wtorek, 29 grudnia 2020

Kamyki 2020

W tym roku kiepściutko. Niedługo dojdzie do tego, że trudno będzie w ogóle zestawić dwunastkę zdjęć, tak mało i tak kiepskich ich powstaje... Ale póki co, jest komplet i zapraszam do oglądania:

Wiosenny bałwanek

Afrykarium zimą

Storczyki

Deszczowy tulipan

Leśne diamenty

Elegancja

Pracowita

Ciepły poranek na łące

Przeszkoda

Pingwinki

Łypię

Pływam sobie

poniedziałek, 28 grudnia 2020

[M] Gades - Seventh Encounter (teledysk)

Tak, tak, znowu ten sam utwór - ale mam usprawiedliwienie! Tym razem wstawiam "teledysk" - i to nie taki zupełnie lipny, jak przy "Second Encounter", tylko taki już prawie "poważny". To znaczy, że zgromadziłem mnóstwo filmików składowych, poukładałem je w Resolve, zsynchronizowałem z muzyką, ujednoliciłem kolorystycznie (na ile potrafiłem) i oto jest:

I na koniec ostrzeżenie - ten utwór może się pojawić tutaj jeszcze raz, jeśli tylko przygotuję wersję wokalną (a tekst już jest, wstępna melodia też, więc szanse rosną).

Radio 357

W lipcu pisałem o radiu "Nowy świat", a tymczasem w grudniu miała wystartować kolejna stacja, którą zasilili m. in. byli pracownicy "Trójki" - radio "357". To również nie będzie pełnoprawna stacja radiowa, bo słuchać jej będzie można tylko w internecie (póki co).

W sumie zdziwiłem się i nie było to zdziwienie mocno optymistyczne. Po co druga stacja, skoro "Nowy świat" działa całkiem sprawnie, prężnie i z sensem? Jakiś powód musi jednak istnieć - może w kierownictwie "Nowego świata", może w założeniach programowych, może w gustach czy celach - że część byłych "trójkowiczów" postanowiła założyć zupełnie nowy byt.

A kogóż tu w ogóle posłuchamy? Znanych nazwisk jest tu sporo, choć nie jest to aż tak szeroka kadra, jak w "Nowym świecie", przynajmniej na razie. Mamy Marka Niedźwieckiego, Piotra Stelmacha, Kubę Strzyczkowskiego, Katarzynę Borowiecką, Marcina Łukawskiego czy Agnieszkę Szwajgier - całkiem sympatyczna kompania.

Co do audycji, trudno na razie się mi wypowiedzieć, bo strona radia ciągle sprawia wrażenie placu budowy, a ramówka zawiera na przemian "śpiący serwer" i "prace poza anteną". Nie dziwi zatem, że nie działa też odtwarzacz umieszczony na stronie, no i zasadniczo nic nie działa.

Niepokoi trochę fakt, że start radia miał się odbyć w grudniu, tymczasem nie da się niczego posłuchać i nic nie zapowiada, żeby miało się dać w najbliższych dniach. Należy zatem uzbroić się w cierpliwość i czekać. Pod tym względem "Nowy świat" było chyba lepiej zorganizowane, bo nie tylko strona prezentowała się lepiej, ale dostępna była też aplikacja mobilna do odsłuchu - tutaj nie widziałem nawet zapowiedzi czegoś podobnego. Za to ponoć w piątek, pierwszego stycznia, ma być lista przebojów - zakładam, że prowadzona przez Marka Niedźwieckiego.

Czekam zatem i jestem ciekaw, czy to nowe radio przypadnie mi do gustu bardziej niż "Nowy świat", który - chociaż miły i zdecydowanie lepszy od obecnej "Trójki" - jakoś nie do końca mi podszedł. Może "357" to będzie TO?

[O] Yves Sente, Grzegorz Rosiński - Zemsta hrabiego Skarbka

Tak się przedziwnie składa, że często pod choinką znajduję komiksy - tak, tak, stary koń, a czyta rysunkowe historyjki. Tyle tylko, że to komiks szczególny, bo pary twórców, odpowiedzialnych za sporo albumów z Thorgalem. Myślę, że nie trzeba ich specjalnie przedstawiać. Historia zemsty hrabiego Skarbka jednak nijak się ma do Thorgala - chyba tylko tyle, że tworząc fikcję, autorzy stwarzają pozory, jakoby była ona wpleciona w rzeczywistą historię. W "Thorgalu" paralele są dość odległe i nie zawsze oczywiste, w "Skarbku" sprawiają wrażenie wyjętych wprost z kart historii, trochę jak u Dumasa, który zresztą jest na kartach komiksu przywoływany.

Coś szczególnego

Sante w przemowie opisuje dość szczegółowo, czym ten komiks miał być, a czym się ostatecznie nie stał - a miał być komiksem erotycznym. Rosiński rozmyślił się jednak, choć powstały szkice, a posiadane przeze mnie wydanie ma je wmontowane w odpowiednich miejscach historii. Po namyśle stwierdzam jednak, że niepotrzebnie - niczego nie wnoszą one do historii i równie dobrze można by je zawrzeć w dodatku na końcu albumu, razem z innymi grafikami.

Od strony wizualnej komiks prezentuje "technikę koloru bezpośredniego", jak nazywa to Sente w przedmowie. Czyli jest to ten typ "malarski" zastosowany w ostatnich albumach "Thorgala", który mnie osobiście niespecjalnie przypadł do gustu, a i tutaj budzi mieszane odczucia. O ile wcześniej Rosiński potrafił sprawnie nakreślić bohaterów tak, by byli do siebie zwyczajnie podobni na kolejnych kadrach, tym razem sztuka ta się nie udała, w związku z czym niemal przez cały czas lektury musiałem skupiać się na tym, kto właściwie rozmawia z kim i kto może być kim. Nie jest dobrze, jeśli do identyfikacji osób w komiksie używa się ich strojów zamiast twarzy...

Historia

Pomarudziłem na formę i na tym koniec, bo na szczęście z treścią jest dużo lepiej. Zwroty akcji obecne są do ostatniej niemal strony, a całkiem przyjemne okazują się powiązania z historią, na przykład z... Fryderykiem Chopinem, który faktycznie urodził się w Żelazowej Woli, majątku hrabiego Skarbka (w domyśle ojca głównego bohatera). Fabuła kręci się głównie wokół procesu, jednak w jego trakcie prezentowanych jest tyle retrospekcji, by nie nudzić czytelnika suchymi przemowami prawników.

Rzecz jasna, nic więcej nie zdradzę, kto ciekaw, niech chwyta książkę w ręce i czyta.

Hm

Podsumowując moje przemyślenia, gdyby nie ta nieszczęsna malarska maniera Rosińskiego, byłby to jeden z ciekawszych komiksów, które posiadam. Sente spisał się na medal i jeśli skupić się tylko na fabule, komiks dostarcza bardzo dobrej rozrywki. Szkoda jednak, że już bez tej pięknej, subtelnej kreski, która tak mnie zauroczyła trzydzieści lat temu w "Czarnej galerze"...

niedziela, 27 grudnia 2020

[S] Szklana kula

Pod choinką znalazłem szklaną kulę. Taką prawdziwą. W tym sensie prawdziwą, że ze szkła. Niestety (a może i stety) nie pokazuje przyszłości, nie ma też łączności z Mordorem. Ale wziąłem ją na spacer fotograficzny, a poniżej efekty:

środa, 23 grudnia 2020

wtorek, 22 grudnia 2020

niedziela, 20 grudnia 2020

[M] Śpiewające bloby

Wczoraj wpadł mi w ręce link do ciekawego eksperymentu Google. Jest to coś pomiędzy instrumentem a grą - na ekranie pojawiają się cztery kolorowe "bloby" (trudno to inaczej określić), które śpiewają operowymi głosami. Przeciągając myszką w górę i w dół regulujemy wysokość śpiewu, kierunki na boki wybierają śpiewaną frazę. A wszystko zrobione w tak prosty i genialny sposób, że nie potrafiłem się oprzeć i całymi minutami śpiewałem i śpiewałem, i śpiewałem. Poniżej trochę ponad minutowa prezentacja, ale zachęcam do skorzystania z linku i pobawienia się samodzielnie:

sobota, 19 grudnia 2020

[M] Gades - Seventh Encounter

Trwają prace nad nowym albumem, choć ich kierunek jest jeszcze dość nieokreślony. Dobrym przykładem jest poniższy utwór, którego ciągnie do cięższego grania - czy faktycznie nowy album będzie trochę mniej elektroniczny niż poprzednie? Pożyjemy, zobaczymy - na razie zachęcam do przesłuchania instrumentalnej wersji:

piątek, 18 grudnia 2020

Perełka - Tarta bułka

Tak się jakoś utarło, że w piątki jemy z Perełką taki sam obiad - pierogi, naleśniki z serem, ziemniaczki z jajkami sadzonymi albo gzikiem, do wyboru. Tym razem były pierogi z serem, a jako że ostatnio zwykle posypywaliśmy je cukrem pudrem, to tym razem postanowiłem - przynajmniej dla siebie - przygotować tartą bułkę z masłem. Perełka pierwsze zaskoczenie przeżyła, schodząc do kuchni:

- Tata, a co tak pachnie?

- Tarta bułka.

Perełka spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

- Do pierogów?

- Do pierogów - potwierdziłem, mieszając zawzięcie na patelni.

Kiedy pierogi znalazły się już na talerzach, zapytałem:

- Chcesz cukru pudru czy bułki? Jest pyszna!

Perełka krytycznym okiem rzuciła na moją porcję, obficie udekorowaną tartą bułką i skrzywiła nos:

- E, te Twoje pierogi wyglądają jak łyse kotlety w perukach...

czwartek, 17 grudnia 2020

Od milionera do ofiary

To już zaczyna być irytujące. Parę dni temu ze spamowej wiadomości dowiedziałem się, że będę milionerem, a już wczorajszego wieczora przez innego "boga internetu" zostałem zaszantażowany. Tym razem będzie jednak trochę poważniej, bo i mechanizm ataku (oraz jego skutki) są bardziej serio i nie bazują już tylko na naiwności, ale na strachu.

Obraz pochodzi ze strony https://www.thebalance.com/

Otóż dla nikogo nie będzie zdziwieniem, że bazy danych różnych firm, zawierające dane klientów, są łakomym kąskiem dla wszelkiego rodzaju mętów internetowych. Od czasu do czasu słyszy się czy czyta, że "wyciekła" baza z takiego a takiego serwisu. Jeśli używaliśmy tam unikalnego hasła, to świetnie, jeśli zaś wszędzie podajemy to samo - dużo gorzej. Pomijam fakt, że ktoś może się zalogować w naszym imieniu i narobić niezłego bigosu - te dane mogą posłużyć do opisanego niżej szantażu.

Dostałem wiadomość od niejakiego Bobby'ego Pattersona, który konfidencjonalnie oznajmił mi, że zna pewne moje hasło (i podał je - faktycznie dawno temu takiego użyłem). A skąd je zna? Bo wchodziłem na strony z pornografią, a tam jeden z filmików był zainfekowany, zainstalował na moim komputerze program szpiegujący i teraz haker ma wszystkie moje dane! Więcej, Bobby nagrał mnie (bo zhakował także kamerkę w moim laptopie!), jak sobie dogadzam oglądając filmiki, a że wykradł oczywiście pełną listę moich kontaktów z GMaila i Facebooka, to jeśli nie zapłacę mu w ciągu dwóch dni 2000 dolarów w bitcoinach, to oczywiście roześle ten kompromitujący filmik do wszystkich znajomych (i do szefa w pracy też!)

No i przyznam, że gdybym miał laptopa, wchodził na strony pornograficzne i nadal używał tego starego hasła, bo zrobiłoby mi się miękko w nogach - tak bardzo działa to podane na wstępie, znane teoretycznie tylko nam, hasło. Jednak znajomość faktów (i w związku z tym pewność, że szantażysta nie ma tak naprawdę nic w garści poza hasłem i e-mailem) pozwoliła mi trzeźwiej ocenić treść e-maila. Zawiera on bowiem same "sztuczki" - straszenie ujawnieniem strasznego pornograficznego sekretu zahacza o jeden z epizodów serialu "Black Mirror", groźby o wykradnięciu kontaktów z GMaila i Facebooka bazują wyłącznie na dużym prawdopodobieństwie, że straszony użytkownik konta w w/w serwisach faktycznie posiada, zaś realna dla wielu użytkowników wizja przejęcia kontroli nad kamerką w laptopie daje pole dla pracy wyobraźni, co też ten straszny Bobby mógł nagrać... E-mail kończy się optymistyczną wiadomością, że zaraz po odnotowaniu wpłaty filmik zostanie (oczywiście) skasowany. Aha, no i żeby nie zawiadamiać organów bezpieczeństwa, bo Bobby jest cwany i tak się ukrył w odmętach darknetu, że nikt go nie znajdzie, ha, ha.

No i faktycznie, po rozmowie z moim "prywatnym konsultantem do spraw cyberbezpieczeństwa", czyli Pawłem (pozdrawiam!) okazuje się, że jest to popularny mechanizm wyłudzania - "haker" to po prostu cwaniak, któremu wpadła w łapy baza danych z e-mailami i hasłami. Rozesłał więc do wszystkich z bazy tak samo brzmiącą wiadomość i liczy teraz, że ci "mający coś na sumieniu" wysupłają dolary. No i pewnie statystyka nie zawiedzie, a spośród tysięcy "poinformowanych" znajdzie się kilku, kilkunastu na tyle wystraszonych, żeby spełnić żądania Bobby'ego...

Ech...

wtorek, 15 grudnia 2020

2 miliony dolarów!

Otwieram ci ja dzisiaj skrzynkę pocztową, a tam takie cudo:

DHL International Benin

Część nr 23 Patte D'Oie 03
BP 2147 Cotonou, Republika Beninu.

POWIADOMIENIE O DOSTAWIE PACZKI DHL

Twoja paczka o łącznej wartości 2 200 000 dolarów amerykańskich na KARCIE do bankomatu znajduje się w naszym biurze. Został on zdeponowany w tym biurze przez {HEAD CONSULTANT} Organizacji Narodów Zjednoczonych, informując, że wygrał go na podstawie Twojego adresu e-mail w ramach trwającego programu rekompensat w ramach losowej selekcji online 2020 we współpracy z International Corporation Benin Republic OIL & GAS LTD.

Wymagane byłoby podanie poniższych informacji:
Twoje pełne imię:
Twój adres domowy, pod który zostanie dostarczona karta bankomatowa:
Twój numer telefonu:
TWOJE NAJBLIŻSZE LOTNISKO:
Twój kraj:

Będziemy kontynuować dostawę, gdy tylko potwierdzimy Twoje dane, pragnę również poinformować, że ponosisz odpowiedzialność za koszty dostawy wynoszące tylko 75 USD.

DHL Express ® Firma kurierska.
Pan Frank Ben {główny dyspozytor}
Powiedz + 234-907-173-6909

Jak widać, lada chwila mogę być milionerem! No, chyba że coś się stanie z dostawą, to wtedy jestem 75 dolarów w plecy - ale przecież czym są te nędzne grosze w obliczu ponad dwóch milionów?!

Od razu wysłałem odpowiedź. Czekam na tajemniczą kartę do bankomatu z fortuną i już z góry wydaję setki złotych na prawo i lewo!

Chcecie trochę? Poniesiecie wprawdzie odpowiedzialność za koszty dostawy, powiedzmy tylko 50zł, po znajomości, ale tysiące są w zasięgu ręki!...

czwartek, 10 grudnia 2020

"Synergy " od kuchni

Przyznam, że nawet gdyby nie pomysł stRinga na nagranie albumu "Synergy", pewnie i tak nagrałbym większość znajdujących się na nim utworów. Zwyczajnie kompozycje Michała są bardzo melodyjne i dają się wpasować w całe mnóstwo konwencji, więc pracowało się nad nimi nad wyraz przyjemnie. Prawdziwa geneza sięga jednak dalej, jeszcze do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Ziszczone marzenie

Za czasów "małego" ATARI, kiedy programowałem, ale i grywałem w gry z L.K. Avalon, jedną z moich ulubionych ścieżek dźwiękowych z gier była ta z Lasermanii, autorstwa Janusza Pelca (nie do końca wprawdzie, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem). Zwłaszcza motyw przewodni, będący w gruncie rzeczy coverem "Touched By The Hand Of God" grupy New Order, bardzo działał mi na wyobraźnię i bardzo chciałem nagrać jego własną wersję. Próbowałem zrobić to za pomocą Yamahy PSS-780, a później Yamahy MU-50, ale miałem za małą wiedzę, a zbyt wygórowane oczekiwania, żeby zakończyło się to sukcesem - chociaż pamiętam, że na MU-50 i ATARI ST z programem Cubase coś zdążyłem zrobić, ale chyba tylko perkusję i początek linii basowej.

Po powrocie do muzyki w roku 2016 nie myślałem o coverach, dopiero rok 2019, przejście na program Studio One i odkrycie kanału Gramy na gazie sprawiły, że odżyło pragnienie nagrania soundtracku z Lasermanii. Nagrałem, wrzuciłem na SoundClouda i trochę zapomniałem o sprawie.

Teledysk przygotowany przez Larka do coveru "Lasermania II"

Rok 2020 to cov... covery

Wiosną tego roku moje covery odkrył Arek Lubaszka, któremu część II tak się spodobała, że na swój kanał wrzucił własnoręcznie przygotowany klip z "teledyskiem" do tej właśnie części, zachęcił mnie też do nagrania coverów z innych słynnych atarowskich gier. No i się zaczęło: Jet Set Willy, Zybex, Mountain Bike, Draconus, Warhawk - to tylko część z ponad dwudziestu utworów, dostępnych na płycie ATARI Covers. Co ciekawe, udało mi się zebrać zgody na publikację (także w serwisach strumieniowych, jak Spotify) od niemal wszystkich autorów oryginałów.

Działalność "coverowa" spowodowała powstanie kilku wpisów na temat konwersji plików SAP (muzyka wyciągnięta z gier z "małego" ATARI), a skończyła się przygotowaniem wielkiego pakietu plików MIDI, gotowych do dalszej obróbki, czym postanowiłem pochwalić się na łamach Atari OnLine. I dalej poszło już szybko - w jednym z komentarzy stRing zaproponował, żebym przygotował cover jakiegoś jego utworu, co skrzętnie uczyniłem. A że naprawdę pracowało mi się nad tym utworem bardzo przyjemnie, wkrótce gotowe były także Energy i najważniejsze Destiny.

Impuls

Dlaczego Destiny było najważniejsze? Bo poddało mi pomysł, że utwory stRinga można wpasować w różne klimaty, nie tylko szybką i dość oczywistą elektronikę. Poza tym bardzo mobilizująco zadziałała pozytywna reakcja samego kompozytora na tego typu interpretację i podejrzewam, że i u niego wówczas powstała myśl o albumie. Gdy już padła propozycja wraz z listą potencjalnych "kandydatów na przeboje", nie musiałem się długo zastanawiać. W ciągu jednego wieczora przygotowałem szkielety utworów (miałem już wszakże gotowe pliki MIDI!) i w ciągu tygodnia (!) gotowe były surowe postacie tego, co ostatecznie znalazło się na płycie.

No i mamy w ten sposób największą zaletę, ale i wadę "Synergy" - spory przekrój gatunkowy. Jest taneczna elektronika, jest ciężkie granie gitarowe, są elementy zahaczające prawie o jazz (u mnie?!), jest też i orkiestra; dużo tu B-3 i Wurlitzera (u mnie?!), są sekcje dęte i gitary, jest harmonijka ustna (u mnie?!), są odliczania, zaśpiewy i chóry. Mam nadzieję, że nie przesadziłem z różnorodnością i całość jednak "się spina", i słychać, że to MOJE interpretacje, a nie składanka z internetu.

Prace dodatkowe

Oprócz aranżowania, miksowania i masteringu wziąłem na siebie także przygotowanie okładki oraz "renderów reklamowych" (przydały się umiejętności w obsłudze Blendera, ha, ha):

Razem z Siostrą Be wpadliśmy też na pomysł, aby przygotować klip promocyjny, który pewnie już widzieliście:

Ba, jest nawet teledysk:

Na koniec

W efekcie, jeśli płyta wyszła beznadziejnie, jest to tylko i wyłącznie moja wina - ale co tam, na szczęście "nikt z tego nie będzie strzelał" i nie takie katastrofy przydarzały się w 2020 roku.

Mam jednak nadzieję, że nie jest źle.

środa, 9 grudnia 2020

[M] Gades & stRing - Synergy

No i stało się - oto gotowy jest materiał na płytę "Synergy", która powstawała tajemnie i w ukryciu, by teraz wyskoczyć z zapowiedzią na sam koniec roku. Myślę, że kto obejrzy minutowy filmik poniżej, szybko złapie ideę - otóż mamy na płycie 10 oryginalnych nagrań Michała "stRinga" Radeckiego-Mikulicza z ośmiobitowego ATARI oraz 10 moich coverów tychże samych utworów. Jest więc okazja do porównania, ile z oryginału siedzi w kopii oraz do posmakowania ośmiobitowego dźwięku, jeśli ktoś jeszcze nie miał styczności:

Kto jest żądny większej dawki informacji, może poczytać sobie obszerną zapowiedź na stronie Atari OnLine, a ja tymczasem biegnę wypalać testową płytę CD (kolejną). Dodam tylko, że warto przeczytać ten długi opis, żeby dowiedzieć się np. o konkursie!

piątek, 4 grudnia 2020

[M] Gades feat. Magda Dagda - Second Encounter

Wreszcie, po ponad roku od powstania samego utworu mogę go zaprezentować szerszej publiczności. Zmieniła się wokalistka (ale nie jest powiedziane, że nie powstanie druga, alternatywna wersja, jeśli wreszcie uda się jakoś zgrać organizacyjnie!), zmieniła się osoba miksująca i masterująca całość. Tylko muzyka i tekst pozostały nietknięte. A tekst to poemat "Time Will Ease the Hurt" Bruce'a B. Wilmera:

The sadness of the present days
Is locked and set in time,
And moving to the future
Is a slow and painful climb.
But all the feelings that are now
So vivid and so real
Can’t hold their fresh intensity
As time begins to heal.


No wound so deep will ever go
Entirely away;
Yet every hurt becomes
A little less from day to day.
Nothing else can erase the painful
Imprints on your mind;
But there are softer memories
That time will let you find.


Though your heart won’t let the sadness
Simply slide away,
The echoes will diminish
Even though the memories stay.

Jestem strasznie podekscytowany, bo to pierwszy mój utwór ze śpiewanym tekstem (czyli pierwsza piosenka, mówić prosto i bez ogródek). Cieszę się tym bardziej, że z poprzednią wokalistką robiliśmy mnóstwo przymiarek i prób, zmienialiśmy tonację i wszystko to pokrzyżowała epidemia, zanim zdążyliśmy nagrać właściwy materiał - stąd chciałbym jeszcze kiedyś ponowić tamtą próbę.

Tymczasem składam ogromne podziękowania Magdzie Dagdzie, która nie tylko zaśpiewała, ale też zmiksowała i zmasterowała ten otwór, dzięki czemu brzmi on zdecydowanie lepiej niż moje nieudolne próby. Zachęcam zatem do słuchania!

Barbórka

Dzisiaj święto górników, ale i ich patronki. Co za tym idzie, świętuje także Siostra Be, której w tym miejscu chciałbym złożyć najlepsze życzenia imieninowe, z całym należnym kompletem zdrowia, szczęścia i czego tam jeszcze Barbary mogą sobie życzyć. Jednocześnie pragnę przypomnieć, że to dzięki Siostrze Be udało mi się przeprowadzić niezliczoną ilość projektów, które niechybnie porzuciłbym, zniechęcony piętrzącymi się problemami. Należą się Jej zatem także słowa uznania i to jedno najważniejsze: dziękuję, Basiu!

Siostra Be i pokłady cierpliwości - wkrótce w kinach!

czwartek, 3 grudnia 2020

Autocenzura

Dostałem ostatnio w e-mailu pytanie, dlaczego na moim blogu nie ma wpisów dotyczących bieżącej sytuacji w Polsce. No, wiecie, protestów, Covida, upadku demokracji i tak dalej. I w sumie, odpowiedź jest bardzo prosta - po prostu nie chcę włazić w bagno.

Zresztą, z tego samego powodu staram się ograniczać aktywność w mediach społecznościowych - bo to też często prowadzi do wciągnięcia przez bagno. Mechanizm jest zwykle bardzo podobny i przechodziłem go już wielokrotnie. Zawsze na Twoją wypowiedź zareaguje jakaś "opcja przeciwna": piszesz, że ładna pogoda? od razu trzy wpisy, że gdzie ładna, pada, zimno, wieje. Że jesteś niekompetentny, nie zamieszczając przy swojej wypowiedzi współrzędnych geograficznych. Że "ładne" jest względne. Że trzeba w domu siedzieć, a nie się włóczyć. A jak się włóczysz, to pewnie bez maseczki. Nieodpowiedzialny taki. A skoro tak, to i pewnie jedzie komunikacją bez biletu. Czyli złodziej. I tak dalej, i tak dalej.

Źródło: https://sahajtimepass.wordpress.com/2013/06/16/3-monkeys/

Przykład przesadzony, oczywiście, ale mechanizm jest podobny. Bardziej z życia? Niedawno ktoś zapytał na grupie producentów audio, czy jest jakiś dobry darmowy program DAW. No i ktoś podał przykład Reapera, co jest bzdurą, bo licencję na ten program trzeba kupić za 60 dolarów. Tyle, że producent Reapera daje możliwość testowania programu przez 60 dni, a później program i tak działa, tylko przy starcie wyświetla monit o zakup licencji. Więc "sprytni inaczej" korzystają z tej pełnowartościowej wersji próbnej już na zawsze, uważając że mają program za darmo. Sprostowałem w komentarzu, że za Reapera trzeba zapłacić. No i się zaczęło. Że nie trzeba, bo darmowy. Nie jest darmowy, to wersja próbna. Ale można używać za darmo. Ale to nielegalne. Człowieku, co do mnie skaczesz? Każdy wie, o co chodzi. Ech...

A co to ma wspólnego z pierwszym akapitem? Ano ma. Nie chcę na blogu prowokować, nie chcę wzbudzać jakichś chorych dyskusji, nie chcę się opowiadać po żadnej ze stron, bo doświadczenie ostatnich czasów uczy, że - niestety - prędzej czy później się to mści, bo ludzie są tak sfrustrowani, że niedługo chyba wróci do łask prawo dżungli. Wybieram więc tchórzostwo i spokój, bo naprawdę, skrajnych emocji mam dosyć w innych mediach...

niedziela, 29 listopada 2020

Corel - jak skutecznie zniechęcać

Jeszcze na chwilę poruszę sprawę Czarnego Piątku, tym razem w kontekście firmy Corel. Jestem zapisany w wielu firmach do newsletterów, więc naturalnie otrzymałem całą masę atrakcyjnych ofert obniżek, promocji i okazji w związku z ostatnim piątkiem listopada. Na szczęście w większości firm pracują ludzie myślący, którzy poprzestali na takim skonfigurowaniu mailingu, aby nie zasypać skrzynek pocztowych swoich klientów. Wiadomo bowiem, że nikt nie lubi spamu i jeśli otrzyma jednego dnia kilka wiadomości od tego samego producenta, to raczej zamiast natychmiast wydać pieniądze, po prostu wypisze się z listy powiadamianych.

No, ale nie Corel. Nie wiem, kto tam podejmuje decyzje, ale pójście w stronę subskrypcji, konieczność udowadniania legalności, aby pobrać instalatory, tragicznie słabe wsparcie w razie problemów, a teraz rozsyłanie nawet PIĘCIU wiadomości reklamowych dziennie (11 od piątku!) to z pewnością NIE SĄ działania, które przyciągną nowych lub choćby utrzymają aktualnych użytkowników.

Żeby jeszcze te corelowe obniżki były jakieś atrakcyjne... Oczywiście każdy e-mail zaczyna się obietnicą obniżki nawet o 60% - w praktyce 60% obniżkę ma tylko i wyłącznie odtwarzacz dysków Blu-ray WinDVD Pro 12. Najbardziej łakome kąski, czyli CorelDRAW Graphic Suite 2020 i Painter 2021 mają odpowiednio 15% i 30%. Obniżki mogłyby być większe, ale producent zdecydował, że dla klientów atrakcyjniejsze będą dodane bony na dalsze zakupy niż podobnej wielkości redukcja ceny.

Przyznam, że nie jestem szczególnie obiektywny, bo Corel dopiekł mi ostatnimi czasy raz czy dwa, nie jestem też specem od marketingu i możliwe, że klienci wykupują wszystko "na pniu". Będąc jednak obecnym na kilku forach graficznych (nie polskich) widzę generalnie tendencję do odchodzenia od Corela na rzecz innego oprogramowania i psioczenie na Corela. Powyższe mało atrakcyjne cenowo obniżki powiązane z nachalną reklamą i aroganckim traktowanie klientów niespecjalnie wyglądają mi na strategię mającą poprawić wizerunek i notowania firmy.

No, ale ja jestem tylko szarym użytkownikiem i się nie znam...

sobota, 28 listopada 2020

Promocja tu, promocja tam

Czarny piątek to okazja do przemyślenia sobie kwestii promocji - czy to słowo w ogóle jeszcze cokolwiek oznacza? Bo odnoszę wrażenie, że obecnie jest takie ciśnienie na sprzedaż wszystkiego "w promocji", że w zasadzie chyba nic już nie ma realnej wartości.

Czarny piątek to BYŁ kiedyś dzień, kiedy niektórzy decydowali się wprowadzać bardzo korzystne (dla klienta) obniżki cen, przede wszystkim dlatego, żeby trochę przewietrzyć sklepowe magazyny przed szaleństwem świątecznych zakupów. Prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się jednak dopiero wraz z popularyzacją zakupów przez internet - "czarny piątek" trafił wszędzie, a największe kokosy zaczęli zbijać producenci oprogramowania i generalnie rzeczy niematerialnych. Bo dla nich obniżka ceny jest możliwa niemal do zera, a jedyne, co ich powstrzymuje, to utrzymanie balansu między okresem promocyjnym, a resztą roku, gdzie jednak użytkownicy muszą zapłacić pełną cenę. Ale czy naprawdę muszą?

Tu nasuwają mi się niemal automatycznie nazwy dwóch producentów: iZotope oraz Waves. Obie te firmy tak mocno poszły w stronę promocyjnych szaleństw, że w zasadzie trudno jest tam cokolwiek kupić w normalnej cenie. A nawet jeśli coś jest aktualne za drogie, to wystarczy poczekać - do świąt, do wakacji, do czarnego piątku, do święta dziękczynienia, do Wielkanocy, do wiosny, do jesieni, do... no, każda okazja jest dobra, żeby ogłosić szalenie korzystne ceny, trzy produkty w cenie dwóch i tak dalej.

No i właśnie, to jest faktyczne clou moich przemyśleń - otóż, skoro co chwilę są promocje na coś, to po co kupować cokolwiek za "normalną" cenę? Co to w ogóle jest "normalna" cena? Znane są przypadki, że towar - mimo że "w promocji" - kosztuje tyle samo, co zwykle. Są sytuacje, gdy niedługo przed okresem promocyjnym cenę się podwyższa, żeby później "opuścić" ją do pierwotnej wysokości, już jako promocyjną. Dlaczego ta "promocja" tak bardzo przyciąga?

Obawiam się, że jesteśmy sobie winni sami. Bo bardzo lubimy się chwalić, że coś udało nam się kupić okazyjnie, taniej, że mamy coś świetnego, ale rozsądnie nie wydaliśmy na to góry pieniędzy - bo to przecież jest głupie. Bo sprytny i zaradny człowiek zawsze znajdzie okazję, żeby oszczędzić, bo oszczędzanie jest dobre.

I zrozumcie mnie dobrze - sam nie przepadam za rozrzutnością i z promocji jak najbardziej korzystam, jeśli są faktycznie promocjami. Ale producenci dobrze wiedzą, jaki lep przygotować na swoich klientów, dlatego zachowajmy czujność! Jak mawiały niegdyś plakaty propagandowe - wróg nie śpi!

A teraz... Oooo, przecena o 98%? Jak to możliwe? Taaaaka okazja? Gdzie ta moja karta kredytowa...

wtorek, 24 listopada 2020

Filip Oščádal

W ramach zdobywania kolejnych zgód i pozwoleń na ewentualną publikację atarowskich coverów w serwisach strumieniowych, skontaktowałem się z Filipem Oščádalem, czeskim kompozytorem muzyki do gier (ale nie tylko). Filip opublikował moją wersję muzyki z gry "Microx" na swojej stronie.

Odbyliśmy też długą i zaskakującą momentami rozmowę, ja zaś miałem okazję posłuchać naprawdę świetnej muzyki autorstwa Filipa - i nie są to dźwięki z ośmiobitowego komputera! Zresztą posłuchajcie sami. Widoczne na stronie filmiki są tak naprawdę częścią playlisty, więc można zostawić odtwarzanie i posłuchać kolejnych utworów - moim zdaniem naprawdę warto.

Szkoda, że od 2005 roku Filip już nie publikuje i nie tworzy muzyki, chociaż wspominał, że chciałby do tego wrócić. Jedyny problem to... DAW, bo Filip używa obecnie Linuksa, a w tym systemie nie jest prosto znaleźć pasujący program tego typu - z "większych" są tylko Bitwig i Reaper (ten na razie eksperymentalnie), choć i Tracktion 7 i Waveform też są moim zdaniem nie do pogardzenia. Zobaczymy, czy Filip się przełamie i wróci - szkoda by było, gdyby już nie napisał żadnego utworu.

poniedziałek, 23 listopada 2020

No i stało się - rekord padł

Gdyby prowadzenie bloga było dyscypliną sportową, to właśnie pobiłbym rekord życiowy - i to tak, że już raczej nigdy nie zostanie on pobity. 294. wpis na blogu Ladaco to oficjalnie najwyższy wynik do tej pory - a dodając do tego 97 obecnie wpisów na Gadesound, mam 391 wpisów w 328 dniu roku. Sam w to nie wierzę, bo średnia powyżej jednego posta dziennie wydaje mi się absurdalna i niezgodna z moimi odczuciami.

Dlaczego zaś nie sądzę, żeby rekord ten został pobity w przyszłości? Bo nie wierzę, bym w ogóle w przyszłym roku miał choćby połowę tego. Czuję, że zbliża się blogowy kryzys, związany zresztą z pewnym projektem, którego się podjąłem, a który będzie mi teraz kradł każdą wolną chwilę. Niewykluczone zatem, że wkrótce zapadnie tu cisza i będzie słychać tylko wycie cyfrowego wiatru, przepędzającego cyfrowe kłęby cyfrowego kurzu z kąta w kąt.

A może i nie.

W dzisiejszych czasach nie ma żadnej pewności co do czegokolwiek.

niedziela, 22 listopada 2020

[S] Kto przy Obrze...

Kilka ujęć z czysto utylitarnej wyprawy fotograficznej - Siostra Be potrzebowała zdjęcia Obry, płynącej leniwie przez Kościan. Zdjęć powstało kilka, więc wrzucę, żeby nie było, że w ogóle nie dotykam aparatu. Poziom spacerowy, ale na bezrybiu i rak ryba...

Przysłona: f/7,1, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 62,0 mm

Przysłona: f/7,1, Czas: 1/250 sec, Ogniskowa: 42,0 mm

Przysłona: f/7,1, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 24,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 52,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

czwartek, 19 listopada 2020

Opera, Brave czy Vivaldi?

Co jakiś czas robię sobie przegląd dostępnych na rynku przeglądarek internetowych - interesuje mnie to głównie ze względów zawodowych. Piszę aplikacje sieciowe, stąd muszę testować je w różnych środowiskach, a przy okazji też korzystam z różnych udogodnień dla programistów (jak śledzenie kodu czy przeglądanie żądań i odpowiedzi). Od ostatniego przeglądu minęło już ponad półtora roku, pora więc zerknąć, co tam w sieciowej trawie piszczy. Tym razem jednak nie chciało mi się instalować i testować wielu przeglądarek, więc doinstalowałem tylko Brave do istniejącej pary Vivaldi-Opera i porównałem te trzy przeglądarki. Dlaczego akurat te i dlaczego nie ma tu Firefoksa? No, bo tak wybrałem. Przeglądarki Vivaldi używam codziennie przez wiele godzin, z Brave korzystam głównie na telefonie, a Opera ma tryb Flow, o którym kilka słów za chwilę.

Unifikacja postępuje

Rynek jest po prostu zalany przeglądarkami zbudowanymi na bazie Chromium (ściślej biorąc, silnik nazywa się Blink, ale projekt go rozwijający to właśnie Chromium). Wynika to zapewne z prostoty napisania takiej przeglądarki - bierzemy gotowy i przetestowany kod, który w zasadzie wszystko robi za nas, dodajemy parę funkcji "od siebie" i mamy świetną przeglądarkę! Wszystkie trzy testowane przeglądarki tak właśnie powstały i korzystają z wersji 86 Chromium, więc "w środku" praktycznie różnic nie ma. Różnice tkwią głównie w interfejsie użytkownika i funkcjach specjalnych (np. synchronizacja w Vivaldi, VPN w Operze czy anonimizacja prywatnych sesji w sieci Tor w Brave).

Testy

Żeby ze spokojem przejść do omawiania co ciekawszych funkcjonalności, wykonałem dwa testy w każdej z przeglądarek: Acid3 oraz JetStream. Wyniki nie zaskakują i są niemal identyczne w każdym przypadku.

W teście Acid3 wszystkie trzy przeglądarki zaprezentowały powyższy wynik

  • Vivaldi = 71.466
  • Opera = 67.086
  • Brave = 72.402

Obciążenie komputera - każda przeglądarka tylko z jedną kartą, a na tej karcie mój blog.

Vivaldi

Nie da się ukryć, że tę przeglądarkę znam obecnie najlepiej i korzystam z niej najintensywniej. Co mnie przy niej trzyma? Przede wszystkim wygoda - mam tu literalnie wszystko, czego oczekuję od przeglądarki: są przydatne karty pobierania, ulubionych, notatek, mogłem podpiąć sobie wygodnie Google Keep. Jest synchronizacja za pośrednictwem serwerów producenta - można mieć na różnych komputerach ten sam zestaw zakładek, wspólną historię, a nawet hasła (czego osobiście jednak nie polecam). Wbrew pozorom ta funkcja jest bardzo przydatna - jeśli wchodziliśmy na jakąś stronę na jednym komputerze, bez problemu znajdziemy ją też na drugim. Jeśli dodamy zakładkę w telefonie, odnajdziemy ją też w wersji stacjonarnej. I tak dalej, i tak dalej. Co ważne, np. po instalacji systemu na jednym z komputerów wystarczy zainstalować Vivaldi i ją zsynchronizować - po chwili będziemy mieć w niej te same zakładki i konfigurację, jak w pozostałych miejscach. Koniec z eksportowaniem listy zakładek, z importami, z konfigurowaniem - mechanizm ten może też synchronizować... dodatki! Czyli instalujemy na jednym komputerze np. obsługę plików djvu, a pojawi się nam to także w pozostałych środowiskach!

Do tego dochodzi moc różnych ułatwień, jak choćby tryb czytania, który bardzo upraszcza widok stron i sprawia, że czyta się je zazwyczaj o wiele wygodniej niż w normalnym trybie. Do tego dochodzi wbudowane i wygodne drzewo zakładek, możliwość włączenia różnych filtrów (np. wygaszenie kolorów), wygodny mechanizm notatek, gdzie można umieścić nie tylko tekst, ale też załącznik, grafikę, a nawet wykonać graficzny zrzut ekranu. Zakładki można grupować, można też podzielić ekran między dwie zakładki i przeglądać je, mając obie obok siebie.

Bardzo przyjemnie rozwiązano manager haseł, który jest dodatkowo szyfrowany - np. hasło można podejrzeć dopiero po podaniu hasła do konta.

Wszystko to sprawia, że korzystanie z Vivaldi jest bardzo przyjemne - do tego aktualizacje wychodzą dość często i widać, że przeglądarka się wciąż rozwija. Istnieje też, naturalnie, wersja mobilna, ale na razie nie ma w niej nic, co spowodowałoby moje przejście do niej z mobilnego Brave.

Opera

To była niegdyś moja ulubiona przeglądarka, jeszcze za czasów silnika Presto. Była szybka, miała wszystko, co trzeba i... została uśmiercona. Część operowego zespołu zaczęła tworzyć wersję 15tą już na bazie Chromium, a część przeszła do zespołu Vivaldi, stąd też pewnie tak duże podobieństwo obu przeglądarek. Pierwsze wersje jednak mocno mnie zawiodły i sześć lat temu porzuciłem tę aplikację. I chociaż na początku 2018 roku wyglądało na to, że się przeproszę z Operą, to jednak wygrał wtedy Vivaldi.

Czy obecnie Opera ma coś, czego brakuje głównemu konkurentowi (głównemu w moich oczach, oczywiście). Otóż ma dwie funkcje, które bardzo mi się podobają i chętnie bym je zobaczył w Vivaldi. Pierwsza z nich to tak zwane konteksty. Czyli robię sobie jeden kontekst "Praca", gdzie trzymam otwarte zakładki dotyczące pracy, drugi związany z aktualnie testowaną aplikacją, trzeci związany z jakimiś dodatkowymi stronami, np. Tłumaczem Google'a czy Wikipedią. I teraz nie muszę już wertować dziesiątek zakładek, tylko po prostu zmieniam kontekst i mam już do ogarnięcia tylko kilka lub kilkanaście zakładek. Bardzo sprytne.

Druga przyjemna rzecz to Opera Flow. Dzięki temu wynalazkowi można przesyłać sobie różne odwiedzone strony. Przypuśćmy, że przeglądam coś na telefonie (oczywiście, Opera Flow istnieje w wersji mobilnej), ale akurat ciekawa strona, na którą trafiłem, jest trudna do przeczytania na małym ekranie (albo nie mam akurat czasu, ale chcę ją tymczasowo zapamiętać, bez zaśmiecania zakładek). Klikam na ikonkę strzałki i ciach, strona ląduje w zakątku zwanym Flow. Kiedy wchodzę do Opery "stacjonarnej", zapamiętana strona już na mnie czeka w opisywanym zakątku. Połączenia przeglądarki w komputerze i telefonie dokonuje się banalnie, po prostu skanując telefonem QR-kod. I to wystarczy!

Opera ma ponadto wbudowane blokowanie reklam, co może być poczytane za plus, bo nie trzeba niczego doinstalowywać. Dodatkowo ma możliwość korzystania z wbudowanego VPN-a, aby nieco zanonimizować wirtualne wojaże użytkownika.

Brave

Przyznam, że Brave w wersji na komputer niczym specjalnym się nie wyróżnia. Jest do bólu prosta i w zasadzie nie posiada żadnych udogodnień poza blokerem reklam i możliwością korzystania z sieci TOR podczas korzystania z kart prywatnych. To jednocześnie dużo i niedużo, bo czasem minimalizm bywa przydatny, czasem zaś dokucza.

Za to w wersji na telefon przeglądarka ta ma jedną, ale BARDZO przeze mnie cenioną zaletę. Otóż nie dość, że nie wyświetla reklam, to jeszcze pozwala odtwarzać wideo w tle. Inne przeglądarki - jeśli przełączymy się na inną kartę lub aplikację, automatycznie przerywają odtwarzanie filmu. Jest ono także przerywane, jeśli nie włączymy trybu pełnoekranowego i telefon przejdzie do trybu czuwania - w Brave tak się nie dzieje, więc możemy włączyć sobie np. jakiś film, gdzie ważny jest tylko dźwięk i sobie go w spokoju odsłuchać.

Werdykt

Hm, naprawdę ciężko jest wybrać. Jeśli ktoś tylko i wyłącznie włącza przeglądarkę, żeby przejrzeć pocztę, pogadać na Facebooku czy poczytać wiadomości, to Brave sprawdzi się tu znakomicie, zarówno w wersji mobilnej (polecam!), jak i stacjonarnej.

Jeśli jednak cenicie sobie dodatkowe funkcje, takie jak synchronizacja ustawień, przesyłanie stron między telefonem a komputerem, wygodne zarządzanie zakładkami i kartami, to z pewnością lepiej sprawdzi się Opera albo Vivaldi. Obie są świetne, mają podobny zakres funkcjonalności i przyznam, że nie potrafię wskazać, która jest lepsza, nawet dla mnie. Vivaldi sprawdza mi się bardzo dobrze, ale Opera Flow i konteksty kuszą, oj, kuszą! Ale z kolei Opera nie ma wygodnych notatek i dzielenia ekranu na dwie zakładki, co mi się często przydaje.

Ostatecznym zwycięzcą nie zostaje zatem nikt. Warto wypróbować każdą z nich i dopasować sobie ich możliwości dla siebie. Mamy zatem trójstronny remis...