środa, 30 września 2020

[O] Kosmiczne jaja

Było już sporo wpisów o "Gwiezdnych wojnach", przyszła więc pora na odświeżenie sobie parodii autorstwa Mela Brooksa o nazwie "Kosmiczne jaja", czyli w oryginale "Spaceballs". Jeśli ktoś nie widział, a zna filmy Lucasa, to zachęcam do sięgnięcia - w ogóle warto sobie odświeżyć filmografię Brooksa, z niezapomnianymi "Płonącymi siodłami" na czele.

Akcja filmu rozgrywa się w jakiejś dalekiej galaktyce, zaś sam film zaczyna się długą (naprawdę długą!) sceną przelatującego super-krążownika "tych złych". Intryga kręci się wokół tego, że prezydent Skroob (w tej roli sam Brooks) po zniszczeniu atmosfery na planecie Spaceballs chce porwać księżniczkę Vespę, córkę króla Rolanda, władcy planety Druidia. Druidia ma się stać źródłem powietrza dla Spaceballs. Wyprawą dowodzi czarny charakter, lord Dark Helmet (Rick Moranis) oraz dowódca super-krążownika, pułkownik Sandurz (George Wyner). Król Roland zleca odnalezienie i ochronę córki najemnikowi o imieniu Lone Starr (Bill Pullman) i jego pomocnikowi, Barfowi (John Candy). Będzie to jednak niemożliwe, jeśli Lone Starr nie odnajdzie drogi do poznania potężnej siły, zwanej "the Schwartz" (po polsku: "Szmoc"), której tajemicy strzeże mistyczny Yogurt (także Brooks)...

W filmie można znaleźć odniesienia nie tylko do "Nowej nadziei" Lucasa, ale także "Obecego" Ridleya Scotta (ba, udało się nawet namówić samego Johna Hurta, aby zagrał... siebie, gdy jego ciało opuszcza właśnie obcy!) czy "Planety małp" lub "Akademii policyjnej" (Michael Winslow i wydawane przez niego odgłosy). Reżyser nie ma litości dla nikogo i niczego, choć na tle "Płonących siodeł" "Kosmiczne jaja" są raczej łagodne. Generalnie można się nieźle uśmiać, jeśli nie jest się zbyt ortodoksyjnym fanem "Gwiezdnych wojen", który podchodzi do tej sagi bardzo serio. Mnie jednak niezmiennie bawią i słuchawki księżniczki Vespy, "virgin alarm", przeczesywanie pustyni, scenka filmu w filmie czy dublerzy. Fakt, że momentami jest wręcz głupio (Megamaid i zabawa pstryczkami), ale tak właśnie ma być!

Zachęcam zatem do obejrzenia, zwłaszcza w jakieś ponure, pochmurne popołudnie-wieczór, jakich będzie teraz przybywało. Może kupicie sobie potem figurki i będziecie się bawić tak, jak Dark Helmet?

poniedziałek, 28 września 2020

11 godzin przy Atari

W ostatnią sobotę miało miejsce live Retro na gazie, podczas którego Borsuk i Larek grali do upadłego (11 godzin!) w różniste gry na Atari. Przyznam, że rzucałem okiem od czasu do czasu, co tam się akurat przewijało na ekranie i "natchnęło mnie", żeby też sobie pograć co-nieco (mimo szumnych obietnic, że "zostawię Titanica").

Niestety, ostatnim razem tak pogmerałem w konfiguracji Altirry, emulatora Atari, że nie chciała mi się uruchomić żadna gierka. Nie pomogła reinstalacja, trzeba było przeszukać rejestr systemowy i usunąć tkwiącą tam konfigurację.

Postanowiłem pograć w gierki nieco inne niż ostatnio. Pojawił się w mojej głowie nawet pomysł, by wziąć na tapetę w ogóle jakieś kompletnie nieznane gierki i je "rozgryźć", ale jednak jeszcze nie tym razem. Tym razem badałem po prostu kolejne gry z listy sobie znanych, w które łupałem za młodu, z nowych dołączyłem tylko Henry's House, bo gierka mnie zaintrygowała bardzo kolorową grafiką (jak na Atari) i dużymi, animowanymi obiektami. I co z tego wyszło?

No, jak zwykle. Czyli skończyłem sfrustrowany, z poszarpanymi nerwami, prawie rzucając pada w kąt. A zaczęło się całkiem przyjemnie, bo troszkę poganiałem policjantem w Keystone Kapers:

Keystone Kapers

I to mi szło całkiem sprawnie. Potem przeszedłem spory kawałek we Fredzie:

Fred

Fred

Znudziłem się jednak (kto grał, ten wie, że porywających akcji tutaj się nie znajdzie). Postanowiłem zatem spróbować czegoś bardziej dynamicznego i padło na Chopliftera:

Choplifter

Choplifter

Tu jednak nie przeszedłem nawet pierwszego poziomu - ale i za czasów młodości raczej nie dawałem tu rady, więc jeszcze się nie denerwowałem. Przypomniałem sobie za to, że była taka gierka, Astro Chase, która nawet miała animowane intro. Wgrałem, faktycznie intro było, ale jak tylko zacząłem grać, to praktycznie od razu przestałem, maksymalnie zirytowany sterowaniem i bezwładnością kontrolowanego "statku kosmicznego". Odetchnąłem głęboko...

Astro Chase

Astro Chase

Gdzieś po głowie tłukło mi się, że niegdyś grałem z zapamiętaniem w Crystal Riders, która to gra strasznie mi się podobała:

Crystal Riders

Crystal Riders

Okazuje się jednak, że obecnie, nawet korzystając z precyzyjnego pada, szlag mnie zaczął trafiać zanim doszedłem do drugiego "pokoju", a później nie było wcale lepiej. Znów seria uspokajających oddechów. Może Desmond's Dungeon, gdzie złodziejaszkiem zbieramy worki funtów i unikamy pająków oraz spadających bomb i mikrowulkanów (!?).

Desmond's Dungeon

Desmond's Dungeon

Nie? To może klasyczny Frogger?

Frogger

Tu naprawdę miałem ochotę pogryźć pada, gdy na początku nie potrafiłem przeskoczyć nawet ulicy - ale zaciąłem się i doskakałem pierwszą żabą do bezpiecznego zakątka po drugiej stronie rzeki. Potem drugą żabą. A potem straciłem już wszystkie życia i trzeba było zaczynać od nowa. A że za drugim razem wcale nie szło mi lepiej (raczej gorzej), stwierdziłem z rezygnacją, że może jednak spróbuję czegoś nowego i wgrałem Henry's House:

Henry's House

Henry's Hous

No i odbiłem się od tej gry. Graficznie rzeczywiście jest rewelacyjna - dużo kolorów, duże animowane obiekty, płynna animacja. Aż żałuję, że trzydzieści lat temu ta gra mi się zwyczajnie nie uruchamiała (bo miałem ją na jakiejś dyskietce, razem z Ghost Chaserem). Jednak jest to jedna z popularnych na Atari pozycji, gdzie trzeba opanować sterowanie do perfekcji, bo liczy się tu (dosłownie!) każdy piksel, a dotknięcie nawet ściany kończy się śmiercią. Nie przeszedłem (wstyd przyznać) nawet pierwszego pokoju.

Klasyczną już Lasermanię włączyłem tylko po to, żeby przejść kilka plansz, które jeszcze pamiętałem z grubsza:

Lasermania

Lasermania

Odpocząłem dopiero przy Pooyanie, który (chyba z racji na banalne sterowanie) nie wymaga nie wiadomo jakiej precyzji i dokładności - po prostu strzela się do baloników i już:

Pooyan

Prawie odprężony (bo przeszedłem parę poziomów aż!), postanowiłem zmierzyć się z traumą dzieciństwa, którą tak zachwalali Borsuk z Larkiem - czyli z Mouse Trap:

Mouse Trap

Mouse Trap

No i nie, nie i jeszcze raz nie! Ta gra jest straszna! Jakoś dałem radę pierwszym dwóm poziomom, ale przy próbie przejścia trzeciego straciłem wszystkie życia i resztki zapału do bawienia się tą grą. Dla ukojenia nerwów sięgnąłem po Pool, czyli zabawę bilami:

Pool

I faktycznie, dało się w to trochę "popykać", jednak grę rozkłada sterowanie i (było nie było) mocno irytujący dźwięk, gdy biała bila wpadnie do łuzy...

Zrezygnowany, wgrałem na koniec Tappera:

Tapper

Tapper

Tapper

Planowałem zagrać jeszcze w Laurę autorstwa Larka, ale stwierdziłem, że nie będę sobie już męczył nerwów - ta gra jest naprawdę wymagająca i to nie tylko od strony sterowania, ale trzeba też sporo główkować, na co późnymi wieczorem nie miałem już specjalnie ochoty, bo oczy zaczynały mi się zamykać. Może następnym razem?

Podsumowanie

Podsumowanie jest takie jak ostatnio. Nie mam nerwów do tych klasycznych gierek ośmiobitowych. Podoba mi się współczesne podejście: po pierwsze by nie ginąć od razu, a po drugie, by nie zaczynać zawsze od początku. Nie jestem z gatunku hardkorowców, którzy (jak na przykład Borsuk) przechodzą gry "na jednym życiu" dla frajdy. Nie, nie, jeśli gram, to chciałbym zobaczyć co nieco z rzeczy przygotowanych przez twórców i nie uśmiecha mi się trwanie na pierwszym poziomie, bo nie "ucelowałem" co do piksela z jakimś skokiem. Rozumiem, że to może być dla kogoś źródłem satysfakcji, dla mnie jest jedynie źródłem zdenerwowania.

Czyli co? Następne podejście za pół roku i tylko do gier nieznanych? Zobaczymy - na razie mam dość grania na Atari.

sobota, 26 września 2020

C# niezupełnie od podstaw

Podobno nauka każdego nowego języka programowania jest prostsza niż wcześniejszych. Pocieszam się tym, bo postanowiłem popróbować się z językiem C#. Po co mi nauka nowego języka? Po pierwsze dlatego, że C# systematycznie zdobywa popularność. Po drugie - jest zasadniczo dość podobny do Javy, z którą mam do czynienia już od kilkunastu lat. Po trzecie umożliwia łatwiejsze prezentowanie programów innym użytkownikom, bo zazwyczaj pakiety .NET są zainstalowane w systemie (zwłaszcza w Windows 10) i nie trzeba nikogo stresować koniecznością pobierania javowego środowiska uruchomieniowego JRE. No i jeśli korzystać z Visual Studio, to można nawet sobie interfejs użytkownika po prostu "wyklikać", zamiast pracowicie pisać w kodzie.

Początki

Po przeczytaniu kilku poradników na temat "jak zacząć", postanowiłem posłuchać głosów większości i zainstalować Visual Studio w wersji Community (czyli darmowej). Na wszelki wypadek od razu też zainstalowałem środowisko od firmy JetBrains, czyli Rider. Instalacja wymagała przypomnienia sobie hasła do konta Microsoftu, pobrania 18GB kodu (!) i przeczekania prawie godziny, aż wszystko znajdzie się na swoim miejscu. Do tego, oczywiście, nie pomyślałem w ogóle o tym, że Visual Studio może sprawdzać lokalizację, więc mocno zdziwiłem się widząc interfejs użytkownika po polsku. Co z kolei opóźniło zabawę o kolejny kwadrans, bo musiałem dociągnąć sobie 420MB pakiet anglojęzyczny (wierzcie mi, po kilkunastu latach programowania zawodowego niechętnie patrzy się na zlokalizowane nazwy).

Pierwszy projekt

Standardowo należałoby napisać na początku aplikację "Hello world", czyli prosty program, wyświetlający taki właśnie napis na konsoli lub w okienku. Postanowiłem jednak, że trzeba sobie od razu podnieść poprzeczkę. Nie, żeby jakoś wysoko - ot, klasyczny "program na początek", czyli prosty edytorek tekstu, pozwalający wczytać i zapisać cośkolwiek.

Po utworzeniu nowego projektu WPF od razu miałem przed sobą prosty program z pustym okienkiem. Sięgnąłem pamięcią 15-20 lat wstecz, kiedy używałem Visual Studio czy Delphi i raz dwa "skleciłem" GUI, składające się z menu oraz pola tekstowego. Chwili zastanowienia wymagało oprogramowanie pozycji menu, bo nie chciałem ordynarnie podpinać pod nie akcji "na klik", tylko wykorzystać coś w rodzaju "swingowych" akcji w Javie.

Okazało się, że oczywiście C# także coś podobnego umożliwia, a co więcej, banalną sprawą jest ustawienie skrótów klawiaturowych dla takich akcji (tu zwanych "komendami"). Podpięcie tych komend do odpowiednich pozycji menu było kwestią minuty i całość zaczęła działać. Ot, tak.

Visual Studio a JetBrains

Nie da się ukryć, że programiści mają swoje przyzwyczajenia - ja nade wszystko ubóstwiam oprogramowanie JetBrains, a IntelliJ jest moim podstawowym narzędziem pracy. Na tym tle Visual Studio Community prezentuje się całkiem miło, chociaż ma ciągle w sobie "coś", co niegdyś mnie odrzucało. Nie wiem, jak to dokładnie określić, ale chodzi o pewną "nerwowość". Wszystko się przełącza/włącza zbyt szybko. To oczywiście czysto subiektywne odczucie, związane z wieloletnim przyzwyczajeniem do IDE od JetBrains, więc nie przejmuję się tym za bardzo.

Niestety, nie wszystko jest pięknie. Edytory właściwości (np. edytor menu) mimo ładnego wyglądu sprawiają wrażenie narzędzi sprzed dekady. Otwierają się jako okienka modalne, a na dodatek przypisywanie wspomnianych wyżej komend do pozycji menu wymaga wpisania "z pamięci" nazw tychże komend (nie ma żadnej listy do wyboru). Średnio to wygodne, tak samo jak dziwnie pogrupowane nieraz właściwości (w głównym oknie musiałem w końcu włączyć wyświetlanie alfabetyczne, bo niczego nie mogłem znaleźć).

Mimo wszystko, środowisko robi korzystne wrażenie i bardzo fajnie, że jest dostępne za darmo, bo już wersje komercyjne są drogie (4.000zł za Pro) i bardzo drogie (13.000zł za Enterprise)

Z ciekawości otworzyłem jednak już gotowy projekt w Riderze i zadziałało to bez żadnego problemu. Nic się nie posypało, nic nie pokazało błędów, także przy uruchomieniu i budowaniu (notabene został utworzony plik exe o identycznym rozmiarze, co w przypadku Visual Studio, co w sumie nie powinno dziwić, to zapewne w obu przypadkach działa ten sam kompilator). Tak czy owak, w razie czego mogę projektować GUI w Visual Studio, zaś samym programowaniem zająć się już w Riderze.

No i co teraz?

Ano nic takiego. Po prostu w momencie, gdy będę miał do napisania jakiś prosty program, który zrobi coś tam z czymś tam, użyję w pierwszej kolejności C#. Wydaje mi się, że jestem się w stanie przekonać do tego języka programowania. Czy także do Visual Studio? Zobaczymy.

piątek, 25 września 2020

[O] Robocop (1987)

Jak wiecie, lubię sobie czasem wrócić do starych filmów, zwłaszcza z lat osiemdziesiątych, czyli złotej ery kaset wideo, jeszcze przed pojawieniem się (w Polsce) telewizji satelitarnej. Mnie, młodemu wówczas chłopaczkowi, strasznie podobały się filmy z Sylwestrem Stallone'em, Arnoldem Schwarzeneggerem, Jeanem Claudem Van Damme'em i resztą ówczesnej "śmietanki kina akcji" (bo nie zapominajmy o Bruce Lee'm czy Chucku Norrisie!). Na tym tle Robocop był czymś specjalnym, bo akurat grający główną rolę Peter Weller nie należał do mięśniaków, tłukących przeciwników gołymi rękami.

Z drugiej jednak strony, film ma wszystko, za co kochało się kino, mając lat kilkanaście - dystopijne miasto przyszłości, korporacje, brutalną policję, w której jednak zdarzają się szlachetne jednostki chcące po prostu pilnować porządku. Do tego bardzo wyraziste czarne charaktery, z budzącymi podskórną niechęć Jonesem (Ronny Cox), Mortonem (Miguel Ferrer) oraz Clarencem (Kurtwood Smith) oraz ona, budząca z kolei sympatię, Lewis (Nancy Allen).

Fabuła jest prosta i pewnie większości z Was znana. W rządzonym przez gangi Detroit policja coraz gorzej radzi sobie z przestępczością. Korporacja Omni Consumer Products (OCP) wygrywa kontrakt na prywatyzację policji, co ma zwiększyć jej skuteczność i przywrócić spokój na ulicach miasta. Niestety, próbny pokaz w pełni automatycznego "funkcjonariusza" kończy się śmiercią pozoranta. W tym czasie oficer Murphy (czyli Peter Weller) zostaje zmasakrowany podczas jednej z akcji policyjnych, którą prowadzi razem z Lewis. Morton, chcący wygryźć z OCP Jonesa, pomysłodawcę robotów, wymyśla hybrydę człowieka i maszyny. Wykorzystuje ciało Murphy'ego i osadza jego część w mechanicznej obudowie. Robocop ma być więc z jednej strony potężny i trudny do pokonania dla przestępców, ale jednocześnie zaprogramowany i posłuszny dla OCP (a teoretycznie - policji). Sprawy jednak wymykają się spod kontroli, gdy Murphy'emu zaczynają wracać wspomnienia...

Wiadomo, że z dzisiejszego punktu widzenia nieco rażą efekty specjalne - ale, o dziwo, w ogóle to nie przeszkadza! Całość podana jest w tak sugestywny sposób, że bez mrugnięcia okiem przystajemy na wizję reżysera i trzymamy kciuki za dzielnego "blaszaka", który rozprawia się z niegodziwcami. Do tego dochodzi wpadająca w ucho muzyka, solidne aktorstwo i generalnie brak fabularnych głupot. Wszystko jest na swoim miejscu, a jedyną rzeczą, która może psuć oglądanie bardziej wrażliwym osobom, jest bardzo dosłowna brutalność niektórych scen. No, ale to w końcu opanowane przez przestępczość Detroit XXI wieku...

Na tym tle bardzo blado wypada remake z 2014 roku, który wprawdzie efekty specjalne ma na wysokim poziomie, ale cała reszta nie bawi tak, jak oryginał sprzed trzydziestu lat. Obejrzeć można, ale lepiej sięgnąć po klasykę.

środa, 23 września 2020

Blogger - analiza bloga

Publikuję od czasu do czasu blogowe statystyki, enigmatycznie wspominając o tajemniczym narzędziu, dzięki któremu zdobywam potrzebne dane. Jako że koniec roku coraz bliższy, pojawi się też pokusa, by i w tym roku rzeczoną statystykę przygotować, postanowiłem zatem pokazać, jak się rzeczy mają od strony "kuchni".

Moje narzędzie działa w oparciu o dane pobrane z pliku archiwalnego blogu - niestety, zbyt częste odpytywanie serwerów Google'a kończy się blokadą, bo jest rozpoznawane jako atak DDoS. Chcąc uniknąć tego typu problemów, zdecydowałem się na pracę off-line. Wchodzę zatem do panelu mojego bloga w Ustawienia i szukam sekcji Zarządzaj blogiem. Tu każę sporządzić kopię zawartości, co spowoduje pobranie pliku XML o nazwie w rodzaju blog-09-23-2020.xml.

Tenże plik otwieram w analizatorze i proszę bardzo! Mam drzewko wszystkich wpisów (w tym takich, których nie opublikowałem na blogu) wraz z podaną liczbą wpisów w każdym roku i każdym miesiącu. Co ważne, po kliknięciu na pozycję wpisu, pokazuje mi się jego podgląd wraz z grafiką (jest on dość uproszczony, ale widać to, co trzeba), a ponadto poniżej samego wpisu są wyszczególnione wszystkie słowa kluczowe go opisujące, wylistowane są linki (odsyłacze) użyte w treści oraz pełne ścieżki do wszystkich grafik (można je skopiować i otworzyć w przeglądarce). W razie czego mogę też bez problemu pobrać wybrany plik graficzny i zapisać go na dysku lokalnym.

Można także podejrzeć ogólne statystyki całego bloga, przy czym wpisy są podzielone na typy - u mnie typ wpisu oznaczany jest specjalnym symbolem w tytule ([W] to wpisy warsztatowe, [A] - audiobooki i tak dalej). To właśnie z tych statystyk sporządzam wykresy czy wysnuwam daleko idące wnioski na temat kondycji bloga.

Oprócz gromadzenia danych statystycznych narzędzie służy mi do rzeczy dużo bardziej praktycznej - wyszukiwania. Wystarczy wpisać w pole filtra szukane słowo (albo choćby fragment), a drzewo bloga zostanie okrojone tylko do tych wpisów, które wpisaną frazę zawierają albo w tytule, albo w treści, albo w słowach kluczowych. Działa to DUŻO sprawniej niż wyszukiwarka na blogu.

No i tyle dobrego. Nawiasem mówiąc, warto chyba robić kopie zapasowe bloga. Tak na wszelki wypadek, gdyby Google kiedyś zamknęło swoje podwoje albo zrobiło użytkownikom jakiegoś nieładnego psikusa.

Co polecam na smartfona?

Nie jestem jakimś zaawansowanym użytkownikiem smartfonów, w zasadzie mam cały czas ten sam model od ponad dwóch lat (i jest to mój pierwszy smartfon), ale przez ten czas zdążyłem poznać kilka bardzo przydatnych aplikacji, które chciałbym Wam teraz zaprezentować - a nuż komuś także przypadną do gustu?

Brave

To przeglądarka internetowa (istnieje także jej wersja "komputerowa", ale tej akurat nie używam). Jest bardzo prosta i szybka, ma wbudowane, bardzo sprawnie działające blokowanie reklam i wyskakujących okienek, pozwala słuchać YouTube'a także w tle (wbrew pozorom bardzo przydatne!), ma także wygodny system kart i pobierania plików. Bardzo sobie chwalę i mimo że jakiś czas temu pokazała się mobilna wersja moje "komputerowej" przeglądarki Vivaldi, to jednak nie dała ona rady "wygryźć" Brave z roli podstawowej aplikacji do przeglądania stron.

Tasks

Tasks jest moją główną aplikacją zakupową, mimo pojawienia się na widnokręgu Pana Paragona. Aplikację wykorzystuję w bardzo prosty sposób - mam tu wprowadzone wszystkie rzeczy, które zazwyczaj kupuję podczas sobotnich zakupów. Robiąc listę na konkretne zakupy, "odznaczam" określone pozycje, które wędrują na górę całej listy. Chodząc zaś po sklepie i wkładając rzeczy do koszyka, zaznaczam je i wówczas przenoszą się z powrotem gdzieś na dół. Mam w ten sposób u góry listy zawsze te rzeczy, które jeszcze nie zostały zakupione, co jest bardzo wygodne i czytelne.

Wspomniany Pan Paragon działa podobnie w kwestii listy zakupów, ma jednak tę przewagę, że łatwiej się "klika" poszczególne pozycje - nie trzeba trafiać dokładnie w malutką kratkę. Na razie jednak nie korzystałem z niego zbyt wiele, bo jeszcze nie przeniosłem pełnej listy.

ReadEra

To dość specyficzna propozycja, choć akurat ja używam tej aplikacji bardzo często. ReadEra jest czytnikiem e-publikacji: plików pdf, mobi, epub, djvu, doc, docx, rtf, odt, txt i innych. I radzi sobie z tym naprawdę świetnie - wygodna jest zarówno nawigacja po konkretnej publikacji, jak i przeglądanie listy ostatnio czytanych, regulacja orientacji czytania (pion czy poziom), przybliżenia, przełączania stron - jednym słowem, nie znajduję tu nic, co by mnie denerwowało lub przeszkadzało w czytaniu. Do tego nawet wersja darmowa nie zawiera reklam i konieczności rejestrowania się gdziekolwiek, więc tym bardziej warto.

Player Pro

Miesiące mijają, korzystam ze Spotify i SoundCloud, a jednak PlayerPro wciąż tkwi na głównej stronie smartfona i jest w użyciu. Może to przywiązanie do własnych "empetrójek", a może wygoda, bo nie trzeba włączać mobilnego internetu podczas podróży autem? Nie wiem, ale fakt jest faktem, że wciąż korzystam z tej aplikacji i nie żałuję, że wydałem kilkanaście złotych na jej pełną wersję. Polecam każdemu, kto chce słuchać własnych plików mp3/wav/flac, wgranych do telefonu.

Dyktafon

Voice Recorder nie jest może produktem pierwszej potrzeby, zwłaszcza że raczej każdy telefon z Androidem ma jakąś aplikację tego typu zainstalowaną firmowo. Ale naprawdę polecam ten konkretny dyktafon, zwłaszcza w wersji Pro. Działa bezproblemowo, nie zacina się, nie wyłącza, pokazuje dokładnie, gdzie są składowane nagrane pliki, ma prosty i czytelny interfejs użytkownika - czego chcieć więcej? Używam dość często do robienia głosowych notatek, zwłaszcza jeśli nagle wpadnę na jakiś "przełomowy" pomysł np. podczas zasypiania.

Sudoku

No tak, Sudoku nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć. W końcu od czasu do czasu trzeba się też zrelaksować. Opisywana wersja jest tą, która po dwóch i pół roku ostatecznie zwyciężyła bój o ulubioną wersję. Jest wygodna, można zmieniać motywy (np. na ciemny), można wybierać stopień trudności, są dostępne codzienne wyzwania i gromadzone statystyki, jeśli ktoś lubi. Reklamy nie są nachalne, aczkolwiek żeby się ich całkowicie pozbyć, trzeba się zdecydować na subskrypcję (co mnie akurat zupełnie nie odpowiada). Bardzo solidne sudoku.

No i tyle

Jak widać, aplikacji nie ma zbyt wiele - wiadomo, że jeszcze dochodzi Spotify, SoundCloud czy aplikacje wbudowane w rodzaju poczty, ale zasadniczo "zewnętrznych" programów nie mam zainstalowanych aż tak dużo. Ot, by wygodnie korzystać z tego, że noszę w torbie czy kieszeni przenośny komputerek, który potrafi nieco więcej niż tylko odbierać rozmowy i pisać smsy.

wtorek, 22 września 2020

[S] Ostatnie ogródkowe

Podejrzewam, że już w tym roku więcej kwiatów w przydomowym ogródku nie znajdę. Dokładnie rok temu było tutaj zdecydowanie bardziej kolorowo i chociaż dziś podobnie pogoda dopisuje, to jednak barw znacznie mniej... Ale nacieszmy się chociaż tymi kilkoma:

Przysłona: , Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/640 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Jesień 2020

No i się doigraliśmy - od dzisiaj mamy astronomiczną jesień. Na kalendarzową poczekamy wprawdzie do jutra, ale z kolei meteorologiczną mamy już od początku września. Jak widać zatem, wielbiciele lata mogą przesuwać cezurę do 23 września, wielbiciele jesieni zaś mogą się nią cieszyć już z końcem sierpnia.

Na razie jesień wygląda całkiem ładnie, choć w powietrzu czuć już chłód, zwłaszcza nad ranem. Ale i wyprawy "na rower" okazują się coraz bardziej problematyczne, bo trudno dobrze trafić z odzieżą - raz jest zimno, za chwilę gorąco, zależy czy jedzie się w cieniu, czy w słońcu, czy akurat wypadł postój, czy też depcze się mocno "pod górkę". Nie ma jednak co narzekać, tylko trzeba korzystać z pogodnych dni, bo nie wiadomo, ile ich jeszcze zostało przed listopadem.

poniedziałek, 21 września 2020

[K] Dlaczego Affinity Photo jest lepszy od PaintShop Pro 2020

Od wiosny używam obu wymienionych w tytule programów jako zastępników Photoshopa. O Paint Shop Pro nawet pisałem w maju, zaś o Affinity Photo wspominałem krótko z okazji testów alternatyw dla Photoshopa. Zbyt dużo prac graficznych może nie wykonywałem, ale jakieś wnioski po półroczu się nasuwają.

PaintShop Pro 2020

Program od Corela w wersji Ultimate zawiera garść programów pomocniczych, z których jednak korzystam bardzo sporadycznie, skupię się zatem wyłącznie na samym edytorze. Sprawia on początkowo nawet przyjemne wrażenie, które jednak szybko pryska w zetknięciu z nieco toporną obsługą i pojawiającymi się błędami.

Najbardziej denerwuje mnie w tym programie niestabilność. Ścierpiałbym nawet niewygodną obsługę, byle tylko program nie wychodził do pulpitu z byle okazji. Wchodzę do modułu Manage i klikam ja jeden z dysków - program znika z ekranu. Używam jednego z filtrów na pliku z kilkunastoma warstwami - program znika ekranu. Nawet przy usuwaniu obiektów ze zdjęcia zdarzyło mi się raz, że program po prostu się wyłączył.

Pomijam już tutaj fakt, że po pierwszej instalacji PSP 2020 przestał mi się uruchamiać Painter - bo o tym pisałem osobno. Po prosto corelowisko w najgorszym wydaniu.

Niewygoda wynika - jak mniemam - z zaszłości historycznych i wieku programu. Dajmy na to usuwanie wybranych elementów ze zdjęcia wygląda tu dość kuriozalnie. Już w Photoshopie CS6 sprzed lat niemal dziesięciu zrobiono je tak, że można po prostu zamalować element do usunięcia, a program potrafi to miejsce zastąpić wygenerowanym tłem pasującym do otoczenia. W Affinity Photo zrobiono to też właśnie tak, różne aplikacje graficzne on-line również rozwiązano to podobnie. Ale PSP 2020 niestety ma własny przepis: trzeba najpierw obrysować usuwany przedmiot maską, potem przełączyć się przyciskiem z nic nie mówiącym kwadracikiem w tryb wskazywania źródła i narysować prostokątną ramką obszar, z którego program "spróbkuje" piksele do zamiany. Potem należy jeszcze potwierdzić chęć wykonania usunięcia, ale jeśli obszar źródłowy będzie zbyt mały, to po prostu nic się nie zadzieje, a Ty, użytkowniku, domyśl się, dlaczego - program w żaden sposób nie podpowiada, że trzeba po prostu zwiększyć ramkę "źródłową"... W dodatku, jak już się uda obiekt usunąć, to rzadko kiedy wygląda to akceptowalnie dobrze.

Do tego dochodzą przedpotopowe okienka, nieskalowalne, z suwakami do przesuwania zawartości, problemy z wywoływaniem RAWów (słaba wywoływarka, której dużą część zajmuje reklama osobnego programu Corela - AfterShot, służącego do obsługi RAWów), kompletnie inne niż w Photoshopie skróty klawiaturowe i... wszechobecne okienka i panele, próbujące sprzedać inne programy z oferty producenta, których nie sposób się pozbyć, a które po pewnym czasie zwyczajnie irytują.

Affinity Photo

Tu wrażenia mam dużo lepsze i teraz już nie wiem, czy to dlatego, że program jest rzeczywiście dużo lepszy od konkurenta, czy po prostu uwiodła mnie prostota obsługi całego pakietu od Affinity (bo mimo wcześniejszych obiekcji w praktyce Affinity Designer wyparł zupełnie CorelDraw z moich prac graficznych!). Jakikolwiek byłby powód, to do obróbki grafiki rastrowej coraz częściej wybieram właśnie Photo, a nie PSP 2020.

Podstawowy powód - poza stabilnością i nowoczesnym wyglądem - to błyskawiczny start aplikacji i w ogóle szybkość działania. Wyjątkiem jest wywoływanie RAWów, szczególnie tych większych, np. z Fuji - wtedy wyraźnie widać "przerysowywanie kafelków", choć do samej jakości wywołania nie mam większych zastrzeżeń, zaś podgląd wprost w oknie aplikacji z możliwości wygodnego przesuwania i zoomowania, a nie w jakimś "dziadowskim" okienku jako w PSP 2020, daje naprawdę duży komfort obsługi.

Dodajmy do tego dużą zgodność skrótów klawiaturowych z tymi obecnymi w Photoshopie oraz integrację z pozostałymi aplikacjami pakietu (np. w Designerze można się "przenosić" do Photo, by na szybko wyedytować jakiś element rastrowy), częste aktualizacje i bezproblemowy dostęp do wersji beta dla chętnych i mamy przed sobą obraz całkiem przyjemnego programu.

W dodatku, aby pobrać wersję instalacyjną, nie trzeba - jak u Corela - udowadniać obsłudze, że się zarejestrowany program kupiło, wysyłając im rachunki i faktury. Po prostu logujemy się na konto i pobieramy.

Werdykt już zapadł

Wprawdzie Corel od paru tygodni mami aktualizacją do wersji 2021, jednak daruję sobie już chyba kontakty z tą firmą. Zwłaszcza że ostatnio chciałem skorzystać z dodawanego do wersji Ultimate programu "efektowego" GRFX Studio Corel i chociaż go wiosną rejestrowałem i uruchamiałem, jakimś cudem się wyrejestrował i musiałem szukać w e-mailach numeru seryjnego, którego zresztą program nie chciał przyjąć. Skończyło się na kontakcie z supportem i ponownym udowadnianiu, że się ma legalną licencję na ten program, że jest on na liście zarejestrowanych i nawet działał. Po dniu oczekiwania support wygenerował mi nowy numer seryjny, utrzymując, że ten poprzedni był nieprawidłowy (?!). Tylko że ten dzień później ja już miałem dawno obrobiony plik, na którym chciałem wypróbowywać GRFX...

Dla mnie werdykt jest prosty. Wybieram tańszy program, który zwyczajnie działa bezproblemowo, którego producent nie rzuca legalnym użytkownikom kłód pod nogi, który w dodatku ładnie wygląda i pracuje się w nim równie wygodnie (jeśli nie wygodniej!) niż w Photoshopie. Pełnym zamiennikiem nie jest, ale jeśli już muszę wrzucać warstwy tekstowe do plikow .psd, to odpalam starego CS6 i tyle. Na razie to wystarcza.

niedziela, 20 września 2020

Oferta do odrzucenia

Ach, jak ja lubię marketing telefoniczny! Te pytania "czy dodzwoniłam się do mieszkańca Swarzędza?" i brak odpowiedzi na kontr-pytanie: "A nie wie pani, do kogo dzwoniła?" Albo radosne oferty prezentacji garnków/mebli/pościeli. I obietnice, że w zasadzie bez wysiłku można wygrać fanty wartości kilku tysięcy złotych... Ale tym razem ja nie o tym.

Tym razem w słuchawce odezwał się bardzo miły męski głos, że skoro właśnie (w marcu) skończyła mi się umowa u pewnego Operatora (nie muszę chyba DODAWAĆ, u jakiego), to Operator ma dla mnie świetną okazję! Dwa razy więcej internetu i całkiem nowy telefon za złotówkę! Tylko muszę się zgodzić podczas tej rozmowy, bo później oferta przepada, jest jednorazowa i nie powtórzy się więcej. Czy są jakieś haczyki? Nie, oczywiście żadnych, nawet abonament będzie niższy!

Lubię, jak miłe głosy w słuchawce same wpadają we własne sidła. Pytam zatem uprzejmie, czy to oznacza, że od momentu wejścia w życie nowej umowy będę płacił tylko tę kwotę abonamentu, którą pan właśnie mnie kusił. Pan odpowiada z rubasznym śmiechem, że muszę dopłacić złotówkę za nowy telefon, "ha, ha, wie pan". Też się śmieję i radosnym głosem pytam, czy w takim razie nowy telefon jest prezentem od Operatora? Głos w słuchawce nieco stracił na pewności - ale że jak to prezentem? No to tłumaczę, że za obecny telefon (wzięty ponad dwa lata temu za złotówkę) muszę co miesiąc dopłacać do abonamentu 40zł - a z tego, co teraz słyszę, to nie dość, że nie będę musiał już płacić, to abonament stanieje, a nowy telefon w ogóle nie wymaga już dopłat. Czy dobrze rozumiem to, co mi pan właśnie zaproponował?

No, eee, no, nie, wie pan, no wie pan, to trzeba płacić. Za nowy? No, za nowy. A za stary? Za stary też...

Podsumowuję zatem: czyli namawia mnie pan, żebym wziął nowy telefon i spłacał dwa tylko po to, żeby mieć o 8 złotych tańszy abonament? To jest ta cudowna oferta, która się już nie powtórzy? To dlatego mam skakać z radości?

Chwila ciszy w słuchawce. "No ale na pewno nie przyda się panu nowy telefon? Za złotówkę..."