piątek, 28 grudnia 2018

[O] Thorgal - Aniel

I oto kończy się saga o przygodach dzielnego skalda Thorgala w wydaniu Grzegorza Rosińskiego. Trzydziesty szósty zeszyt "głównego nurtu" to ostatni, który narysował nasz rodak. Od razu ostrzegam, że do opisu mogą się przekraść spoilery, więc jeśli ktoś zalega z fabułą, to niech najpierw nadgoni, żeby nie psuć sobie (wątpliwych) niespodzianek.

Już po pożegnaniu scenarzysty Van Hamme'a Rosiński postanowił zmienić styl graficzny. Zamiast wyrazistej, ostrej i precyzyjnej kreski - malarskie miękkości i szkicowe kontury. No i dobrze, taka wola artysty - Rosiński wymyślił wizualną postać Thorgala (jako komiksu), więc ma prawo z nią eksperymentować. Ale to, co znajdziemy w "Anielu"...

Dobra, powiedzmy sobie to od razu i bez ogródek: moim zdaniem jest to NAJGORSZY zeszyt z wszystkich wydanych. Ma beznadziejną okładkę, beznadziejne ilustracje - ale uwaga - to jeszcze byłoby do przełknięcia. Jednak tak beznadziejnego scenariusza, dialogów i pomysłów absolutnie się nie spodziewałem. Trafiały się zeszyty lepsze i gorsze, przecież sam Van Hamme momentami dołował, ale czegoś takiego jeszcze w "Thorgalu" nie było.

I kiedy się nad tym zastanawiam, chyba znam przyczynę. Było wiadome, że Rosiński zaprzestaje prac nad cyklem. Tym i właśnie tym zeszytem. Cóż więc robi scenarzysta - w tym wypadku Yann? Próbuje zakończyć WSZYSTKIE wątki. Fabuła leci na łeb, na szyję - ledwo wyruszyliśmy w podróż z Bagdadu, już trafiamy do krainy Zarkaja i Zajkara (pamiętacie ich z "Błękitnej zarazy"?). Cudownym zbiegiem okoliczności odnajdujemy wszystkich starych znajomych, a nawet spotykamy Darka Sveara, brata Lehli (sic!). Jest błyskawiczna wyprawa latającym pojazdem (?) do siedziby mędrca Armenosa, który oczywiście przygotowuje lek dla Aniela. To jednak dopiero początek - mamy tu nawet łzawe i zupełnie niepotrzebne wyznanie konającej Zim. Mamy bitwy z krwawym plemieniem używającym dziwnych zwierząt jako wierzchowców, a po zakończeniu zbrojnego konfliktu - szybkie pojednanie i błyskawiczny transport z królestwa Zhar do rodzinnej wioski Thorgala (serio, podróż nie zajmuje nawet jednego kadru - Thorgal przyjmuje w darze łódź i od razu jest już przy brzegu Northlandu!). Tam oczywiście od razu przybiegają Louve oraz Aaricia. Przez dwie strony trwają dyskusje o tym, czy Aniel powinien zażyć drugą fiolkę z lekarstwem, kiedy do chaty Thorgala ni z tego, ni z owego wchodzi... Kriss de Valnor (cooo?!). I kiedy wydaje się, że absurdy kończą się sceną, gdy wściekły na Thorgala Aniel odchodzi wraz z matką, do wioski wraca - tadaam! - Jolan. Nie wierzę, po prostu nie wierzę...

To głupi i niepotrzebnie stworzony album. Gorszej fabuły jeszcze w tym cyklu nie było, a i rysunki są chyba najgorsze w thorgalowym dorobku Rosińskiego. Jednym słowem, nie ma tu NIC z magii przygód naszego ulubionego nie-Wikinga. I wiem, co mówię, bo przez ostatnie dwa tygodnie przeczytałem CAŁOŚĆ od samego początku, łącznie ze cyklami pobocznymi. Bardzo szkoda, że taki rysownik żegna się ze swoją koronną postacią w tak marny sposób...

środa, 26 grudnia 2018

[O] Piotr Mańkowski - Wielka księga gier

Wydawnictwo Idea Ahead zaprezentowała nam w końcówce 2018 roku potężne kompendium wiedzy na temat przemysłu gier komputerowych oraz gier video. Nie jest to w żadnym razie prosty katalog najlepszych czy najpopularniejszych tytułów, ale analiza całego obszaru, od pierwszych prób wykorzystania "mózgów elektronowych" w rozrywce, po czasy współczesne. Czy coś takiego może być ciekawe?

Przyznam, że jakoś nigdy nie zastanawiałem się, jak w ogóle doszło do tego, że gry video i komputerowe w ogóle powstały, co było pierwsze, kto to wymyślał itp. Po prostu grałem sobie na moim ośmiobitowym Atari w Space Invaders, Zybeksa czy inny River Raid i tyle. Potem jakoś naturalnie przyszło mi, że na lepsze komputery gry także są lepsze, aż po ostatnie lata, gdzie chyba nareszcie twórcy przestali walczyć z oporem materii i mogą się nareszcie skupić na treści.

Piotr "Micz" Mańkowski podszedł do sprawy inaczej. Zwyczajnie zaczął rzecz badać, sprawdzać fakty, rozmawiać z ludźmi, odwiedzać miejsca. I nie zrobił tego tyko po to, żeby zarobić kasę - tylko z miłości do tematu, co w książce widać i czuć. Piotr zwyczajnie te wszystkie rzeczy "wie", tak jak wiedzą o swoim hobby wszyscy, którzy czymkolwiek się zajmują. To taka naturalna wiedza, którą "się chłonie", jeśli zostanie dobrze zaprezentowana.

A tak się składa, że tutaj jest. "Wielka księga gier" jest fantastyczną lekturą dla kogoś, kto jakiś procent życia grom poświęcił, ileś tam tytułów zaliczył. Jeszcze lepsze wrażenia będzie miał ktoś, kto przynajmniej część "dawnych czasów" pamięta - wczytywał gry z magnetofonu, kopiował dyskietki na giełdzie czy zbierał pieniądze na nowy joystick. Czytał "Top Secret", "Gamblera" czy "Reset". To idealna książka... dla mnie.

I choć nie wszystko jest dopięte na ostatni guzik (literówki, błędy interpunkcyjne), to oceniam tomiszcze stworzone przez Piotra bardzo wysoko. Siłą rzeczy nigdy nie będzie ono skończone i być może warto byłoby dojść do pewnego momentu (np. sprzed kolejnego ataku VR), po czym zakończyć ten tom, numerując go jedynką. I w kolejnych latach dopisać drugi tom, a może i trzeci. Ale to już czepianie się - faktem jest, że chciałbym jeszcze więcej poczytać o tych starszych czasach, np. więcej o rodzimej prasie, próbującej utrzymać ośmiobitowce przy życiu, o L.K.Avalon, o ASF - wiele takich tematów pojawiło się na łamach Pixela i były ogromnie interesujące.

Pod względem edytorskim jest ok - publikację wydano na porządnym papierze i zawiera mnóstwo kolorowych ilustracji, wcale niekoniecznie screenów z gier. Zresztą podkreślę jeszcze raz - opisów konkretnych gier jest tu mało, to analiza branży, pomysłów autorów, decyzji producentów, oczekiwań graczy, reakcji rynku, historia rozwoju techniki i całego przemysłu rozrywkowego, związanego z automatami, konsolami i komputerami. Fascynująca lektura, powiadam Wam.

Gry - SinkSub Pro

Wiecie, są takie gry, które się nie starzeją. I w które kiedyś "cięło się" całkiem miło i długo - mam takich pozycji całkiem sporo: Age of Empires, Deluxe Ski Jumping (słynna "gra w Małysza") czy właśnie SinkSub Pro. Kilka słów o niej, bo to całkiem przyjemny umilacz czasu.

Idea, jak zwykle w tak prostych grach, jest banalna. Sterujemy niszczycielem, pod którym pływają łodzie podwodne oraz różne inne robiące krzywdę tałatajstwo. Mamy do dyspozycji kilka bomb głębinowych, więc zrzucamy je i mamy nadzieję, że trafimy w cel. Oczywiście, wszystko co pod wodą, próbuje jednocześnie zrobić kuku naszemu pięknemu okrętowi.

W miarę postępów wrogów jest coraz więcej, robią się coraz bardziej urozmaiceni i coraz trudniejsi do wyeliminowania. Koniec końców i tak zginiemy, ale liczy się tabela z wynikami. Gra ma bardzo wyraźny syndrom "jeszcze jednego razu" - chcemy dojść dalej, zdobyć więcej punktów, przejść na wyższy poziom...

Jak widać na załączonych screenach, grafika jest bardzo symboliczna, ale mimo ubóstwa (a może dzięki niemu?) nie przeszkadza w grze. Po zdobyciu pewnej wprawy wszystko staje się oczywiste - gdzie co trafi, gdzie co zdąży dopłynąć. Odgłosy również nie są jakieś porywające, ale wierzcie, zatapianie kolejnych "ubotów" daje nielichą satysfakcję, zwłaszcza na poziomach, gdzie pojawiają się "złote wersje", potrafiące wyrzucać miny morskie, utrzymujące się na powierzchni i bardzo przeszkadzające w robieniu uników. Sterowanie ogranicza się do w sumie czterech klawiszy (pływanie prawo-lewo oraz wyrzucanie bomb klawiszami 1 i 3, czasem przydaje się też strzałka w górę, którą regulujemy siłę odrzutu bomby z dala od naszego niszczyciela)

W sumie trochę bez sensu rozpisywać się o tej grze, ale myślę, że warto sobie "popykać". Mnie znów wciągnęło na godzinkę czy półtorej - wersja demonstracyjna jest do pobrania ze strony producenta i zawiera 10 poziomów oraz trzy stopnie trudności. Myślę, że warto spróbować.

piątek, 21 grudnia 2018

Kamyki 2018

Pamiętacie tradycję "kamyków"? Postanowiłem ją nieco wskrzesić, chociaż przyznaję, że materiału do wyboru dużego nie ma. Co zrobić, jaki rok, takie kamyki.

Droga do nowej pracy

Ściana gmachu wrocławskiego Forum muzyki

Wrocław Główny

Małe ZOO w budynku Dworca świebodzkiego

Na pokazie światła przy Hali stulecia

Pierwszy mroźny listopadowy poranek

Barwny zachód słońca - widok z okna

czwartek, 20 grudnia 2018

E-wydania

Lubię Kindle'a, naprawdę. To świetny wynalazek - z jednym wszak zastrzeżeniem. Że czyta się na nim książki. W tym jest bezkonkurencyjny (no dobrze, są też inne, bardzo dobre czytniki, ale nie znam ich z autopsji, za to korzystałem już z kilku modeli czytnika Amazonu). Nie w tym rzecz wszakże. W walce o wolne miejsce na półkach dotarłem właśnie do rozdziału zatytułowanego "magazyny papierowe". Tutaj Kindle się - niestety - nie sprawdza.

Papier a cyfra

Niby nie ma tego dużo, bo kupuję trzy miesięczniki: "Estradę i studio", "CD Action" i "Pixela". Po kilku latach jest jednak tego cała sterta, wcale nielekka, bo każdy z tych magazynów wydawany jest na porządnym papierze.

Co do "Pixela", to sprawa jest bardzo prosta - na razie mam wykupioną prenumeratę, więc wersję papierową będę chomikował przez jakiś jeszcze czas. Za to do każdego numeru dostaję kod, dzięki któremu mogę pobrać też wersję elektroniczną, otwieraną w specjalnej aplikacji na smartfonie.

"Estrada i studio" też oferuje wersję elektroniczną, tym razem jest to jednak standardowy plik pdf o rozmiarze mniej więcej 50MB.

Najgorzej pod tym względem prezentuje się "CD Action", które istnieje wyłącznie w postaci papierowej. Wersji elektronicznej nie ma w ogóle i z tego, co czytałem na forum magazynu, nawet się na nią nie zanosi.

Czytanie w praktyce

No dobrze, mam wersję elektroniczną i co dalej? Jak jest z czytaniem? Czy choć w jakimś stopniu jest to wygodne?

Niestety, tutaj moje doświadczenia są raczej negatywne. "Pixel" ma swoją aplikację na smartfona i sprawuje się ona całkiem dobrze, przez co czytanie - choć nie jest komfortowe - przynajmniej nie irytuje. Działa obracanie ekranu, można więc czytać większe litery w poziomie. Należałoby popracować nad sprawniejszą nawigacją i możliwościami wyszukiwania.

Za to czytanie pdf "Estrady i studia" to jakaś katastrofa. Po raz kolejny potwierdza się reguła, że o ile ten format bardzo ładnie zachowuje formatowanie i układ publikacji, to sprawdza się przede wszystkim w druku, a nie w czytaniu (zresztą, takie jest jego prawdziwe przeznaczenie). 50MB plik naszpikowany grafiką czyta się koszmarnie zarówno na smartfonie, jak i w komputerze. Kolejne strony "wlewają się" na ekran, "kartkowanie" trwa wieki, podobnie odszukiwanie konkretnej strony (bo wiecie, w pdf numer strony w stopce niekoniecznie zgadza się z numerem w czytniku). Nie wiem, z czego to wszystko wynika - złożoności post-scriptowego opisu strony? Z kiepskiej jakości algorytmów renderujących? Słabych czytników? Efekt jest taki, że po którejś stronie odechciewa się (autentycznie!) lektury.

Nastawienie

Nie da się ukryć, że do negatywnych wrażeń z czytania e-wydań dokłada się moje nastawienie. Nie lubię czytać na ekranie komputera/smartfona. To znaczy - nie lubię czytać treści niedostosowanych do medium. Sztywny layout elektronicznych wydań wymaga stosowania dedykowanych aplikacji (do tego grona zaliczam także czytnik pdf). Zauważcie, o ile lepiej czyta się zawartość stron WWW, jeśli jest ona ładnie skomponowana, a przy skalowaniu się "przelewa" i dopasowuje.

Dochodzę zatem do wniosku, że wolę czytać magazyny w postaci papierowej, a w postaci elektronicznej mogę je czytać, jeśli przestaną być wersjami papierowymi upchniętymi do dziwnych formatów, bo MUSZĄ wyglądać tak samo. Wcale nie muszą.

środa, 19 grudnia 2018

Akademia policyjna

Znacie? Jeśli jesteście mniej więcej w moim wieku, to znacie na pewno. W naszym kraju film zrobił karierę nie w kinach, tylko na kasetach VHS i według mnie jest najbardziej udany w całej serii (powstało co najmniej 6 części i serial - tego ostatniego, przyznaję, nie widziałem).

Film jak film, powiecie. Nieco głupawa komedia z dość specyficznym humorem. Ostatnio pojawiła się w jednym z serwisów VOD i postanowiłem odświeżyć sobie wspomnienia.

Spoilery?

Nie wiem, czy da się cokolwiek zdradzić, skoro film powstał w 1984 i był wielokrotnie wznawiany w dziesiątkach stacji telewizyjnych. Jeśli dla kogoś jednak jest to nadal tajemnica, to zapraszam do obejrzenia i powrotu tutaj później.

Fabuła jest dość pretekstowa: nowa pani burmistrz decyduje, że do policji może zgłosić się każdy i po przebyciu czternastomiesięcznego szkolenia zostanie stróżem prawa. Naturalnie skutkuje to tym, że do policji zgłasza się cała banda różnych dziwaków czy wręcz oferm. Jedynym wyjątkiem jest główny bohater, czyli Carey Mahoney, który zostaje "skazany" na akademię i nie może z niej dobrowolnie zrezygnować, bo inaczej trafi do więzienia za dawne sprawki.

Innymi kadetami są np. militarysta Tackleberry, florysta Hightower, grubas Barbara, naśladujący odgłosy Larvell Jones czy nieśmiała Hooker. Trafiają tu też typki spod ciemnej gwiazdy, czyli niewydarzeni kapusie Blankes i Copeland. Siły policji reprezentują m. in. komendant Lassard, porucznik Harris oraz sierżant Callahan.

Rzecz sprowadza się do tego, że kadeci usiłują przebrnąć przez kurs, a policja próbuje ich zniechęcić, żeby nie zasilić swoich szeregów "amatorami" o "niewłaściwych parametrach".

No i jak po latach?

Powiem Wam, że "Akademia policyjna" się broni. To prosta komedia oparta na zabawnych scenach, a choć ma też kilka nieco żenujących (np. z mównicą lub z koniem), to jednak w porównaniu do "American Pie" czy "Głupiego i głupszego" jest wręcz szczytem wyrafinowania. Zabawne i charakterystyczne postacie szybko zdobywają naszą sympatię, a porucznik Harris i jego szpicle są tak przyjemnie niewydarzeni, że ogląda się całość bardzo miło. W sam raz na ciemne, zimowe popołudnie, kiedy człowiek jest zmęczony po poniedziałkowych trudach.

wtorek, 18 grudnia 2018

Krzyżacy

Byłem ostatnio u Rodziców i w ramach odświeżania lektur przeczytałem sobie na nowo "Krzyżaków". Tak, tych sienkiewiczowskich. Większość się może skrzywi, inni podniosą brwi zdziwieni, ale ja i tak bardzo lubię prozę pana Henryka i do jego książek, zwłaszcza "Potopu", wracam regularnie. Następne będzie w kolejności chyba "W pustyni i w puszczy", ale dzisiaj chciałem trochę o czymś innym.

Bo ja nie o książce

No właśnie, tak naprawdę chciałem tu wspomnieć nie o samej książce, a o adaptacji filmowej. Znamy wszyscy produkcję Aleksandra Forda sprzed (uwaga!) ponad półwiecza. Na tamte czasy była wizualnie wyśmienita, choć dzisiaj już stroje i dekoracje mocno rażą teatralnością. Podejrzewam, że współczesny młody widz ucieknie sprzed ekranu po góra dziesięciu minutach.

Zmierzając do sedna - podczas lektury zaczęły mi się nasuwać przed oczy gotowe kadry przygód Zbyszka i Maćka z Bogdańca. Kadry "zarażone" współczesnymi produkcjami w rodzaju - oczywiście - "Gry o tron" czy "Władcy pierścieni". I wiecie co? Mam dziwne wrażenie graniczące z pewnością, że gdyby za "Krzyżaków" wziął się ktoś kompetentny i mający spory budżet, to spokojnie dałoby się zrobić z tego nie tylko świetny film, ale też wyśmienity serial!

Bo to, co ważne, czyli fabuła - już jest. Trzeba by "tylko" pokazać średniowieczną Polskę, jeszcze ciut dzielnicową, jej ówczesną potęgę (bo tak, byliśmy wtedy silnym państwem, z którym się liczono), a na tym tle sprytnych, przebiegłych i bezwzględnych Krzyżaków. Rozległe puszcze, bogate miasta, małe wsie; polowania na zwierzynę, pojedynki, nocowania w karczmach; obyczaje, uprzedzenia, waśnie; w końcu potyczki (jakże barwna postać Juranda!) i wielką bitwę pod Grunwaldem. Przecież to samograj!

Jak dla mnie, jedynym zastrzeżeniem jest uniknięcie wprowadzania do tej opowieści elementów nadprzyrodzonych (np. magii czy smoków) i... "poprawnych politycznie" (np. kobiety-rycerze). Inne aspekty zgodności historycznej są już chyba mniej istotne, w końcu i sam Sienkiewicz troszkę "sterował" faktami, aby sprzedać swoją tezę i "podnieść rodaków na duchu".

Tylko szkoda

Przyprawieni dobrym aktorstwem i świetnymi efektami specjalnymi, nie byliby "Krzyżacy" tylko serialem dla Polaków - jestem pewien, że w całej Europie, a pewnie i w Stanach Zjednoczonych ludzie oglądaliby taki serial. Nawet bez tej naszej "podbudowy patriotycznej", której tworzeniu lektura Sienkiewicza miała służyć. Bo to jest po prostu fajna historia.

Szkoda tylko, że - niestety - nie ma nawet co marzyć o takiej filmowej adaptacji. Ktoś musiałby wyłożyć zbyt wiele pieniędzy, a ryzyko porażki (spowodowanej np. niedobrze dobraną obsadą czy złym scenariuszem) jest zbyt duże.

No, ale przyznajcie - fajnie by było, nie?

środa, 12 grudnia 2018

WolframAlpha

Przydługi wstęp

Całkiem niedawno opisywałem tutaj mój sen o konieczności powtórnego zdawania matury. Dotyczył on wprawdzie języka polskiego, ale - UWAGA! - kolejnej nocy miałem dalszy ciąg i ten był już związany z matematyką. Najwyraźniej mój umysł był zbyt wzburzony myślą, że nie trzeba by zdawać matury z "królowej nauk" - w końcu byłem na profilu "mat-fiz"!

Sen o zdawaniu matury z matematyki był dużo przyjemniejszy - wystarczyło przeliczyć odpowiednią liczbę zadań, by sobie przypomnieć wszystkie potrzebne zależności. W końcu kiedyś liczyło się tego bardzo dużo (że już o studiach technicznych nie wspomnę), choć obecnie nie mam kompletnie potrzeby stosowania tej wiedzy w życiu codziennym. Zmierzam jednak do czegoś innego - w tak zwanych "moich czasach" trzeba było wszystko liczyć ręcznie i w sumie nawet nie pamiętam, czy na maturze można było korzystać z kalkulatora - jeśli tak, to mógł być to tylko taki najprostszy model z czterema działaniami. Teraz chyba jest podobnie, za to poza samym egzaminem uczniowie i studenci mają zatrzęsienie przydatnych narzędzi, a na jedno z nich wpadłem zupełnie przypadkowo.

WolframAlpha

Wystarczy wejść na stronę https://www.wolframalpha.com/, żeby rozpocząć fascynującą podróż z nauką. W dużym skrócie, WolframAlpha to interpreter wyrażeń - wpisujemy "coś" w odpowiednie pole i każemy Wolframowi to zinterpretować. Trzymając się pola matematyki, wpiszmy na przykład:

Widzimy nie tylko interpretację wpisanego równania, ale także jego graficzną postać, rozwiązania, miejsca zerowe itp. To jednak - wierzcie mi - tylko wierzchołek góry lodowej.

Nie tylko matematyka

Aplikacja pozwala rozwiązywać nie tylko problemy matematyczne, ale dotyka także innych dziedzin, jak fizyka, chemia, statystyka, inżynieria, nauka o Ziemi. Ba, można z Wolframa korzystać na wzór Google'a, wpisując np. imię i nazwisko jakiejś osoby:

Warto zajrzeć do działu z przykładami, żeby poznać przekrój dziedzin, w których Wolfram daje sobie radę - jest tego naprawdę sporo!

Za darmo i nie za darmo

Serwis WolframAlpha jest dostępny za darmo dla każdego, jednak w tym wariancie nie możemy skorzystać z wszystkich funkcjonalności, a czas przetwarzania jest ograniczony (jeśli damy np. zbyt skomplikowane wyrażenie, program po prostu zwróci tylko częściowe wyniki). Rozwiązaniem jest opłacenie miesiąca lub od razu całego roku dostępu:

W sumie, gdybym nadal pracował na uczelni, być może używałbym tego serwisu choćby do ładnego formatowania wyrażeń matematycznych, zamiast ręcznie męczyć się z tym w edytorze równań Worda.

Tak się to jakoś przemyka

Strasznie, jak wiele fajnych narzędzi człowiekowi umyka w dzisiejszych czasach! A ile można by ciekawych rzeczy zrobić, gdyby się miało wiedzę o wszystkich takich cudeńkach! Wybaczcie ten entuzjastyczny ton, ale zawsze chwytają mnie za serce takie proste i wydawałoby się oczywiste narzędzia, które w czasach mojej młodości były nie do pomyślenia. Naprawdę, można pod tym względem zazdrościć współczesnej młodzieży.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Matura raz jeszcze

Taki dziwny miałem sen dzisiaj. Trochę nawet koszmarny. Otóż nasza kochana władza postanowiła w nim, że wszystkie osoby, które zdawały maturę po 1989 roku muszą to zrobić ponownie, aby potwierdzić swoje wykształcenie. Mają na to rok i ani dnia dłużej. No i we śnie pozostały mi właśnie trzy lub cztery tygodnie (bo, naturalnie, nikt nie wierzył, by tak idiotyczny pomysł był prawdziwy i nikt nie pilnował terminu). Nie przejmowałem się tym zrazu wcale, bo jakoś tam pisać potrafię (we śnie maturę trzeba było zdać wyłącznie z języka polskiego) i byłem pewien, że się wybronię. Do momentu, gdy obejrzałem filmik z "matury wstępnej" (wspomnienie mojej własnej matury).

Bardzo szybko okazało się, że kluczowe są dwie rzeczy: drobiazgowa znajomość lektur oraz umiejętność przekuwania wszystkiego na hiper patriotyczny ton. Czyli pisanie "ku pokrzepieniu serc", ale podniesione do kwadratu.

Wiadomo, pisać i lać wodę można długo i skutecznie, ale przekrojowe tematy wymagają choćby pobieżnej znajomości tematu. Pisząc o takim czy innym etosie, traktowaniu tak a nie inaczej określonej grupy społecznej czy w końcu pewnym typie bohatera narodowego, należałoby się podeprzeć przynajmniej od czasu do czasu konkretnymi przykładami. A tu bieda - ćwierć wieku po maturze już się jednak nie pamięta wszystkiego tak dobrze, jak wówczas, po paroletnim intensywnym treningu. No, przynajmniej ja w tym śnie nie pamiętałem.

Abstrahując od absurdalności pomysłu, otwarte pozostaje pytanie, czego egzaminem jest matura? Dojrzałości? Gdyby tak było, nikt z dorosłych dziś maturzystów nie miałby problemów z jej zdaniem - w końcu jesteśmy dużo dojrzalsi niż w wieku tych osiemnastu lat. Egzamin wiedzy? Też chyba do końca nie - to według mnie egzamin sprawności w żonglowaniu tą wiedzą. Na maturze trzeba zrobić z niej sprytny użytek - tak, aby "zaliczyć", zdobyć punkty i koniec. Sama wiedza nie wystarcza, bo maturzysta musi "trafić nią" w klucz. I tak było też za moich czasów - o niektórych tematach było wiadomo, że są "lepiej widziane" i wstrzelenie się w gust oceniających zagwarantuje lepszą ocenę.

Nie zmienia to faktu, że obudziłem się z może nie ze strachem, ale z uczuciem braku pewności, że tę maturę bym dzisiaj zdał. A rozśmieszyła mnie ostatnia scena, kiedy to Mama przypomniała mi, że na maturę trzeba założyć garnitur...

piątek, 7 grudnia 2018

Thorgal od nowa

W ostatni weekend postanowiłem nieco uporządkować moje komiksowe zbiory, mocno przemieszane po przeprowadzkach. Najłatwiej poszło z albumami zbiorczymi (np. "Kajtek i Koko w Londynie" czy dwa tomy z zebranymi komiksami z niegdysiejszego Relaksu). Gorzej szło przy "drobnicy", nie tylko dlatego, że wychodzi dużo zeszytów do przełożenia. Bo to jak z układaniem magazynów (np. "Estrady i Studia") - zwykle kończy się na tym, że siedzę i czytam jakieś stare numery zamiast robić porządek. Tym razem trafiłem na stertę z "Thorgalami".

Prawie, prawie

Pierwsze zeszyty "Thorgala" kupiłem na obozie wędrownym, będąc jeszcze w szkole podstawowej. Mam je do dzisiaj: "Czarna galera", "Ponad krainą cieni", "Łucznicy" i "Oczy Tanatloca". Przez to straciłem połowę "kieszonkowego", wziętego na obóz (dlatego nie kupiłem żadnych pamiątek, he, he). Czytałem z wypiekami na twarzy i od tego momentu wiedziałem, że MUSZĘ zebrać całość - a przynajmniej wtedy wydawało mi się, że to zamknięty cykl.

Obecnie mam prawie wszystkie zeszyty. Z głównego cyklu brakuje mi tylko jednego, z pozostałych - trzech. Chwileczkę... jak to: "z pozostałych"?

Kura i złote jaja

Wiadomo nie od dzisiaj, że nie zarzyna się kury, znoszącej złote jaja. Cykl zatem nie zakończył się na kilkunastu numerach, tylko trwa do dzisiaj. Oprócz jednak "głównej gałęzi", gdzie głównym bohaterem jest Thorgal, powstały cztery nowe: "Lata młodzieńcze" oraz po jednym cyklu dla Jolana, Louve i Kriss de Valnor. Wszystkie one się przecinają i krzyżują, więc jeśli ktoś chce poznać zupełnie całą historię, to musi inwestować we wszystko - a o to chodzi.

Mieszane uczucia

Niewątpliwie sukces "Thorgal" zawdzięcza inteligentnej fabule, stworzonej przez Jeana Van Hamme, oraz świetnej kresce Grzegorza Rosińskiego. Ten duet długo prowadził serię, ale wiadomo, lata lecą i od debiutu w 1977 roku minęło właśnie 41 lat! Serię przejęli inni scenarzyści (Yves Sente, Xavier Dorison, Mathieu Mariolle i - obecnie - Yann) oraz rysownicy (Giulio de Vita, Roman Surżenko i Fred Vignaux, który nawet przejął "główną gałąź" od Rosińskiego).

O ile do warstwy wizualnej nie mam większych zastrzeżeń, zwłaszcza jeśli chodzi o wkład Romana Surżenki, to scenariuszowo jestem coraz bardziej rozdarty. Dla mnie osobiście wielka siła "Thorgala" tkwiła między innymi w osadzeniu opowieści w świecie wikingów, ich wierzeń, światopoglądu i mitów oraz umiejętnym pożenieniu tego z science-fiction w postaci pochodzenia tytułowego bohatera. Teraz dołożono do tego bardzo, bardzo dużo mistycyzmu i wpleciono wątki chrześcijańskich krucjat.

Rozumiem, że to wynik chęci kontynuowania przygód Thorgala i jego rodziny - w końcu ile można podróżować do Asgardu albo miotać się po świecie? Kontynuacja wymusiła zmiany, ale w mojej opinii to właśnie znak, że raczej powinno się zakończyć akcję na "Ofierze", ostatnim zeszycie tworzonym przez duet Van Hamme - Rosiński. Zresztą nie wiem, czy nie taki był plan Van Hamme - kto zna fabułę wie, dlaczego byłoby to dobre zamknięcie przygód dzielnego skalda.

Co nie zmienia faktu...

Co nie zmienia faktu, że już zacząłem przeglądać "Zdradzoną czarodziejkę" i pewnie skończy się na przeczytaniu wszystkiego jeszcze raz od początku. Mam zbyt duży sentyment do całej serii - to trochę jak z Wiedźminem Sapkowskiego. Niby wszystko wydane już po sadze jest gorsze (a w opinii wielu i saga jest gorsza od opowiadań, z czym się nie zgadzam akurat), ale i "Sezon burz", i opowiadania fanowskie przeczytałem bez wahania. I pewnie, jeśli Sapkowski coś jeszcze w tym uniwersum stworzy, to też przeczytam.

Przede mną wiele, wiele zeszytów thorgalowych i już się cieszę na spotkanie ze starymi dobrymi znajomymi. Bo to mimo wszystko jest bardzo fajny komiks.

czwartek, 6 grudnia 2018

Perełka - Matematyka praktyczna

Gramy z Perełką w grę. Takie kolorowe kulki, nawlekane na sznurek według porządku na wylosowanych kartach. Gramy już długo, więc robi się nieco nudno - zbieram zatem wszystkie kulki razem i zaczynamy lekcję matematyki:

- No, powiedz mi, ile jest tych wszystkich kulek? - pyta Tata.

Perełka liczy po cichu i triumfalnie woła:

- Dwanaście!

- Świetnie! - chwali Tata i ciągnie lekcję - a podziel te kulki na połowy, jedna połowa dla Ciebie, druga dla mnie.

Ciach, ciach, kulki podzielone po sześć na osobę.

- Doskonale! - znów chwali Tata, ale jeszcze mu mało - a gdyby przyszła tu do nas Zosia, to po ile kulek by miało każde z nas?

O, tu już poszło troszkę trudniej, ale w sumie niewiele. Po chwili na dywanie leżały trzy grupki po cztery kulki. Tata wyściskuje Perełkę i pyta:

- A chcesz jeszcze trudniejsze zadanie?

- Tak! Tak! - krzyczy Perełka.

- No to wyobraź sobie, że przychodzi jeszcze Mama. I teraz też trzeba podzielić kulki po równo. Ile każdy będzie miał?

Perełka patrzy na kulki z namysłem. Długim. A kiedy Tata myśli, że chyba jednak nic z tego nie będzie, Perełka nagle dzieli dwanaście kulek na dwie grupy. Jedną przysuwa do siebie, drugą do Taty i mówi:

- Ty się dzielisz z Zosią, a ja z Mamą. I już.

To się nazywa znaleźć rozwiązanie!

wtorek, 4 grudnia 2018

Barbórka

Wszyscy już żyją mikołajkami, a przecież dzisiaj też ważne święto - i to podwójne! W pierwszej kolejności imieniny Baś i Basieniek, Barbar i jeszcze inaczej zdrabnianych pań, mających świętą Barbarę za patronkę - wszystkiego najlepszego!

W drugiej kolejności świętują dzisiaj wszyscy górnicy, więc im także życzmy wszystkiego najlepszego.

A przy okazji przemycam dobrą wiadomość - dziś już 4 grudnia, więc za trzy tygodnie dzień znów zacznie się wydłużać, a noc - skracać. Czyli co - wiosna prawie!