niedziela, 29 listopada 2020

Corel - jak skutecznie zniechęcać

Jeszcze na chwilę poruszę sprawę Czarnego Piątku, tym razem w kontekście firmy Corel. Jestem zapisany w wielu firmach do newsletterów, więc naturalnie otrzymałem całą masę atrakcyjnych ofert obniżek, promocji i okazji w związku z ostatnim piątkiem listopada. Na szczęście w większości firm pracują ludzie myślący, którzy poprzestali na takim skonfigurowaniu mailingu, aby nie zasypać skrzynek pocztowych swoich klientów. Wiadomo bowiem, że nikt nie lubi spamu i jeśli otrzyma jednego dnia kilka wiadomości od tego samego producenta, to raczej zamiast natychmiast wydać pieniądze, po prostu wypisze się z listy powiadamianych.

No, ale nie Corel. Nie wiem, kto tam podejmuje decyzje, ale pójście w stronę subskrypcji, konieczność udowadniania legalności, aby pobrać instalatory, tragicznie słabe wsparcie w razie problemów, a teraz rozsyłanie nawet PIĘCIU wiadomości reklamowych dziennie (11 od piątku!) to z pewnością NIE SĄ działania, które przyciągną nowych lub choćby utrzymają aktualnych użytkowników.

Żeby jeszcze te corelowe obniżki były jakieś atrakcyjne... Oczywiście każdy e-mail zaczyna się obietnicą obniżki nawet o 60% - w praktyce 60% obniżkę ma tylko i wyłącznie odtwarzacz dysków Blu-ray WinDVD Pro 12. Najbardziej łakome kąski, czyli CorelDRAW Graphic Suite 2020 i Painter 2021 mają odpowiednio 15% i 30%. Obniżki mogłyby być większe, ale producent zdecydował, że dla klientów atrakcyjniejsze będą dodane bony na dalsze zakupy niż podobnej wielkości redukcja ceny.

Przyznam, że nie jestem szczególnie obiektywny, bo Corel dopiekł mi ostatnimi czasy raz czy dwa, nie jestem też specem od marketingu i możliwe, że klienci wykupują wszystko "na pniu". Będąc jednak obecnym na kilku forach graficznych (nie polskich) widzę generalnie tendencję do odchodzenia od Corela na rzecz innego oprogramowania i psioczenie na Corela. Powyższe mało atrakcyjne cenowo obniżki powiązane z nachalną reklamą i aroganckim traktowanie klientów niespecjalnie wyglądają mi na strategię mającą poprawić wizerunek i notowania firmy.

No, ale ja jestem tylko szarym użytkownikiem i się nie znam...

sobota, 28 listopada 2020

Promocja tu, promocja tam

Czarny piątek to okazja do przemyślenia sobie kwestii promocji - czy to słowo w ogóle jeszcze cokolwiek oznacza? Bo odnoszę wrażenie, że obecnie jest takie ciśnienie na sprzedaż wszystkiego "w promocji", że w zasadzie chyba nic już nie ma realnej wartości.

Czarny piątek to BYŁ kiedyś dzień, kiedy niektórzy decydowali się wprowadzać bardzo korzystne (dla klienta) obniżki cen, przede wszystkim dlatego, żeby trochę przewietrzyć sklepowe magazyny przed szaleństwem świątecznych zakupów. Prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się jednak dopiero wraz z popularyzacją zakupów przez internet - "czarny piątek" trafił wszędzie, a największe kokosy zaczęli zbijać producenci oprogramowania i generalnie rzeczy niematerialnych. Bo dla nich obniżka ceny jest możliwa niemal do zera, a jedyne, co ich powstrzymuje, to utrzymanie balansu między okresem promocyjnym, a resztą roku, gdzie jednak użytkownicy muszą zapłacić pełną cenę. Ale czy naprawdę muszą?

Tu nasuwają mi się niemal automatycznie nazwy dwóch producentów: iZotope oraz Waves. Obie te firmy tak mocno poszły w stronę promocyjnych szaleństw, że w zasadzie trudno jest tam cokolwiek kupić w normalnej cenie. A nawet jeśli coś jest aktualne za drogie, to wystarczy poczekać - do świąt, do wakacji, do czarnego piątku, do święta dziękczynienia, do Wielkanocy, do wiosny, do jesieni, do... no, każda okazja jest dobra, żeby ogłosić szalenie korzystne ceny, trzy produkty w cenie dwóch i tak dalej.

No i właśnie, to jest faktyczne clou moich przemyśleń - otóż, skoro co chwilę są promocje na coś, to po co kupować cokolwiek za "normalną" cenę? Co to w ogóle jest "normalna" cena? Znane są przypadki, że towar - mimo że "w promocji" - kosztuje tyle samo, co zwykle. Są sytuacje, gdy niedługo przed okresem promocyjnym cenę się podwyższa, żeby później "opuścić" ją do pierwotnej wysokości, już jako promocyjną. Dlaczego ta "promocja" tak bardzo przyciąga?

Obawiam się, że jesteśmy sobie winni sami. Bo bardzo lubimy się chwalić, że coś udało nam się kupić okazyjnie, taniej, że mamy coś świetnego, ale rozsądnie nie wydaliśmy na to góry pieniędzy - bo to przecież jest głupie. Bo sprytny i zaradny człowiek zawsze znajdzie okazję, żeby oszczędzić, bo oszczędzanie jest dobre.

I zrozumcie mnie dobrze - sam nie przepadam za rozrzutnością i z promocji jak najbardziej korzystam, jeśli są faktycznie promocjami. Ale producenci dobrze wiedzą, jaki lep przygotować na swoich klientów, dlatego zachowajmy czujność! Jak mawiały niegdyś plakaty propagandowe - wróg nie śpi!

A teraz... Oooo, przecena o 98%? Jak to możliwe? Taaaaka okazja? Gdzie ta moja karta kredytowa...

wtorek, 24 listopada 2020

Filip Oščádal

W ramach zdobywania kolejnych zgód i pozwoleń na ewentualną publikację atarowskich coverów w serwisach strumieniowych, skontaktowałem się z Filipem Oščádalem, czeskim kompozytorem muzyki do gier (ale nie tylko). Filip opublikował moją wersję muzyki z gry "Microx" na swojej stronie.

Odbyliśmy też długą i zaskakującą momentami rozmowę, ja zaś miałem okazję posłuchać naprawdę świetnej muzyki autorstwa Filipa - i nie są to dźwięki z ośmiobitowego komputera! Zresztą posłuchajcie sami. Widoczne na stronie filmiki są tak naprawdę częścią playlisty, więc można zostawić odtwarzanie i posłuchać kolejnych utworów - moim zdaniem naprawdę warto.

Szkoda, że od 2005 roku Filip już nie publikuje i nie tworzy muzyki, chociaż wspominał, że chciałby do tego wrócić. Jedyny problem to... DAW, bo Filip używa obecnie Linuksa, a w tym systemie nie jest prosto znaleźć pasujący program tego typu - z "większych" są tylko Bitwig i Reaper (ten na razie eksperymentalnie), choć i Tracktion 7 i Waveform też są moim zdaniem nie do pogardzenia. Zobaczymy, czy Filip się przełamie i wróci - szkoda by było, gdyby już nie napisał żadnego utworu.

poniedziałek, 23 listopada 2020

No i stało się - rekord padł

Gdyby prowadzenie bloga było dyscypliną sportową, to właśnie pobiłbym rekord życiowy - i to tak, że już raczej nigdy nie zostanie on pobity. 294. wpis na blogu Ladaco to oficjalnie najwyższy wynik do tej pory - a dodając do tego 97 obecnie wpisów na Gadesound, mam 391 wpisów w 328 dniu roku. Sam w to nie wierzę, bo średnia powyżej jednego posta dziennie wydaje mi się absurdalna i niezgodna z moimi odczuciami.

Dlaczego zaś nie sądzę, żeby rekord ten został pobity w przyszłości? Bo nie wierzę, bym w ogóle w przyszłym roku miał choćby połowę tego. Czuję, że zbliża się blogowy kryzys, związany zresztą z pewnym projektem, którego się podjąłem, a który będzie mi teraz kradł każdą wolną chwilę. Niewykluczone zatem, że wkrótce zapadnie tu cisza i będzie słychać tylko wycie cyfrowego wiatru, przepędzającego cyfrowe kłęby cyfrowego kurzu z kąta w kąt.

A może i nie.

W dzisiejszych czasach nie ma żadnej pewności co do czegokolwiek.

niedziela, 22 listopada 2020

[S] Kto przy Obrze...

Kilka ujęć z czysto utylitarnej wyprawy fotograficznej - Siostra Be potrzebowała zdjęcia Obry, płynącej leniwie przez Kościan. Zdjęć powstało kilka, więc wrzucę, żeby nie było, że w ogóle nie dotykam aparatu. Poziom spacerowy, ale na bezrybiu i rak ryba...

Przysłona: f/7,1, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 62,0 mm

Przysłona: f/7,1, Czas: 1/250 sec, Ogniskowa: 42,0 mm

Przysłona: f/7,1, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 24,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 52,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

czwartek, 19 listopada 2020

Opera, Brave czy Vivaldi?

Co jakiś czas robię sobie przegląd dostępnych na rynku przeglądarek internetowych - interesuje mnie to głównie ze względów zawodowych. Piszę aplikacje sieciowe, stąd muszę testować je w różnych środowiskach, a przy okazji też korzystam z różnych udogodnień dla programistów (jak śledzenie kodu czy przeglądanie żądań i odpowiedzi). Od ostatniego przeglądu minęło już ponad półtora roku, pora więc zerknąć, co tam w sieciowej trawie piszczy. Tym razem jednak nie chciało mi się instalować i testować wielu przeglądarek, więc doinstalowałem tylko Brave do istniejącej pary Vivaldi-Opera i porównałem te trzy przeglądarki. Dlaczego akurat te i dlaczego nie ma tu Firefoksa? No, bo tak wybrałem. Przeglądarki Vivaldi używam codziennie przez wiele godzin, z Brave korzystam głównie na telefonie, a Opera ma tryb Flow, o którym kilka słów za chwilę.

Unifikacja postępuje

Rynek jest po prostu zalany przeglądarkami zbudowanymi na bazie Chromium (ściślej biorąc, silnik nazywa się Blink, ale projekt go rozwijający to właśnie Chromium). Wynika to zapewne z prostoty napisania takiej przeglądarki - bierzemy gotowy i przetestowany kod, który w zasadzie wszystko robi za nas, dodajemy parę funkcji "od siebie" i mamy świetną przeglądarkę! Wszystkie trzy testowane przeglądarki tak właśnie powstały i korzystają z wersji 86 Chromium, więc "w środku" praktycznie różnic nie ma. Różnice tkwią głównie w interfejsie użytkownika i funkcjach specjalnych (np. synchronizacja w Vivaldi, VPN w Operze czy anonimizacja prywatnych sesji w sieci Tor w Brave).

Testy

Żeby ze spokojem przejść do omawiania co ciekawszych funkcjonalności, wykonałem dwa testy w każdej z przeglądarek: Acid3 oraz JetStream. Wyniki nie zaskakują i są niemal identyczne w każdym przypadku.

W teście Acid3 wszystkie trzy przeglądarki zaprezentowały powyższy wynik

  • Vivaldi = 71.466
  • Opera = 67.086
  • Brave = 72.402

Obciążenie komputera - każda przeglądarka tylko z jedną kartą, a na tej karcie mój blog.

Vivaldi

Nie da się ukryć, że tę przeglądarkę znam obecnie najlepiej i korzystam z niej najintensywniej. Co mnie przy niej trzyma? Przede wszystkim wygoda - mam tu literalnie wszystko, czego oczekuję od przeglądarki: są przydatne karty pobierania, ulubionych, notatek, mogłem podpiąć sobie wygodnie Google Keep. Jest synchronizacja za pośrednictwem serwerów producenta - można mieć na różnych komputerach ten sam zestaw zakładek, wspólną historię, a nawet hasła (czego osobiście jednak nie polecam). Wbrew pozorom ta funkcja jest bardzo przydatna - jeśli wchodziliśmy na jakąś stronę na jednym komputerze, bez problemu znajdziemy ją też na drugim. Jeśli dodamy zakładkę w telefonie, odnajdziemy ją też w wersji stacjonarnej. I tak dalej, i tak dalej. Co ważne, np. po instalacji systemu na jednym z komputerów wystarczy zainstalować Vivaldi i ją zsynchronizować - po chwili będziemy mieć w niej te same zakładki i konfigurację, jak w pozostałych miejscach. Koniec z eksportowaniem listy zakładek, z importami, z konfigurowaniem - mechanizm ten może też synchronizować... dodatki! Czyli instalujemy na jednym komputerze np. obsługę plików djvu, a pojawi się nam to także w pozostałych środowiskach!

Do tego dochodzi moc różnych ułatwień, jak choćby tryb czytania, który bardzo upraszcza widok stron i sprawia, że czyta się je zazwyczaj o wiele wygodniej niż w normalnym trybie. Do tego dochodzi wbudowane i wygodne drzewo zakładek, możliwość włączenia różnych filtrów (np. wygaszenie kolorów), wygodny mechanizm notatek, gdzie można umieścić nie tylko tekst, ale też załącznik, grafikę, a nawet wykonać graficzny zrzut ekranu. Zakładki można grupować, można też podzielić ekran między dwie zakładki i przeglądać je, mając obie obok siebie.

Bardzo przyjemnie rozwiązano manager haseł, który jest dodatkowo szyfrowany - np. hasło można podejrzeć dopiero po podaniu hasła do konta.

Wszystko to sprawia, że korzystanie z Vivaldi jest bardzo przyjemne - do tego aktualizacje wychodzą dość często i widać, że przeglądarka się wciąż rozwija. Istnieje też, naturalnie, wersja mobilna, ale na razie nie ma w niej nic, co spowodowałoby moje przejście do niej z mobilnego Brave.

Opera

To była niegdyś moja ulubiona przeglądarka, jeszcze za czasów silnika Presto. Była szybka, miała wszystko, co trzeba i... została uśmiercona. Część operowego zespołu zaczęła tworzyć wersję 15tą już na bazie Chromium, a część przeszła do zespołu Vivaldi, stąd też pewnie tak duże podobieństwo obu przeglądarek. Pierwsze wersje jednak mocno mnie zawiodły i sześć lat temu porzuciłem tę aplikację. I chociaż na początku 2018 roku wyglądało na to, że się przeproszę z Operą, to jednak wygrał wtedy Vivaldi.

Czy obecnie Opera ma coś, czego brakuje głównemu konkurentowi (głównemu w moich oczach, oczywiście). Otóż ma dwie funkcje, które bardzo mi się podobają i chętnie bym je zobaczył w Vivaldi. Pierwsza z nich to tak zwane konteksty. Czyli robię sobie jeden kontekst "Praca", gdzie trzymam otwarte zakładki dotyczące pracy, drugi związany z aktualnie testowaną aplikacją, trzeci związany z jakimiś dodatkowymi stronami, np. Tłumaczem Google'a czy Wikipedią. I teraz nie muszę już wertować dziesiątek zakładek, tylko po prostu zmieniam kontekst i mam już do ogarnięcia tylko kilka lub kilkanaście zakładek. Bardzo sprytne.

Druga przyjemna rzecz to Opera Flow. Dzięki temu wynalazkowi można przesyłać sobie różne odwiedzone strony. Przypuśćmy, że przeglądam coś na telefonie (oczywiście, Opera Flow istnieje w wersji mobilnej), ale akurat ciekawa strona, na którą trafiłem, jest trudna do przeczytania na małym ekranie (albo nie mam akurat czasu, ale chcę ją tymczasowo zapamiętać, bez zaśmiecania zakładek). Klikam na ikonkę strzałki i ciach, strona ląduje w zakątku zwanym Flow. Kiedy wchodzę do Opery "stacjonarnej", zapamiętana strona już na mnie czeka w opisywanym zakątku. Połączenia przeglądarki w komputerze i telefonie dokonuje się banalnie, po prostu skanując telefonem QR-kod. I to wystarczy!

Opera ma ponadto wbudowane blokowanie reklam, co może być poczytane za plus, bo nie trzeba niczego doinstalowywać. Dodatkowo ma możliwość korzystania z wbudowanego VPN-a, aby nieco zanonimizować wirtualne wojaże użytkownika.

Brave

Przyznam, że Brave w wersji na komputer niczym specjalnym się nie wyróżnia. Jest do bólu prosta i w zasadzie nie posiada żadnych udogodnień poza blokerem reklam i możliwością korzystania z sieci TOR podczas korzystania z kart prywatnych. To jednocześnie dużo i niedużo, bo czasem minimalizm bywa przydatny, czasem zaś dokucza.

Za to w wersji na telefon przeglądarka ta ma jedną, ale BARDZO przeze mnie cenioną zaletę. Otóż nie dość, że nie wyświetla reklam, to jeszcze pozwala odtwarzać wideo w tle. Inne przeglądarki - jeśli przełączymy się na inną kartę lub aplikację, automatycznie przerywają odtwarzanie filmu. Jest ono także przerywane, jeśli nie włączymy trybu pełnoekranowego i telefon przejdzie do trybu czuwania - w Brave tak się nie dzieje, więc możemy włączyć sobie np. jakiś film, gdzie ważny jest tylko dźwięk i sobie go w spokoju odsłuchać.

Werdykt

Hm, naprawdę ciężko jest wybrać. Jeśli ktoś tylko i wyłącznie włącza przeglądarkę, żeby przejrzeć pocztę, pogadać na Facebooku czy poczytać wiadomości, to Brave sprawdzi się tu znakomicie, zarówno w wersji mobilnej (polecam!), jak i stacjonarnej.

Jeśli jednak cenicie sobie dodatkowe funkcje, takie jak synchronizacja ustawień, przesyłanie stron między telefonem a komputerem, wygodne zarządzanie zakładkami i kartami, to z pewnością lepiej sprawdzi się Opera albo Vivaldi. Obie są świetne, mają podobny zakres funkcjonalności i przyznam, że nie potrafię wskazać, która jest lepsza, nawet dla mnie. Vivaldi sprawdza mi się bardzo dobrze, ale Opera Flow i konteksty kuszą, oj, kuszą! Ale z kolei Opera nie ma wygodnych notatek i dzielenia ekranu na dwie zakładki, co mi się często przydaje.

Ostatecznym zwycięzcą nie zostaje zatem nikt. Warto wypróbować każdą z nich i dopasować sobie ich możliwości dla siebie. Mamy zatem trójstronny remis...

Czarny Piątek coraz bliżej

Tradycyjnie, jak co roku, zbliża się Czarny Piątek, czyli w domyśle doba świetnych zakupowych okazji, wielkich obniżek i megapromocji. To, naturalnie, tylko połowiczna prawda, bo promocje, wyprzedaże i obniżki trwają już od początku listopada (oczywiście oflagowane jako "czarnopiątkowe"). No i potrwają do Bożego Narodzenia, bez obaw.

Czy na coś się nastawiam w tym roku? Raczej nie, nie mam planów zakupowych - wprawdzie miło byłoby mieć update Cubase'a, ale Steinberg na pewno nie obniży ceny w tym roku. Z innych rzeczy świetnie prezentuje się aktualizacja Pianoteq do wersji 7 - zawiera naprawdę rewelacyjne nowe brzmienie nowojorskiego Steinwaya i... to w zasadzie wszystko. Reszta fajnych rzeczy, np. Carmona Quartet, EZ Bass czy MDrummer jest poza moim obecnym zasięgiem finansowym, więc wolę im się nawet nie przyglądać.

Tak czy owak, warto zaglądać na różne strony z pluginami, zapisać się na newslettery u producentów, bo nigdy nie wiadomo - może ktoś zrobi faktycznie jakąś błyskawiczną promocję w sam Czarny Piątek, tylko dla własnych użytkowników?

wtorek, 17 listopada 2020

piątek, 13 listopada 2020

Dlaczego nie ma Atari Covers na Spotify?

Tytułowe pytanie padło parę razy w kontekście ostatniej publikacji na Atari On-Line - dlaczego Atari Covers jest tylko na SoundCloud czy BandCamp, zaś nie można tego posłuchać na Spotify, Tidalu czy iTunes? Przecież to żaden problem chyba wrzucić tam te same pliki?

Otóż jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi oczywiście o... pieniądze. Bo możecie mi wierzyć, chciałem wrzucić te nagrania do ogólnej cyfrowej dystrybucji. Problemem okazało się jednak to, że na płytę składają się... covery. Przy przesyłaniu musiałem podać prawdziwych autorów (no bo przecież nie mogę się podpisać pod cudzymi kompozycjami), a system wyliczył mi, że skoro tak, to będzie mnie "kasował" za każdy utwór 1 dolara miesięcznie. Czyli umieszczenie tego albumu na Spotify i reszcie - gdybym nie doczytał tego drobnego dopisku - kosztowałoby mnie 20 dolarów miesięcznie. Może to i niezłe rozwiązanie, jeśli ktoś zarabia potężne kwoty (ale znacie kogoś, kto zarabia cokolwiek na Spotify?), jednak dla mnie to hobby i dla własnej satysfakcji nie będę wydawał 240 dolarów rocznie, nie zarabiając w zamian niczego.

Dlatego, niestety, Atari Covers pozostaną wyłącznie na SoundCloud i BandCamp...

P.S.: Przy okazji próby wydania muzyki w serwisach strumieniowych musiałem zadbać o bardziej oficjalne zezwolenia i okazało się, że zdobyłem je bez trudu. Powiem więcej, porozmawiałem chwilę z samym Adamem Gilmore'em, który był wręcz entuzjastycznie nastawiony do moich wersji jego utworów. Muszę przyznać, że bardzo mnie to podniosło na duchu - całkiem jak reakcja Bartka Wieczorkowskiego na orkiestrową wersję "Laury". Tylko z panem Januszem Pelcem nie udało mi się dotąd skontaktować, ale czynię starania i czekam aktualnie na odpowiedzi.

[O] DaVinci Resolve Studio 17

W poniedziałek miała miejsce premiera wersji 17 coraz popularniejszego edytora wideo, DaVinci Resolve. Jako że miałem do zmontowania filmik z muzyką z "Siedmiu wspaniałych", postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli przetestować nową wersję w praktyce. Przypomnę, że można to zrobić bezproblemowo, bo wersja ta dla posiadaczy licencji jest zupełnie darmowa.

Drobny zgrzyt

Jeszcze 9 listopada uruchomiłem Resolve 16 licząc na to, że swoim zwyczajem wykryje on uaktualnienie i pozwoli je pobrać. Niestety, nic takiego nastąpiło. Nieco zdziwiony, wszedłem na stronę producenta i próbowałem pobrać instalator ręcznie (trzeba wówczas, dla wersji Studio, wypełnić formularz i podać numer seryjny). Pobieranie się nie powiodło, prawdopodobnie ze względu na duże obciążenie serwerów. Ale już we wtorek wszystko przebiegło bez problemów, jednak pewnym rozczarowaniem był dla mnie fakt, że ta - tak szumnie otrąbiona - wersja 17 jest... publiczną wersją beta! Trochę to popsuło efekt, jakim miała być praca ze skończonym, dopieszczonym produktem...

Nie ma tego złego

Poza opisanym wyżej wrażeniem nic więcej nie zakłóciło pozytywnego odbioru wersji 17. Zainstalowała się i uruchomiła bez kłopotów, konwertując przy okazji istniejące projekty do swojego formatu (ale lojalnie przed tym ostrzega i doradza zrobienie kopii zapasowej na wszelki wypadek). W moim przypadku wszystko się powiodło i stare projekty mogę bez problemu uruchamiać w nowej wersji (przynajmniej tych kilka sprawdzonych wyrywkowo).

Po uruchomieniu trzeba się mocno wpatrzyć w ekran, żeby zobaczyć jakiekolwiek zmiany, bo wszystko wygląda w zasadzie po staremu. Ale wystarczy zacząć pracę, by dostrzec małe, acz bardzo przyjemne zmiany. Po pierwsze, Inspector otrzymał ładne, czytelne zakładki, które także ikonami informują o zawartości:

Ikon doczekały się także... efekty, jednak w tym przypadku co innego jest wręcz genialne. Otóż wystarczy przyłożyć do przycisku efektu kursor myszy i poruszyć nim z lewej na prawą, a zobaczymy... prezentację tego właśnie efektu! Koniec ze zgadywaniem, co dany efekt dokładnie robi, aplikowaniem go, a później usuwaniem. Naprawdę przydatne! Podobnie zresztą rozwiązano także wybór kroju pisma dla napisów - wystarczy przesuwać kursor po liście czcionek, a program pokaże błyskawiczny podgląd.

Podobnie szalenie przydatną rzeczą jest umieszczenie w Inspectorze... szybkości klipu. Do tej pory trzeba było się grzebać przez menu kontekstowe, a aż się prosiło, żeby taki parametr klipu, jak szybkość odtwarzania, był dostępny właśnie w tym podręcznym zasobniku.

Więcej zmian można dostrzec na karcie Color, gdzie zmieniono nie tylko same charakterystyczne koła do korekcji barwy, ale także zlikwidowano uciążliwy podział na zakładki, gdzie znajdowały się kontrolki odpowiedzialne za np. balans bieli, ratowanie cieni i świateł itp. Teraz kontrolki te rozmieszczono wokół kół korekcji i są wszystkie dostępne w tym samym czasie.

Bardzo ciekawe wydaje się nowe narzędzie, Color Warper. Jego użycie w pewien sposób dubluje działanie kół korekcji, ale nie do końca. Chodzi o to, że mamy przed sobą "pajęczynę" na tle kolorowej planszy. Przemieszczając odpowiednio węzły tej pajęczyny, modyfikujemy odpowiadający jej zakres kolorystyczny, a regulując "gęstość" pajęczyny możemy wpłynąć na intensywność wprowadzanych zmian. Wygląda to bardzo ciekawie, choć akurat w montowanym filmiku nie miałem potrzeby z tego korzystać.

Wiele sobie obiecywałem po zapowiedziach, jak to został przebudowany moduł Fairlight, odpowiedzialny za dźwięk. Niestety, z rzeczy rzucających się w oczy znalazłem tylko ikonki na przyciskach efektów:

I chociaż wiem, że zmian w zakresie audio jest całkiem sporo (m. in. automatyczne wyrównywanie ścieżek audio), to jednak troszkę szkoda, że nadal nie ma obsługi sterowników ASIO i modyfikując częstotliwość pracy interfejsu Clarett nadal potrafię zmusić Resolve'a do uruchomienia się bez obsługi dźwięku (bo nie potrafi on sobie tej częstotliwości odczytać albo ustawić po swojemu).

Wydajność

Jeśli chodzi o wydajność, to nie zauważyłem żadnych zmian, czy to pozytywnych, czy też negatywnych. Nowy Resolve działa tak samo szybko, o ile mogę polegać na swoich odczuciach związanych z montażem standardowego dla mnie filmiku. Troszkę liczyłem, że może zostanie przywrócona możliwość wykorzystania karty graficznej do ostatecznego renderowania filmu, ale nadal utrzymany został limit pamięci 4GB i na moim wysłużonym GeForce 960 nie da się wybrać kodeka nVidii. Te dobre czasy już chyba nie wrócą...

Czy warto przejść na nową wersję?

Moim zdaniem - jak najbardziej warto. Gdybym zależał od Resolve'a zawodowo, miał mnóstwo projektów, które muszą perfekcyjnie działać, to czułbym pewne wahanie - to jednak beta, a do tego przeprowadza jakąś tajemniczą konwersję bazy projektów. Ale w pozostałych przypadkach wszystko wydaje się być w najlepszym porządku, a wprowadzone zmiany są zdecydowanie "na plus" - póki co nie znalazłem nic, czego bym żałował. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że Blackmagic bierze po prostu pod uwagę sugestie użytkowników, a nie pomysły własnych geniuszów od poprawiania rzeczy dobrych. I chwała im za to!

czwartek, 12 listopada 2020

[M] Nagrywam muzykę stRinga

Po debiucie na Atari On-Line dostałem przysłowiowego "wiatru w żagle". Nie tylko nagrałem bowiem muzykę z "Siedmiu wspaniałych", ale też - trochę podpuszczony w komentarzach pod wspomnianym artykułem - przygotowałem dwa covery kolegi stRinga, znanego w środowisku atarowców muzyka (i w sumie to właśnie on mnie sprowokował).

Nie byłoby w tym może nic dziwnego, ale tym samym udało mi się w trzy dni przygotować trzy utwory - takie rzeczy chyba nie zdarzały się nawet w czasie wiosennej "gorączki coverowej". Kiedy teraz tak siedzę i o tym myślę (bo właśnie to do mnie dotarło, stąd wpis), to są chyba dwa powody, że poszło to tak sprawnie.

Pierwszy to duża czytelność wszystkich tych utworów. Tu nie było kombinowania, jak co zagrać, jak co przygotować. Odpadł więc największy pożeracz czasu - przeszukiwanie monstrualnej biblioteki instrumentów i brzmień w poszukiwaniu "tego jedynego". W przypadku "Siedmiu wspaniałych" w ogóle nie było gadania: BBC SO i koniec. W przypadku muzyki stRinga ograniczyłem się do dosłownie kilku instrumentów: u-he Diva oraz u-he Repro 5, do tego Air Hybrid 3, Air Riser, Thorn, Rob Papen RG i UVI Drum Designer w połączeniu z Evolve. W "Error in line 10" wykorzystałem jeszcze wokalizy od Heavyocity i to chyba tyle. Do tego parę sampli i tyle. Dawno już nie pracowałem tak szybko i wydajnie.

Drugi powód płynnej i szybkiej pracy to korzystanie ze Studio One. Zdecydowanie ten DAW wrócił do łask. I to mimo nieustających problemów z Omnisphere - korzystanie z tego połączenia to proszenie się o kłopoty i wczoraj nawet z ciekawości zrobiłem test - odpalałem Studio One z umieszczonym na jednym ze śladów Omnisphere, po czym parę razy zmieniałem brzmienie w tym instrumencie. W 100% przypadków w krótkim czasie cały DAW trafiał szlag - na szczęście ponowny start jest błyskawiczny, a automatyczny zapis ratował przed utratą zmian.

Studio One plusuje jednak w tylu miejscach, że w zasadzie nawet nie pomyślałem o wykorzystaniu Cubase'a. Key Switches działają wybornie, a parametry CC od dawna sterowane są wygodnymi krzywymi. Do tego wspomniane szybkie uruchamianie i sprawnie działające narzędzia MIDI, a na osłodę możliwość zaprezentowania nut na partyturze (nie, żebym korzystał, po prostu przydało się to do nagrania filmiku do "Siedmiu wspaniałych")

Pewnym wytłumaczeniem szybkości prac jest też z pewnością nieduża długość wszystkich wspomnianych utworów, ale ostatecznie przecież wielkość nie ma znaczenia, prawda?

Tak czy owak, zadanie wykonane, a obu utworów stRinga można posłuchać poniżej:

wtorek, 10 listopada 2020

poniedziałek, 9 listopada 2020

[K] DaVinci Resolve 17 - co nowego?

Dziś po wieczór polskiego czasu miała miejsce premiera DaVinci Resolve 17, co przyjąłem z zainteresowaniem, bo chętnie ujrzałbym w niej parę funkcji i usprawnień. Ciekawość zwyciężyła, więc skoro tylko znalazłem chwilę na wieczorną "prasówkę", rzuciłem się do lektury, co też nowego jest w aplikacji. I powiem Wam, że jest tego całkiem sporo. Oto, co znalazłem z ciekawszych funkcji:

  • możliwość edycji klipów źródłowych - czyli wrzucamy np. jakiś klip wielokrotnie na linię czasu, ale orientujemy się, że jednak trzeba go wszędzie trochę przyciąć; przycinamy więc klip źródłowy, a w całym filmie poszczególne klipy zostaną przycięte w identyczny sposób
  • przebudowany Inspector - posiada teraz bardzo czytelne zakładki i umożliwia np. wygodną edycję audio
  • ikonki i dynamiczny podgląd efektów nakładanych na klipy
  • duża poprawa możliwości edycyjnych audio - nowe narzędzia, przebudowany moduł Fairlight, wykrywanie transjentów i słów
  • elastyczny system doboru formatu kadru, w tym z możliwością automatycznego śledzenia obiektów (czyli mamy duży kadr, który chcemy przyciąć np. do kwadratu, ale tak, aby chodząca postać była ciągle w centrum)
  • ponoć bardzo wydajny i wygodny system proxy, czyli zoptymalizowanych klipów, które odciążają system i zwiększają wydajność pracy (tego jestem szczególnie ciekaw)
  • magic mask, automatycznie rozpoznająca obiekty do wycięcia lub modyfikacji (na filmiku prezentacyjnym wyglądało to oszołamiająco)
  • poprawione i zreorganizowane koła do poprawy kolorystyki (w tym ucieszyło mnie, że nie ma już dwóch zakładek do korekty - chodzi o balans bieli, odzyskiwanie świateł itp. - wszystko mieści się na jednym panelu!)
  • specjalne narzędzie Color Warper do wygodnej edycji kolorystycznej

Aktualizacja jest darmowa dla dotychczasowych użytkowników, więc nie trzeba wysupływać jakiejś dodatkowej kwoty, by się cieszyć nowymi funkcjami. No, chyba że wzrosły wymagania sprzętowe, ale o tym wszędzie cicho, a na stronie Blackmagic nie potrafiłem nawet znaleźć żadnego opisu dotyczącego bieżących wymagań. Hm.

Oczywiście, samo przeczytanie niczego nie zmieni, więc postanowiłem od razu pobrać aktualizację i wypróbować ją w boju - niestety, chyba nie ja jeden o tym pomyślałem, bo pobieranie ponad dwugigowego pliku ślimaczyło się tak bardzo, że dałem sobie chwilowo spokój. Wrócę do tego za parę dni i niechybnie zdam tutaj relację, co rzeczywiście się sprawdza, a co nie do końca. A że mam akurat do zmontowania jeden "teledysk", to i będzie okazja wypróbować nową wersję w praktyce.

sobota, 7 listopada 2020

Debiut na łamach Atari On-Line

W związku z moimi tegorocznymi pracami nad tworzeniem coverów muzyki z "małego" Atari, pisałem kilkukrotnie na https://gadesound.blogspot.com o tym zagadnieniu. A że w ostatnim wpisie umieściłem link do dużej paczki przekonwertowanych muzyczek (z formatu sap na format mid), postanowiłem tym plikiem podzielić się z serwisem Atari On-Line. Coś, co miało być tylko wpisem na forum, zostało zamienione za sugestią Krzysztofa "Kaza" na pełnoprawny artykuł:

Oczywiście treść jest mocno hermetyczna, więc to raczej nic do czytania "do poduszki", ale chwalę się, bo "a co!". Zawsze to jednak szerszy zasięg, niż mój blog, no nie? Może się komuś efekt mojej pracy jednak przyda - zawsze byłaby to jakaś wartość dodana.

No, to sobie pobyłem redaktorem, teraz czas wracać do blogowej rzeczywistości.

czwartek, 5 listopada 2020

[O] Return of the Obra Dinn

Współczesne gry nie ekscytują mnie tak, jak dawniej robiły to te starsze. Owszem, pogram sobie od czasu do czasu, ale z gier, które naprawdę mnie wciągnęły na dłużej kojarzę tylko Forzę Horizon sprzed dwóch lat i Euro Truck Simulator 2 sprzed roku, a tak naprawdę wiele godzin (60!) poświęciłem dawno już temu Wiedźminowi III (był to rok 2015). Owszem, ogrywam czasem drobiazgi w rodzaju Pilgrims czy The Supper, ale są to gry na godzinkę, czasem niecałą.

Do rzeczy!

Zmierzam do tego, że nie spodziewałem się bycia wciągniętym w fabułę. Bycia zauroczonym grafiką. Bycia ciekawym, co dalej. A to wszystko zapewnia właśnie Return of the Obra Dinn, gra Lucasa Pope'a, wydana jeszcze w 2018 roku.

Nie zdradzając za bardzo fabuły, w grze chodzi o przeprowadzenie śledztwa. Jako przedstawiciel towarzystwa ubezpieczeniowego East India Company, zostajemy oddelegowani do sprawdzenia, co stało się ze statkiem-widmo "Obra Dinn", który po pięciu latach powrócił, bez załogi, choć w rejs wyruszyło 60 osób. Do dyspozycji dostajemy specjalny zegarek "Memento Mortem", który potrafi pokazać nam sceny z momentu śmierci wybranych osób. Naszym zadaniem jest ustalenie losu załogi oraz pasażerów i wyświetlenie całej tajemnicy.

No i powiem Wam, że to wciąga. Dopływamy do statku, wspinamy się na burtę i zaczynamy oględziny. Znajdujemy jakiś szkielet i za pomocą zegarka cofamy się w czasie, żeby zobaczyć scenę, w której dwóch mężczyzn próbuje dopaść trzeciego, który wypala do nich z pistoletu. Wkrótce dowiadujemy się, że "ten trzeci" (kapitan, Robert Witterel), odpierał atak - ale co było powodem buntu? Czy to w ogóle był bunt? Od poszlaki do poszlaki dowiadujemy się coraz więcej, lecz - paradoksalnie - wiemy coraz mniej...

Fabuła fabułą, ale na odbiór gry bardzo znacząco wpływa jej oprawa. Autor postanowił ograniczyć się do grafiki monochromatycznej (i to w najbardziej klasycznym ujęciu - tutaj naprawdę są tylko dwa kolory!), do jednak nie przeszkadzało w opracowaniu bardzo sugestywnego środowiska 3D. Wszelkie elementy są odwzorowane bardzo realistycznie, rysunki wykonane nadzwyczaj starannie i aż trudno uwierzyć, że za wszystkim stoi jeden człowiek! Najwięcej czasu - jeśli wierzyć wspomnieniom Pope'a - zajęło opracowanie silnika graficznego, który musiał prezentować treści w specyficzny, a jednak czytelny sposób.

Swój udział w budowaniu klimatu mają też dialogi i muzyka - generalnie wszelkie widziane sceny są statyczne, a momenty, gdzie coś się dzieje i słyszymy dźwięki wydarzeń, są schowane za czarną planszą z napisami. Musimy zatem wytężać słuch i wyobraźnię, żeby domyślić się, czego jesteśmy świadkami. To genialny zabieg, który jeszcze bardziej wciąga nas w świat przedstawiony.

Zakończeń jest ponoć kilka i zależą one m. in. od liczby ustalonych faktów. Czyli im dokładniej zbadamy całą historię i dowiemy się, kim byli i jak zginęli obecni na statku ludzie, tym ściślejszą wiedzę na temat całej sytuacji posiądziemy. Tak czy inaczej warto oglądać wszystkie napotkane sceny, słuchać dialogów i... wracać do lektury prowadzonego "dziennika", gdzie wszelkie fakty są skrupulatnie odnotowywane.

Na zakończenie

Od strony technicznej uwag nie mam żadnych. Wszystko jest wykonane świetnie, żadnych usterek czy niedoróbek nie zauważyłem. Grafika - mimo teoretycznej słabości - jest świetna, nawigowanie bezproblemowe, a dialogowo-muzyczne wstawki świetnie budują nastrój. Na początku graliśmy razem z Siostrą Be i to było fantastyczne odczucie, kiedy można było obgadać losy poszczególnych osób i snuć głośne przemyślenia. Polecam granie z kimś. Później, kiedy już dokańczałem grę w samotności, nie było już tego fajnego uczucia, choć również grało się bardzo przyjemnie.

Cóż mogę powiedzieć - spędziłem przy tej grze przeszło dziewięć godzin, co jest sporym wynikiem dla mnie w dzisiejszych czasach. Szczerze polecam "Return of the Obra Dinn" każdemu, zwłaszcza że na gog.com można ją kupić w wersji spolszczonej (głosy pozostają oryginalne, ale wszelkie napisy są przełożone i to dość starannie). Dowiedzcie się, dlaczego kapitan strzelał i do kogo!

wtorek, 3 listopada 2020

[K] Czcionka dla programisty - ile można?

O czcionkach dla programisty było już w 2013 roku, ale było i w obecnym. Czy coś się zmieniło? Zakupiłem sobie Pragmatę Pro? Niekoniecznie, choć zmiana jest.

Aha, i żeby nie było, zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę piszę tu o fontach, ewentualnie krojach, bo czcionka to może być odlana z metalu, ale już nie kruszmy kopii o drobiazgi...

Co się stało?

Przy okazji porządkowania bloga (zmiany niektórych tytułów na bardziej czytelne) natrafiłem na wspomniane wcześniej wpisy. Katalizatorem ponownego szperania w czcionkach były komentarze Kolegi Damiana, który podrzucił kilka ciekawych propozycji. A że w jednej z odpowiedzi stwierdziłem, że poczekam na wersję narrow, czyli "wąską" czcionki Cascadia Code, postanowiłem to sprawdzić. Wszedłem więc na odpowiednią stronę, ale - niestety - smukłej odmiany tam nie znalazłem. Zobaczyłem za to, że coś - zdawałoby się - tak niezmiennego jak font, jest regularnie aktualizowany i poprawiany. A może moja ulubiona Iosevka także jakieś poprawki otrzymała?

No i sprawdziłem. I owszem, od lutego poprawek było całkiem sporo (przeskok z wersji 3.0 na 3.7.1!) Zmieniono między innymi organizację odmian, bo jest ich w pakiecie całkiem sporo. A mnie rzucił w się w oczy szczególnie wariant Slab, którego albo wcześniej nie było, albo go nie zauważyłem. A teraz zauroczył mnie do tego stopnia, że zastąpiłem nim wersję normalną i tak sobie pracuję od ponad tygodnia.

Wariant Slab

Krój ten różni się od regularnego przede wszystkim obecnością szeryfów, czyli przedłużeń liter, mających za zadanie zwiększenie czytelności tekstu. I powiem Wam, że rzeczywiście tak to odbieram - tekst czyta mi się przyjemniej, trochę jak na Kindle'u. Przy czym nie zaniedbano ani dodatkowych znaków (jak polskie znaki diakrytyczne) oraz ligatur - wszystko jest na swoim miejscu.

Pojawił się też wariant Curly, ale od regularnego różni się on nieznacznie - największa różnica to chyba mała literka "g":

Wariant Curly

Wariant Regular

Bez sensu

Dla wszystkich, którzy uważają takie rozważania za stratę czasu, a roztrząsanie krojów pisma za głupotę... zazdroszczę Wam! Serio. Bo też bym tak chciał. A jednak, mam jakieś natręctwo czy coś, że po prostu muszę. Po zmianie przyjemniej mi się pracuje, jeśli widzę ładny krój. Nic na to nie mogę poradzić, więc pewnie jeszcze wrócę na łamy bloga z tym tematem. Może kiedy Cascadia Code doczeka się smukłej odmiany?

niedziela, 1 listopada 2020

[M] Laura - wersja orkiestrowa na YouTube

Tę wersję już wprawdzie publikowałem na gadesound, ale tym razem przygotowałem krótki "teledysk", zawierający grafikę prosto z gry na Ataraka. Arkadiusz Lubaszka wkrótce wyda wersję gry na kartridżu, więc jeśli ktoś chowa gdzieś w szufladzie "małe" Atari, to może jest okazja, żeby wyjąć i odświeżyć wspomnienia z grania na tym sprzęcie?

środa, 28 października 2020

[M] Andrzej Kurylewicz - Lalka

Jeszcze w marcu publikowałem na Gadesound cover tytułowego utworu Andrzeja Kurylewicza z serialu "Lalka". Obecnie - jako posiadacz wielomiesięcznego doświadczenia w orkiestracji (ha, ha!) - postanowiłem nieco poprawić tamtejszą wersję i pochwalić się nią także tutaj, co niniejszym czynię. Może pamiętacie jeszcze ten serial? Nieodżałowani Braunek, Kamas i Pawlik w głównych rolach. No i muzyka Pana Kurylewicza:

wtorek, 27 października 2020

[K] Dlaczego SublimeText?

Minęło już ponad siedem (!) lat, odkąd poznałem SublimeText i mogę bez wahania powiedzieć, że jest to jeden z najczęściej używanych przeze mnie programów, poza może TotalCommanderem czy Foobarem 2000, no i systemem operacyjnym. To wręcz niezbędnik - wszystkie niemal posty na obu blogach powstają właśnie w nim, a do tego obrabiam w nim mnóstwo plików - szybka edycja tekstu jest zawsze w cenie. Czy to poprawić jakiś plik konfiguracyjny, napisać na szybko skrypt w PHP, przejrzeć json i wyciągnąć z niego dane, czy w końcu przeformatować jakiś plik tekstowy, ujmując listę w znaczniki HTML czy zmieniając wielkość liter. To wszystko da się zrobić w Sublime, a jeśli czegoś się nie da zrobić tak od razu, to na 99% istnieje jakiś dodatek-plugin, który to umożliwi.

Konkurencja

Zacznę nietypowo, bo od konkurencji. Wiele innych aplikacji przez te lata czyhało, żeby "wygryźć" SublimeText z mojego komputera (albo przynajmniej zepchnąć go na margines). Bezskutecznie. Pierwszym, niejako "naturalnym" wrogiem był IntelliJ IDEA, gdyż tego właśnie środowiska używam od mniej więcej ośmiu lat. Dostępnym w nim edytorom nie sposób cokolwiek zarzucić, a i samo środowisko jest świetne, jeśli chodzi o edycję plików. A jednak i IntelliJ, i SublimeText koegzystują sobie bezkonfliktowo - bo to są narzędzia do zupełnie innych celów. Jedno nie zastąpi drugiego - może wspomóc, ale nie zastąpi. IntelliJ jest potężny, ale też i "ciężki", a dodatkowo do wygodnej pracy potrzebuje "projektu". SublimeText to z kolei narzędzie do pracy "z doskoku", na pojedynczych plikach. Taki skalpel.

Drugim "naturalnym" wrogiem był Notepad++, bardzo dobry i do tego darmowy edytor. Nie mogę powiedzieć na niego złego słowa - jest naprawdę świetny, tylko niemożliwie brzydki i "rozwleczony". Może inaczej - ma tyle możliwości, opcji, menu, przycisków i wszystkiego, że oczy cierpią. To niepoważny zarzut, zdaję sobie z tego sprawę, ale co z tego, skoro właśnie moje oczy i ręce jednogłośnie opowiedziały się po stronie Sublime'a?

Stareńkiego kEDa nawet nie wymieniam, bo to żadna konkurencja i mimo że ciągle go używam do bardzo specyficznych prac (np. szybkiej zmiany tekstowej tabelki z tabulatorami na tabelę HTML), to do regularnej pracy choćby ze względu na brak nazwy pliku na zakładce się już nie nadaje.

Od czasu do czasu dostaję informację, że oto pojawił się SublimeText-killer, ostatnio w kontekście LightTable'a. Owszem, sprawdzam sobie te plotki, stąd znam i LightTable'a, i Atoma, i Visual Studio Code, i Brackets, i Geany, Kate oraz PSPad (próbowałem też wybadać Howla, ale ten powstaje głównie z myślą o Linuksie, zaś wersja na Windows wzbudza podejrzenia mojego antywirusa, więc nie ruszałem). Każda z tych aplikacji ma ciekawe funkcje, niektóre są też bardzo ładne. Niestety, większość jest dość "ciężka" i nie bardzo nadaje się do uruchamiania za pomocą skrótu "Edit" w TotalCommanderze jako podręczny edytor. Żadne jednak z tych narzędzi nie spełniło w pełni moich oczekiwań, które ostatecznie nie są jakieś wygórowane.

Fajne rzeczy w SublimeText

Pierwsza rzecz: możliwość instalacji mobilnej. Czyli wgrywamy sobie SublimeTexta na pendrive'a i używamy do woli. Bez instalowania w systemie, zmian w rejestrze czy innych niespodzianek. Oczywiście, jeśli ktoś woli, to może i taki rodzaj instalacji wybrać - droga wolna i za tę elastyczność duży plus.

Druga rzecz: dodatki. Od lat używam ciągle tych samych: Advanced New File (genialny! umożliwia tworzenie nowego pliku z natychmiastowym podaniem lokalizacji na dysku), FindKeyConflicts (bardzo przydatny do wyszukiwania konfliktów skrótów klawiaturowych), Indent XML (do formatowania znaczników XML/HTML), StringUtilities (bardzo różne operacje na ciągach tekstowych, typu konwersja tabulatorów na spacje i odwrotnie, zmiana wielkości znaków, formatowanie json) czy w końcu WordCount, liczący słowa. Ten zestaw nie jest, co łatwo zauważyć, bardzo rozbudowany, ale też nie musi taki być. Dużo rzeczy typu sortowanie, przesuwanie, łączenie linii robi "sam z siebie" SublimeText.

Trzecia rzecz: brak konieczności zapisu. To kolejne genialne rozwiązanie, które mnie trzyma przy tym programie. Tu można utworzyć nowy dokument, po czym zamknąć aplikację bez zapisu. A po uruchomieniu dokument nadal tam będzie! Nie mam pojęcia, kto na to wpadł, ale powinien zostać ozłocony. Koniec z tworzeniem miliona małych pliczków, żeby coś na chwilę tam wkleić czy zrobić. To się może nie wydaje rewolucyjnym rozwiązaniem, ale jeśli ktoś poużywa, z żalem będzie patrzył na aplikacje, które przy zamykaniu pytają o zapisanie każdego zmodyfikowanego dokumentu. Tutaj zamykamy, a po ponownym uruchomieniu mamy to, co przy zamykaniu. Taka hibernacja dokumentów - ale ta działa zawsze i bez pudła (nie przypominam sobie żadnych kłopotów z jej działaniem przez te lata).

Czwarta rzecz: rozmiar i szybkość. Aplikacja po rozpakowaniu zajmuje trochę ponad 30MB, z czego 10 przypada na Pythona. Uruchamia się błyskawicznie, dzięki czemu mam SumblimeTexta podpiętego pod klawisz F4 w TotalCommanderze, czyli jest to domyślny edytor plików tekstowych.

Piąta rzecz - wygląd. Nic nie poradzę, ja muszę mieć aplikacje w kolorze czarnym i ciemnoszarym. Uwielbiam to. A SublimeText jest tak zrobiony, że ma ten ciemny kolor "natywnie" - nie jest "pokolorowany", jak na przykład do tej pory robi się "ciemne tematy" do Eclipse'a. Do tego można sobie wygląd sprowadzić do rzędu zakładek i ukryć nawet menu - SublimeText i tak najlepiej obsługiwać po prostu klawiaturą.

Do tego dochodzi mnóstwo drobiazgów - możliwość podłączenia klienta SFTP i synchronizowanie plików zdalnych, możliwość podpięcia się do gita, praca z całym folderem plików (jeśli już ktoś tego potrzebuje), możliwość zainstalowania słownika (!). Jest tego sporo, naprawdę sporo.

Niefajne rzeczy w SublimeText

Najbardziej niefajną rzeczą w tej aplikacji jest, ma się rozumieć, cena - 80$. Nie jest to jakoś tragicznie dużo, zwłaszcza w porównaniu z cenami wirtualnych instrumentów VST, jednak pamiętam, że sam miałem niejakie opory, żeby wydać tyle pieniędzy na coś, co ma mi zastąpić świetnego i darmowego Notepada++ (a w 2013 roku SublimeText, jeszcze w wersji 2, kosztował "zaledwie" 70$). Obecnie ani trochę nie żałuję tej decyzji, a SublimeText zwrócił mi się wielokrotnie, oszczędzając czas.

Inna sprawa to brak przyjaznego panelu do konfigurowania programu. Nadal wszystko trzeba robić z poziomu edycji odpowiednich plików konfiguracyjnych, co może i ma jakiś posmak "retro" i wygląda bardzo "hakersko", ale czasem wygodniej byłoby po prostu kliknąć jakąś opcję, zamiast szukać w pliku odpowiedniej linijki lub (co gorsza) przeklejanie jej z jakieś internetowej porady. Doceniam możliwość konfigurowania aplikacji w ten sposób, ale dodanie okna, które to samo zrobiłoby w sposób bardziej intuicyjny byłoby miłym ukłonem w stronę użytkownika. Chociaż, w porównaniu do LightTable'a, tu jest high-life i luksusy.

No i jedna fatalna, w mojej opinii, rzecz - tu nie ma drukowania! Niczego nie wydrukujecie, nawet listy zakupów. Istnieje wprawdzie szereg pluginów, które to mają umożliwić, ale wymagają one jakichś zależności, których już nie chciało mi się tropić albo zwyczajnie nie działają. Od biedy da się użyć plugina ExportHTML, który otwiera dokument lub zaznaczenie... w przeglądarce internetowej, skąd już zazwyczaj da się wydrukować dokument. Nie dotykało mnie to tak bardzo, kiedy nie miałem jeszcze drukarki w domu. Teraz brak drukowania wprost z SublimeTexta coraz bardziej mnie irytuje...

Jest dobrze

Mimo wytknięcia kilku wad, nie przeszkadzają one w korzystaniu programu na tyle, by myśleć poważnie o znalezieniu alternatywy - zresztą, z mojej wiedzy wynika, że takiej alternatywy zwyczajnie brak. Chyba tylko ten paskudny z wyglądu Notepad++ byłby w stanie zastąpić SublimeTexta - gdyby tylko popracowano na interfejsem użytkownika! Zwłaszcza że zaimplementowano tutaj już brak konieczności zapisywania plików (czyli "hibernację") oraz drukowanie.

Tak czy inaczej polecam bardzo SublimeTexta. Do codziennej pracy jak znalazł!

poniedziałek, 26 października 2020

[S] Ostatnia niedziela października

Pozazdrościłem Anice kolorów, więc trzeba było ruszyć się z domu i pobrykać z aparatem po lesie. Korzyści - poza dotlenieniem się - są takie, w Blenderze nasiedziałbym się nad pojedyczym pseudozdjęciem godzinami, a gdybym miał to później renderować, pewnie szybciej doczekałbym się mądrego rządu w Polsce. Zapraszam zatem do przechadzki po dolnośląskich lasach:

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/640 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/2000 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/1000 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/1000 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/1000 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/1000 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 105,0 mm