środa, 12 grudnia 2018

WolframAlpha

Przydługi wstęp

Całkiem niedawno opisywałem tutaj mój sen o konieczności powtórnego zdawania matury. Dotyczył on wprawdzie języka polskiego, ale - UWAGA! - kolejnej nocy miałem dalszy ciąg i ten był już związany z matematyką. Najwyraźniej mój umysł był zbyt wzburzony myślą, że nie trzeba by zdawać matury z "królowej nauk" - w końcu byłem na profilu "mat-fiz"!

Sen o zdawaniu matury z matematyki był dużo przyjemniejszy - wystarczyło przeliczyć odpowiednią liczbę zadań, by sobie przypomnieć wszystkie potrzebne zależności. W końcu kiedyś liczyło się tego bardzo dużo (że już o studiach technicznych nie wspomnę), choć obecnie nie mam kompletnie potrzeby stosowania tej wiedzy w życiu codziennym. Zmierzam jednak do czegoś innego - w tak zwanych "moich czasach" trzeba było wszystko liczyć ręcznie i w sumie nawet nie pamiętam, czy na maturze można było korzystać z kalkulatora - jeśli tak, to mógł być to tylko taki najprostszy model z czterema działaniami. Teraz chyba jest podobnie, za to poza samym egzaminem uczniowie i studenci mają zatrzęsienie przydatnych narzędzi, a na jedno z nich wpadłem zupełnie przypadkowo.

WolframAlpha

Wystarczy wejść na stronę https://www.wolframalpha.com/, żeby rozpocząć fascynującą podróż z nauką. W dużym skrócie, WolframAlpha to interpreter wyrażeń - wpisujemy "coś" w odpowiednie pole i każemy Wolframowi to zinterpretować. Trzymając się pola matematyki, wpiszmy na przykład:

Widzimy nie tylko interpretację wpisanego równania, ale także jego graficzną postać, rozwiązania, miejsca zerowe itp. To jednak - wierzcie mi - tylko wierzchołek góry lodowej.

Nie tylko matematyka

Aplikacja pozwala rozwiązywać nie tylko problemy matematyczne, ale dotyka także innych dziedzin, jak fizyka, chemia, statystyka, inżynieria, nauka o Ziemi. Ba, można z Wolframa korzystać na wzór Google'a, wpisując np. imię i nazwisko jakiejś osoby:

Warto zajrzeć do działu z przykładami, żeby poznać przekrój dziedzin, w których Wolfram daje sobie radę - jest tego naprawdę sporo!

Za darmo i nie za darmo

Serwis WolframAlpha jest dostępny za darmo dla każdego, jednak w tym wariancie nie możemy skorzystać z wszystkich funkcjonalności, a czas przetwarzania jest ograniczony (jeśli damy np. zbyt skomplikowane wyrażenie, program po prostu zwróci tylko częściowe wyniki). Rozwiązaniem jest opłacenie miesiąca lub od razu całego roku dostępu:

W sumie, gdybym nadal pracował na uczelni, być może używałbym tego serwisu choćby do ładnego formatowania wyrażeń matematycznych, zamiast ręcznie męczyć się z tym w edytorze równań Worda.

Tak się to jakoś przemyka

Strasznie, jak wiele fajnych narzędzi człowiekowi umyka w dzisiejszych czasach! A ile można by ciekawych rzeczy zrobić, gdyby się miało wiedzę o wszystkich takich cudeńkach! Wybaczcie ten entuzjastyczny ton, ale zawsze chwytają mnie za serce takie proste i wydawałoby się oczywiste narzędzia, które w czasach mojej młodości były nie do pomyślenia. Naprawdę, można pod tym względem zazdrościć współczesnej młodzieży.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Matura raz jeszcze

Taki dziwny miałem sen dzisiaj. Trochę nawet koszmarny. Otóż nasza kochana władza postanowiła w nim, że wszystkie osoby, które zdawały maturę po 1989 roku muszą to zrobić ponownie, aby potwierdzić swoje wykształcenie. Mają na to rok i ani dnia dłużej. No i we śnie pozostały mi właśnie trzy lub cztery tygodnie (bo, naturalnie, nikt nie wierzył, by tak idiotyczny pomysł był prawdziwy i nikt nie pilnował terminu). Nie przejmowałem się tym zrazu wcale, bo jakoś tam pisać potrafię (we śnie maturę trzeba było zdać wyłącznie z języka polskiego) i byłem pewien, że się wybronię. Do momentu, gdy obejrzałem filmik z "matury wstępnej" (wspomnienie mojej własnej matury).

Bardzo szybko okazało się, że kluczowe są dwie rzeczy: drobiazgowa znajomość lektur oraz umiejętność przekuwania wszystkiego na hiper patriotyczny ton. Czyli pisanie "ku pokrzepieniu serc", ale podniesione do kwadratu.

Wiadomo, pisać i lać wodę można długo i skutecznie, ale przekrojowe tematy wymagają choćby pobieżnej znajomości tematu. Pisząc o takim czy innym etosie, traktowaniu tak a nie inaczej określonej grupy społecznej czy w końcu pewnym typie bohatera narodowego, należałoby się podeprzeć przynajmniej od czasu do czasu konkretnymi przykładami. A tu bieda - ćwierć wieku po maturze już się jednak nie pamięta wszystkiego tak dobrze, jak wówczas, po paroletnim intensywnym treningu. No, przynajmniej ja w tym śnie nie pamiętałem.

Abstrahując od absurdalności pomysłu, otwarte pozostaje pytanie, czego egzaminem jest matura? Dojrzałości? Gdyby tak było, nikt z dorosłych dziś maturzystów nie miałby problemów z jej zdaniem - w końcu jesteśmy dużo dojrzalsi niż w wieku tych osiemnastu lat. Egzamin wiedzy? Też chyba do końca nie - to według mnie egzamin sprawności w żonglowaniu tą wiedzą. Na maturze trzeba zrobić z niej sprytny użytek - tak, aby "zaliczyć", zdobyć punkty i koniec. Sama wiedza nie wystarcza, bo maturzysta musi "trafić nią" w klucz. I tak było też za moich czasów - o niektórych tematach było wiadomo, że są "lepiej widziane" i wstrzelenie się w gust oceniających zagwarantuje lepszą ocenę.

Nie zmienia to faktu, że obudziłem się z może nie ze strachem, ale z uczuciem braku pewności, że tę maturę bym dzisiaj zdał. A rozśmieszyła mnie ostatnia scena, kiedy to Mama przypomniała mi, że na maturę trzeba założyć garnitur...

piątek, 7 grudnia 2018

Thorgal od nowa

W ostatni weekend postanowiłem nieco uporządkować moje komiksowe zbiory, mocno przemieszane po przeprowadzkach. Najłatwiej poszło z albumami zbiorczymi (np. "Kajtek i Koko w Londynie" czy dwa tomy z zebranymi komiksami z niegdysiejszego Relaksu). Gorzej szło przy "drobnicy", nie tylko dlatego, że wychodzi dużo zeszytów do przełożenia. Bo to jak z układaniem magazynów (np. "Estrady i Studia") - zwykle kończy się na tym, że siedzę i czytam jakieś stare numery zamiast robić porządek. Tym razem trafiłem na stertę z "Thorgalami".

Prawie, prawie

Pierwsze zeszyty "Thorgala" kupiłem na obozie wędrownym, będąc jeszcze w szkole podstawowej. Mam je do dzisiaj: "Czarna galera", "Ponad krainą cieni", "Łucznicy" i "Oczy Tanatloca". Przez to straciłem połowę "kieszonkowego", wziętego na obóz (dlatego nie kupiłem żadnych pamiątek, he, he). Czytałem z wypiekami na twarzy i od tego momentu wiedziałem, że MUSZĘ zebrać całość - a przynajmniej wtedy wydawało mi się, że to zamknięty cykl.

Obecnie mam prawie wszystkie zeszyty. Z głównego cyklu brakuje mi tylko jednego, z pozostałych - trzech. Chwileczkę... jak to: "z pozostałych"?

Kura i złote jaja

Wiadomo nie od dzisiaj, że nie zarzyna się kury, znoszącej złote jaja. Cykl zatem nie zakończył się na kilkunastu numerach, tylko trwa do dzisiaj. Oprócz jednak "głównej gałęzi", gdzie głównym bohaterem jest Thorgal, powstały cztery nowe: "Lata młodzieńcze" oraz po jednym cyklu dla Jolana, Louve i Kriss de Valnor. Wszystkie one się przecinają i krzyżują, więc jeśli ktoś chce poznać zupełnie całą historię, to musi inwestować we wszystko - a o to chodzi.

Mieszane uczucia

Niewątpliwie sukces "Thorgal" zawdzięcza inteligentnej fabule, stworzonej przez Jeana Van Hamme, oraz świetnej kresce Grzegorza Rosińskiego. Ten duet długo prowadził serię, ale wiadomo, lata lecą i od debiutu w 1977 roku minęło właśnie 41 lat! Serię przejęli inni scenarzyści (Yves Sente, Xavier Dorison, Mathieu Mariolle i - obecnie - Yann) oraz rysownicy (Giulio de Vita, Roman Surżenko i Fred Vignaux, który nawet przejął "główną gałąź" od Rosińskiego).

O ile do warstwy wizualnej nie mam większych zastrzeżeń, zwłaszcza jeśli chodzi o wkład Romana Surżenki, to scenariuszowo jestem coraz bardziej rozdarty. Dla mnie osobiście wielka siła "Thorgala" tkwiła między innymi w osadzeniu opowieści w świecie wikingów, ich wierzeń, światopoglądu i mitów oraz umiejętnym pożenieniu tego z science-fiction w postaci pochodzenia tytułowego bohatera. Teraz dołożono do tego bardzo, bardzo dużo mistycyzmu i wpleciono wątki chrześcijańskich krucjat.

Rozumiem, że to wynik chęci kontynuowania przygód Thorgala i jego rodziny - w końcu ile można podróżować do Asgardu albo miotać się po świecie? Kontynuacja wymusiła zmiany, ale w mojej opinii to właśnie znak, że raczej powinno się zakończyć akcję na "Ofierze", ostatnim zeszycie tworzonym przez duet Van Hamme - Rosiński. Zresztą nie wiem, czy nie taki był plan Van Hamme - kto zna fabułę wie, dlaczego byłoby to dobre zamknięcie przygód dzielnego skalda.

Co nie zmienia faktu...

Co nie zmienia faktu, że już zacząłem przeglądać "Zdradzoną czarodziejkę" i pewnie skończy się na przeczytaniu wszystkiego jeszcze raz od początku. Mam zbyt duży sentyment do całej serii - to trochę jak z Wiedźminem Sapkowskiego. Niby wszystko wydane już po sadze jest gorsze (a w opinii wielu i saga jest gorsza od opowiadań, z czym się nie zgadzam akurat), ale i "Sezon burz", i opowiadania fanowskie przeczytałem bez wahania. I pewnie, jeśli Sapkowski coś jeszcze w tym uniwersum stworzy, to też przeczytam.

Przede mną wiele, wiele zeszytów thorgalowych i już się cieszę na spotkanie ze starymi dobrymi znajomymi. Bo to mimo wszystko jest bardzo fajny komiks.

czwartek, 6 grudnia 2018

Perełka - Matematyka praktyczna

Gramy z Perełką w grę. Takie kolorowe kulki, nawlekane na sznurek według porządku na wylosowanych kartach. Gramy już długo, więc robi się nieco nudno - zbieram zatem wszystkie kulki razem i zaczynamy lekcję matematyki:

- No, powiedz mi, ile jest tych wszystkich kulek? - pyta Tata.

Perełka liczy po cichu i triumfalnie woła:

- Dwanaście!

- Świetnie! - chwali Tata i ciągnie lekcję - a podziel te kulki na połowy, jedna połowa dla Ciebie, druga dla mnie.

Ciach, ciach, kulki podzielone po sześć na osobę.

- Doskonale! - znów chwali Tata, ale jeszcze mu mało - a gdyby przyszła tu do nas Zosia, to po ile kulek by miało każde z nas?

O, tu już poszło troszkę trudniej, ale w sumie niewiele. Po chwili na dywanie leżały trzy grupki po cztery kulki. Tata wyściskuje Perełkę i pyta:

- A chcesz jeszcze trudniejsze zadanie?

- Tak! Tak! - krzyczy Perełka.

- No to wyobraź sobie, że przychodzi jeszcze Mama. I teraz też trzeba podzielić kulki po równo. Ile każdy będzie miał?

Perełka patrzy na kulki z namysłem. Długim. A kiedy Tata myśli, że chyba jednak nic z tego nie będzie, Perełka nagle dzieli dwanaście kulek na dwie grupy. Jedną przysuwa do siebie, drugą do Taty i mówi:

- Ty się dzielisz z Zosią, a ja z Mamą. I już.

To się nazywa znaleźć rozwiązanie!

wtorek, 4 grudnia 2018

Barbórka

Wszyscy już żyją mikołajkami, a przecież dzisiaj też ważne święto - i to podwójne! W pierwszej kolejności imieniny Baś i Basieniek, Barbar i jeszcze inaczej zdrabnianych pań, mających świętą Barbarę za patronkę - wszystkiego najlepszego!

W drugiej kolejności świętują dzisiaj wszyscy górnicy, więc im także życzmy wszystkiego najlepszego.

A przy okazji przemycam dobrą wiadomość - dziś już 4 grudnia, więc za trzy tygodnie dzień znów zacznie się wydłużać, a noc - skracać. Czyli co - wiosna prawie!

czwartek, 29 listopada 2018

Perełka - Piosenka

Odkąd Perełka zmieniła przedszkole z miejskiego na wiejskie, uczy się mnóstwa rzeczy, w tym rymowanek i piosenek. Nic dziwnego, że któregoś popołudnia, gdy bawiliśmy się po powrocie do domu powiedziała:

- Tata, nauczę Cię nowej piosenki, chcesz?

No, jakżeby Tata mógł nie chcieć! Perełka zatem zaśpiewała raźno swoim czystym głosikiem:

Czerwone światło - stój!
Zielone światło - idź!
Na żółtym świetle zawsze czekaj,
tak już musi być.

Pokiwałem głową i pochwaliłem, że piosenka bardzo ładna. Perełka jednak nie dała za wygraną:

- Teraz ty!

Co było robić, wytężyłem pamięć i wychrypiałem:

Czerwone światło - stój!
Zielone światło - idź!
Na żółtym świetle zawsze czekaj,
tak już musi być, hej!

- Ej, Tata! - oburzyła się Perełka - tam nie ma żadnego "hej!" na końcu przecież!

- Nie ma? A może mogłoby być? Zapytaj jutro panią z przedszkola, może się zgodzi, co?

Perełka zmarszczyła czoło i mówi poważnie:

- Kiedyś zapytam.

- E, tam, "kiedyś"... Zapomnisz! - wybrzydzam, na co Perełka macha zniecierpliwiona ręką:

- No jutro zapytam - to też jest kiedyś, nie?!

poniedziałek, 26 listopada 2018

InSight wylądował

Kilka minut temu na powierzchni Marsa wylądowała bezpiecznie sonda InSight. Zadaniem misji jest zbadanie, jak ewoluował Mars - w tym celu sonda m. in. dowierci się 5 metrów pod powierzchnię Czerwonej Planety w celu zmierzenia np. rozkładu temperatury.

Oglądałem to w relacji na żywo na YouTube (dzięki Pawłowi, który jak zwykle trzymał rękę na pulsie i udostępnił w porę informację przez Facebooka). Powiem Wam, że to niby takie odległe i właściwie niby nic nie wnosi do codziennego życia, ale jednak trzymało w napięciu. Wiecie, jestem informatykiem i miałem już w życiu różne stresujące sytuacje z tym związane (tzw. pożary), ale nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak skomplikowana może być taka misja. Już sam finał, czyli odpalenie satelitów Marco A i B, ustawienie lądownika w odpowiedniej pozycji, wejście w atmosferę pod odpowiednim kątem, opalenie spadochronu w odpowiednim momencie, wysunięcie nóżek, sprawdzenie radarem powierzchni i w końcu lądowanie BEZ spadochronu, tylko na silniczkach - no, tyle rzeczy mogło się nie udać tylko w tych ostatnich kilku minutach!...

Ale się udało. Żadnych problemów, wszystko jak w zegarku. To jest ten moment, kiedy można być dumnym z ludzkości.

A na koniec świetna animacja:

Cyfrowe media

Rozmawiałem ostatnio z Siostrą na temat mediów. Łatwo zgodziliśmy się, że muzyka czy wideo w postaci cyfrowej stają się popularne, bo są zwyczajnie wygodne. Zamiast zagracać sobie mieszkanie stosami płyt, biegać po sklepach czy wreszcie szukać płyty do posłuchania czy obejrzenia, można tylko kilka razy kliknąć i już. W sumie to samo zaczyna dotyczyć książek, które można sobie obecnie zakupić w wersji elektronicznej na czytnik lub wręcz w postaci audiobooka, co niektórzy wolą zamiast czytania.

Wygód, oczywiście, jest więcej - łatwo wyszukiwać, łatwo nawigować, łatwo korzystać (np. czytnik zwykle pamięta stronę, na której skończyliśmy czytać - i to do każdego tytułu osobno). Jednym słowem, całe morze zalet i niewiele wad (np. cena elektronicznej książki niekoniecznie jest niższa niż papierowego odpowiednika). Ale...

No i naszło mnie podczas tej rozmowy, że jest jedna, ale dosyć istotna rzecz, o której coraz częściej zapominamy. To ulotność cyfrowej zawartości. Zgoda, dziś już awaria komputera nie oznacza, że straciliśmy wszystkie zgromadzone pliki - zwykle mamy po prostu konta u dostawców zawartości, logujemy się z nowego komputera czy smartfona i już. Chodzi mi o coś innego, ale muszę zrobić dwa wtrącenia.

Swego czasu w prasie muzycznej znalazłem informację, że jeden ze znanych współczesnych muzyków prowadzi proceder ciągłej aktualizacji swoich nagrań. To znaczy, że słuchając obecnie jego płyty z 2015 roku wcale niekoniecznie słucham nagrań z 2015, bo autor sukcesywnie nagrywa i udostępnia nowe ich wersje. I to podobno nie jest odosobniony przypadek w świecie Spotify czy iTunes.

Drugi przypadek dotyczy Netfliksa - dość popularny jest w nim czasowy dostęp do seriali czy filmów. Pamiętam, że oglądałem pewne filmy rok czy półtora roku temu, obecnie w serwisie już ich nie ma (np. "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów").

Co to oznacza? Ano to, że mimo łatwego dostępu, wcale nie możemy być go pewni. Serwis może stracić licencję na pewne tytuły (akurat dla nas ważne), może upaść albo może zmienić zawartość na inną (np. ocenzurowany film zamiast oryginalnego). I nic z tym nie zrobimy, a w przypadku podmiany możemy nawet w pierwszej chwili jej nie zauważyć.

Zmierzam do tego, że za dziesięć lat, gdy będę chciał np. podrzucić córce do posłuchania jakąś fajną muzykę z czasów mojej młodości, może się okazać, że jej po prostu nigdzie nie ma. Albo są tylko remiksy. A filmy, które lubię, będą dostępne tylko u jakiegoś jednego dostawcy, którego abonamentu akurat nie mamy wykupionego (bo jest tego tyle, że nie sposób płacić wszystkim).

Pod tym względem posiadanie fizycznie nagrań "na własność" jest w zasadzie jedynym sposobem, by móc bezproblemowo do nich wrócić. Jednak tu też pojawia się "ale" - bo trzeba będzie mieć na czym te "własne" media odtworzyć. Już teraz coraz trudniej o odtwarzacze CD/DVD (kiedy ostatnio oglądaliście film na DVD? ja chyba w zeszłym roku). Wygląda więc na to, że za jakiś czas będziemy skazani na media cyfrowe i nie będziemy mieć nad nimi żadnej kontroli. Jedno, co nam pozostanie, to komuś zapłacić za dostęp.

No i to jest dość smutna konkluzja...

sobota, 24 listopada 2018

27 lat temu

Dzisiaj mija dwudziesta siódma rocznica śmierci Freddiego Mercury'ego. Nie będę tutaj przytaczał jego życiorysu czy łkał nad tym, że "wybrańcy bogów umierają młodo". Nie będę też namawiał nikogo na pójście do kina na "Bohemian Rhapsody", bo sam filmu nie widziałem. Po prostu, jeśli możecie, posłuchajcie sobie kilku piosenek. Ot, choćby takich mniej osłuchanych: Love of my life, '39, Spread your wings czy Seaside Rendez-vous.

I bawcie się dobrze, zamiast mieć smutne miny! Pytanie za 100 punktów - której z powyższych piosenek nie śpiewa Freddie?

środa, 21 listopada 2018

Problemy z komentarzami

Od mniej więcej dwóch-trzech tygodni obserwuję na moich blogach problemy z komentowaniem. Objawiają się tym, że wpisujemy komentarz, publikujemy go, a on... znika. Czy może precyzyjniej: nie pojawia się pod postem.

Zrazu myślałem, że to tylko mój lokalny problem, ale dostałem też sygnał od Grażyny, że "wcięło" jej komentarz - być może Wam też się to zdarzyło?

Moje rozpoznanie jest takie, że z jakiegoś powodu kontrolka komentarzy BlogSpota niepoprawnie rozpoznaje fakt zalogowania do konta Google. W przeglądarce "chromowej", z której nie mogę dodawać komentarzy (wszystkie znikają), kontrolka wygląda tak:

Ale już w Operze wygląda jak poniżej i komentarze dodają się aż miło:

Jak widać, w drugim przypadku kontrolka "widzi", że jestem zalogowany - w pierwszym zachowuje się, jakbym był wylogowany (jednak w przypadku wylogowania powinna pojawić się formatka logowania do konta Google'a, a się nie pojawia).

Zrazu myślałem, że to pewnie pamięć podręczna i ciasteczka w przeglądarce, ale zainstalowałem jeszcze trzecią przeglądarkę, Brave i ona od razu po instalacji nie odnotowuje faktu zalogowania do konta Google'a, nawet jeśli loguję się i wylogowuję na przemian.

Szukałem na różnych forach, generalnie problem jest chyba tylko lokalnie na moim blogu, bo nigdzie nie natknąłem się na świeże posty dotyczące komentowania. Napisałem do Google'a, może coś doradzą, chociaż spodziewam się rady w rodzaju "wyczyść pamięć podręczną i ciasteczka", "przeinstaluj przeglądarkę", "użyj najnowszej wersji Chrome'a"...

ROZWIĄZANIE: dostałem odpowiedź od Google'a i bez zaskoczenia: czyścić, przeinstalowywać. Ale sam też zacząłem węszyć - i wywęszyłem, przynajmniej częściowo. Winne wydają się rzeczywiście "ciasteczka" w przeglądarce. Najpierw w Brave wyłączyłem filtr antyspamowy i antyreklamowy - kontrolka komentarza nagle zaczęła widzieć "zalogowane" konto i umożliwiać dodanie komentarzy. Podobnie chciałem zrobić w Vivaldim, ale tutaj nie pomogło ani wyłączenie filtra antyreklamowego, ani przelogowanie na koncie Google'a. Węszyłem jednak dalej i po wejściu w ustawienia przeglądarki odszukałem na karcie prywatności zapamiętane hasło do Gmaila, po czy usunąłem je. Teraz, po ponownym zalogowaniu, wszystko działa. Uf!...

Podsumowując zatem, winne są google'owe "ciasteczka", które zapamiętują stan zalogowania do konta - coś się musiało zmienić w ich budowie czy sposobie odczytywania i przestały działać. Pomaga usunięcie ich z pamięci przeglądarki i usunięcie zapamiętanego hasła (pewnie zadziała też zmiana hasła do konta).

wtorek, 20 listopada 2018

Ała!

Myszka Miki ma swoje lata, ale w sumie nie myślałem o tym serio, dopóki nie zobaczyłem tego obrazka:

Tego nie sposób "odzobaczyć"...

niedziela, 18 listopada 2018

[S] Prawdziwie mroźny poranek

Tak, to dzisiaj nadszedł pierwszy naprawdę zimny poranek tej jesieni - minus osiem stopni we Wrocławiu. Przyroda wstrzymała oddech, a ciszy poranka nie rozbrzmiewały już śpiewy ptaków. Nadchodzi Buka, powolutku, ale wytrwale...

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/4000 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/220 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/1700 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/1400 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/3,6, Czas: 1/110 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/105 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/140 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/4000 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

piątek, 16 listopada 2018

Czy wszystko stanie się usługą?

Od wielu lat już widać pewien trend na rynkach - nazwijmy to - kapitalistycznych. Zamiast płacić za towary (i je otrzymywać na własność), zaczynamy płacić za możliwość użycia danego towaru. Czyli de facto wypożyczamy go tylko od prawowitego właściciela. Choć ma to często sens, ogólny trend jest jednak niepokojący - przynajmniej dla mnie.

Co jest fajnego?

Na pewno rozwiązanie - nazwijmy je - "abonamentowe" jest korzystne przy dostępie do mediów takich jak streaming dźwięku czy wideo. Płacimy miesięcznie stosunkowo niewielką kwotę, w zamian otrzymując z reguły bardzo szeroki dostęp do zasobów dostawcy. Z pewnością za cenę abonamentu nie bylibyśmy w stanie zakupić tylu płyt czy filmów, ile jesteśmy w stanie przez miesiąc przesłuchać lub obejrzeć.

Drugi korzystny przykład to rzeczy szybko się starzejące, jak na przykład - co piszę z bólem serca - oprogramowanie komputerowe. Wiadomo, ciągle poprawiane są jakieś błędy, dodawane nowe funkcje - warto by było mieć te nowości "na żądanie", bez ponoszenia dodatkowych kosztów.

Mieszane uczucia mam co do książek, ale tylko dlatego, że istniejące w Polsce rozwiązania, które sprawdzałem, mają kiepski sposób rozliczania abonamentu (np. za kilkadziesiąt złotych miesięcznie można przeczytać określoną liczbę stron - co moim zdaniem jest czystym kuriozum i nie wiem, dlaczego nie dać czytać ludziom do oporu, tak jak mogą do oporu oglądać seriali czy słuchać płyt).

A co nie jest fajne?

Dla mnie osobiście średnio przyjemna jest świadomość, że wydaję pieniądze coraz częściej na "możliwość" niż "własność". Papierową książkę czy płytę audio mogę postawić na półce, wrócić do niej za pół roku czy za lat dziesięć. Mogę je komuś podarować. Mogę - poza powielaniem i sprzedawaniem kopii - robić w zasadzie wszystko. Z treścią cyfrową już nie - rezygnuję z platformy medialnej? Nie obejrzę już ulubionych seriali (zwykle platformy mają te najpopularniejsze seriale na wyłączność). Przestaję płacić za streaming? Już sobie wygodnie nie posłucham muzyki. Zbankrutuje producent jakiejś gry on-line, w którą gram od lat? No, trudno, już nie pogram...

Najbardziej jednak męczy mnie zależność od producentów - przestajesz płacić = spadaj. Przeczuwam, że stanie się tak, jak z operatorami komórkowymi. Priorytet będą mieli zawsze nowi klienci, to dla nich będą przygotowywane ciekawe propozycje, zaś klienci ze stażem... no cóż, płacili tyle lat, będą płacić dalej. I owszem, operatora można zmienić, ale już takiego Adobe z jego pakietem oprogramowania trudno z dnia na dzień zmienić na coś innego, bo alternatywy (realnej) praktycznie nie ma.

Ponadto model abonamentowy rozleniwia producentów. Po co się starać, jeśli wszyscy grzecznie płacą i nie bardzo mają ochotę na szukanie innych rozwiązań? Można od czasu do czasu dodać jakąś niewiele znaczącą nowość, poprawić parę błędów i już.

Biadolenie

Tak, to takie biadolenie ramola na zmieniające się czasy. Bo nigdzie nie jest powiedziane, że wszystko, co nowe, musi się podobać. Jednocześnie jednak - poddaję się. Jako informatyk nie widzę specjalnie sposobu na zmianę podejścia producentów i ludzi. Gdy rzecz jest robiona rozsądnie, wszyscy korzystają, więc nie ma o co kruszyć kopii. Spotify czy Tidalzamiast półki z płytami CD? Netflix albo HBO zamiast sterty pudełek DVD? Czemu nie? Kindle zamiast regałów z książkami?... Chwila, chwila, to jeszcze trzeba przemyśleć...

poniedziałek, 12 listopada 2018

Szóstka nie-w-totka

I stało się - dzisiaj mija sześć lat prowadzenia bloga! Rocznica zupełnie nieokrągła i w zasadzie bez znaczenia, ale w sumie to przyjemne uczucie. Tym razem statystyk nie będzie, bo teraz trudniej wszystko zliczyć - w końcu od sierpnia piszę też na drugiego bloga. Może napiszę o czymś innym.

Początkowo - o czym nie każdy wie - na blogu publikowałem recenzje książek i filmów (tak naprawdę blog został założony w 2008, a nie w 2012 roku - pierwszy wpis ma datę ósmego września 2008). Kiedy jednak zacząłem zabawę w fotografię, postanowiłem zmienić profil bloga i wszystkie recenzje zostały przeniesione do "kopii roboczych", zaś blog zaliczył drugi start, ten obecnie oficjalny. W zasadzie podobna rzecz stała się w sierpniu - widząc rosnącą liczbę postów muzycznych, zdecydowałem o wydzieleniu osobnego bloga. Wprawdzie Ladaco nie odzyskało (jeszcze?) przez to fotograficznego charakteru, bo za mało obecnie fotografuję, ale jakoś "się trzyma".

Kto wie, może jednak dociągnę tutaj do prawdziwych dziesięciu lat? Może fotografia wróci, kiedy z kolei sprzykrzy mi się muzyka? Pożyjemy, zobaczymy - nigdy nic nie wiadomo z kimś tak niezrównoważonym jak autor. No, co zrobić.

niedziela, 11 listopada 2018

Gorąco

Pamiętacie ostatnie łuny? Dzisiaj wieczorem też niebo płonęło, ale znacznie intensywniej. Wybaczcie, że znów wrzucam takie "bezpostaciowe" zdjęcia, jednak nic nie poradzę, że mam słabość do wschodząco-zachodzących kolorów.

[S] Listopadowy spacer

Nie ma to jak krótka przechadzka po śniadaniu w pogodny, listopadowy poranek. No dobrze, jest wiele fajniejszych rzeczy, ale przyznacie, że listopad nie kojarzy się raczej z ciepłem i kolorami. A dzisiaj było tak:

I na koniec znalazłem jeszcze na murku pewnego miłego szablaka:

sobota, 10 listopada 2018

piątek, 9 listopada 2018

czwartek, 8 listopada 2018

środa, 7 listopada 2018

Chciałby pomóc, ale...

Czasem router się buntuje i zrywa połączenie z internetem, w wyniku czego - oczywiście - wszystkie inne urządzenia w domu także tracą dostęp do globalnej sieci. Z czystej przekory spróbowałem użyć wbudowanego w system Windows narzędzia diagnostyki i pomocy. Wynik był łatwy do przewidzenia - narzędzie zaproponowało restart urządzenia (bo restart jest dobry na wszystko - to stara informatyczna prawda!). I ok, ale narzędzie postanowiło być jeszcze przydatniejsze i zaoferowało link z odpowiedzią na pytanie, DLACZEGO nie mogę się podłączyć do internetu. Kliknąłem.

No cóż, najwyraźniej nikt w Microsofcie nie wpadł na pomysł, że pomoc do zagadnień związanych z niemożnością podłączenia się do internetu powinna być jednak dostępna lokalnie, a nie w internecie...