piątek, 30 sierpnia 2019

Filmiki o naprawianiu rzeczy

Kiedyś już wspominałem o tym, że lubię pasjami oglądać filmiki ludzi, którzy nagrywają swoją pracę podczas renowacji zniszczonych i, zdawałoby się, skazanych na zapomnienie przedmiotów. Większość filmików, które widziałem, prezentowały dość wysoki poziom warsztatowego zaawansowania - autorzy mieli odpowiednie narzędzia i wiedzieli, co robią, dzięki czemu filmiki oglądało się bardzo dobrze.

Dzisiaj jednak zobaczyłem to:

No... Jezus Maria!... człowiek dostał szlifierkę i kozioł do cięcia drewna, po czym postanowił przywrócić do świetności młot. Oglądałem to z niedowierzaniem - najpierw, kiedy zamiast solidnego imadła autor użył wspomnianego stołu, potem w sumie zaczął szlifować zamiast ciąć, ale gdy zamocował tarczę do cięcia, zaś obuch wziął do GOŁEJ ręki, nie mogłem już patrzeć dłużej.

Myślałem zrazu, że to ja jestem jakiś przewrażliwiony, ale w komentarzach mnóstwo jest ostrzeżeń pod adresem autora. I słusznie - ciekawy filmik na YouTube z pewnością nie jest wart odciętych palców czy utraconego oka.

Tak myślę.

W ogródku ciągle kolorowo

Koniec sierpnia jest faktem, ale ogródek łatwo się nie poddaje, ciągle ciesząc oko barwnymi plamami kwiatów. Zapraszam do oglądania!

...ale jesień tuż, tuż...

[W] Absorbery akustyczne

Nagrywam i nagrywam te audiobooki i ciągle nie jestem zadowolony z jakości. To znaczy, z mojego głosu w ogóle nie jestem zadowolony, ale to da się przeboleć, gorzej z jakością nagrań. Oczywiście, jest spory postęp w porównaniu do sytuacji z momentu, gdy publikowałem pierwszego, eksperymentalnego audiobooka z prozą Poe, ale...

Można przyjąć, że od strony sprzętowej i logistycznej osiągnąłem poziom zadowalający, jednak ciągle problemem jest pomieszczenie, a raczej jego kiepska adaptacja akustyczna. Poczytałem, poszperałem i wyszło na to, że muszę popracować nad wytłumieniem pogłosu. Początkowo próbowałem wieszać koce czy prześcieradła na ścianie i stosować tym podobne bieda-rozwiązania, ale ostatecznie wyszło na to, że bez absorberów akustycznych się nie obejdzie.

Szybki rzut oka na ofertę sklepów wszelkiej maści pokazało, że panele takie w oczekiwanej przeze mnie wielkości (150x60cm) to koszt 150-200zł za sztukę, więc drogawo. Od czego jednak narzędzia i skład budowlany w pobliżu? Postanowiłem zrobić takie absorbery samodzielnie, tym bardziej, że ich konstrukcja nie jest szczególnie skomplikowana.

Z czego składa się absorber?

Ten konkretny typ absorbera, który sobie wybrałem, to drewniana rama, wypełniona tłumiącą dźwięk wełną mineralną i obita tkaniną. Potrzebne materiały to zatem: deski, wełna i tkanina. Ja wykorzystałem jeszcze folię stretch, w którą owinąłem wełnę.

Ważne jest, aby przed przystąpieniem do pracy dobrze przemyśleć oczekiwane wymiary absorbera. Ustalenie szerokości na 60cm ułatwi pracę o tyle, że taką właśnie szerokość mają arkusze wełny mineralnej, sprzedawane w paczkach (wystarczy poprzycinać je na długość). Wymiar głębokości (grubości) też jest istotny i zależny od tego, jakie częstotliwości chcemy tłumić - zasada jest prosta: im niższe częstotliwości, tym absorber musi być grubszy. W moim przypadku było to 12cm, z czego 10cm to warstwa wełny.

Nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie zepsuł, więc i tym razem "się popisałem". Tak wbiłem sobie do głowy, że wełna ma 10cm grubości, że obliczając wielkość materiału, nie doliczyłem 4cm wynikających z tego, że deska była o 2cm dłuższa. W efekcie na końcowym etapie ledwo starczyło mi materiału na obicie...

Szybka praca

Zasadniczo, jeśli materiały są gotowe, z robotą można uwinąć się w czasie krótszym niż godzina. Po ustaleniu wymiarów absorbera, docinamy deski i szlifujemy miejsca cięcia papierem ściernym. Oznaczamy miejsca na wkręty i wiercimy odpowiednie otwory, co pozwoli uniknąć pękania desek. Dobieramy długość wkrętów i skręcamy drewnianą ramę.

Czas zająć się wełną. W maseczce albo w dobrze wentylowanym miejscu docinamy arkusze wełny. Ja postanowiłem owinąć je dodatkowo folią, żeby uniknąć ewentualnego pylenia, można też zastosować agrowłókninę (jak wyczytałem w różnych poradnikach budowania absorberów). Należy tylko zwrócić uwagę, by nie ugniatać wełny.

Dalsza praca wymaga rozłożenia tkaniny obiciowej i umieszczeniu na niej ramy. Dopasowujemy tkaninę, docinając ją do ostatecznego rozmiaru tak, aby wygodnie i elegancko dało się ją przymocować do ramy. Teraz wkładamy w ramę przygotowaną wełnę tak, aby dokładnie przylegała do tkaniny. Z tyłu absorbera może zostać trochę "powietrza", wełna nie musi szczelnie wypełniać całości.

Gwoździkami albo (lepiej) zszywaczem tapicerskim mocujemy tkaninę do ramy w taki sposób, żeby była dobrze naciągnięta (chociaż sama tkanina powinna być mało rozciągliwa). Pozostaje jeszcze zabezpieczyć tylną ścianę absorbera - można to zrobić, przybijając dyktę lub sklejkę, ja zastosowałem listwy.

Co dalej?

Gotowy absorber można albo powiesić na ścianie, albo postawić na podłodze. W pierwszym wypadku trzeba zastosować zawieszki, w drugim można przybić do spodniej deski ramy dwie listwy, które zapewnią stabilność; spotkałem się też z pomysłem, by (do szczególnie dużych absorberów) przymocować od spodu kółka obrotowe, co ułatwi przemieszczanie panelu.

Efekt końcowy

Absorbery w moim przypadku sprawdziły się bardzo dobrze - poziom przeszkadzającego pogłosu spadł znacząco. Odpowiednie porównania zamieszczę na blogu Gadesowym (uzupełnienie: odpowiedni wpis już istnieje), na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że jestem zadowolony i było warto. Także pod względem finansowym, bo całość wyniosła mnie raptem 70zł (za trzy panele!).

Przyczepiłbym się tylko do doboru tkaniny - za jakiś czas może pokuszę się o zakup czegoś bardziej estetycznego i po prostu wymienię tkaninę. Na razie jest jednak dobrze.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Cena oderwana od rzeczywistości

Wracając wczoraj z pracy, usłyszałem w radiu piosenkę "Son of the blue sky" zespołu Wilki, co nastroiło mnie nieco nostalgicznie. To z kolei spowodowało, że włączyłem sobie dzisiaj od rana cały debiutancki krążek z 1992 roku. A potem przypomniałem sobie, że w 1997 roku Gawliński wydał płytę "Kwiaty jak relikwie", którą kiedyś katowałem do upadłego (jeszcze w nagraniu kasetowym). Postanowiłem sprawdzić, za ile można obecnie kupić wydanie na płycie CD.

Wchodzę na stronę Empiku, a tu niespodzianka:

Czy ktoś może mi racjonalnie wytłumaczyć, w jaki sposób pliki mp3 są DROŻSZE od płyty CD? Przecież wydanie CD to krążek, pudełko, okładka, książeczka! A w dodatku jakość materiału na CD przebija pliki mp3, zwłaszcza te ze sklepu...

Dla mnie to absurd i kolejny dowód, że ceny wydawnictw muzycznych nie mają kompletnie powiązania z rzeczywistymi kosztami...

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

[O] Walter Isaacson - Leonardo da Vinci

W moje ręce wpadła tydzień temu bardzo interesująca pozycja z wydawnictwa Insignis - biografia Leonarda da Vinci autorstwa Waltera Isaacsona w przekładzie Michała Strąkowa. Interesująca głównie z tego powodu, że nagle okazało się, że wiem o tym renesansowym twórcy zaskakująco mało.

Lektura

Jeśli chodzi zatem o treść merytoryczną, to książka Isaacsona spełniła moje oczekiwania. Dowiedziałem się z niej o wielu rzeczach, o których wcześniej nie miałem pojęcia lub umieszczałem w wielkim, pojemnym worku pt. "człowiek renesansu", nie zastanawiając się właściwie nad ich głębszym sensem. Może brzmi to nieco zawile, ale chodzi mi w gruncie rzeczy o prostą rzecz. Do tej pory traktowałem Leonarda da Vinci jako historyczną postać, genialnego malarza (któż nie zna "Mony Lisy" czy "Ostatniej wieczerzy"?) i wyprzedzającego własną epokę konstruktora (czołg, helikopter). Istniał sobie w mojej świadomości bardziej jako "ikona renesansu".

Tymczasem podczas lektury poznajemy także (a może przede wszystkim?) inne aspekty jego życia. Widzimy, co robił w młodości, na co zwracał uwagę, co go interesowało i czego tak naprawdę szukał. Isaacson podkreśla nieraz, że da Vinci nie był geniuszem dlatego, że się taki urodził, ale że się takim stał. I to jest największa zmiana, jaka dokonała się w moim postrzeganiu Leonarda po skończeniu lektury: zrozumienie, że to nie był tylko malarz-marzyciel, który ładnie (czy nawet bardzo ładnie) malował. Że rzeczywiście była to jednostka wybitna, jeśli chodzi o głód świata i głód wiedzy.

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że moje wyobrażenie o da Vincim aż tak się zmieni. I to nie na gorsze! Z geniusza, którego inni stawiają na piedestale "bo tak", stał się dla mnie geniuszem pracy i ciekawości. Można nie lubić jego obrazów (spotkałem się ze stwierdzeniem, że są one "zbyt staroświeckie"), ale nie sposób odmówić jego umysłowi błyskotliwości, a jemu samemu - pracowitości.

W perspektywy lektury najbardziej uśmiałem się z pewnej cechy wielkiego Leonarda, z której nie wszyscy sobie zdają sprawę (ja o niej do tej pory nie wiedziałem): otóż jest bardzo mało rzeczy, które... doprowadził do końca. Jego życie jest jednym wielkim pasmem niedokończonych i porzuconych projektów. I wynikało to nie z lenistwa, tylko właśnie z tego ciągłego poszukiwania: na przykład malując czyjś portret Leonardo zastanawiał się, w jaki sposób oddać piękno oczu; aby zaspokoić swoją ciekawość, zaczął przeprowadzać sekcje oczu, studiować ich budowę, odkrywać prawa optyki, zastanawiać się, w jaki sposób widzimy, jaką funkcję pełnią poszczególne części i... po dwóch latach okazywało się, że postęp w dziedzinie optyki był ogromy, powstało mnóstwo notatek, ale portret utknął w fazie szkicu.

Po drugie, da Vinci nieczęsto dzielił się swoimi odkryciami (np. odkrył, sformułował i zapisał III zasadę dynamiki Newtona 200 lat przed Newtonem), przez co wiele rzeczy trzeba było "odkrywać na nowo". Gdyby opublikował swoje notatki, pewnie wielu odkrywców i wynalazców straciłoby pierwszeństwo w historii. Co mnie zaskoczyło, to problemy Leonarda z matematyką - dotąd zawsze uważałem, że także w tej dziedzinie był - no cóż - geniuszem, podczas gdy miał potężne problemy z algebrą i do wszystkich swych odkryć docierał metodami graficznymi, czyli rozwiązując je na gruncie geometrii.

Był zatem da Vinci postacią wielowymiarową, a czytanie o jego dokonaniach przysparza wiele radości, głównie właśnie z tego względu, że wielu rzeczy się zwyczajnie nie spodziewamy.

Wady obiektywne i nieobiektywne

O dobrych rzeczach już było, więc teraz łyżka dziegciu w tym garnku miodu. Edytorsko książka wygląda przyzwoicie, zwłaszcza pod względem korektorskim - z całości pamiętam tylko zamienione miejscami podpisy pod dwiema ilustracjami. Natomiast przekraczając połowę książki zaczynamy się nieco irytować na powtórzenia - tzn. po raz kolejny i kolejny czytamy podobne zdania o tym, co zrobił główny bohater albo co kto powiedział o jego dziele - odnosi się wrażenie, że materiał powstawał bardzo długo i Isaacson po prostu nie czytał go na bieżąco, stąd pisał kilkukrotnie o tych samych sprawach.

Na koniec ostrzeżenie ode mnie: nie kupujcie wersji elektronicznej. Nie dlatego, że jest kiepska - po prostu do tego konkretnego tytułu lepsza wydaje się wersja papierowa. A to ze względu na ilustracje - i to nie tylko ich wielkość czy czytelność, ale przede wszystkim... łatwość dostępu. Często mamy dość długie opisy poszczególnych dzieł, czasem są to analizy porównawcze - na papierze to nie problem, bo po prostu sobie skaczemy co dwa zdania do odpowiedniej ilustracji i już. W Kindle'u to już często cofnięcie o 4-5 stron, a i strona z ilustracją długo się wczytuje, dlatego jest to mało wygodne.

Tak czy inaczej, polecam wszystkim tę pozycję - warto poczytać o Leonardzie da Vincim, którego każdy niby zna.

czwartek, 15 sierpnia 2019

[W] Karmnik

Połowa sierpnia - po chłodnych porankach czuć powoli nadchodzącą jesień (tu mój przekorny duch woła: "Bez przesady!")

Pojawił się dość nagle pomysł na karmnik dla ptaków (pewnie Kapitan Jacek Wróbel maczał w tym swoje skrzydła). I to tak nagle, że w pewnej chwili znalazłem się po prostu w garażu z Perełką jako asystentką i zadaniem wykonania rzeczonego przedmiotu. Bez planu.

No, cóż było robić - budulec na karmnik leżał w garażu od wiosny, kiedy to rozmontowałem mini paletę, na której dotarł do nas bujany fotel tarasowy. Pomierzyłem, przyciąłem, oszlifowałem i zaczęliśmy z Perełką składać to "cudo". Rzecz jasna, nie wszystko wyszło tak, jak bym to sobie wymarzył, ale jest.

Rzecz jasna, szybko pojawił się problem, gdzie zamocować jadłodajnię dla ptaków. Na płocie? Na paliku, jak domek dla owadów? Koniec końców, tymczasowo (czyli na zawsze) karmnik wylądował na olszy. I dobrze.

Próbna porcja pszenicy jeszcze żadnego opierzonego hultaja nie skusiła, ale poczekamy do wieczora, kiedy ptaki wrócą z dziennych wojaży. A Wam jak się podoba?

środa, 14 sierpnia 2019

Dynamic Auto Painter - 5 na 6? Nie sądzę

Jakiś czas temu opisywałem program, który zamieniał zdjęcia w "ręcznie malowane" (rysowane) obrazy. Mam licencję na ten program i używam go od czasu do czasu, przygotowując ilustracje na bloga. Jakiś czas temu dostałem mailem informację, że pojawiła się wersja 6, ale po przejrzeniu screenów na stronie producenta stwierdziłem, że aktualizacja nie ma (dla mnie) większego sensu i o całej sprawie zapomniałem.

Ostatnio jednak potrzebowałem "na szybko" przygotować ilustrację do artykułu. Akurat na komputerze nie miałem Dynamic Auto Paintera, za to był dostępny szybki internet. Pomyślałem zatem: szybko ściągnę sobie instalator, wpiszę numer aktywacyjny i zrobię, co mam zrobić. No, nie.

Zapłaciłeś? To trzymaj się!

Po raz kolejny okazało się, że twórcy oprogramowania jak tylko mogą, utrudniają życie legalnym użytkownikom (nie zawsze - na końcu będzie akapit ku pokrzepieniu serc). Okazało się, że zwyczajnie i po prostu instalatora na stronie Media Chance... nie ma. Jest do wersji 6, ale zupełnie brak wersji 5 (oczywiście w e-mailu z numerem aktywacyjnym, który dostałem lata temu przy zakupie, jest tylko informacja: pobierz wersję testową z naszej strony i aktywuj ją!)

Napisałem od razu do supportu (sekcja FAQ na stronie niczego nie wyjaśniła). Po trzech dniach odpowiedzi brak. Za to podczas czytania FAQ-a i przeglądania strony dowiedziałem się, jak w ogóle wygląda procedura upgrade'u z wersji 5 do 6. Uwaga: trzeba zainstalować wersję 5, aktywować ją odpowiednim numerem, po czym zainstalować wersję 6 i w niej wybrać opcję aktualizacji (która to opcja pojawia się TYLKO I WYŁĄCZNIE wtedy, gdy wersja 6 wykryje legalną wersję 5). Najdziwniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że do ostatniej chwili użytkownik nie zna ceny takiej aktualizacji, bo na stronie cena taka nie została w ogóle umieszczona. Czyli - zakładając, że chciałbym dokonać teraz aktualizacji: muszę zdobyć instalator wersji 5 (producent nie daje go na stronie, Google go nie znalazł), muszę zainstalować aplikację i ją aktywować, potem ściągam wersję 6, uruchamiam ją i jeśli wszystko dobrze pójdzie, program przedstawi mi ofertę aktualizacji w jakiejś cenie. Jeśli cena będzie "z kosmosu" i zrezygnuję, cała ta procedura pójdzie na marne. Czy nie wystarczyłoby po prostu podać na stronie stosownej kwoty, a przy zakupie poprosić o numer aktywacyjny poprzedniej wersji?

Z ciekawości zajrzałem też na forum, skąd łatwo wysnuć wnioski, że producent niespecjalnie się interesuje swoimi klientami, np. w wielu miejscach znalazłem narzekanie, że (jak w moim przypadku) brak jest jakiejkolwiek reakcji na pytania wysyłane przez formularz kontaktowy.

Alternatywy

Zeźlony tym wszystkim, zacząłem przeglądać internet w poszukiwaniu alternatywy dla DAP5. No i znalazłem - jest sobie darmowy (!) program FotoSketcher, który może nie daje aż tak dużych możliwości, jak Dynamic Auto Painter, ale jest po pierwsze względnie szybki, a po drugie - nie trzeba go kupować. Zresztą, umówmy się, do przygotowania na szybko ilustracji na bloga, nikt nie będzie godzinami eksperymentował z dziesiątkami ustawień w DAP, tylko kliknie odpowiedni preset.

Chlubne wyjątki

Na szczęście, istnieją jeszcze firmy prezentujące dokładnie odwrotną strategię niż Media Chance, np. SonarWorks. Gdy podczas instalacji True Fi napotkałem problem (kreator nie chciał przejść jednego z kroków) i napisałem o tym do supportu, nie dość, że bardzo szybko doczekałem się odzewu, to pracownik umówił się ze mną na zdalną sesję, podczas której diagnozował problem. Wprawdzie źródła problemu nie udało się usunąć, jednak jako rekompensatę otrzymałem (za darmo!) licencję na bogatszy produkt (Reference 4), z którym podobnych problemów nie było. Także firmy FabFilter czy Spectrasonics zawsze reagowały bardzo sprawnie i załatwiały sprawy tak, aby klient był zadowolony.

Tak czy inaczej

Tak czy inaczej będę chwilowo używał Dynamic Auto Paintera, przynajmniej na domowym komputerze. Jest to program wygodny i daje bardzo dobre rezultaty, poza tym nie po to wydawałem kiedyś ciężko zarobione złotówki, żeby teraz po prostu wyrzucić je do kosza. Natomiast firma Media Chance straciła nomen omen szansę na to, żebym kupił aktualizację (lub cokolwiek z jej oferty). To chyba jedyna rzecz, którą mogę okazać, hm, dezaprobatę dla jej działalności. A że nikt tego nie zauważy? Wierzę, że takich jak ja będzie więcej.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Perełka - Duża

Perełka dostała nowy, duży rower i jeździ na nim już całkiem dobrze. A że teraz też mam rower, więc jeździmy razem, zwiedzając okolice i spędzając czas. Oczywiście, nie jeździmy w ciszy, bo Perełka ma zawsze na podorędziu kilka ciekawych zagadnień do omówienia. Tym razem rozmowa zeszła na tematy - a jakże - rowerowe.

- Tata, a ja już mam duży rowerek, prawda? - pyta przez ramię Perełka, przejeżdżając uważnie przez próg zwalniający.

- Tak, teraz masz już duży rowerek.

- A Tata, jak będę większa, to będę miała jeszcze większy? - pyta dalej Perełka, zręcznie omijając studzienkę kanalizacyjną.

- Tak, im będziesz starsza, tym Twój rower będzie musiał być większy.

- Tata, a kiedy będę miała taki duży rower jak twój?

Zastanawiam się chwilę nad odpowiedzią - użyć do wyjaśnienia lat? wieku? wzrostu? Wybieram opcję najprostszą i - jak się okaże - najgroszą:

- Kiedy będziesz taka duża jak ja, to będziesz mogła mieć też taki duży rower.

Perełka hamuje, patrzy na mnie krytycznie i mówi:

- Ale ja nie chcę być taka gruba!

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

niedziela, 11 sierpnia 2019

Kapitan Jacek Wróbel

Ostatni tydzień był szczególny - mieliśmy w domu nowego lokatora. Wypadł z gniazda i cudem nic mu się nie stało. Mały wróbel, a właściwie mazurek.

Zamieszkał w pudełku, gdzie miał urządzone prowizoryczne gniazdo. Nazywany nieco przewrotnie Panem Wróblem, ćwierkał zaciekle i domagał się jedzenia, podanego wprost do szeroko otwartego dzioba. Preferencje smakowe? Od biedy zamoczone płatki owsiane lub kasza, ulubione - robaczki (wiadomo).

Przedpołudnia spędzał w pudełku, ale popołudniami był wynoszony na taras, żeby czuł niebo nad sobą. Raz nawet odwiedził go inny, dorosły wróbel. Posiedział na skraju pudełka, popatrzył i odleciał. Może tata?

Jako że maluch dawał radę już jakoś tam przelatywać z palca na stół czy podfruwać, został posadzony na gałązce rosnącej w ogrodzie olszy. Podobało mu się, więc na drugi dzień także zażył sobie podobnej rozrywki. I zniknął.

Przeszukaliśmy cały trawnik (może spadł?), obejrzeliśmy drzewo (może polazł wyżej?), natężaliśmy słuch (może przeleciał kawałek i teraz leży gdzieś w zaroślach?) - nic.

Późnym popołudniem rozległo się znajome ćwierkanie. Kapitan siedział wysoko na olszy - przynajmniej ja miałem takie wrażenie, że to on. Rozmiar się zgadzał, no i ptak nie uciekał na nasz widok. Do pudełka nie sfrunął już, odleciał.

Może wpadł tylko się pożegnać?

Powodzenia!

sobota, 10 sierpnia 2019

Miły koniec dnia

Pogoda dzisiaj była... no, ciężka. Rano chłodno, potem gorąco, ale parno, potem deszczowo, a jeszcze potem, razem z zachodem słońca... TO:

Wypatrzone przez Żonę!

piątek, 9 sierpnia 2019

Ogrodowa przebieżka

Ha, warto jednak czasem zajrzeć do własnego ogródka - zawsze znajdzie się coś nowego. Tym razem mamy urodzaj na słoneczniki, które pięknie obrodziły w różnych odmianach. Do tego rozwinięty fasolnik, astry, kwitnące ogórki - dzieje się! A "na deser" - pszczółki i czający się kwietnik.