poniedziałek, 14 września 2020

W obronie starych baśni

Dzisiejszy świat coraz bardziej popada w paranoję poprawności i strachu przed zwykłym powiedzeniem "nie" (bo zawsze ktoś się "poczuje obrażony"). Dotyka to też - zdawałoby się - niedotykalną przestrzeń baśni i bajek dla dzieci. Zauważyłem to już parę lat temu, gdy chcieliśmy z Żoną zakupić parę tego typu książek dla Perełki. Okazywało się, że wszelkie wydania "bajek Ezopa", "baśni braci Grimm" czy "klasycznych baśni dla dzieci" zawierały nie oryginalne opracowania po polsku, ale ordynarne tłumaczenia prostackich wersji z krajów (sądząc po autorach) anglosaskich. Bajki Ezopa są w nich trywialne, a morał wyjaśniony "kawa na ławę", żeby przypadkiem nikt go nie pominął. Czerwony Kapturek nie niesie już Babci wina, nie ma też scen pożerania czy rozpruwania brzucha Wilkowi. Przyrodnie siostry Kopciuszka nie obcinają sobie kawałka pięty albo dużego palca, chcąc za wszelką cenę poślubić księcia. I tak dalej, i tak dalej.

Pomijam w tym momencie szatę graficzną, bo większość tych "masówek" zawiera, owszem, całe morze kolorowych ilustracji, ale są one beznadziejne pod względem technicznym, zwierzęta nie są podobne do samych siebie, elementy otoczenia sprawiają wrażenie wklejonych z jakichś zbiorów grafik.

Generalnie okazało się, że żeby poczytać dziecku porządne baśnie, napisane porządną polszczyzną i zawierające coś więcej niż tylko oczywiste i proste sformułowania, trzeba sięgnąć po "książki z dzieciństwa". I dzisiaj chciałbym Wam polecić cztery z nich - może traficie gdzieś na pchlim targu albo na regale w bibliotece z książkami do wymiany. Warto. Chociaż te baśni nie są "na pięć minut", to właśnie ich przeczytanie na głos sprawia, że dzieci zaczynają się wsłuchiwać i wyobrażać sobie opisywane wydarzenia. Wiem, bo sprawdzałem to wielokrotnie, Perełka świadkiem.

Aha, jeszcze jedna, ważna informacja - moje opisy i zachęty dotyczą wyłącznie dokładnie takich wydań, jakie widać na zdjęciach, z podanego roku. Nie biorę żadnej odpowiedzialności za ewentualne wznowienia, bo nie dam sobie ręki uciąć, czy jakiś nadgorliwiec nie poczynił w nich "odpowiednich" korekt.

Wanda Markowska, Anna Milska, "Baśnie z czterech świata stron"

Wydawnictwo "Nasza księgarnia", Warszawa, 1982

To piękny przykład, jak różne mogą być opowieści z różnych krajów. A tutaj krajów jest mnóstwo, od Polski, przez Danię, Indie, różne kraje afrykańskie czy z Bliskiego Wschodu aż po Wyspę Wielkanocną. Są opowieści o zwierzętach, są smoki, są czarodzieje, ale większość baśni prowadzi do czytelnych (choć nie podanych wprost na końcu) konkluzji, że warto być uczciwym, dotrzymywać słowa, nie krzywdzić mniejszych od siebie. Wszystko to napisane naprawdę pięknym językiem przez Wandę Markowską i Annę Milską, pięknie wydane, zaś ilustracje? Widać tu rękę prawdziwego rysownika (Krystyna Michałowska), a część dużych, całostronicowych ilustracji można by spokojnie powiesić na ścianie.

Marceli Tarnowski, "Grimm. Baśnie"

Wydawnictwo "Nasza księgarnia", Warszawa, 1971

Wydań baśni w opracowaniu Wilhelma i Jakuba Grimmów jest zatrzęsienie. Ja polecam wydanie z 1971 roku w przekładzie Marcelego Tarnowskiego. Prezentowane tutaj historie nie są zbyt wygładzone i jeśli ma się lać krew, to się leje, ale jednocześnie baśnie te nie zatraciły swojej siły oddziaływania. Nie są grzecznymi wersjami, które mają tylko pokazać znane i popularne postaci. A niektóre baśnie (np. o krawczyku, który zabił sześciu za jednym zamachem) bawią do dzisiaj, zaś inne - jak ta o braciach i ich zwierzętach - potrafią nieźle przestraszyć momentami. Tak czy owak, jest tu posmak klasyki (Kopciuszek, Czerwony Kapturek), jest i świeżość (wiedzieliście, jak powstał groch?), a wszystko to w dużym formacie i z bardzo udanymi, stylizowanymi ilustracjami autorstwa Bożeny Truchanowskiej i Wiesława Majchrzaka.

Hanna Lebecka, "Kwiat paproci i inne baśnie polskie"

Wydawnictwo Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, Warszawa, 1986

To pierwsza z całkowicie polskich pozycji, wybór Hanny Lebeckiej. Zaczyna się bardzo znaną i bardzo wzruszającą baśnią o Jacusiu i kwiecie paproci, jest tu też wariacja o "pięknej i bestii" (moim zdaniem lepsza on wersji spopularyzowanej przez Disneya), są opowieści o zbóju Madeju czy drwalu i diable. Ale prawdziwym majstersztykiem są dwie baśnie, opracowane przez Gustawa Morcinka, a mianowicie o diable Fajferku i górniku Maśloku - obie zresztą planuję nagrać jako audiobooki, jak tylko skończą się prace budowlane w pobliżu. Niestety, w przypadku tego wydawnictwa muszę złożyć zażalenie na ilustracje Jerzego Treutlera, bo chociaż mają jakiś tam swój symboliczny charakter, to jednak dzieciom spodobają się mocno średnio. Ale treść - złoto!

Zdzisław Nowak, "Jak Boruta zakochał się w karczmarzowej córce. Baśnie i legendy kurpiowskie"

Wydawnictwo "Nasza księgarnia", Warszawa, 1988.

Powiem tylko tak: Perełka uwielbia te legendy i baśnie. Nie ma tu raczej niczego bardzo znanego z pop-kultury, bo raczej podania kurpiowskie nie wypłynęły szeroko na wody mainstreamu, ale to, co się tutaj wyprawia, porusza dziecięcą wyobraźnię na pewno (pamiętam z własnego dzieciństwa). Diabły, wiedźmy, strzygi, puszcze pełne zbójców i zwierzyny, prości puszczacy i rycerstwo książąt mazowieckich. Sprytni bartnicy i głupie biesy albo też przebiegli słudzy piekieł i zadufani szlachcice. Klątwy, skarby i wyprawy do piekieł po odzyskanie duszy. Naprawdę dzieje się tu sporo, a przez ciągłe zmiany nikt raczej nie powinien się nudzić. Do tego mnóstwo i to dużych ilustracji pana Jerzego Flisaka, swego czasu bardzo popularnego ilustratora i mamy pozycję, która wciąga, mimo że pojedyncza baśń czy legenda potrafi zająć nawet kilkanaście stron.

Podsumowanie

Nie są to wszystkie godne polecenia wydawnictwa, ale z pewnością te najważniejsze w moim dzieciństwie, przeczytane nie raz, nie dwa i nie trzy (można powiedzieć nawet, że wręcz zaczytane). Ale one dziś także dają radę i wydaje mi się, że dużo bardziej wciągają niż często wydumane "poprawne i grzeczne" współczesne wydawnictwa. Zgadza się, że dziś też można znaleźć sporo dobrej literatury dziecięcej (jak na przykład "Pan Kuleczka" Wojciecha Widłaka czy "Detektyw Pozytywka" Grzegorza Kasdepke), jednak jeśli chodzi o tematykę dawnych dziejów, klimaty królów, książąt, magów, smoków, pięknych księżniczek, wiedźm i diabłów, to wyżej opisane pozycje na pewno dostarczą mnóstwa rozrywki.

Bo to dobre książki są, po prostu.

5 komentarzy:

  1. Pamiętam dobrze te okładki! :) Pamiętam, że na studiach była mowa o tym, że baśnie w swoich korzeniach były groźne i kiedy je opowiadano, słuchacze mieli się bać. Potem to wszystko ewoluowało i teraz baśń kojarzy nam się po prostu z opowieścią o dobrym zakończeniu. Dobrze, że zachowały się te egzemplarze z dawnymi wersjami ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, mnie osobiście trochę to martwi. Bo czasem nowe, "łagodne" zakończenie zmienia w ogóle sens całej opowieści. Np. w "Kwiecie paproci" Jacuś przez swój egoizm i chęć życia w bogactwie traci całą rodzinę i dopiero wtedy widzi, że wtedy życie też traci sens. W wersji "łagodnej" udaje mu się ocalić rodzinę, więc tak naprawdę nie ma dla niego "kary", po prostu wraca do sytuacji początkowej, bo znów jest biedny. Czyli morał nie jest taki, że można stracić wszystko, tylko że zawsze będzie można się cofnąć do stanu początkowego.

      Usuń
  2. Pamiętam, jak czytałam baśnie braci Grimm - istne horrory.:) Baśnie Andersena też nie były wesołe i z dobrym zakończeniem.
    Ale ta dzisiejsza tendencja do "poprawności" i przesadne stosowanie zasady ad usum Delphini mnie nieco przeraża.
    No w sumie czego się spodziewać, skoro przed narodowym czytaniem poprawia się Żeromskiego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest chyba taki ogólny trend "myślenia za ludzi". Takie cenzorskie przekonanie, że cenzor wie lepiej, że "głupi lud" (a za głupie uważa się często dzieci, co jest jednym z największych nieporozumień w historii) może poznać tylko proste rzeczy.

      Oczywiście, nie chodzi mi o to, żeby dzieciom dawać do przeczytania "Main kampf" czy "Kamasutrę" - ale, u licha, od czego są rodzice? To rodzic wskazuje czy wręcz czyta dziecku lekturę - dlaczego nie zostawić tej "cenzorskiej" roli rodzicowi, który najlepiej zna swoje dziecko i wie, na jakie treści jak ono reaguje? Akurat na to pytanie istnieje prosta odpowiedź - z lenistwa. Rodzicom nie chce się analizować, nie chce się sprawdzać, książką dziecko ma się zająć i nie przeszkadzać... i "dla bezpieczeństwa" potrzebne są "bezpieczne" książki :(

      Usuń
    2. Widzę tu pewien błąd w rozumowaniu: obecnie rzadko który rodzic sam czyta książki, to jak ma wiedzieć, co dla dziecka jest dobre? Zresztą nie ma czasu ani na czytanie, ani na zastanawianie się nad tym jak reaguje i na co jego dziecko, niestety.

      Usuń