poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Poczta - podsumowanie

Siostra Be dała mi znać w czwartek, pierwszego sierpnia, że ostatecznie dotarła do niej moja ostatnia przesyłka, możemy zatem oficjalnie ogłosić koniec testu rzetelności poczty.

Dla tych, których ominęły moje "zmagania" z ostatnich ponad dziesięciu tygodni krótkie podsumowanie. Test rozpoczął się dwudziestego maja i polegał na tym, że każdego poniedziałku wysyłałem do samego siebie kopertę z datą wysyłki, żeby sprawdzić, po jakim czasie koperta ta znajdzie się w mojej skrzynce pocztowej. Każdej środy Siostra Be wysyłała list z Kościana, który miał dotrzeć także do mnie (list, naturalnie, również był opatrzony datą wysłania). Na tej podstawie chciałem uzyskać informację, jak szybko moja lokalna poczta dostarcza przesyłki i czy ewentualne problemy wynikają z braku organizacji w mojej miejscowości, czy to efekt słabej pracy całej poczty (stąd pomysł na wysyłkę z Wielkopolski).

Oczekiwania? Skoro zostają wysłane dwie przesyłki tygodniowo, a zwykły list krajowy powinien "iść" trzy dni (taki NIEGWARANTOWANY czas opisuje poczta), spodziewałbym się, że już pierwszego tygodnia otrzymam przynajmniej jeden list, a każdego następnego - dwa. I tak regularnie przez cały okres testu.

Wyniki są bardzo niekorzystne dla lokalnego urzędu pocztowego. O ile nie można narzekać na czas wyjmowania listów ze skrzynki przy poczcie (w zasadzie każdy list ma datę stempla taką, jak data wewnątrz koperty, czyli były wyjmowane tego samego dnia, kiedy je wrzucałem), to czas doręczenia woła o pomstę do nieba. Ewidentnie widać, że listonoszowi jest do nas nie po drodze i przyjeżdża tylko raz na parę tygodni - stąd bogate pakiety z piątego i dziewiątego tygodnia. Owszem, zdarzył się wyjątek w szóstym tygodniu, ale jednorazowo, więc się nie liczy.

Podsumowując zatem: podczas dziesięciu (a w sumie jedenastu, jeśli wliczyć na oczekiwanie na dostarczenie ostatnich listów) tygodni testu listonosz pofatygował się 3 razy, przy czym raz chyba przez nieuwagę (mam na myśli szósty tydzień testu) Czyli "bywa" w pracy raz na kilka tygodni - nijak się to ma do zapewnień kierownika poczty o tym, że listonosz jeździ "na wioski" co dwa, trzy dni. Dodatkowo wizyty listonosza zdumiewająco dokładnie pokrywają się z terminami wypłat rent i emerytur - przypadek?

Kolejne podsumowania tygodniowe wyglądały następująco:

Tak czy inaczej, zdecydowanie potwierdziły się moje wcześniejsze odczucia, że listonosz nie dostarcza przesyłek na czas. Natomiast muszę wycofać tezę, że przesyłki giną - podczas testu nie przepadł żaden numer prenumeraty (inna sprawa, że zamiast mieć te numery tydzień przed premierą w kioskach, miałem je trzy tygodnie po).

Pytanie, czy coś robić z tym całym fantem. Bo prawda jest taka, że poczta płaci mało i trudno oczekiwać rzetelnego pracownika, jeśli trudno znaleźć jakiegokolwiek za tę płacę. Z drugiej strony jednak, jeśli przesyłki są dostarczane z prawie miesięcznym poślizgiem, może się to czasem skończyć nieprzyjemnie (jeśli będzie to np. wezwanie do zapłaty z terminem płatności)...

Pragnę na koniec podziękować Siostrze Be za udział w eksperymencie, bo nie tylko solidnie wywiązała się ze swojej części, to jeszcze czytanie listów od niej sprawiło, że przypomniałem sobie, jak to "drzewiej bywało", gdy pisało się i czytało papierowe epistoły. Dziękuję, Siostro!

1 komentarz:

  1. Bardzo miło było wziąć udział w tym eksperymencie i co tydzień znaleźć coś, o czym można było Ci napisać ;) Z lekkim poślizgiem, ale byłeś na bieżąco ze wszystkimi wielkopolskimi sprawami :)

    OdpowiedzUsuń