piątek, 11 stycznia 2019

Tapety do śmiechu

Dzisiaj na wesoło - przeszukiwałem stare archiwa (rok 2000) i znalazłem kilka tapet, które wówczas w pocie czoła kleciłem w Corel PhotoPaint. A że uśmiałem się nieźle podczas oglądania, postanowiłem podzielić się z Wami - Wam ku radości, a mnie ku przestrodze, żeby nie zadzierać nosa, he, he. Miłego oglądania i możecie w komentarzach dać upust złośliwości - nie pogniewam się!

środa, 9 stycznia 2019

Filmiki warsztatowe

Lubię prace ręczne i lubiłem je, odkąd pamiętam. Sklejanie, wycinanie, malowanie, rysowanie, zginanie, lepienie - wszystko. Moja Mama mogłaby z pewnością powiedzieć nawet więcej, zwłaszcza wspominając np. zwój płótna, który jako dziesięciolatek zabrałem jej (bez wiedzy) i uszyłem z niego kołczan na strzały. Ewentualnie gdy notorycznie podbierałem jej nici, nożyczki czy guziki.

Ostatnio moja miłość do rękodzieła odżyła za sprawą YouTube'a, a konkretnie - filmików pokazujących dzielnych rzemieślników. Rozstrzał jakości jest - ja to na YouTube - ogromny. Od kompletnych amatorów, którzy dłubią wszystko nożykiem w kuchni, po zawodowców, mających świetnie wyposażone warsztaty (z hartowniami, piaskarkami, komorami do malowania bezpyłowego itd.). Osobiście jednak podzieliłbym "rękodzielnicze" filmiki na dwie grupy - renowacje i tworzenie.

Renowacje

Bardzo fascynująca tematyka: ktoś znajduje lub dostaje starą i/lub bardzo zniszczoną rzecz i przywraca ją do oryginalnego (lub nawet lepszego) stanu. Oczywiście większość tych przedmiotów wygląda początkowo strasznie: są zardzewiałe, zapajęczone, brudne, zapylone i czasem częściowo zniszczone. A potem zaczynają się "czary".

Wielkie, zardzewiałe imadło

Stara lampa na olej

Nie sposób się oderwać, gdy znający się na rzeczy fachowiec oczyszcza przedmiot, usuwa rdzę, uzupełnia ubytki, poleruje, wyrównuje, prostuje, poleruje... Niesamowicie wciąga pokazywana na ekranie metamorfoza, a końcowe zdjęcia porównawcze stanu sprzed i stanu po dają dodatkową satysfakcję. I rzeczywiście, czasem aż trudno uwierzyć, że udało się tak dobrze.

Wytwarzanie

Osobną, choć podobnie fascynującą kategorią są filmy pokazujące budowę jakiegoś przedmiotu od zera. Tutaj podziw wzbudza szczególnie pokazanie precyzji i pracowitości: wszystko musi być dokładnie zaplanowane i wykonane zgodnie ze sztuką, a wszelkie próby pójścia na skróty kończą się fatalnie.

Jak powstaje gitara akustyczna?

Bardzo przyjemne jest obserwowanie, jak z kupki materiałów zaczyna powoli powstawać znany nam przedmiot. Czasem w ogóle poznajemy w ten sposób budowę zwykłych, niby znanych rzeczy - a często dostajemy dodatkowy komentarz osoby nagrywającej: dlaczego coś się robi tak, a nie inaczej, po co jest jakiś element, jakie jest pochodzenie fragmentu konstrukcji i dlaczego inni wytwórcy robią pewne rzeczy inaczej.

Ależ to fajne!

Wiem, jestem dziwny. Może to przez to, że kończyłem politechnikę? A może kończyłem politechnikę, bo jestem dziwny? Tak czy inaczej, gdybym miał mnóstwo czasu, oglądanie takich filmików mogłoby mi spokojnie zająć cały dzień, bez uczucia znudzenia. Polecam obejrzeć zamieszczone wyżej przykłady - może też się wciągniecie?

wtorek, 8 stycznia 2019

Rok jak z bicza strzelił!...

Ani się obejrzałem, jak przeleciał okrągły rok, odkąd przeniosłem się z Wielkopolski na Dolny Śląsk. Dokładnie rok temu byłem pierwszy dzień w nowej pracy. Przez tych dwanaście miesięcy zmieniło się bardzo dużo.

Zmiany, zmiany

We spisie Wielki skok usprawiedliwiałem się z panującej na blogu ciszy. No, nie było warunków, co zresztą tyczyło się kolejnych dwunastu miesięcy i doprawdy nie mam pojęcia, jak dobiłem do 200 wpisów (łącznie z drugim, muzycznym blogiem).

W porównaniu do stanu z 12 stycznia 2018, obecnie jest już z wszystkim lepiej: nie tylko stres w pracy mniejszy, ale i mam miejsce do pisania, muzykowania, rysowania. Znów korzystam z ulubionego stacjonarnego komputera i dwóch monitorów, mam swoje biurko i rozstawione instrumenty.

Stara bolączka

Z niedogodności pozostała tylko jedna: brak czasu. Ale nie zamierzam narzekać - i tak jest lepiej, niż było - a mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Zdaję sobie wprawdzie sprawę, że im jestem starszy, tym czas biegnie szybciej, ale na to się nic nie poradzi, więc i też nie ma się co za bardzo przejmować.

Żal czy radość?

Z perspektywy roku trudno jeszcze wyrokować, czy przeprowadzka była zmianą na plus czy na minus. Mnie tu (odpukać) dobrze i nie narzekam. Wprawdzie dojazd do pracy nieco gorszy niż w Poznaniu, ale za to sama praca ciekawsza.

W jednym na pewno jest lepiej - dużo spokojniej się obecnie żyje. Dom w zasadniczo odludnej okolicy jest dużo przyjemniejszym miejscem niż małe mieszkanie na zatłoczonym osiedlu, z Biedronką pod bokiem. Wiadomo, są też minusy (np. konieczność dojeżdżania nawet po zakupy, brak szybkiego internetu, słaba droga dojazdowa)

Tak czy inaczej, rok 2019 powinien być już spokojniejszy. Po dwóch przeprowadzkach będzie to spora odmiana, a mieszkanie z dala od studentów w wynajmowanych mieszkaniach powinno też przynieść ulgę w letnich miesiącach. Jednym słowem - zaczynajmy ten nowy rok! A dla wszystkich wytrwałych Czytelników i Czytelniczek - wszelkiej pomyślności i żebyśmy się tu spotkali także za 12 miesięcy!

[O] Janusz Christa - Śladem białego wilka

Pod choinką znalazłem tom, który wielce mnie ucieszył - zbiorcze wydanie komiksu Janusza Christy pt. "Śladem białego wilka". Jest to trzecia wersja tego komiksu, oryginalnie wydawanego w Wieczorze Wybrzeża w postaci pojedynczych "pasków". Później, w 1989 roku, Krajowa Agencja Wydawnicza zebrała te paski i wydała jako trzyalbumowy zestaw (jako ciekawostkę powiem, że kilka oryginalnych pasków została usunięta, a jeden - dodany). W dodatku to wydanie zostało pokolorowane - oryginał był czarno-biały. I podobnie jest z trzecią wersją, wydaną przez Egmont - treściowo jest ona identyczna, jak wydanie z KAW, ale nie zawiera kolorów.

A dlaczego się ucieszyłem? Bo od jakiegoś czasu staram się zgromadzić wszystkie komiksy Christy - zarówno najbardziej znaną kolekcję przygód Kajka i Kokosza, jak i ich protoplastów, czyli Kajtka i Koka oraz pozostałe albumy (np. Gucek i Roch czy inne komiksy, rysowane głównie na potrzeby ówczesnej prasy). Wielce pomaga w tym wydawnictwo Egmont, które solidnie wzięło się do pracy i przygotowało odpowiednie serie.

Jednak radość wynikała nie tylko z zamiłowań "kolekcjonerskich", ale także z sentymentu, jakim darzę te akurat przygody Kajtka i Koka - w dzieciństwie bowiem w domu (w Boże Narodzenie) pojawiały się kolejne tomy z wydania KAW. I choć początkowo ich nie lubiłem (bo to nie Kajko i Kokosz, tylko "podróba" - wybaczcie, tak wtedy myślałem), to dzisiaj patrzę na to zgoła odmiennie.

O fabule nie będę się może rozpisywał, bo jak to u "wczesnego Christy", jest kryminalna i nie chcę nikomu psuć ewentualnej lektury. Napiszę tylko, że obecnie daje się już odczuć wiek tego komiksu (powstawał w drugiej połowie lat sześćdziesiątych), ale wcale to nie przeszkadza. Miałem wrażenie podobne do tego, które towarzyszy mi podczas oglądania starych polskich filmów (np. "Gangsterzy i filantropi"). Świat przedstawiony wydaje się lekko naiwny i niewinny (mimo kryminalnego zacięcia). Przestępcy - nawet mimo stosowania broni - nie wydają się bardzo groźni, a same przestępstwa są raczej wybrykami - szczególnie jeśli spojrzeć np. na współczesne amerykańskie kino akcji.

Polecam wszystkim "Śladem białego wilka", zwłaszcza osobom, które pamiętają lata sprzed 1989 roku. A młodsi... też w sumie zyskają, bo mogą się dowiedzieć o tym, że np. kiedyś było trudno o telefon czy zamszową marynarkę.

środa, 2 stycznia 2019

Oddworld: Abe's Oddysee New'n'Tasty

"Odrywając" się od nagrywania płyty "Expectation", spędziłem parę godzin na graniu w gry - i na GOG.COM, i na Steamie mam bowiem kilkadziesiąt pozycji, z których dużej części nawet nie instalowałem (są to albo bonusy, albo darmowe wersje z CD-Action, albo okazyjne zakupy za parę złotych). Zawsze z tej okazji mam dylemat, czy wybrać jakąś "małą" gierkę, czy jednak wrócić do starszej, ale "dużej" produkcji. Z "dużych" czeka wciąż na mnie np. GTA 5, której to gry wręcz boję się zainstalować - nie dość, że zeżre mi transfer, to jeszcze wciągnie na kilkadziesiąt godzin. Z tego powodu rzuciłem się na "Abe's Oddysee", a głównie na jej uwspółcześnioną wersję, "New'n'Tasty".

O co tu chodzi?

W grze sterujemy poczynaniami tytułowego Abe'a, który musi uciec z farmy produkującej żywność (w tym żywność z osobników gatunku Abe'a). Mamy do czynienia z platformówką z elementami logicznych zagadek - trzeba np. wykombinować, jak za pomocą dostępnych środków pozbyć się strażnika czy otworzyć przejście. Abe z gruntu jest bezbronny, tzn. nie potrafi ani bić, ani strzelać. Jego bronią jest... umysł gracza. Stosując podskoki, kamienie i pociąganie za dźwignie trzeba sobie zwyczajnie jakoś radzić. A przeciwnicy są bezlitośni i z przyjemnością pozbawiają Abe'a życia - na szczęście mamy takich żyć nieograniczoną ilość, więc po prostu tylko trochę cofamy się w postępie gry i możemy próbować do woli.

Ale ja nie o grze

Oddworlda znałem dawno temu z oryginalnego wydania z 2001 roku. Grało mi się wówczas w niego nadzwyczaj przyjemnie, a "śpiewy" Abe'a czy jego komunikacja z rodakami wzbudzały niewymuszony śmiech. Wersja ta jednak zestarzała się dość mocno, co widać na załączonych screenach, więc z ciekawością sięgnąłem po remake z 2014 roku, o podtytule "New'n'Tasty".

Klasyczny Oddworld sprzed niemal dwudziestu lat

Muszę przyznać, że zostałem bardzo przyjemnie zaskoczony - prace przy grze nie sprowadziły się wyłącznie do podbicia rozdzielczości grafiki - przerobiono ją bowiem "od podstaw". Zmieniło się nie tylko to, że obecnie gra wspiera współczesne karty graficzne, ale wprowadzono np. płynny przesuw ekranów. Stara wersja wyświetlała pojedynczą planszę i dopiero po "dotknięciu" krawędzi przenosiła nas do planszy obok. Nowa wersja ciągle pokazuje Abe'a w centrum, tak że podział na plansze zniknął i płynnie poruszamy się po sztucznym świecie.

Co najważniejsze, gra się o wiele przyjemniej nie tylko ze względu na nową szatę graficzną, ale np. ulepszone sterowanie. Jest o wiele mniej frustrująco niż w oryginale - sprawdzałem, przechodząc pierwsze poziomy tu i tu. Zdecydowanie gorzej szło mi w starej wersji, niemniej takie porównanie było bardzo interesujące. Okazało się bowiem, że świata gry nie odtworzono ze 100% dokładnością - niekiedy zmieniają się dekoracje, czasem znika lub pojawia się jakaś postać itp. Generalnie trzymano się ogólnego kierunku, jednak nawet osoby doskonale znające wersję z początku XXI wieku nie będą się w remake'u nudziły.

Koniec

Gry, oczywiście, nie przeszedłem (na moje oko utknąłem gdzieś mniej więcej w środku fabuły), ale nie jestem zawiedziony. To bardzo fajna platformówka, która wymaga oprócz zwinnych palców także pomyślunku i kombinowania. W dodatku nowa wersja wnosi bardzo wiele - zdecydowanie więcej niż Age of Empires HD, które testowałem równolegle (a co!). Polecam, jeśli ktoś ciepło wspomina oryginalne przygody Abe'a!

piątek, 28 grudnia 2018

[O] Thorgal - Aniel

I oto kończy się saga o przygodach dzielnego skalda Thorgala w wydaniu Grzegorza Rosińskiego. Trzydziesty szósty zeszyt "głównego nurtu" to ostatni, który narysował nasz rodak. Od razu ostrzegam, że do opisu mogą się przekraść spoilery, więc jeśli ktoś zalega z fabułą, to niech najpierw nadgoni, żeby nie psuć sobie (wątpliwych) niespodzianek.

Już po pożegnaniu scenarzysty Van Hamme'a Rosiński postanowił zmienić styl graficzny. Zamiast wyrazistej, ostrej i precyzyjnej kreski - malarskie miękkości i szkicowe kontury. No i dobrze, taka wola artysty - Rosiński wymyślił wizualną postać Thorgala (jako komiksu), więc ma prawo z nią eksperymentować. Ale to, co znajdziemy w "Anielu"...

Dobra, powiedzmy sobie to od razu i bez ogródek: moim zdaniem jest to NAJGORSZY zeszyt z wszystkich wydanych. Ma beznadziejną okładkę, beznadziejne ilustracje - ale uwaga - to jeszcze byłoby do przełknięcia. Jednak tak beznadziejnego scenariusza, dialogów i pomysłów absolutnie się nie spodziewałem. Trafiały się zeszyty lepsze i gorsze, przecież sam Van Hamme momentami dołował, ale czegoś takiego jeszcze w "Thorgalu" nie było.

I kiedy się nad tym zastanawiam, chyba znam przyczynę. Było wiadome, że Rosiński zaprzestaje prac nad cyklem. Tym i właśnie tym zeszytem. Cóż więc robi scenarzysta - w tym wypadku Yann? Próbuje zakończyć WSZYSTKIE wątki. Fabuła leci na łeb, na szyję - ledwo wyruszyliśmy w podróż z Bagdadu, już trafiamy do krainy Zarkaja i Zajkara (pamiętacie ich z "Błękitnej zarazy"?). Cudownym zbiegiem okoliczności odnajdujemy wszystkich starych znajomych, a nawet spotykamy Darka Sveara, brata Lehli (sic!). Jest błyskawiczna wyprawa latającym pojazdem (?) do siedziby mędrca Armenosa, który oczywiście przygotowuje lek dla Aniela. To jednak dopiero początek - mamy tu nawet łzawe i zupełnie niepotrzebne wyznanie konającej Zim. Mamy bitwy z krwawym plemieniem używającym dziwnych zwierząt jako wierzchowców, a po zakończeniu zbrojnego konfliktu - szybkie pojednanie i błyskawiczny transport z królestwa Zhar do rodzinnej wioski Thorgala (serio, podróż nie zajmuje nawet jednego kadru - Thorgal przyjmuje w darze łódź i od razu jest już przy brzegu Northlandu!). Tam oczywiście od razu przybiegają Louve oraz Aaricia. Przez dwie strony trwają dyskusje o tym, czy Aniel powinien zażyć drugą fiolkę z lekarstwem, kiedy do chaty Thorgala ni z tego, ni z owego wchodzi... Kriss de Valnor (cooo?!). I kiedy wydaje się, że absurdy kończą się sceną, gdy wściekły na Thorgala Aniel odchodzi wraz z matką, do wioski wraca - tadaam! - Jolan. Nie wierzę, po prostu nie wierzę...

To głupi i niepotrzebnie stworzony album. Gorszej fabuły jeszcze w tym cyklu nie było, a i rysunki są chyba najgorsze w thorgalowym dorobku Rosińskiego. Jednym słowem, nie ma tu NIC z magii przygód naszego ulubionego nie-Wikinga. I wiem, co mówię, bo przez ostatnie dwa tygodnie przeczytałem CAŁOŚĆ od samego początku, łącznie ze cyklami pobocznymi. Bardzo szkoda, że taki rysownik żegna się ze swoją koronną postacią w tak marny sposób...

środa, 26 grudnia 2018

[O] Piotr Mańkowski - Wielka księga gier

Wydawnictwo Idea Ahead zaprezentowała nam w końcówce 2018 roku potężne kompendium wiedzy na temat przemysłu gier komputerowych oraz gier video. Nie jest to w żadnym razie prosty katalog najlepszych czy najpopularniejszych tytułów, ale analiza całego obszaru, od pierwszych prób wykorzystania "mózgów elektronowych" w rozrywce, po czasy współczesne. Czy coś takiego może być ciekawe?

Przyznam, że jakoś nigdy nie zastanawiałem się, jak w ogóle doszło do tego, że gry video i komputerowe w ogóle powstały, co było pierwsze, kto to wymyślał itp. Po prostu grałem sobie na moim ośmiobitowym Atari w Space Invaders, Zybeksa czy inny River Raid i tyle. Potem jakoś naturalnie przyszło mi, że na lepsze komputery gry także są lepsze, aż po ostatnie lata, gdzie chyba nareszcie twórcy przestali walczyć z oporem materii i mogą się nareszcie skupić na treści.

Piotr "Micz" Mańkowski podszedł do sprawy inaczej. Zwyczajnie zaczął rzecz badać, sprawdzać fakty, rozmawiać z ludźmi, odwiedzać miejsca. I nie zrobił tego tyko po to, żeby zarobić kasę - tylko z miłości do tematu, co w książce widać i czuć. Piotr zwyczajnie te wszystkie rzeczy "wie", tak jak wiedzą o swoim hobby wszyscy, którzy czymkolwiek się zajmują. To taka naturalna wiedza, którą "się chłonie", jeśli zostanie dobrze zaprezentowana.

A tak się składa, że tutaj jest. "Wielka księga gier" jest fantastyczną lekturą dla kogoś, kto jakiś procent życia grom poświęcił, ileś tam tytułów zaliczył. Jeszcze lepsze wrażenia będzie miał ktoś, kto przynajmniej część "dawnych czasów" pamięta - wczytywał gry z magnetofonu, kopiował dyskietki na giełdzie czy zbierał pieniądze na nowy joystick. Czytał "Top Secret", "Gamblera" czy "Reset". To idealna książka... dla mnie.

I choć nie wszystko jest dopięte na ostatni guzik (literówki, błędy interpunkcyjne), to oceniam tomiszcze stworzone przez Piotra bardzo wysoko. Siłą rzeczy nigdy nie będzie ono skończone i być może warto byłoby dojść do pewnego momentu (np. sprzed kolejnego ataku VR), po czym zakończyć ten tom, numerując go jedynką. I w kolejnych latach dopisać drugi tom, a może i trzeci. Ale to już czepianie się - faktem jest, że chciałbym jeszcze więcej poczytać o tych starszych czasach, np. więcej o rodzimej prasie, próbującej utrzymać ośmiobitowce przy życiu, o L.K.Avalon, o ASF - wiele takich tematów pojawiło się na łamach Pixela i były ogromnie interesujące.

Pod względem edytorskim jest ok - publikację wydano na porządnym papierze i zawiera mnóstwo kolorowych ilustracji, wcale niekoniecznie screenów z gier. Zresztą podkreślę jeszcze raz - opisów konkretnych gier jest tu mało, to analiza branży, pomysłów autorów, decyzji producentów, oczekiwań graczy, reakcji rynku, historia rozwoju techniki i całego przemysłu rozrywkowego, związanego z automatami, konsolami i komputerami. Fascynująca lektura, powiadam Wam.

Gry - SinkSub Pro

Wiecie, są takie gry, które się nie starzeją. I w które kiedyś "cięło się" całkiem miło i długo - mam takich pozycji całkiem sporo: Age of Empires, Deluxe Ski Jumping (słynna "gra w Małysza") czy właśnie SinkSub Pro. Kilka słów o niej, bo to całkiem przyjemny umilacz czasu.

Idea, jak zwykle w tak prostych grach, jest banalna. Sterujemy niszczycielem, pod którym pływają łodzie podwodne oraz różne inne robiące krzywdę tałatajstwo. Mamy do dyspozycji kilka bomb głębinowych, więc zrzucamy je i mamy nadzieję, że trafimy w cel. Oczywiście, wszystko co pod wodą, próbuje jednocześnie zrobić kuku naszemu pięknemu okrętowi.

W miarę postępów wrogów jest coraz więcej, robią się coraz bardziej urozmaiceni i coraz trudniejsi do wyeliminowania. Koniec końców i tak zginiemy, ale liczy się tabela z wynikami. Gra ma bardzo wyraźny syndrom "jeszcze jednego razu" - chcemy dojść dalej, zdobyć więcej punktów, przejść na wyższy poziom...

Jak widać na załączonych screenach, grafika jest bardzo symboliczna, ale mimo ubóstwa (a może dzięki niemu?) nie przeszkadza w grze. Po zdobyciu pewnej wprawy wszystko staje się oczywiste - gdzie co trafi, gdzie co zdąży dopłynąć. Odgłosy również nie są jakieś porywające, ale wierzcie, zatapianie kolejnych "ubotów" daje nielichą satysfakcję, zwłaszcza na poziomach, gdzie pojawiają się "złote wersje", potrafiące wyrzucać miny morskie, utrzymujące się na powierzchni i bardzo przeszkadzające w robieniu uników. Sterowanie ogranicza się do w sumie czterech klawiszy (pływanie prawo-lewo oraz wyrzucanie bomb klawiszami 1 i 3, czasem przydaje się też strzałka w górę, którą regulujemy siłę odrzutu bomby z dala od naszego niszczyciela)

W sumie trochę bez sensu rozpisywać się o tej grze, ale myślę, że warto sobie "popykać". Mnie znów wciągnęło na godzinkę czy półtorej - wersja demonstracyjna jest do pobrania ze strony producenta i zawiera 10 poziomów oraz trzy stopnie trudności. Myślę, że warto spróbować.

piątek, 21 grudnia 2018

Kamyki 2018

Pamiętacie tradycję "kamyków"? Postanowiłem ją nieco wskrzesić, chociaż przyznaję, że materiału do wyboru dużego nie ma. Co zrobić, jaki rok, takie kamyki.

Droga do nowej pracy

Ściana gmachu wrocławskiego Forum muzyki

Wrocław Główny

Małe ZOO w budynku Dworca świebodzkiego

Na pokazie światła przy Hali stulecia

Pierwszy mroźny listopadowy poranek

Barwny zachód słońca - widok z okna

czwartek, 20 grudnia 2018

E-wydania

Lubię Kindle'a, naprawdę. To świetny wynalazek - z jednym wszak zastrzeżeniem. Że czyta się na nim książki. W tym jest bezkonkurencyjny (no dobrze, są też inne, bardzo dobre czytniki, ale nie znam ich z autopsji, za to korzystałem już z kilku modeli czytnika Amazonu). Nie w tym rzecz wszakże. W walce o wolne miejsce na półkach dotarłem właśnie do rozdziału zatytułowanego "magazyny papierowe". Tutaj Kindle się - niestety - nie sprawdza.

Papier a cyfra

Niby nie ma tego dużo, bo kupuję trzy miesięczniki: "Estradę i studio", "CD Action" i "Pixela". Po kilku latach jest jednak tego cała sterta, wcale nielekka, bo każdy z tych magazynów wydawany jest na porządnym papierze.

Co do "Pixela", to sprawa jest bardzo prosta - na razie mam wykupioną prenumeratę, więc wersję papierową będę chomikował przez jakiś jeszcze czas. Za to do każdego numeru dostaję kod, dzięki któremu mogę pobrać też wersję elektroniczną, otwieraną w specjalnej aplikacji na smartfonie.

"Estrada i studio" też oferuje wersję elektroniczną, tym razem jest to jednak standardowy plik pdf o rozmiarze mniej więcej 50MB.

Najgorzej pod tym względem prezentuje się "CD Action", które istnieje wyłącznie w postaci papierowej. Wersji elektronicznej nie ma w ogóle i z tego, co czytałem na forum magazynu, nawet się na nią nie zanosi.

Czytanie w praktyce

No dobrze, mam wersję elektroniczną i co dalej? Jak jest z czytaniem? Czy choć w jakimś stopniu jest to wygodne?

Niestety, tutaj moje doświadczenia są raczej negatywne. "Pixel" ma swoją aplikację na smartfona i sprawuje się ona całkiem dobrze, przez co czytanie - choć nie jest komfortowe - przynajmniej nie irytuje. Działa obracanie ekranu, można więc czytać większe litery w poziomie. Należałoby popracować nad sprawniejszą nawigacją i możliwościami wyszukiwania.

Za to czytanie pdf "Estrady i studia" to jakaś katastrofa. Po raz kolejny potwierdza się reguła, że o ile ten format bardzo ładnie zachowuje formatowanie i układ publikacji, to sprawdza się przede wszystkim w druku, a nie w czytaniu (zresztą, takie jest jego prawdziwe przeznaczenie). 50MB plik naszpikowany grafiką czyta się koszmarnie zarówno na smartfonie, jak i w komputerze. Kolejne strony "wlewają się" na ekran, "kartkowanie" trwa wieki, podobnie odszukiwanie konkretnej strony (bo wiecie, w pdf numer strony w stopce niekoniecznie zgadza się z numerem w czytniku). Nie wiem, z czego to wszystko wynika - złożoności post-scriptowego opisu strony? Z kiepskiej jakości algorytmów renderujących? Słabych czytników? Efekt jest taki, że po którejś stronie odechciewa się (autentycznie!) lektury.

Nastawienie

Nie da się ukryć, że do negatywnych wrażeń z czytania e-wydań dokłada się moje nastawienie. Nie lubię czytać na ekranie komputera/smartfona. To znaczy - nie lubię czytać treści niedostosowanych do medium. Sztywny layout elektronicznych wydań wymaga stosowania dedykowanych aplikacji (do tego grona zaliczam także czytnik pdf). Zauważcie, o ile lepiej czyta się zawartość stron WWW, jeśli jest ona ładnie skomponowana, a przy skalowaniu się "przelewa" i dopasowuje.

Dochodzę zatem do wniosku, że wolę czytać magazyny w postaci papierowej, a w postaci elektronicznej mogę je czytać, jeśli przestaną być wersjami papierowymi upchniętymi do dziwnych formatów, bo MUSZĄ wyglądać tak samo. Wcale nie muszą.

środa, 19 grudnia 2018

Akademia policyjna

Znacie? Jeśli jesteście mniej więcej w moim wieku, to znacie na pewno. W naszym kraju film zrobił karierę nie w kinach, tylko na kasetach VHS i według mnie jest najbardziej udany w całej serii (powstało co najmniej 6 części i serial - tego ostatniego, przyznaję, nie widziałem).

Film jak film, powiecie. Nieco głupawa komedia z dość specyficznym humorem. Ostatnio pojawiła się w jednym z serwisów VOD i postanowiłem odświeżyć sobie wspomnienia.

Spoilery?

Nie wiem, czy da się cokolwiek zdradzić, skoro film powstał w 1984 i był wielokrotnie wznawiany w dziesiątkach stacji telewizyjnych. Jeśli dla kogoś jednak jest to nadal tajemnica, to zapraszam do obejrzenia i powrotu tutaj później.

Fabuła jest dość pretekstowa: nowa pani burmistrz decyduje, że do policji może zgłosić się każdy i po przebyciu czternastomiesięcznego szkolenia zostanie stróżem prawa. Naturalnie skutkuje to tym, że do policji zgłasza się cała banda różnych dziwaków czy wręcz oferm. Jedynym wyjątkiem jest główny bohater, czyli Carey Mahoney, który zostaje "skazany" na akademię i nie może z niej dobrowolnie zrezygnować, bo inaczej trafi do więzienia za dawne sprawki.

Innymi kadetami są np. militarysta Tackleberry, florysta Hightower, grubas Barbara, naśladujący odgłosy Larvell Jones czy nieśmiała Hooker. Trafiają tu też typki spod ciemnej gwiazdy, czyli niewydarzeni kapusie Blankes i Copeland. Siły policji reprezentują m. in. komendant Lassard, porucznik Harris oraz sierżant Callahan.

Rzecz sprowadza się do tego, że kadeci usiłują przebrnąć przez kurs, a policja próbuje ich zniechęcić, żeby nie zasilić swoich szeregów "amatorami" o "niewłaściwych parametrach".

No i jak po latach?

Powiem Wam, że "Akademia policyjna" się broni. To prosta komedia oparta na zabawnych scenach, a choć ma też kilka nieco żenujących (np. z mównicą lub z koniem), to jednak w porównaniu do "American Pie" czy "Głupiego i głupszego" jest wręcz szczytem wyrafinowania. Zabawne i charakterystyczne postacie szybko zdobywają naszą sympatię, a porucznik Harris i jego szpicle są tak przyjemnie niewydarzeni, że ogląda się całość bardzo miło. W sam raz na ciemne, zimowe popołudnie, kiedy człowiek jest zmęczony po poniedziałkowych trudach.

wtorek, 18 grudnia 2018

Krzyżacy

Byłem ostatnio u Rodziców i w ramach odświeżania lektur przeczytałem sobie na nowo "Krzyżaków". Tak, tych sienkiewiczowskich. Większość się może skrzywi, inni podniosą brwi zdziwieni, ale ja i tak bardzo lubię prozę pana Henryka i do jego książek, zwłaszcza "Potopu", wracam regularnie. Następne będzie w kolejności chyba "W pustyni i w puszczy", ale dzisiaj chciałem trochę o czymś innym.

Bo ja nie o książce

No właśnie, tak naprawdę chciałem tu wspomnieć nie o samej książce, a o adaptacji filmowej. Znamy wszyscy produkcję Aleksandra Forda sprzed (uwaga!) ponad półwiecza. Na tamte czasy była wizualnie wyśmienita, choć dzisiaj już stroje i dekoracje mocno rażą teatralnością. Podejrzewam, że współczesny młody widz ucieknie sprzed ekranu po góra dziesięciu minutach.

Zmierzając do sedna - podczas lektury zaczęły mi się nasuwać przed oczy gotowe kadry przygód Zbyszka i Maćka z Bogdańca. Kadry "zarażone" współczesnymi produkcjami w rodzaju - oczywiście - "Gry o tron" czy "Władcy pierścieni". I wiecie co? Mam dziwne wrażenie graniczące z pewnością, że gdyby za "Krzyżaków" wziął się ktoś kompetentny i mający spory budżet, to spokojnie dałoby się zrobić z tego nie tylko świetny film, ale też wyśmienity serial!

Bo to, co ważne, czyli fabuła - już jest. Trzeba by "tylko" pokazać średniowieczną Polskę, jeszcze ciut dzielnicową, jej ówczesną potęgę (bo tak, byliśmy wtedy silnym państwem, z którym się liczono), a na tym tle sprytnych, przebiegłych i bezwzględnych Krzyżaków. Rozległe puszcze, bogate miasta, małe wsie; polowania na zwierzynę, pojedynki, nocowania w karczmach; obyczaje, uprzedzenia, waśnie; w końcu potyczki (jakże barwna postać Juranda!) i wielką bitwę pod Grunwaldem. Przecież to samograj!

Jak dla mnie, jedynym zastrzeżeniem jest uniknięcie wprowadzania do tej opowieści elementów nadprzyrodzonych (np. magii czy smoków) i... "poprawnych politycznie" (np. kobiety-rycerze). Inne aspekty zgodności historycznej są już chyba mniej istotne, w końcu i sam Sienkiewicz troszkę "sterował" faktami, aby sprzedać swoją tezę i "podnieść rodaków na duchu".

Tylko szkoda

Przyprawieni dobrym aktorstwem i świetnymi efektami specjalnymi, nie byliby "Krzyżacy" tylko serialem dla Polaków - jestem pewien, że w całej Europie, a pewnie i w Stanach Zjednoczonych ludzie oglądaliby taki serial. Nawet bez tej naszej "podbudowy patriotycznej", której tworzeniu lektura Sienkiewicza miała służyć. Bo to jest po prostu fajna historia.

Szkoda tylko, że - niestety - nie ma nawet co marzyć o takiej filmowej adaptacji. Ktoś musiałby wyłożyć zbyt wiele pieniędzy, a ryzyko porażki (spowodowanej np. niedobrze dobraną obsadą czy złym scenariuszem) jest zbyt duże.

No, ale przyznajcie - fajnie by było, nie?

środa, 12 grudnia 2018

WolframAlpha

Przydługi wstęp

Całkiem niedawno opisywałem tutaj mój sen o konieczności powtórnego zdawania matury. Dotyczył on wprawdzie języka polskiego, ale - UWAGA! - kolejnej nocy miałem dalszy ciąg i ten był już związany z matematyką. Najwyraźniej mój umysł był zbyt wzburzony myślą, że nie trzeba by zdawać matury z "królowej nauk" - w końcu byłem na profilu "mat-fiz"!

Sen o zdawaniu matury z matematyki był dużo przyjemniejszy - wystarczyło przeliczyć odpowiednią liczbę zadań, by sobie przypomnieć wszystkie potrzebne zależności. W końcu kiedyś liczyło się tego bardzo dużo (że już o studiach technicznych nie wspomnę), choć obecnie nie mam kompletnie potrzeby stosowania tej wiedzy w życiu codziennym. Zmierzam jednak do czegoś innego - w tak zwanych "moich czasach" trzeba było wszystko liczyć ręcznie i w sumie nawet nie pamiętam, czy na maturze można było korzystać z kalkulatora - jeśli tak, to mógł być to tylko taki najprostszy model z czterema działaniami. Teraz chyba jest podobnie, za to poza samym egzaminem uczniowie i studenci mają zatrzęsienie przydatnych narzędzi, a na jedno z nich wpadłem zupełnie przypadkowo.

WolframAlpha

Wystarczy wejść na stronę https://www.wolframalpha.com/, żeby rozpocząć fascynującą podróż z nauką. W dużym skrócie, WolframAlpha to interpreter wyrażeń - wpisujemy "coś" w odpowiednie pole i każemy Wolframowi to zinterpretować. Trzymając się pola matematyki, wpiszmy na przykład:

Widzimy nie tylko interpretację wpisanego równania, ale także jego graficzną postać, rozwiązania, miejsca zerowe itp. To jednak - wierzcie mi - tylko wierzchołek góry lodowej.

Nie tylko matematyka

Aplikacja pozwala rozwiązywać nie tylko problemy matematyczne, ale dotyka także innych dziedzin, jak fizyka, chemia, statystyka, inżynieria, nauka o Ziemi. Ba, można z Wolframa korzystać na wzór Google'a, wpisując np. imię i nazwisko jakiejś osoby:

Warto zajrzeć do działu z przykładami, żeby poznać przekrój dziedzin, w których Wolfram daje sobie radę - jest tego naprawdę sporo!

Za darmo i nie za darmo

Serwis WolframAlpha jest dostępny za darmo dla każdego, jednak w tym wariancie nie możemy skorzystać z wszystkich funkcjonalności, a czas przetwarzania jest ograniczony (jeśli damy np. zbyt skomplikowane wyrażenie, program po prostu zwróci tylko częściowe wyniki). Rozwiązaniem jest opłacenie miesiąca lub od razu całego roku dostępu:

W sumie, gdybym nadal pracował na uczelni, być może używałbym tego serwisu choćby do ładnego formatowania wyrażeń matematycznych, zamiast ręcznie męczyć się z tym w edytorze równań Worda.

Tak się to jakoś przemyka

Strasznie, jak wiele fajnych narzędzi człowiekowi umyka w dzisiejszych czasach! A ile można by ciekawych rzeczy zrobić, gdyby się miało wiedzę o wszystkich takich cudeńkach! Wybaczcie ten entuzjastyczny ton, ale zawsze chwytają mnie za serce takie proste i wydawałoby się oczywiste narzędzia, które w czasach mojej młodości były nie do pomyślenia. Naprawdę, można pod tym względem zazdrościć współczesnej młodzieży.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Matura raz jeszcze

Taki dziwny miałem sen dzisiaj. Trochę nawet koszmarny. Otóż nasza kochana władza postanowiła w nim, że wszystkie osoby, które zdawały maturę po 1989 roku muszą to zrobić ponownie, aby potwierdzić swoje wykształcenie. Mają na to rok i ani dnia dłużej. No i we śnie pozostały mi właśnie trzy lub cztery tygodnie (bo, naturalnie, nikt nie wierzył, by tak idiotyczny pomysł był prawdziwy i nikt nie pilnował terminu). Nie przejmowałem się tym zrazu wcale, bo jakoś tam pisać potrafię (we śnie maturę trzeba było zdać wyłącznie z języka polskiego) i byłem pewien, że się wybronię. Do momentu, gdy obejrzałem filmik z "matury wstępnej" (wspomnienie mojej własnej matury).

Bardzo szybko okazało się, że kluczowe są dwie rzeczy: drobiazgowa znajomość lektur oraz umiejętność przekuwania wszystkiego na hiper patriotyczny ton. Czyli pisanie "ku pokrzepieniu serc", ale podniesione do kwadratu.

Wiadomo, pisać i lać wodę można długo i skutecznie, ale przekrojowe tematy wymagają choćby pobieżnej znajomości tematu. Pisząc o takim czy innym etosie, traktowaniu tak a nie inaczej określonej grupy społecznej czy w końcu pewnym typie bohatera narodowego, należałoby się podeprzeć przynajmniej od czasu do czasu konkretnymi przykładami. A tu bieda - ćwierć wieku po maturze już się jednak nie pamięta wszystkiego tak dobrze, jak wówczas, po paroletnim intensywnym treningu. No, przynajmniej ja w tym śnie nie pamiętałem.

Abstrahując od absurdalności pomysłu, otwarte pozostaje pytanie, czego egzaminem jest matura? Dojrzałości? Gdyby tak było, nikt z dorosłych dziś maturzystów nie miałby problemów z jej zdaniem - w końcu jesteśmy dużo dojrzalsi niż w wieku tych osiemnastu lat. Egzamin wiedzy? Też chyba do końca nie - to według mnie egzamin sprawności w żonglowaniu tą wiedzą. Na maturze trzeba zrobić z niej sprytny użytek - tak, aby "zaliczyć", zdobyć punkty i koniec. Sama wiedza nie wystarcza, bo maturzysta musi "trafić nią" w klucz. I tak było też za moich czasów - o niektórych tematach było wiadomo, że są "lepiej widziane" i wstrzelenie się w gust oceniających zagwarantuje lepszą ocenę.

Nie zmienia to faktu, że obudziłem się z może nie ze strachem, ale z uczuciem braku pewności, że tę maturę bym dzisiaj zdał. A rozśmieszyła mnie ostatnia scena, kiedy to Mama przypomniała mi, że na maturę trzeba założyć garnitur...

piątek, 7 grudnia 2018

Thorgal od nowa

W ostatni weekend postanowiłem nieco uporządkować moje komiksowe zbiory, mocno przemieszane po przeprowadzkach. Najłatwiej poszło z albumami zbiorczymi (np. "Kajtek i Koko w Londynie" czy dwa tomy z zebranymi komiksami z niegdysiejszego Relaksu). Gorzej szło przy "drobnicy", nie tylko dlatego, że wychodzi dużo zeszytów do przełożenia. Bo to jak z układaniem magazynów (np. "Estrady i Studia") - zwykle kończy się na tym, że siedzę i czytam jakieś stare numery zamiast robić porządek. Tym razem trafiłem na stertę z "Thorgalami".

Prawie, prawie

Pierwsze zeszyty "Thorgala" kupiłem na obozie wędrownym, będąc jeszcze w szkole podstawowej. Mam je do dzisiaj: "Czarna galera", "Ponad krainą cieni", "Łucznicy" i "Oczy Tanatloca". Przez to straciłem połowę "kieszonkowego", wziętego na obóz (dlatego nie kupiłem żadnych pamiątek, he, he). Czytałem z wypiekami na twarzy i od tego momentu wiedziałem, że MUSZĘ zebrać całość - a przynajmniej wtedy wydawało mi się, że to zamknięty cykl.

Obecnie mam prawie wszystkie zeszyty. Z głównego cyklu brakuje mi tylko jednego, z pozostałych - trzech. Chwileczkę... jak to: "z pozostałych"?

Kura i złote jaja

Wiadomo nie od dzisiaj, że nie zarzyna się kury, znoszącej złote jaja. Cykl zatem nie zakończył się na kilkunastu numerach, tylko trwa do dzisiaj. Oprócz jednak "głównej gałęzi", gdzie głównym bohaterem jest Thorgal, powstały cztery nowe: "Lata młodzieńcze" oraz po jednym cyklu dla Jolana, Louve i Kriss de Valnor. Wszystkie one się przecinają i krzyżują, więc jeśli ktoś chce poznać zupełnie całą historię, to musi inwestować we wszystko - a o to chodzi.

Mieszane uczucia

Niewątpliwie sukces "Thorgal" zawdzięcza inteligentnej fabule, stworzonej przez Jeana Van Hamme, oraz świetnej kresce Grzegorza Rosińskiego. Ten duet długo prowadził serię, ale wiadomo, lata lecą i od debiutu w 1977 roku minęło właśnie 41 lat! Serię przejęli inni scenarzyści (Yves Sente, Xavier Dorison, Mathieu Mariolle i - obecnie - Yann) oraz rysownicy (Giulio de Vita, Roman Surżenko i Fred Vignaux, który nawet przejął "główną gałąź" od Rosińskiego).

O ile do warstwy wizualnej nie mam większych zastrzeżeń, zwłaszcza jeśli chodzi o wkład Romana Surżenki, to scenariuszowo jestem coraz bardziej rozdarty. Dla mnie osobiście wielka siła "Thorgala" tkwiła między innymi w osadzeniu opowieści w świecie wikingów, ich wierzeń, światopoglądu i mitów oraz umiejętnym pożenieniu tego z science-fiction w postaci pochodzenia tytułowego bohatera. Teraz dołożono do tego bardzo, bardzo dużo mistycyzmu i wpleciono wątki chrześcijańskich krucjat.

Rozumiem, że to wynik chęci kontynuowania przygód Thorgala i jego rodziny - w końcu ile można podróżować do Asgardu albo miotać się po świecie? Kontynuacja wymusiła zmiany, ale w mojej opinii to właśnie znak, że raczej powinno się zakończyć akcję na "Ofierze", ostatnim zeszycie tworzonym przez duet Van Hamme - Rosiński. Zresztą nie wiem, czy nie taki był plan Van Hamme - kto zna fabułę wie, dlaczego byłoby to dobre zamknięcie przygód dzielnego skalda.

Co nie zmienia faktu...

Co nie zmienia faktu, że już zacząłem przeglądać "Zdradzoną czarodziejkę" i pewnie skończy się na przeczytaniu wszystkiego jeszcze raz od początku. Mam zbyt duży sentyment do całej serii - to trochę jak z Wiedźminem Sapkowskiego. Niby wszystko wydane już po sadze jest gorsze (a w opinii wielu i saga jest gorsza od opowiadań, z czym się nie zgadzam akurat), ale i "Sezon burz", i opowiadania fanowskie przeczytałem bez wahania. I pewnie, jeśli Sapkowski coś jeszcze w tym uniwersum stworzy, to też przeczytam.

Przede mną wiele, wiele zeszytów thorgalowych i już się cieszę na spotkanie ze starymi dobrymi znajomymi. Bo to mimo wszystko jest bardzo fajny komiks.

czwartek, 6 grudnia 2018

Perełka - Matematyka praktyczna

Gramy z Perełką w grę. Takie kolorowe kulki, nawlekane na sznurek według porządku na wylosowanych kartach. Gramy już długo, więc robi się nieco nudno - zbieram zatem wszystkie kulki razem i zaczynamy lekcję matematyki:

- No, powiedz mi, ile jest tych wszystkich kulek? - pyta Tata.

Perełka liczy po cichu i triumfalnie woła:

- Dwanaście!

- Świetnie! - chwali Tata i ciągnie lekcję - a podziel te kulki na połowy, jedna połowa dla Ciebie, druga dla mnie.

Ciach, ciach, kulki podzielone po sześć na osobę.

- Doskonale! - znów chwali Tata, ale jeszcze mu mało - a gdyby przyszła tu do nas Zosia, to po ile kulek by miało każde z nas?

O, tu już poszło troszkę trudniej, ale w sumie niewiele. Po chwili na dywanie leżały trzy grupki po cztery kulki. Tata wyściskuje Perełkę i pyta:

- A chcesz jeszcze trudniejsze zadanie?

- Tak! Tak! - krzyczy Perełka.

- No to wyobraź sobie, że przychodzi jeszcze Mama. I teraz też trzeba podzielić kulki po równo. Ile każdy będzie miał?

Perełka patrzy na kulki z namysłem. Długim. A kiedy Tata myśli, że chyba jednak nic z tego nie będzie, Perełka nagle dzieli dwanaście kulek na dwie grupy. Jedną przysuwa do siebie, drugą do Taty i mówi:

- Ty się dzielisz z Zosią, a ja z Mamą. I już.

To się nazywa znaleźć rozwiązanie!

wtorek, 4 grudnia 2018

Barbórka

Wszyscy już żyją mikołajkami, a przecież dzisiaj też ważne święto - i to podwójne! W pierwszej kolejności imieniny Baś i Basieniek, Barbar i jeszcze inaczej zdrabnianych pań, mających świętą Barbarę za patronkę - wszystkiego najlepszego!

W drugiej kolejności świętują dzisiaj wszyscy górnicy, więc im także życzmy wszystkiego najlepszego.

A przy okazji przemycam dobrą wiadomość - dziś już 4 grudnia, więc za trzy tygodnie dzień znów zacznie się wydłużać, a noc - skracać. Czyli co - wiosna prawie!

czwartek, 29 listopada 2018

Perełka - Piosenka

Odkąd Perełka zmieniła przedszkole z miejskiego na wiejskie, uczy się mnóstwa rzeczy, w tym rymowanek i piosenek. Nic dziwnego, że któregoś popołudnia, gdy bawiliśmy się po powrocie do domu powiedziała:

- Tata, nauczę Cię nowej piosenki, chcesz?

No, jakżeby Tata mógł nie chcieć! Perełka zatem zaśpiewała raźno swoim czystym głosikiem:

Czerwone światło - stój!
Zielone światło - idź!
Na żółtym świetle zawsze czekaj,
tak już musi być.

Pokiwałem głową i pochwaliłem, że piosenka bardzo ładna. Perełka jednak nie dała za wygraną:

- Teraz ty!

Co było robić, wytężyłem pamięć i wychrypiałem:

Czerwone światło - stój!
Zielone światło - idź!
Na żółtym świetle zawsze czekaj,
tak już musi być, hej!

- Ej, Tata! - oburzyła się Perełka - tam nie ma żadnego "hej!" na końcu przecież!

- Nie ma? A może mogłoby być? Zapytaj jutro panią z przedszkola, może się zgodzi, co?

Perełka zmarszczyła czoło i mówi poważnie:

- Kiedyś zapytam.

- E, tam, "kiedyś"... Zapomnisz! - wybrzydzam, na co Perełka macha zniecierpliwiona ręką:

- No jutro zapytam - to też jest kiedyś, nie?!

poniedziałek, 26 listopada 2018

InSight wylądował

Kilka minut temu na powierzchni Marsa wylądowała bezpiecznie sonda InSight. Zadaniem misji jest zbadanie, jak ewoluował Mars - w tym celu sonda m. in. dowierci się 5 metrów pod powierzchnię Czerwonej Planety w celu zmierzenia np. rozkładu temperatury.

Oglądałem to w relacji na żywo na YouTube (dzięki Pawłowi, który jak zwykle trzymał rękę na pulsie i udostępnił w porę informację przez Facebooka). Powiem Wam, że to niby takie odległe i właściwie niby nic nie wnosi do codziennego życia, ale jednak trzymało w napięciu. Wiecie, jestem informatykiem i miałem już w życiu różne stresujące sytuacje z tym związane (tzw. pożary), ale nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak skomplikowana może być taka misja. Już sam finał, czyli odpalenie satelitów Marco A i B, ustawienie lądownika w odpowiedniej pozycji, wejście w atmosferę pod odpowiednim kątem, opalenie spadochronu w odpowiednim momencie, wysunięcie nóżek, sprawdzenie radarem powierzchni i w końcu lądowanie BEZ spadochronu, tylko na silniczkach - no, tyle rzeczy mogło się nie udać tylko w tych ostatnich kilku minutach!...

Ale się udało. Żadnych problemów, wszystko jak w zegarku. To jest ten moment, kiedy można być dumnym z ludzkości.

A na koniec świetna animacja:

Cyfrowe media

Rozmawiałem ostatnio z Siostrą na temat mediów. Łatwo zgodziliśmy się, że muzyka czy wideo w postaci cyfrowej stają się popularne, bo są zwyczajnie wygodne. Zamiast zagracać sobie mieszkanie stosami płyt, biegać po sklepach czy wreszcie szukać płyty do posłuchania czy obejrzenia, można tylko kilka razy kliknąć i już. W sumie to samo zaczyna dotyczyć książek, które można sobie obecnie zakupić w wersji elektronicznej na czytnik lub wręcz w postaci audiobooka, co niektórzy wolą zamiast czytania.

Wygód, oczywiście, jest więcej - łatwo wyszukiwać, łatwo nawigować, łatwo korzystać (np. czytnik zwykle pamięta stronę, na której skończyliśmy czytać - i to do każdego tytułu osobno). Jednym słowem, całe morze zalet i niewiele wad (np. cena elektronicznej książki niekoniecznie jest niższa niż papierowego odpowiednika). Ale...

No i naszło mnie podczas tej rozmowy, że jest jedna, ale dosyć istotna rzecz, o której coraz częściej zapominamy. To ulotność cyfrowej zawartości. Zgoda, dziś już awaria komputera nie oznacza, że straciliśmy wszystkie zgromadzone pliki - zwykle mamy po prostu konta u dostawców zawartości, logujemy się z nowego komputera czy smartfona i już. Chodzi mi o coś innego, ale muszę zrobić dwa wtrącenia.

Swego czasu w prasie muzycznej znalazłem informację, że jeden ze znanych współczesnych muzyków prowadzi proceder ciągłej aktualizacji swoich nagrań. To znaczy, że słuchając obecnie jego płyty z 2015 roku wcale niekoniecznie słucham nagrań z 2015, bo autor sukcesywnie nagrywa i udostępnia nowe ich wersje. I to podobno nie jest odosobniony przypadek w świecie Spotify czy iTunes.

Drugi przypadek dotyczy Netfliksa - dość popularny jest w nim czasowy dostęp do seriali czy filmów. Pamiętam, że oglądałem pewne filmy rok czy półtora roku temu, obecnie w serwisie już ich nie ma (np. "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów").

Co to oznacza? Ano to, że mimo łatwego dostępu, wcale nie możemy być go pewni. Serwis może stracić licencję na pewne tytuły (akurat dla nas ważne), może upaść albo może zmienić zawartość na inną (np. ocenzurowany film zamiast oryginalnego). I nic z tym nie zrobimy, a w przypadku podmiany możemy nawet w pierwszej chwili jej nie zauważyć.

Zmierzam do tego, że za dziesięć lat, gdy będę chciał np. podrzucić córce do posłuchania jakąś fajną muzykę z czasów mojej młodości, może się okazać, że jej po prostu nigdzie nie ma. Albo są tylko remiksy. A filmy, które lubię, będą dostępne tylko u jakiegoś jednego dostawcy, którego abonamentu akurat nie mamy wykupionego (bo jest tego tyle, że nie sposób płacić wszystkim).

Pod tym względem posiadanie fizycznie nagrań "na własność" jest w zasadzie jedynym sposobem, by móc bezproblemowo do nich wrócić. Jednak tu też pojawia się "ale" - bo trzeba będzie mieć na czym te "własne" media odtworzyć. Już teraz coraz trudniej o odtwarzacze CD/DVD (kiedy ostatnio oglądaliście film na DVD? ja chyba w zeszłym roku). Wygląda więc na to, że za jakiś czas będziemy skazani na media cyfrowe i nie będziemy mieć nad nimi żadnej kontroli. Jedno, co nam pozostanie, to komuś zapłacić za dostęp.

No i to jest dość smutna konkluzja...