledzę alternatywnych światów, żeby budować własne teorie rozwoju uniwersum. Po prostu oglądam rozrywkowe kino.

Początek

Jakoś specjalnie nie czekałem na "Infinity War", chociaż poprzedzająca ją "Civil War" dawała przedsmak tego, co się może dziać, kiedy na ekranie spotkamy niemal wszystkich superbohaterów. Z zapowiedzi wiedziałem tylko, że najnowszy film Marvela ma niejako spiąć dziesięcioletni dorobek i pozwolić niektórym aktorom pożegnać się z granymi postaciami. Nie oglądałem jednak trailerów, nie spekulowałem o fabule, nie podniecałem się plotkami. Ot, film jak film. A poszedłem na niego tylko ze względu na okoliczności - akurat zaczął się majowy długi weekend, kilka dni wcześniej była premiera "Infinity War", a ja spotkałem się w Poznaniu z Krzyśkiem. To wzięliśmy jeszcze do kompletu syna Krzyśka, Wiktora, i pojechaliśmy do kina Helios.

Co nieco o filmie

I przyznam szczerze, ogromne wrażenie zrobiła na mnie pierwsza scena. Pojawia się w niej Thanos, czyli główny przeciwnik Avengersów. Właśnie zniszczył Asgardczyków, zabił Lokiego i Heimdala, a Thorowi prawie zmiażdżył głowę. Rzuca się na niego Hulk i ten zielony, niezniszczalny (zdawałoby się) mocarz dostaje od Thanosa lanie. Normalnie, pięściami. Zamurowało mnie.

Później film rozwija się w najlepszy z możliwych sposobów - bohaterowie zostają podzieleni na małe, kilkuosobowe grupki i obserwujemy ich poczynania w starciu zarówno z samym Thanosem, jak i jego niewiele mniej potężniejszymi pomagierami. To, że Avengersom nie jest łatwo, to mały pikuś. Przez cały film rośnie przeświadczenie, że klęska jest coraz bliżej i w pewnym momencie przestajemy liczyć na nagłą zmianę i zwycięstwo, tylko trzymamy kciuki, żeby nasi ulubieni bohaterowie zwyczajnie przeżyli.

Co ciekawe, mimo takiego fatalizmu, film jest bardzo zabawny i wiele razy całe kino rżało ze śmiechu (np. zderzenie Star-Lorda z Thorem czy utarczki słowne między Iron Manem a Doktorem Strangem). Małych, zabawnych smaczków jest tutaj ogrom i początkowo uśpiło to moją czujność. Zabawa jest tak przednia, że to, co następuje w końcówce, po prostu wgniata w fotel i siedzisz z głupią miną, myśląc tylko: "Ale jak to?"

Thanos

Tak, Thanos zdecydowanie zasługuje na osobny akapit, bo jest to Zły tak dobry, że strach. W wielu recenzjach przewija się stwierdzenie, że to najlepszy przeciwnik w historii filmów Marvela i... trudno się nie zgodzić. Thanos nie jest tylko głupim szaleńcem, dysponującym mocami i żądzą władania światem. Wierzy w to, co robi (czy wręcz w to, co według siebie musi zrobić) i jest przekonany, że w ten sposób ratuje Wszechświat przed zagładą. Na dobrą sprawę jego motywacje są identyczne, jak u Avengersów (którzy też wierzą, że muszą robić to, co robią, by chronić znany im świat) i to jest chyba podstawowe źródło niejednoznaczności Thanosa.

Jednocześnie jest on o wiele potężniejszy niż którykolwiek z Avengersów i w zasadzie tylko on mógł użyć Rękawicy Nieskończoności z wszystkimi Kamieniami. Od kiedy zdajemy sobie z tego w kinie sprawę, zaczynamy się bać o bohaterów. I chociaż jest ta jedna scena na Tytanie, kiedy Iron Man, Spiderman, Star-Lord, Mantis i Doktor Strange prawie, prawie zdejmują Thanosowi rękawicę, to moim zdaniem nic by to nie dało. Żaden z Avengersów nie potrafiłby się tą rękawicą posłużyć ani nie miałby wystarczającej siły (chociaż przyznam, że Doktor Strange w "Infinity War" sprawił na mnie wrażenie najsilniejszego z obrońców Ziemi).

Wracając jeszcze do Thanosa, duża zasługa w odbiorze tego bohatera leży po stronie grającego go Josha Brolina. Mimo że Thanos jest w zasadzie wygenerowany w komputerze, bo ta twarz i te oczy... No, powiadam Wam, naprawdę, wierzy się w tę postać i w to, że to nie jakiś półgłówek ogarnięty chęcią niszczenia...

Smaczki

Film jest przepełniony świetnymi scenami - w zasadzie składa się tylko z takich. Nie było czasu na "wypełniacze", "zapchajdziury" i "lanie wody" - tutaj każda scena ma konkretny powód, cel i grupę postaci, którzy ją rozgrywają. Strażnicy Galaktyki spotykają ziemską resztę, świetny jest doktor Banner, który nie może nakłonić przestraszonego Hulka do pokazania się. Rocket ma całą masę fajnych scen, łącznie z tą z Beckym, nawet Groot ma dość ważne ujęcie, kiedy tworzy stylisko Storm-Breakera dla Thora.

Peter Parker jest lekkomyślny jak zawsze, a Kapitan Ameryka wciąż jest uroczo sztywny i zasadniczy. Zaś Doktor Strange... nooo, tu muszę powiedzieć, że ta postać mnie kompletnie zaskoczyła. W swoim solowym filmie dopiero się wszystkiego uczył i nie wydawał się szczególnie niebezpieczny, ale w "Infinity War" po prostu wymiata. Przez moment wydawał się nawet, że sam jest w stanie powstrzymać Thanosa. Naprawdę fajnie się rozwinął. Za to Vision, który w "Czasie Ultrona" wydawał się tak potężny, tutaj w zasadzie - zraniony na początku - w ogóle nie pokazuje swojej siły.

Wady?

Czy są w tym filmie wady? Mnie się nie podobały dwie rzeczy - krasnolud Eitri, wykuwający dla Thora Storm-Breaker oraz... starcie w Wakandzie. Ogromnie lubię Petera Dinklage'a, ale nijak nie pasował mi w tej roli (w sumie nawet nie wiem dlaczego). A starcie w Wakandzie podobało mi się w trakcie filmu (jest bardzo... epickie - nie cierpię tego słowa). Kiedy jednak leżałem już w łóżku i rozmyślałem o filmie, stwierdziłem, że cały pomysł walki dwóch armii jest nieco absurdalny. Z jednej strony mamy bowiem Thanosa, który pstryknięciem pozbawia życia połowę Wszechświata, a z drugiej afrykańskich wojowników z włóczniami, którzy naparzają się z jakimiś potworami. No, chociaż... bez tej bitwy nie mielibyśmy równie "epickiego" powrotu Thora, uzbrojonego w Storm-Breaker...

Się rozpisałem

Jak więc widzicie, "Infinity War" podobał mi się. Bardzo. Chętnie obejrzałbym go raz jeszcze (i pewnie jeszcze, i jeszcze). Bo to zwyczajnie dobry film jest - tak, to kino akcji, tak, to adaptacja komiksu, tak, większa część filmu powstała na green-screenie. Ale jakimś cudem to się udało - historia wciąga, przejmujemy się losami bohaterów, a scena z umierającym Spidermanem naprawdę chwyta za gardło...

To film dla fanów - bezapelacyjnie. Tu nie ma czasu na wyjaśnienia, na prezentowanie bohaterów - na to mieliśmy dziesięć lat i kilkanaście innych filmów. Teraz to wszystko po prostu zadziałało i nasi dobrzy znajomi przeżywają naprawdę trudne chwile. I to się ogląda!

Jedno, czego żałuję, to że nie zostaliśmy w kinie dłużej i nie widziałem słynnej już "sceny po napisach". Podobno fani na jej podstawie już wiedzą, co będzie w Avengers 4. Hm...