sobota, 26 września 2020

C# niezupełnie od podstaw

Podobno nauka każdego nowego języka programowania jest prostsza niż wcześniejszych. Pocieszam się tym, bo postanowiłem popróbować się z językiem C#. Po co mi nauka nowego języka? Po pierwsze dlatego, że C# systematycznie zdobywa popularność. Po drugie - jest zasadniczo dość podobny do Javy, z którą mam do czynienia już od kilkunastu lat. Po trzecie umożliwia łatwiejsze prezentowanie programów innym użytkownikom, bo zazwyczaj pakiety .NET są zainstalowane w systemie (zwłaszcza w Windows 10) i nie trzeba nikogo stresować koniecznością pobierania javowego środowiska uruchomieniowego JRE. No i jeśli korzystać z Visual Studio, to można nawet sobie interfejs użytkownika po prostu "wyklikać", zamiast pracowicie pisać w kodzie.

Początki

Po przeczytaniu kilku poradników na temat "jak zacząć", postanowiłem posłuchać głosów większości i zainstalować Visual Studio w wersji Community (czyli darmowej). Na wszelki wypadek od razu też zainstalowałem środowisko od firmy JetBrains, czyli Rider. Instalacja wymagała przypomnienia sobie hasła do konta Microsoftu, pobrania 18GB kodu (!) i przeczekania prawie godziny, aż wszystko znajdzie się na swoim miejscu. Do tego, oczywiście, nie pomyślałem w ogóle o tym, że Visual Studio może sprawdzać lokalizację, więc mocno zdziwiłem się widząc interfejs użytkownika po polsku. Co z kolei opóźniło zabawę o kolejny kwadrans, bo musiałem dociągnąć sobie 420MB pakiet anglojęzyczny (wierzcie mi, po kilkunastu latach programowania zawodowego niechętnie patrzy się na zlokalizowane nazwy).

Pierwszy projekt

Standardowo należałoby napisać na początku aplikację "Hello world", czyli prosty program, wyświetlający taki właśnie napis na konsoli lub w okienku. Postanowiłem jednak, że trzeba sobie od razu podnieść poprzeczkę. Nie, żeby jakoś wysoko - ot, klasyczny "program na początek", czyli prosty edytorek tekstu, pozwalający wczytać i zapisać cośkolwiek.

Po utworzeniu nowego projektu WPF od razu miałem przed sobą prosty program z pustym okienkiem. Sięgnąłem pamięcią 15-20 lat wstecz, kiedy używałem Visual Studio czy Delphi i raz dwa "skleciłem" GUI, składające się z menu oraz pola tekstowego. Chwili zastanowienia wymagało oprogramowanie pozycji menu, bo nie chciałem ordynarnie podpinać pod nie akcji "na klik", tylko wykorzystać coś w rodzaju "swingowych" akcji w Javie.

Okazało się, że oczywiście C# także coś podobnego umożliwia, a co więcej, banalną sprawą jest ustawienie skrótów klawiaturowych dla takich akcji (tu zwanych "komendami"). Podpięcie tych komend do odpowiednich pozycji menu było kwestią minuty i całość zaczęła działać. Ot, tak.

Visual Studio a JetBrains

Nie da się ukryć, że programiści mają swoje przyzwyczajenia - ja nade wszystko ubóstwiam oprogramowanie JetBrains, a IntelliJ jest moim podstawowym narzędziem pracy. Na tym tle Visual Studio Community prezentuje się całkiem miło, chociaż ma ciągle w sobie "coś", co niegdyś mnie odrzucało. Nie wiem, jak to dokładnie określić, ale chodzi o pewną "nerwowość". Wszystko się przełącza/włącza zbyt szybko. To oczywiście czysto subiektywne odczucie, związane z wieloletnim przyzwyczajeniem do IDE od JetBrains, więc nie przejmuję się tym za bardzo.

Niestety, nie wszystko jest pięknie. Edytory właściwości (np. edytor menu) mimo ładnego wyglądu sprawiają wrażenie narzędzi sprzed dekady. Otwierają się jako okienka modalne, a na dodatek przypisywanie wspomnianych wyżej komend do pozycji menu wymaga wpisania "z pamięci" nazw tychże komend (nie ma żadnej listy do wyboru). Średnio to wygodne, tak samo jak dziwnie pogrupowane nieraz właściwości (w głównym oknie musiałem w końcu włączyć wyświetlanie alfabetyczne, bo niczego nie mogłem znaleźć).

Mimo wszystko, środowisko robi korzystne wrażenie i bardzo fajnie, że jest dostępne za darmo, bo już wersje komercyjne są drogie (4.000zł za Pro) i bardzo drogie (13.000zł za Enterprise)

Z ciekawości otworzyłem jednak już gotowy projekt w Riderze i zadziałało to bez żadnego problemu. Nic się nie posypało, nic nie pokazało błędów, także przy uruchomieniu i budowaniu (notabene został utworzony plik exe o identycznym rozmiarze, co w przypadku Visual Studio, co w sumie nie powinno dziwić, to zapewne w obu przypadkach działa ten sam kompilator). Tak czy owak, w razie czego mogę projektować GUI w Visual Studio, zaś samym programowaniem zająć się już w Riderze.

No i co teraz?

Ano nic takiego. Po prostu w momencie, gdy będę miał do napisania jakiś prosty program, który zrobi coś tam z czymś tam, użyję w pierwszej kolejności C#. Wydaje mi się, że jestem się w stanie przekonać do tego języka programowania. Czy także do Visual Studio? Zobaczymy.

piątek, 25 września 2020

[O] Robocop (1987)

Jak wiecie, lubię sobie czasem wrócić do starych filmów, zwłaszcza z lat osiemdziesiątych, czyli złotej ery kaset wideo, jeszcze przed pojawieniem się (w Polsce) telewizji satelitarnej. Mnie, młodemu wówczas chłopaczkowi, strasznie podobały się filmy z Sylwestrem Stallone'em, Arnoldem Schwarzeneggerem, Jeanem Claudem Van Damme'em i resztą ówczesnej "śmietanki kina akcji" (bo nie zapominajmy o Bruce Lee'm czy Chucku Norrisie!). Na tym tle Robocop był czymś specjalnym, bo akurat grający główną rolę Peter Weller nie należał do mięśniaków, tłukących przeciwników gołymi rękami.

Z drugiej jednak strony, film ma wszystko, za co kochało się kino, mając lat kilkanaście - dystopijne miasto przyszłości, korporacje, brutalną policję, w której jednak zdarzają się szlachetne jednostki chcące po prostu pilnować porządku. Do tego bardzo wyraziste czarne charaktery, z budzącymi podskórną niechęć Jonesem (Ronny Cox), Mortonem (Miguel Ferrer) oraz Clarencem (Kurtwood Smith) oraz ona, budząca z kolei sympatię, Lewis (Nancy Allen).

Fabuła jest prosta i pewnie większości z Was znana. W rządzonym przez gangi Detroit policja coraz gorzej radzi sobie z przestępczością. Korporacja Omni Consumer Products (OCP) wygrywa kontrakt na prywatyzację policji, co ma zwiększyć jej skuteczność i przywrócić spokój na ulicach miasta. Niestety, próbny pokaz w pełni automatycznego "funkcjonariusza" kończy się śmiercią pozoranta. W tym czasie oficer Murphy (czyli Peter Weller) zostaje zmasakrowany podczas jednej z akcji policyjnych, którą prowadzi razem z Lewis. Morton, chcący wygryźć z OCP Jonesa, pomysłodawcę robotów, wymyśla hybrydę człowieka i maszyny. Wykorzystuje ciało Murphy'ego i osadza jego część w mechanicznej obudowie. Robocop ma być więc z jednej strony potężny i trudny do pokonania dla przestępców, ale jednocześnie zaprogramowany i posłuszny dla OCP (a teoretycznie - policji). Sprawy jednak wymykają się spod kontroli, gdy Murphy'emu zaczynają wracać wspomnienia...

Wiadomo, że z dzisiejszego punktu widzenia nieco rażą efekty specjalne - ale, o dziwo, w ogóle to nie przeszkadza! Całość podana jest w tak sugestywny sposób, że bez mrugnięcia okiem przystajemy na wizję reżysera i trzymamy kciuki za dzielnego "blaszaka", który rozprawia się z niegodziwcami. Do tego dochodzi wpadająca w ucho muzyka, solidne aktorstwo i generalnie brak fabularnych głupot. Wszystko jest na swoim miejscu, a jedyną rzeczą, która może psuć oglądanie bardziej wrażliwym osobom, jest bardzo dosłowna brutalność niektórych scen. No, ale to w końcu opanowane przez przestępczość Detroit XXI wieku...

Na tym tle bardzo blado wypada remake z 2014 roku, który wprawdzie efekty specjalne ma na wysokim poziomie, ale cała reszta nie bawi tak, jak oryginał sprzed trzydziestu lat. Obejrzeć można, ale lepiej sięgnąć po klasykę.

środa, 23 września 2020

Blogger - analiza bloga

Publikuję od czasu do czasu blogowe statystyki, enigmatycznie wspominając o tajemniczym narzędziu, dzięki któremu zdobywam potrzebne dane. Jako że koniec roku coraz bliższy, pojawi się też pokusa, by i w tym roku rzeczoną statystykę przygotować, postanowiłem zatem pokazać, jak się rzeczy mają od strony "kuchni".

Moje narzędzie działa w oparciu o dane pobrane z pliku archiwalnego blogu - niestety, zbyt częste odpytywanie serwerów Google'a kończy się blokadą, bo jest rozpoznawane jako atak DDoS. Chcąc uniknąć tego typu problemów, zdecydowałem się na pracę off-line. Wchodzę zatem do panelu mojego bloga w Ustawienia i szukam sekcji Zarządzaj blogiem. Tu każę sporządzić kopię zawartości, co spowoduje pobranie pliku XML o nazwie w rodzaju blog-09-23-2020.xml.

Tenże plik otwieram w analizatorze i proszę bardzo! Mam drzewko wszystkich wpisów (w tym takich, których nie opublikowałem na blogu) wraz z podaną liczbą wpisów w każdym roku i każdym miesiącu. Co ważne, po kliknięciu na pozycję wpisu, pokazuje mi się jego podgląd wraz z grafiką (jest on dość uproszczony, ale widać to, co trzeba), a ponadto poniżej samego wpisu są wyszczególnione wszystkie słowa kluczowe go opisujące, wylistowane są linki (odsyłacze) użyte w treści oraz pełne ścieżki do wszystkich grafik (można je skopiować i otworzyć w przeglądarce). W razie czego mogę też bez problemu pobrać wybrany plik graficzny i zapisać go na dysku lokalnym.

Można także podejrzeć ogólne statystyki całego bloga, przy czym wpisy są podzielone na typy - u mnie typ wpisu oznaczany jest specjalnym symbolem w tytule ([W] to wpisy warsztatowe, [A] - audiobooki i tak dalej). To właśnie z tych statystyk sporządzam wykresy czy wysnuwam daleko idące wnioski na temat kondycji bloga.

Oprócz gromadzenia danych statystycznych narzędzie służy mi do rzeczy dużo bardziej praktycznej - wyszukiwania. Wystarczy wpisać w pole filtra szukane słowo (albo choćby fragment), a drzewo bloga zostanie okrojone tylko do tych wpisów, które wpisaną frazę zawierają albo w tytule, albo w treści, albo w słowach kluczowych. Działa to DUŻO sprawniej niż wyszukiwarka na blogu.

No i tyle dobrego. Nawiasem mówiąc, warto chyba robić kopie zapasowe bloga. Tak na wszelki wypadek, gdyby Google kiedyś zamknęło swoje podwoje albo zrobiło użytkownikom jakiegoś nieładnego psikusa.

Co polecam na smartfona?

Nie jestem jakimś zaawansowanym użytkownikiem smartfonów, w zasadzie mam cały czas ten sam model od ponad dwóch lat (i jest to mój pierwszy smartfon), ale przez ten czas zdążyłem poznać kilka bardzo przydatnych aplikacji, które chciałbym Wam teraz zaprezentować - a nuż komuś także przypadną do gustu?

Brave

To przeglądarka internetowa (istnieje także jej wersja "komputerowa", ale tej akurat nie używam). Jest bardzo prosta i szybka, ma wbudowane, bardzo sprawnie działające blokowanie reklam i wyskakujących okienek, pozwala słuchać YouTube'a także w tle (wbrew pozorom bardzo przydatne!), ma także wygodny system kart i pobierania plików. Bardzo sobie chwalę i mimo że jakiś czas temu pokazała się mobilna wersja moje "komputerowej" przeglądarki Vivaldi, to jednak nie dała ona rady "wygryźć" Brave z roli podstawowej aplikacji do przeglądania stron.

Tasks

Tasks jest moją główną aplikacją zakupową, mimo pojawienia się na widnokręgu Pana Paragona. Aplikację wykorzystuję w bardzo prosty sposób - mam tu wprowadzone wszystkie rzeczy, które zazwyczaj kupuję podczas sobotnich zakupów. Robiąc listę na konkretne zakupy, "odznaczam" określone pozycje, które wędrują na górę całej listy. Chodząc zaś po sklepie i wkładając rzeczy do koszyka, zaznaczam je i wówczas przenoszą się z powrotem gdzieś na dół. Mam w ten sposób u góry listy zawsze te rzeczy, które jeszcze nie zostały zakupione, co jest bardzo wygodne i czytelne.

Wspomniany Pan Paragon działa podobnie w kwestii listy zakupów, ma jednak tę przewagę, że łatwiej się "klika" poszczególne pozycje - nie trzeba trafiać dokładnie w malutką kratkę. Na razie jednak nie korzystałem z niego zbyt wiele, bo jeszcze nie przeniosłem pełnej listy.

ReadEra

To dość specyficzna propozycja, choć akurat ja używam tej aplikacji bardzo często. ReadEra jest czytnikiem e-publikacji: plików pdf, mobi, epub, djvu, doc, docx, rtf, odt, txt i innych. I radzi sobie z tym naprawdę świetnie - wygodna jest zarówno nawigacja po konkretnej publikacji, jak i przeglądanie listy ostatnio czytanych, regulacja orientacji czytania (pion czy poziom), przybliżenia, przełączania stron - jednym słowem, nie znajduję tu nic, co by mnie denerwowało lub przeszkadzało w czytaniu. Do tego nawet wersja darmowa nie zawiera reklam i konieczności rejestrowania się gdziekolwiek, więc tym bardziej warto.

Player Pro

Miesiące mijają, korzystam ze Spotify i SoundCloud, a jednak PlayerPro wciąż tkwi na głównej stronie smartfona i jest w użyciu. Może to przywiązanie do własnych "empetrójek", a może wygoda, bo nie trzeba włączać mobilnego internetu podczas podróży autem? Nie wiem, ale fakt jest faktem, że wciąż korzystam z tej aplikacji i nie żałuję, że wydałem kilkanaście złotych na jej pełną wersję. Polecam każdemu, kto chce słuchać własnych plików mp3/wav/flac, wgranych do telefonu.

Dyktafon

Voice Recorder nie jest może produktem pierwszej potrzeby, zwłaszcza że raczej każdy telefon z Androidem ma jakąś aplikację tego typu zainstalowaną firmowo. Ale naprawdę polecam ten konkretny dyktafon, zwłaszcza w wersji Pro. Działa bezproblemowo, nie zacina się, nie wyłącza, pokazuje dokładnie, gdzie są składowane nagrane pliki, ma prosty i czytelny interfejs użytkownika - czego chcieć więcej? Używam dość często do robienia głosowych notatek, zwłaszcza jeśli nagle wpadnę na jakiś "przełomowy" pomysł np. podczas zasypiania.

Sudoku

No tak, Sudoku nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć. W końcu od czasu do czasu trzeba się też zrelaksować. Opisywana wersja jest tą, która po dwóch i pół roku ostatecznie zwyciężyła bój o ulubioną wersję. Jest wygodna, można zmieniać motywy (np. na ciemny), można wybierać stopień trudności, są dostępne codzienne wyzwania i gromadzone statystyki, jeśli ktoś lubi. Reklamy nie są nachalne, aczkolwiek żeby się ich całkowicie pozbyć, trzeba się zdecydować na subskrypcję (co mnie akurat zupełnie nie odpowiada). Bardzo solidne sudoku.

No i tyle

Jak widać, aplikacji nie ma zbyt wiele - wiadomo, że jeszcze dochodzi Spotify, SoundCloud czy aplikacje wbudowane w rodzaju poczty, ale zasadniczo "zewnętrznych" programów nie mam zainstalowanych aż tak dużo. Ot, by wygodnie korzystać z tego, że noszę w torbie czy kieszeni przenośny komputerek, który potrafi nieco więcej niż tylko odbierać rozmowy i pisać smsy.

wtorek, 22 września 2020

[S] Ostatnie ogródkowe

Podejrzewam, że już w tym roku więcej kwiatów w przydomowym ogródku nie znajdę. Dokładnie rok temu było tutaj zdecydowanie bardziej kolorowo i chociaż dziś podobnie pogoda dopisuje, to jednak barw znacznie mniej... Ale nacieszmy się chociaż tymi kilkoma:

Przysłona: , Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/640 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: , Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Jesień 2020

No i się doigraliśmy - od dzisiaj mamy astronomiczną jesień. Na kalendarzową poczekamy wprawdzie do jutra, ale z kolei meteorologiczną mamy już od początku września. Jak widać zatem, wielbiciele lata mogą przesuwać cezurę do 23 września, wielbiciele jesieni zaś mogą się nią cieszyć już z końcem sierpnia.

Na razie jesień wygląda całkiem ładnie, choć w powietrzu czuć już chłód, zwłaszcza nad ranem. Ale i wyprawy "na rower" okazują się coraz bardziej problematyczne, bo trudno dobrze trafić z odzieżą - raz jest zimno, za chwilę gorąco, zależy czy jedzie się w cieniu, czy w słońcu, czy akurat wypadł postój, czy też depcze się mocno "pod górkę". Nie ma jednak co narzekać, tylko trzeba korzystać z pogodnych dni, bo nie wiadomo, ile ich jeszcze zostało przed listopadem.

poniedziałek, 21 września 2020

[K] Dlaczego Affinity Photo jest lepszy od PaintShop Pro 2020

Od wiosny używam obu wymienionych w tytule programów jako zastępników Photoshopa. O Paint Shop Pro nawet pisałem w maju, zaś o Affinity Photo wspominałem krótko z okazji testów alternatyw dla Photoshopa. Zbyt dużo prac graficznych może nie wykonywałem, ale jakieś wnioski po półroczu się nasuwają.

PaintShop Pro 2020

Program od Corela w wersji Ultimate zawiera garść programów pomocniczych, z których jednak korzystam bardzo sporadycznie, skupię się zatem wyłącznie na samym edytorze. Sprawia on początkowo nawet przyjemne wrażenie, które jednak szybko pryska w zetknięciu z nieco toporną obsługą i pojawiającymi się błędami.

Najbardziej denerwuje mnie w tym programie niestabilność. Ścierpiałbym nawet niewygodną obsługę, byle tylko program nie wychodził do pulpitu z byle okazji. Wchodzę do modułu Manage i klikam ja jeden z dysków - program znika z ekranu. Używam jednego z filtrów na pliku z kilkunastoma warstwami - program znika ekranu. Nawet przy usuwaniu obiektów ze zdjęcia zdarzyło mi się raz, że program po prostu się wyłączył.

Pomijam już tutaj fakt, że po pierwszej instalacji PSP 2020 przestał mi się uruchamiać Painter - bo o tym pisałem osobno. Po prosto corelowisko w najgorszym wydaniu.

Niewygoda wynika - jak mniemam - z zaszłości historycznych i wieku programu. Dajmy na to usuwanie wybranych elementów ze zdjęcia wygląda tu dość kuriozalnie. Już w Photoshopie CS6 sprzed lat niemal dziesięciu zrobiono je tak, że można po prostu zamalować element do usunięcia, a program potrafi to miejsce zastąpić wygenerowanym tłem pasującym do otoczenia. W Affinity Photo zrobiono to też właśnie tak, różne aplikacje graficzne on-line również rozwiązano to podobnie. Ale PSP 2020 niestety ma własny przepis: trzeba najpierw obrysować usuwany przedmiot maską, potem przełączyć się przyciskiem z nic nie mówiącym kwadracikiem w tryb wskazywania źródła i narysować prostokątną ramką obszar, z którego program "spróbkuje" piksele do zamiany. Potem należy jeszcze potwierdzić chęć wykonania usunięcia, ale jeśli obszar źródłowy będzie zbyt mały, to po prostu nic się nie zadzieje, a Ty, użytkowniku, domyśl się, dlaczego - program w żaden sposób nie podpowiada, że trzeba po prostu zwiększyć ramkę "źródłową"... W dodatku, jak już się uda obiekt usunąć, to rzadko kiedy wygląda to akceptowalnie dobrze.

Do tego dochodzą przedpotopowe okienka, nieskalowalne, z suwakami do przesuwania zawartości, problemy z wywoływaniem RAWów (słaba wywoływarka, której dużą część zajmuje reklama osobnego programu Corela - AfterShot, służącego do obsługi RAWów), kompletnie inne niż w Photoshopie skróty klawiaturowe i... wszechobecne okienka i panele, próbujące sprzedać inne programy z oferty producenta, których nie sposób się pozbyć, a które po pewnym czasie zwyczajnie irytują.

Affinity Photo

Tu wrażenia mam dużo lepsze i teraz już nie wiem, czy to dlatego, że program jest rzeczywiście dużo lepszy od konkurenta, czy po prostu uwiodła mnie prostota obsługi całego pakietu od Affinity (bo mimo wcześniejszych obiekcji w praktyce Affinity Designer wyparł zupełnie CorelDraw z moich prac graficznych!). Jakikolwiek byłby powód, to do obróbki grafiki rastrowej coraz częściej wybieram właśnie Photo, a nie PSP 2020.

Podstawowy powód - poza stabilnością i nowoczesnym wyglądem - to błyskawiczny start aplikacji i w ogóle szybkość działania. Wyjątkiem jest wywoływanie RAWów, szczególnie tych większych, np. z Fuji - wtedy wyraźnie widać "przerysowywanie kafelków", choć do samej jakości wywołania nie mam większych zastrzeżeń, zaś podgląd wprost w oknie aplikacji z możliwości wygodnego przesuwania i zoomowania, a nie w jakimś "dziadowskim" okienku jako w PSP 2020, daje naprawdę duży komfort obsługi.

Dodajmy do tego dużą zgodność skrótów klawiaturowych z tymi obecnymi w Photoshopie oraz integrację z pozostałymi aplikacjami pakietu (np. w Designerze można się "przenosić" do Photo, by na szybko wyedytować jakiś element rastrowy), częste aktualizacje i bezproblemowy dostęp do wersji beta dla chętnych i mamy przed sobą obraz całkiem przyjemnego programu.

W dodatku, aby pobrać wersję instalacyjną, nie trzeba - jak u Corela - udowadniać obsłudze, że się zarejestrowany program kupiło, wysyłając im rachunki i faktury. Po prostu logujemy się na konto i pobieramy.

Werdykt już zapadł

Wprawdzie Corel od paru tygodni mami aktualizacją do wersji 2021, jednak daruję sobie już chyba kontakty z tą firmą. Zwłaszcza że ostatnio chciałem skorzystać z dodawanego do wersji Ultimate programu "efektowego" GRFX Studio Corel i chociaż go wiosną rejestrowałem i uruchamiałem, jakimś cudem się wyrejestrował i musiałem szukać w e-mailach numeru seryjnego, którego zresztą program nie chciał przyjąć. Skończyło się na kontakcie z supportem i ponownym udowadnianiu, że się ma legalną licencję na ten program, że jest on na liście zarejestrowanych i nawet działał. Po dniu oczekiwania support wygenerował mi nowy numer seryjny, utrzymując, że ten poprzedni był nieprawidłowy (?!). Tylko że ten dzień później ja już miałem dawno obrobiony plik, na którym chciałem wypróbowywać GRFX...

Dla mnie werdykt jest prosty. Wybieram tańszy program, który zwyczajnie działa bezproblemowo, którego producent nie rzuca legalnym użytkownikom kłód pod nogi, który w dodatku ładnie wygląda i pracuje się w nim równie wygodnie (jeśli nie wygodniej!) niż w Photoshopie. Pełnym zamiennikiem nie jest, ale jeśli już muszę wrzucać warstwy tekstowe do plikow .psd, to odpalam starego CS6 i tyle. Na razie to wystarcza.

niedziela, 20 września 2020

Oferta do odrzucenia

Ach, jak ja lubię marketing telefoniczny! Te pytania "czy dodzwoniłam się do mieszkańca Swarzędza?" i brak odpowiedzi na kontr-pytanie: "A nie wie pani, do kogo dzwoniła?" Albo radosne oferty prezentacji garnków/mebli/pościeli. I obietnice, że w zasadzie bez wysiłku można wygrać fanty wartości kilku tysięcy złotych... Ale tym razem ja nie o tym.

Tym razem w słuchawce odezwał się bardzo miły męski głos, że skoro właśnie (w marcu) skończyła mi się umowa u pewnego Operatora (nie muszę chyba DODAWAĆ, u jakiego), to Operator ma dla mnie świetną okazję! Dwa razy więcej internetu i całkiem nowy telefon za złotówkę! Tylko muszę się zgodzić podczas tej rozmowy, bo później oferta przepada, jest jednorazowa i nie powtórzy się więcej. Czy są jakieś haczyki? Nie, oczywiście żadnych, nawet abonament będzie niższy!

Lubię, jak miłe głosy w słuchawce same wpadają we własne sidła. Pytam zatem uprzejmie, czy to oznacza, że od momentu wejścia w życie nowej umowy będę płacił tylko tę kwotę abonamentu, którą pan właśnie mnie kusił. Pan odpowiada z rubasznym śmiechem, że muszę dopłacić złotówkę za nowy telefon, "ha, ha, wie pan". Też się śmieję i radosnym głosem pytam, czy w takim razie nowy telefon jest prezentem od Operatora? Głos w słuchawce nieco stracił na pewności - ale że jak to prezentem? No to tłumaczę, że za obecny telefon (wzięty ponad dwa lata temu za złotówkę) muszę co miesiąc dopłacać do abonamentu 40zł - a z tego, co teraz słyszę, to nie dość, że nie będę musiał już płacić, to abonament stanieje, a nowy telefon w ogóle nie wymaga już dopłat. Czy dobrze rozumiem to, co mi pan właśnie zaproponował?

No, eee, no, nie, wie pan, no wie pan, to trzeba płacić. Za nowy? No, za nowy. A za stary? Za stary też...

Podsumowuję zatem: czyli namawia mnie pan, żebym wziął nowy telefon i spłacał dwa tylko po to, żeby mieć o 8 złotych tańszy abonament? To jest ta cudowna oferta, która się już nie powtórzy? To dlatego mam skakać z radości?

Chwila ciszy w słuchawce. "No ale na pewno nie przyda się panu nowy telefon? Za złotówkę..."

czwartek, 17 września 2020

[W] Wymiana tapicerki w krzesłach

Kupiliśmy ostatnio większy stół z ośmioma krzesłami. Ze względów ekonomicznych cały zestaw wprawdzie solidny, ale z drugiej ręki. Elementy drewniane w zasadzie w nienagannym stanie, jednak tapicerka na krzesłach miejscami powycierana, a niemal w każdym wypadku pobrudzona tak, że nie da się, niestety, doprać. Powstała zatem decyzja, żeby wymienić obicia - co może być w tym trudnego?

Zanim zamówiliśmy materiał, dokonałem próby zdjęcia najbardziej zniszczonego obicia, żeby się przekonać, czy to w ogóle ma sens. Początkowo próbowałem zszywki wyciągać nożykiem, ale w obawie o palce szybko wymieniłem go na śrubokręt (do podważania) i kombinerki (do wyjmowania). Nie do wiary, iloma zszywkami takie obicie jest przymocowane do siedziska! Wyciągałem i wyciągałem, wreszcie - po 45 minutach! - wyjąłem ostatnią zszywkę... Czyli, zaokrąglając, cały komplet zająłby mi cały dzień roboczy!

Przy okazji wizyty w markecie budowlanym postanowiłem poszukać jakiegoś wygodniejszego narzędzia - i rzeczywiście, w dziale, gdzie można kupić zszywacze, był także "wyciągacz zszywek". Niedrogi, więc wziąłem. W praktyce okazało się, że przyspiesza pracę o połowę, no nie musiałem już żonglować śrubokrętem i kombinerkami.

Po dojściu nowego materiału wycięliśmy nowe obicie na wzór starego i wziąłem się za przyszywanie go do siedziska. Szło niesporo, bo zszywacz trzeba było dokręcić, by był w stanie wbijać zszywki "ósemki", jednak w końcu się udało i po kolejnej godzinie dysponowaliśmy pierwszym, wyglądającym jak nowe krzesłem.

Wiele godzin jeszcze musiało minąć, zanim wymiany doczekały się wszystkie krzesła, ale efekt był tego wart. No i nowe doświadczenie zdobyte, choć powiem Wam na ucho, że chyba nie namówilibyście mnie na zrobienie tego po raz drugi. Moja dłoń cierpi do tej pory.

[K] Affinity Designer 1.9 Beta

Z czystej ciekawości zarejestrowałem się na forum Affinity, żeby popatrzeć, co tam w trawie piszczy w sprawie Designera. A najlepiej przekonać się o tym, testując wersję beta, która ma niedługo szansę stać się wersją oficjalną. Cóż w niej nowego?

Kontur

Nowość w wersji 1.9 beta - ale tak oczywista, że musiałem aż sprawdzić w wersji 1.8.5, że rzeczywiście tego narzędzia nie było. Dlaczego jest ono przydatne? Dość często zdarza się (przynajmniej u mnie), że rysuję jakiś kształt (albo przekształcam tekst w krzywe), po czym okazuje się, że fajnie byłoby, gdyby jednak kształt był troszkę "grubszy" lub "chudszy", czyli żeby go trochę "nadmuchać" lub "obciąć". Zazwyczaj robiłem to tak, że po prostu zwiększałem grubość linii konturowej, stosowałem polecenie Expand stroke i powstałym z obrysu kształtem "przycinałem" oryginalną figurę albo obie figury scalałem ze sobą.

Teraz po prostu zaznaczam figurę, którą chcę "pomniejszyć" czy "powiększyć" na obrysie i po wybraniu narzędzia Contour dobieram wielkość modyfikacji, dodatkowo mając też wpływ na kształt krzywej obrysu. Jeśli wszystko jest gotowe, klikam na przycisk Bake Appearance i już.

Zaznaczanie

Bardzo, ale to bardzo przydatna funkcja - zaznaczanie na podstawie kryteriów. Macie w projekcie 200 pomarańczowych kółeczek i tyle samo pomarańczowych trójkącików, które chcecie przemalować na zielono? Zaznaczacie pomarańczowe kółeczko i każecie programowi zaznaczyć wszystkie kształty tego samego koloru. Albo z takim samym obrysem. Albo kryciem. Albo przezroczystością. Albo tego samego kształtu. Zwłaszcza to ostatnie jest ciekawe, bo częstą praktyką przy pracy wektorowej jest powielanie raz narysowanego obiektu i wykorzystanie go w wielu miejscach, często z zastosowaniem skalowania czy obracania.

I o ile nie przycinaliśmy powielonych elementów, dają się one zaznaczyć w ten automatyczny sposób - na przykładzie kształt z czarnym grubym obrysem jest oryginałem, który powieliłem kilka razy, zmieniając wypełnienie, obrys, pochylenie i proporcje. Po wybraniu polecenia Select same shape wszystkie te kształty zostały zaznaczone.

Przydatne okazuje się także zaznaczanie po typie - np. wszystkie otwarte krzywe, wszystkie wypełnione kształty, wszystkie napisy i tak dalej.

Akceleracja GPU

To także nowość w wersji 1.9 beta, a piszę o niej na końcu, bo chyba jeszcze nie działa tak, jak powinna. Czy może inaczej - nie udało mi się tego wspomagania zaobserwować. I bez niego program na moim komputerze działa jak błyskawica (zwłaszcza jak go teraz porównuję z Corelem). Postanowiłem zatem przygotować specjalny dokument testowy: narysowałem wypełniony kwadrat z obrysem, nadałem mu przezroczystość, gradient i wszystkie możliwe efekty, po czym powieliłem 30 razy. W wersji 1.8.5 dało się odczuć mocne spowolnienie i próba rozłożenia stosu obiektu na boki okazała się bardzo czasochłonna - program długo odświeżał widok, przesuwać można było wyłącznie kontur, do którego bardzo powoli było aplikowane wypełnienie i efekty. Aha, świetnie! Ale w wersji 1.9 beta z włączoną akceleracją było identycznie - no dobrze, może (MOŻE!) odrobinkę szybciej, ale równie niekomfortowo.

Sprawdzałem jeszcze szybkość malowania pędzlami akwarelowymi, bo zwykle to one są najbardziej obciążające, ale w obu wersjach (1.8.5 i 1.9 beta) pędzle działały błyskawicznie.

Czekamy na 1.9

Warto zatem czekać na oficjalne wydanie wersji 1.9 - zarówno Contour, jak i rozbudowane zaznaczenia ułatwiają pracę. Być może zacznie też działać lepiej wspomaganie przez GPU, ale w sumie nie bardzo w to wierzę. Może chociaż twórcy zdradzą, co jest przyspieszane, żeby można to było sobie naocznie sprawdzić. Ciekawy jestem, co autorzy planują na wersję 2.0 i czy będzie ona dodatkowo płatna dla obecnych użytkowników?

środa, 16 września 2020

Oscary - ja wszystko rozumiem, ale...

No i świat znów wspina się na wyżyny... chyba już głupoty? Zanim przejdę dalej, od razu zastrzegę: nic nie mam do mniejszości etnicznych, osób o innych preferencjach, osób o kolorze skóry innym niż moja własna. Pełnosprawnych i niepełnosprawnych. O różnych wyznaniach. I tak dalej. Jednak - moim zdaniem - ogłoszone niedawno oskarowe "standardy" to moim zdaniem głupota w czystej postaci. Jednocześnie wiadomo, nikt nikogo nie zmusza do zgłaszania filmu do tego akurat konkursu, tyle że patrząc na to, co się aktualnie dzieje na świecie, wszyscy nagle będą chcieli pokazać, jacy to są postępowi, sprawiedliwi i niezaściankowi, nawet wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi.

Ale o co ten hałas?

Otóż opracowano cztery standardy oskarowe, z których przynajmniej dwa będzie musiał spełniać film ubiegający się od 2024 roku o najwyższe oskarowe laury. Standard A dotyczy tematów i motywów narracyjnych oraz obsady filmu, standard B dotyczy ekipy filmowej, standard C dotyczy stażystów i szkoleń, zaś standard D dotyka ludzi związanych z marketingiem i kontaktem z publicznością. I teraz, całkiem jak za czasów PRL, wszędzie ma być równość. W każdym ze standardów trzeba zabiegać o to, by wśród obsady, ekipy, stażystów, osób z promocji filmu były osoby z mniejszości etnicznych, kobiety, osoby o różnych preferencjach seksulanych, osoby niepełnosprawne ruchowo oraz intelektualnie. Innymi słowy przy filmie i jego promocji mają pracować wszystkie możliwe grupy i mniejszości, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że jest dyskryminowany. Taki parytet.

Fot. https://www.huffpost.com/

Czyli po raz kolejny zwycięża równość nad sprawiedliwością. To już naprawdę jest paranoja, że ludzie nie rozróżniają tych dwóch pojęć i nie widzą, że równość nie zawsze oznacza sprawiedliwość. Może będę kontrowersyjny, ale - na litość boską - ludzie nie są sobie równi! Są kompletnie różni od siebie! Owszem, wartość życia jest równa, ale nie ludzie! Posłużę się przykładem może, żeby być dobrze zrozumianym: mamy dwie ekipy budowlane. Jedna to sami wysokiej klasy fachowcy, którzy stawiają solidne domy od trzydziestu lat. Druga ekipa to leserzy i bumelanci, którzy często chodzą po placu budowy pijani, biorą zaliczki i nie kończą prac. Chcemy postawić dom, wydać na to oszczędności życia. Solidna ekipa jest zajęta przez najbliższych 5 miesięcy, ekipa fajtłapów może wejść na plac budowy choćby za godzinę. W dodatku od dawna nie mieli zajęcia i zaczynają głodować. Czyli - idąc tokiem rozumowania Współczesnego Człowieka Zachodu - trzeba wyrównać szanse, zatrudnić gamoni, bo nie mają co robić? I tylko dlatego? Bo później gamoń jeden z drugim będzie narzekał przed kamerami, że "eeee, pani, nikt nas - biednych - nie chce, tamci - o! - pani zobaczy, jacy odżywieni i weseli, pewnie nakradli i oszukali, a nas obmówili! Wszystko przez to, że mamy w ekipie Roma/Żyda/czarnoskórego". No i już g...burza gotowa, bo ludzie są rasistami. I już ktoś zatrudnia, żeby pokazać, że co jak co, ale on rasistą nie jest. Pal licho, że dom mu się zawali za dwa miesiące - ale pokazał, że równość nade wszystko! Naprawdę nikt nie widzi, że SPRAWIEDLIWE jest, że ludzie kompetentni dostają za swoją pracę nagrodę, a lenie i partacze - nie? Ezop się w grobie przewraca.

Nie popieram dyskryminacji, ale moim zdaniem dyskryminacją jest to, że się NAKAZUJE komuś robić coś, na co ten ktoś nie ma ochoty. Najgorsze, że - takie odnoszę wrażenie - największy hałas odnośnie ucisku i dyskryminacji podnoszą właśnie ludzie tacy, jak w drugiej, głodującej ekipie z przykładu. Którym się nie chce, tylko "chcą dostać, bo SIĘ NALEŻY".

Wszyscy jakimś dziwnym trafem patrzą na tę sprawę wyłącznie przez pryzmat mniejszości. Ale postawmy się w roli kogoś - niech to będzie np. operator kamery - kto jest po prostu dobry w tym, co robi. Ma w dorobku świetne filmy, współpracę z wieloma wybitnymi reżyserami. I zgłasza się do kolejnego filmu, ale tu mu mówią - no, niestety, nie jesteś z mniejszości, a musimy akurat operatora mieć właśnie z tej grupy, bo inaczej z Oscara nici. Czyli nie dostał pracy nie dlatego, że jest kiepski, że się nie zna. Tylko dlatego właśnie, że... ma niewłaściwy kolor skóry, niewłaściwą orientację itd. Tego nikt z krzyczących nie widzi? Że takie "równanie szans" jest właśnie wprowadzaniem nierówności? Dlaczego równość ma dotyczyć wyłącznie cech zewnętrznych i manifestowanych przekonań, a nie wiedzy, doświadczenia czy poziomu kultury? Czyżby tylko ze względu na łatwość weryfikacji? Że łatwiej sprawdzić, że ktoś jest Aborygenem niż dobrym fachowcem?

Ciekawy też jestem, jak będzie wyglądała teraz praca na przykład nad filmami historycznymi? Jak nakręcono by drugą część świetnego filmu "Das Boot" o załodze niemieckiego U-Boota z czasów II wojny światowej? Jeden z marynarzy byłby kobietą, inny - dajmy na to - Indianinem, a trzeci poruszał się na wózku? Tylko dlatego, że ktoś wprowadził idiotyczne nakazy poprawności i równości? A jeśli jakiś reżyser zapragnął nakręcić ciekawy film przygodowy, którego akcja dzieje się w wiosce Pigmejów - to szamanem miałby być wytatuaowany, bioałoskóry Szkot-homoseksualista, a żoną wodza platynowa blondynka ze Szwecji? Bo równość? Co z filmami o średniowiecznej Japonii - będą tam czarnoskórzy samurajowie, a wieśniaków zagra grupa Meksykanów? Nic nie mam do tych wszystkich grup - ale naprawdę tego chcemy?

Tak, tak, rozumiem, że film musi spełnić dwa z czterech standardów, czyli pewnie większość będzie chciała wprowadzać "równość"" wśród ekipy i marketingowców, ale obawiam się, że to dopiero początek. Za dwa lata trzeba będzie zacząć spełniać trzy standardy, za cztery lata - wszystkie.

Akurat Oscary ani mnie ziębią, ani grzeją, bo nie fascynuję się nominacjami ani nie oglądam samej ceremonii rozdawania. To na pewno nie jest konkurs, który wyłania naprawdę dobre filmy. Ale coraz bardziej irytuje mnie wszechobecna postawa roszczeniowości. A może nawet nie sama postawa, ale to, że właśnie w myśl "równości" się te zachcianki spełnia. Bo to już socjalizm i komunizm w czystej postaci - każdy ma mieć po równo, a nie tyle, na ile sobie zapracuje.

Bo, moi drodzy, to nie jest sprawiedliwe.

poniedziałek, 14 września 2020

W obronie starych baśni

Dzisiejszy świat coraz bardziej popada w paranoję poprawności i strachu przed zwykłym powiedzeniem "nie" (bo zawsze ktoś się "poczuje obrażony"). Dotyka to też - zdawałoby się - niedotykalną przestrzeń baśni i bajek dla dzieci. Zauważyłem to już parę lat temu, gdy chcieliśmy z Żoną zakupić parę tego typu książek dla Perełki. Okazywało się, że wszelkie wydania "bajek Ezopa", "baśni braci Grimm" czy "klasycznych baśni dla dzieci" zawierały nie oryginalne opracowania po polsku, ale ordynarne tłumaczenia prostackich wersji z krajów (sądząc po autorach) anglosaskich. Bajki Ezopa są w nich trywialne, a morał wyjaśniony "kawa na ławę", żeby przypadkiem nikt go nie pominął. Czerwony Kapturek nie niesie już Babci wina, nie ma też scen pożerania czy rozpruwania brzucha Wilkowi. Przyrodnie siostry Kopciuszka nie obcinają sobie kawałka pięty albo dużego palca, chcąc za wszelką cenę poślubić księcia. I tak dalej, i tak dalej.

Pomijam w tym momencie szatę graficzną, bo większość tych "masówek" zawiera, owszem, całe morze kolorowych ilustracji, ale są one beznadziejne pod względem technicznym, zwierzęta nie są podobne do samych siebie, elementy otoczenia sprawiają wrażenie wklejonych z jakichś zbiorów grafik.

Generalnie okazało się, że żeby poczytać dziecku porządne baśnie, napisane porządną polszczyzną i zawierające coś więcej niż tylko oczywiste i proste sformułowania, trzeba sięgnąć po "książki z dzieciństwa". I dzisiaj chciałbym Wam polecić cztery z nich - może traficie gdzieś na pchlim targu albo na regale w bibliotece z książkami do wymiany. Warto. Chociaż te baśni nie są "na pięć minut", to właśnie ich przeczytanie na głos sprawia, że dzieci zaczynają się wsłuchiwać i wyobrażać sobie opisywane wydarzenia. Wiem, bo sprawdzałem to wielokrotnie, Perełka świadkiem.

Aha, jeszcze jedna, ważna informacja - moje opisy i zachęty dotyczą wyłącznie dokładnie takich wydań, jakie widać na zdjęciach, z podanego roku. Nie biorę żadnej odpowiedzialności za ewentualne wznowienia, bo nie dam sobie ręki uciąć, czy jakiś nadgorliwiec nie poczynił w nich "odpowiednich" korekt.

Wanda Markowska, Anna Milska, "Baśnie z czterech świata stron"

Wydawnictwo "Nasza księgarnia", Warszawa, 1982

To piękny przykład, jak różne mogą być opowieści z różnych krajów. A tutaj krajów jest mnóstwo, od Polski, przez Danię, Indie, różne kraje afrykańskie czy z Bliskiego Wschodu aż po Wyspę Wielkanocną. Są opowieści o zwierzętach, są smoki, są czarodzieje, ale większość baśni prowadzi do czytelnych (choć nie podanych wprost na końcu) konkluzji, że warto być uczciwym, dotrzymywać słowa, nie krzywdzić mniejszych od siebie. Wszystko to napisane naprawdę pięknym językiem przez Wandę Markowską i Annę Milską, pięknie wydane, zaś ilustracje? Widać tu rękę prawdziwego rysownika (Krystyna Michałowska), a część dużych, całostronicowych ilustracji można by spokojnie powiesić na ścianie.

Marceli Tarnowski, "Grimm. Baśnie"

Wydawnictwo "Nasza księgarnia", Warszawa, 1971

Wydań baśni w opracowaniu Wilhelma i Jakuba Grimmów jest zatrzęsienie. Ja polecam wydanie z 1971 roku w przekładzie Marcelego Tarnowskiego. Prezentowane tutaj historie nie są zbyt wygładzone i jeśli ma się lać krew, to się leje, ale jednocześnie baśnie te nie zatraciły swojej siły oddziaływania. Nie są grzecznymi wersjami, które mają tylko pokazać znane i popularne postaci. A niektóre baśnie (np. o krawczyku, który zabił sześciu za jednym zamachem) bawią do dzisiaj, zaś inne - jak ta o braciach i ich zwierzętach - potrafią nieźle przestraszyć momentami. Tak czy owak, jest tu posmak klasyki (Kopciuszek, Czerwony Kapturek), jest i świeżość (wiedzieliście, jak powstał groch?), a wszystko to w dużym formacie i z bardzo udanymi, stylizowanymi ilustracjami autorstwa Bożeny Truchanowskiej i Wiesława Majchrzaka.

Hanna Lebecka, "Kwiat paproci i inne baśnie polskie"

Wydawnictwo Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, Warszawa, 1986

To pierwsza z całkowicie polskich pozycji, wybór Hanny Lebeckiej. Zaczyna się bardzo znaną i bardzo wzruszającą baśnią o Jacusiu i kwiecie paproci, jest tu też wariacja o "pięknej i bestii" (moim zdaniem lepsza on wersji spopularyzowanej przez Disneya), są opowieści o zbóju Madeju czy drwalu i diable. Ale prawdziwym majstersztykiem są dwie baśnie, opracowane przez Gustawa Morcinka, a mianowicie o diable Fajferku i górniku Maśloku - obie zresztą planuję nagrać jako audiobooki, jak tylko skończą się prace budowlane w pobliżu. Niestety, w przypadku tego wydawnictwa muszę złożyć zażalenie na ilustracje Jerzego Treutlera, bo chociaż mają jakiś tam swój symboliczny charakter, to jednak dzieciom spodobają się mocno średnio. Ale treść - złoto!

Zdzisław Nowak, "Jak Boruta zakochał się w karczmarzowej córce. Baśnie i legendy kurpiowskie"

Wydawnictwo "Nasza księgarnia", Warszawa, 1988.

Powiem tylko tak: Perełka uwielbia te legendy i baśnie. Nie ma tu raczej niczego bardzo znanego z pop-kultury, bo raczej podania kurpiowskie nie wypłynęły szeroko na wody mainstreamu, ale to, co się tutaj wyprawia, porusza dziecięcą wyobraźnię na pewno (pamiętam z własnego dzieciństwa). Diabły, wiedźmy, strzygi, puszcze pełne zbójców i zwierzyny, prości puszczacy i rycerstwo książąt mazowieckich. Sprytni bartnicy i głupie biesy albo też przebiegli słudzy piekieł i zadufani szlachcice. Klątwy, skarby i wyprawy do piekieł po odzyskanie duszy. Naprawdę dzieje się tu sporo, a przez ciągłe zmiany nikt raczej nie powinien się nudzić. Do tego mnóstwo i to dużych ilustracji pana Jerzego Flisaka, swego czasu bardzo popularnego ilustratora i mamy pozycję, która wciąga, mimo że pojedyncza baśń czy legenda potrafi zająć nawet kilkanaście stron.

Podsumowanie

Nie są to wszystkie godne polecenia wydawnictwa, ale z pewnością te najważniejsze w moim dzieciństwie, przeczytane nie raz, nie dwa i nie trzy (można powiedzieć nawet, że wręcz zaczytane). Ale one dziś także dają radę i wydaje mi się, że dużo bardziej wciągają niż często wydumane "poprawne i grzeczne" współczesne wydawnictwa. Zgadza się, że dziś też można znaleźć sporo dobrej literatury dziecięcej (jak na przykład "Pan Kuleczka" Wojciecha Widłaka czy "Detektyw Pozytywka" Grzegorza Kasdepke), jednak jeśli chodzi o tematykę dawnych dziejów, klimaty królów, książąt, magów, smoków, pięknych księżniczek, wiedźm i diabłów, to wyżej opisane pozycje na pewno dostarczą mnóstwa rozrywki.

Bo to dobre książki są, po prostu.

czwartek, 10 września 2020

Dwa tygodnie przed upływem gwarancji

Szczęście w nieszczęściu - padła nam płyta indukcyjna w kuchni, dwa tygodnie przed upływem gwarancji. Coś "pykło" i po płycie. Zgłoszenie awarii do serwisu producenta nie poszło tak prosto, jak byśmy chcieli, bo oczywiście pani w słuchawce uparła się, żeby przesłać jej fakturę zakupu, bo bez tego ona nie wie, czy to będzie naprawa gwarancyjna czy pogwarancyjna. Cóż, sklep na szczęście nie robił problemów i wysłał nam skan faktury w ciągu 10 minut. Zgłoszenie przyjęto.

No i czekaliśmy. Tydzień, drugi, trzeci. W końcu zjawił się bardzo sympatyczny pan z serwisu, wymienił całą "skrzynkę z elektroniką" (nie bawią się w diagnozowanie podzespołów) i kuchenka działa. Skończył się czas robienia obiadów na jednym palniku kuchenki turystycznej.

Wydawać by się mogło, że to odosobniony przypadek - kupujesz w sumie drogie urządzenie, ale jeśli się ono zepsuje, czekasz tygodniami na reakcję producenta. Ale parę miesięcy temu mieliśmy niemal kropka w kropkę taką samą sytuację ze zmywarką. Też miesiąc czekania, aż w końcu przyjechał serwisant i to od razu z częścią do wymiany. Oba urządzenia - płyta i zmywarka - nie mają dwóch lat. Oba w miarę solidne (nie z tych najtańszych modeli). Oba uznanych, "markowych" producentów.

Trzeba się chyba przyzwyczaić, że obecnie cięcie kosztów przeszło już na taki etap, że nie ma już dobrych produktów...

środa, 9 września 2020

[O] "Król Lew" po raz wtóry

Dzisiejszy świat zwariował, naprawdę zwariował na punkcie sprzedawania ciągle tego samego. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć, restarty, rimejki, rebooty, czyli wielkie odcinanie kuponów od dawnej sławy. Pół biedy, kiedy wskrzeszana jest tylko marka ("Gwiezdne wojny"), ewentualnie dostaniemy coś lepszego od oryginału (są takie przypadki?). Najgorsze, kiedy ktoś postanawia wymyślić koło na nowo, czyli zrobić ten sam film jeszcze raz.

A specjalistą od tego typu machinacji stał się czas jakiś temu Disney, któremu mało było zarobków na klasykach w rodzaju "Pięknej i Bestii" czy "Aladyna". Trzeba było zrobić nowe, w zamierzeniu lepsze wersje. I o ile jeszcze "Piękna i Bestia" jakoś tam może się obronić, to już "Aladyn" jest co najwyżej średni i kreskówkowa wersja bije tę aktorską na głowę. Nie można też było odpuścić takiemu łakomemu kąskowi, jaki stanowił "Król Lew"...

Money, money, money

Szczerze mówiąc, widzę dwa powody, dla którego ta produkcja powstała. Pieniądze to pierwszy i z pewnością najważniejszy. A drugi - to chęć pochwalenia się, jakie to wizualne cuda są obecnie w stanie wyczarować disnejowscy magicy od grafiki. Ten drugi powód troszkę przypomina pierwszą część, która także stanowiła technologiczny Mount Everest w swoim czasie.

Bo rzeczywiście, trzeba to przyznać bez dwóch zdań: graficznie ten film miażdży wszystko, co do tej pory zrobiono w kwestii ożywienia wirtualnych zwierząt (i w ogóle przyrody) na ekranie. Dzierżąca do tej pory palmę pierwszeństwa "Księga dżungli" musi smutno opuścić głowę - "Król Lew" robi w zasadzie wszystko lepiej i niemal idealnie. Może nawet czasami zbyt idealnie.

Podczas projekcji nie raz i nie dwa łapałem się na wrażeniu, że oglądam po prostu ujęcia z jednego z niesamowitych filmów przyrodniczych National Geographic i za chwilę odezwie się prześwietna Krystyna Czubówna. Naprawdę rewelacyjnie wykonano modele, cieniowania, otoczenie, światło. Pracy kamery też trudno cokolwiek zarzucić. Zdarzały się od czasu do czasu jeszcze troszkę sztuczne animacje ruchu i momentami niektóre zwierzęta nie miały odpowiedniej masy (jeśli wiecie, co mam na myśli - sprawiały wrażenie zbyt lekkich, czy też inaczej - poruszały się zbyt łatwo jak na swoją normalną masę). Ale 95% filmu to wizualny majstersztyk.

Widziały gały

Ale... "Król Lew" to nie tylko ładne obrazki. Wiedzieli to twórcy oryginału, którzy skupili się także na historii. Historii, dzięki której do dziś płaczemy po śmierci Mufasy, a zielone oczy Skazy to wręcz synonim zła i występku. A świetne, choć nieco gapowate Hieny? A mistyczny Rafiki ze swoim kijem i tobołkiem? To były świetne postaci, które dzięki niesamowitej kresce disnejowskich rysowników żyły i różniły się między sobą. Które kochaliśmy lub których baliśmy się.

Niestety, postawienie na realizm zabrało dużą część tych wrażeń, które odpowiadały za to, że tamte postaci były, ehm, ludzkie. Bo przecież Zazu nie może mieć takiej mimiki jak w animacji rysunkowej. Rafiki nie będzie nosił kija i medytował w pozycji lotosu. Zastępy Skazy nie będą maszerować wzorem hitlerowskich zastępów. A to wszystko tworzyło klimat pierwszego "Króla Lwa", którego tutaj zwyczajnie już nie ma.

I żeby nie było, że to tylko moje nostalgiczne ciągoty każą mi skreślić nowe (już nie tak bardzo) dziełko Disneya - tutaj dodatkowym probierzem była Perełka. Była na nowym "Królu Lwie" w kinie. Potem obejrzała go jeszcze na DVD. A potem obejrzała ze mną wersję rysunkową. No i zgadnijcie, która wersja była najżywiej komentowana? Która skropiona największą ilością łez? Który Skaza był gorszy? Otóż to - siła oddziaływania nowej wersji jest z całą pewnością mniejsza niż wersji rysunkowej. Dzieci nie dają się omamiać fotorealistycznej grafice, bo one chłoną każdą i się nad tym nie zastanawiają. One patrzą inaczej - bardziej na to, że postać jest sympatyczna albo groźna, że jest "fajna" albo paskudna. A tutaj dużo lepiej sprawiają się rysunkowe pyszczki, do których też lepiej pasują podkładane głosy!

Słowo podsumowania zatem. Tak, nowy "Król Lew" jest technicznie zrobiony praktycznie bez zarzutu. Animacje, oświetlenie, kompozycje scen - to wszystko wręcz onieśmiela i w zasadzie co 3 minuty można by robić stop-klatkę i mieć zdjęcie idealne na fototapetę albo puzzle. Ale sama opowieść - moim i nie tylko moim zdaniem - straciła na wyrazistości i sile oddziaływania, zwłaszcza na młodych widzów. Jako dorosły wiem także, że był to zwyczajny skok na kasę, obliczony na dzisiejszych trzydziesto, czterdziestolatków, którzy wezmą swoje dzieci do kin, żeby im pokazać fajny film. I żeby znów sprzedać oryginał. I tony gadżetów.

Ale ja będę wracał już tylko do wersji rysunkowej.

wtorek, 8 września 2020

[W] Podstawka pod słoik

Dostałem ostatnio bojowe zadanie przygotowania podstawki pod słoik. Czy może bardziej pod słój. Dziewczyny postanowiły hodować ślimaki i w wielkim szklany słoju przygotowały im mały "ogródek". Żeby jednak ślimaki mały więcej miejsca, słój musi leżeć na boku, a wiadomo, że zgodnie z niepisanym prawem Murphy'ego, "każdy położony na boku słoik dąży do osiągnięcia poziomu podłogi". Więc potrzebna jest podstawka, na której słój można bezpiecznie położyć.

Wersja 1.0

Pierwsza wersja była gotowa stosunkowo szybko, bo zrobiłem ją po prostu z czterech odcinków listew. Sklejone ze sobą i troszkę oszlifowane, stanowiły całkiem pewne podparcie słoja, który przestał wykazywać tendencję do turlania się na boku. Ale wersja ta nie spełniała moich oczekiwań, ehm, estetycznych. Zamarzyło mi się - zgodnie z wizją Żony - żeby słój na podstawce wyglądał trochę jak butelka z miniaturą okrętu. Czyli dwie deseczki z półokrągłymi wycięciami, dającymi solidne podparcie słojowi.

Wersja 2.0

Wziąłem się zatem do pracy - tym razem wybrałem nieco szersze listwy i po zmierzeniu średnicy słoja narysowałem na nich odpowiednie wycinki okręgu. Jako że nadal nie posiadam piły włosowej, do uzyskania okrągłych wcięć musiałem posłużyć się pilnikiem zdzierakiem, całkiem jak przy "produkcji" drewnianych noży. Zawczasu jednak przygotowałem wcięcia pod listwy wzdłużne, żeby później nie martwić się o mocowanie elementu podczas cięcia piłą.

Przygotowane listwy z wcięciami złożyłem wstępnie, żeby sprawdzić, czy wszystko pasuje jak trzeba. Teraz można było przystąpić do pracy pilnikiem. Na wszelki wypadek z kartonu wykonałem sobie okrągły wykrój, który mogłem dopasowywać do powstających kształtów, żeby wiedzieć, gdzie należy jeszcze coś spiłować.

Na koniec pozostało wyszlifować wszystkie elementy i zmontować, po czym zakonserwować olejem. Podstawka gotowa i ślimaki nie muszą już żyć w stresie, że ich świat stoczy się w mroczną przepaść.