środa, 19 września 2018

Perełka - Super-moc

Perełka ogląda od jakiegoś czasu "Pidżamersów", czyli przygody trójki dzieciaków, które w nocy zmieniają się w super-sowę, super-kota i super-jaszczurkę, żeby ratować świat. Oczywiście, identyfikuje się przy tym z Amayą, dziewczynką zmieniającą się w sowę, czyli Sowellę. Tata się w tym wszystkim musi orientować.

- Jestem Sowella! - krzyczy Perełka, wznosząc triumfalnie rękę w górę - Umiem latać i mam super-sowi-wzrok!

Tata, trochę rozpaczliwie, powtarza gest i mówi:

- Jestem Tatson i mam super-słuch!

Perełka marszczy brwi krytycznie:

- Nie, jesteś tatą!

- A jaką mam super-moc? - pytam niepewnie.

- Umiesz gwizdać - odpowiada Perełka po zastanowieniu. Jestem zdumiony:

- A co mi po gwizdaniu?

- No, jak zagwiżdżesz, to przybiegają pieski!

- I to jest super? - dziwię się. Perełka potakuje i dodaje:

- Bo ty im wtedy dajesz jeść. I to jest super!

poniedziałek, 17 września 2018

[K] ACDSee - alternatywa dla Lightrooma?

Używana przeze mnie wersja Lightrooma (6) nie jest już rozwijana - została zastąpiona wersją w modelu subskrypcyjnym, czyli w ramach pakietu Adobe Common Creative. O wsparciu dla nowych aparatów mogę zapomnieć, podobnie o usunięciu denerwujących błędów (przenoszenie czy kasowanie plików, wolne działanie itp.) Alternatyw dotychczas brakowało albo były zbyt drogie (Capture One wie, o co chodzi)...

ACDSee dawniej i dziś

ACDSee pamiętam jako shareware'ową przeglądarkę plików graficznych, z której korzystałem baaardzo dawno temu i to bardzo krótko. Wówczas nie było PayPala, łatwo dostępnych kart kredytowych, a sklepy zakupujące programy shareware "w imieniu klienta" nakładały spore marże, przez co całość była po prostu nieopłacalna (nie wspomnę już o tym, że jeszcze w tym czasie nie pracowałem). Potem wybrałem darmowego IrfanView i ACDSee zniknęło z kręgu moich zainteresowań.

Przypomniałem sobie o tym programie w zeszłym roku, kiedy porównywałem go do Luminara 2018. ACDSee Photo Studio 2018 Professional wypadło w tym porównaniu o wiele lepiej i zacząłem mu się przyglądać uważniej. Za chwilę pojawi się wersja 2019 Ultimate, więc pora wreszcie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy przypadkiem Lightroom nie stracił właśnie pracy?

Przyzwyczajenie drugą naturą...

Najgorszy był początek pracy z ACDSee - niby wszystkie programy katalogująco-obróbkowe wyglądają podobnie, ale ciężko jest się zrazu połapać. Tak samo miałem tutaj - wszystko jest pod ręką, ale INACZEJ niż w Lightroomie. Powoli jednak zacząłem się przyzwyczajać i oto okazało się, że nie jest źle, a nawet jest całkiem dobrze!

Nie da się ukryć, że pracuje się inaczej. Bardzo przywykłem do interfejsu Lightrooma i ten z ACDSee wydaje mi się brzydszy i mniej intuicyjny, jednak po oswojeniu się "daje radę". Narzędzi jest sporo i choć w zasadzie są odpowiednikami tych z Lightrooma, to czasem sposób lub zakres ich pracy jest odmienny. Czasem ten sam efekt da się osiągnąć, wykonując zupełnie odmienne kroki - niech przykładem będzie dodanie do obrazu ramki, co w Lightroomie osiągało się, podpinając komercyjną wtyczkę podczas eksportu. Tutaj jest to normalna funkcja w samym programie.

Wydajność

Pod względem wydajności jest bardzo dobrze. Jeszcze nie testowałem ACDSee na komputerze stacjonarnym, ale powinno być lepiej, niż na laptopie (szybszy procesor i trzy razy więcej pamięci). Pod względem importu zdjęć do katalogu Lightroom... przegrywa. Pod względem nawigacji i działania większości narzędzi z kategorii Develop zwycięzcą jest także ACDSee. Podobnie zresztą wypada eksport grupy zdjęć - z przeskalowanie i wyostrzaniem, konwersja z fujikowych RAFów do JPGów zajęła ACDSee prawie dwa razy mniej czasu niż Lightroomowi. Czyli, cytując klasyka, nie ma o czym gadać.

Praca rzeczywista

Zwykle mój sposób pracy w Lightroomie wygląda identycznie: wrzucam kartę ze zdjęciami do czytnika, wybieram import interesującego mnie zbioru (z automatycznym tworzeniem podkatalogów na dysku w oparciu o datę i automatyczną zmianą nazwy pliku - również w oparciu o datę). Po imporcie przeglądam fotografie i oznaczam te, których na pewno chcę się pozbyć. Po oczyszczeniu zbioru przystępuję do mniej lub bardziej intensywnych działań obróbkowych - zazwyczaj korekcja ekspozycji, prostowanie horyzontu czy kadrowanie. Czasem globalnie ustawię profil kolorystyczny. Z reguły wystarczają mi narzędzia wbudowane w Lightrooma, bardzo rzadko dokonuję edycji w Photoshopie (zwykle sesje portretowe). Potem wybieram pliki do publikacji (jeśli jest taka potrzeba) i eksportuję je np. za pomocą presetu "blogowego" czy "e-mailowego", które sobie kiedyś utworzyłem.

Powyższe czynności starałem się wykonać za pomocą ACDSee. Bez problemu zaimportowałem zdjęcia z podziałem na foldery i ze zmianą nazwy pliku (musiałem tylko dokonfigurować własny szablon daty - ale w Lightroomie również trzeba było to zrobić). Po przejściu do zaimportowanej kolekcji mogłem skupić się na zaznaczaniu zdjęć do usunięcia, po usunięciu zaś przeszedłem do widoku Develop, gdzie mogłem wreszcie rozpocząć edycję. Byłem w stanie zrobić te same rzeczy, co w Lightroomie - w zasadzie nie znalazłem jedynie zmiany proporcji (rozciągania w pionie lub poziomie). Cała reszta - o ile mogłem to stwierdzić - daje się wykonać. Bardzo sprawnie działa narzędzie klonowania/"leczenia" - o wiele żwawiej niż Spot Removal w Lightroomie. Wszystkie modyfikacje są - oczywiście - wprowadzane "wirtualnie", czyli zapamiętywane niezależnie od zdjęcia, które pozostaje nietknięte.

Podczas eksportu można w zasadzie zrobić to samo w obu programach z tym, że ACDSee ma dodatkową listę predefiniowanych "akcji" (rozszerzalną o nasze własne pomysły), która dodatkowo przetwarza plik przed zapisaniem w miejscu docelowym.

Gwóźdź do trumny Lightrooma

Czymś w rodzaju takiego gwoździa jest funkcja... importu bazy danych Lightrooma. ACDSee ma takie narzędzie wbudowane i potrafi ono wyciągnąć takie informacje, jak oceny (gwiazdki), etykiety, słowa kluczowe oraz kolekcje. Jak dla mnie - rewelacja! Między innymi tego właśnie brakowało mi w dotychczas testowanych programach. Konieczność budowania na nowo kolekcji, opisywania i oceniania zdjęć - to wszystko skutecznie zniechęcało mnie do migracji.

Oczywiście, dużą bolączką jest to, że nie sposób zaimportować danych "obróbkowych", czyli zmian na samych obrazkach (korekta ekspozycji, krzywe, kadrowanie), ale nie wydaje mi się, żeby to kiedykolwiek dobrze wykonano. Po prostu do dawniej obrobionych plików trzeba będzie wracać przez Lightrooma, ewentualnie wziąć kiedyś dwa tygodnie urlopu i przekonwertować cały zbiór na np. TIFFy (z już zaaplikowaną obróbką). Tak na wszelki wypadek, gdyby któregoś dnia Lightroom po prostu przestał się uruchamiać, co wydaje mi się całkiem prawdopodobną taktyką Adobe, aby ostatecznie zmusić opornych do przejścia na model Creative Cloud.

No i tyle

Jako że używam ACDSee od jakiegoś czasu (chociaż mało intensywnie) i nie zauważam w zasadzie żadnych ograniczeń, chyba rzeczywiście w praktyce odesłałem Lightrooma na emeryturę. To jest świetny program i gdyby nie nieszczęsny abonament Adobe, używałbym go jeszcze długo. Ale że nie mam zamiaru i potrzeby pakować się w Creative Cloud, a na poprawę istniejących od lat błędów czy nowe funkcje nie mam co liczyć... No cóż... ACDSee zajmuje miejsce zarówno Lightrooma, jak i IrfanView. Sytuacji raczej nie zmieni nadchodząca nowa wersja Luminara 2018 z modułem katalogującym - chyba że przeglądanie i edycja zaczną działać tak z 10 razy szybciej - na to się jednak nie zanosi.

P.S. Poprawiam się i uzupełniam wpis o ceny - obecnie są dostępne (z grubsza) trzy wersje: Ultimate za 149$, Professional za 99$ i Standard za 59$, przy czym rozważyć w kontekście zastępowania Lightrooma można tylko dwie pierwsze - wersja Standard ma spore ograniczenia w zakresie modułów Develop i Edit, co zresztą wynika z tabeli porównawczej na stronie producenta.

piątek, 14 września 2018

[K] Photolemur 3 - na co to komu?

Dla leni

Na rynku pojawił się nowy-stary gracz. Nowy, bo w nowej wersji z numerem 3, a stary - bo wcześniej była wersja 2, niewiele się w zasadzie od "trójki" różniąca. Cóż to za program?

Programiści (czy może marketingowcy?) doszli do wniosku, że ludziom nie chce się obrabiać zdjęć. Czy może inaczej: większość nie czuje specjalnie potrzeby nauczenia się tego, za to chętnie mieliby w kolekcji jakieś efektowne fotki do pokazania znajomym. Trzeba im zatem dostarczyć aplikację, która jednym kliknięciem zrobi czary-mary i gotowe!

Naturalnie, tego typu programów jest już całkiem sporo, a każda szanująca się przeglądarka grafiki ma też możliwość zastosowania "presetu auto", który zazwyczaj robi ze zdjęcia piękną, kolorową masakrę. No i tutaj Photolemur ma się wyróżnić zdecydowanie na plus. A niby dlaczego? No, hm...

Klucz: SI

Czyli Sztuczna Inteligencja, która wciska się wszędzie, gdyż jest nowoczesna i kojarzy się z wygodą. Niedługo okruszki chleba będą miały tytuł magistra i żal będzie je do kosza wyrzucać...

Podśmiechuję się, bo w większości wypadków owa "sztuczna inteligencja" to zwykły pic na wodę i fotomontaż. Opiera się zwykle na jakichś zauważonych prostych zależnościach lub stosunkowo prostej analizie (np. policzymy histogram, wyjdzie, że fotka za ciemna, to damy odpowiednią kompensację "do średniej" i gotowe!). Tu jednak troszeczkę tej sztucznej inteligencji chyba jednak siedzi, bo program dość sprawnie wykrywa niebo oraz (nieco mniej sprawnie) twarze i oczy. Niemniej, sama obróbka jest oparta na prostej zasadzie: więcej kontrastu i większe nasycenie - wtedy zdjęcie musi się podobać!

Jak to działa?

Program jest banalny w obsłudze i zupełnie się nie narzuca użytkownikowi. Otwieramy zdjęcie (np. w formacie jpg, ale i RAWy da się obrobić - przynajmniej z Fuji, bo innych chwilowo nie mam pod ręką), klikamy jeden z siedmiu "stylów" i... czekamy. Po dłuższej chwili możemy napawać oczy widokiem przerobionego zdjęcia, porównując je z oryginałem (program daje możliwość "przesuwania" podziału podglądu, żeby to efektowniej wyglądało). Jeśli efekt się podoba, eksportujemy zdjęcie w jednym z dostępnych formatów (m. in. jpg, psd, tiff), z możliwością skalowania (czego nie było w wersji 2). Jeśli efekt jest niezadowalający, próbujemy kolejny "styl", aż do skutku (albo zniechęcenia). Możemy specjalnym suwakiem złagodzić nakładaną obróbkę, zaś w przypadku obróbki twarzy włączyć czy wyłączyć specjalny algorytm poprawiający wygląd skóry i oczu (Photolemur sam rozpoznaje twarze i oczy - to też element SI). I to tyle.

Wprawdzie jest jeszcze "przetwarzanie wsadowe", czyli możemy kazać obrobić wg zadanego stylu całą grupę zdjęć, ale to w zasadzie wyczerpuje możliwości programu.

Tradycyjnie, czyli zady i walety

Zaletą programu jest, jak by to powiedzieć, umiar. Photolemur nie stosuje na potęgę podnoszenia mikrokontrastu, nie przesadza z kolorami (zazwyczaj) i dość ładnie wyostrza wynikowe fotografie, zapisywane z przeskalowaniem w dół (pomniejszane). Z reguły można uznać, że po przetworzeniu zdjęcie rzeczywiście prezentuje się "ładniej", czyli efektowniej - acz pytanie, czy nie są tu przekraczane granice dobrego smaku zależy już od użytkownika.

Wad - niestety - jest o wiele więcej. Po pierwsze i kluczowe - przetwarzanie RAWów trwa niemiłosiernie długo (u mnie ok. 30 sekund), a co gorsza, zmiana (np. wyłączenie obróbki oczu) powoduje "przeliczenie" wszystkiego od zera. Także eksport - mimo "przeliczonego" przecież już zdjęcia, które widzimy na ekranie - ponownie przeprowadza całą obróbkę.

W ogóle idea tej aplikacji jako osobnego programu do mnie nie przemawia - o wiele wygodniej jest go zainstalować jako wtyczkę do Photoshopa lub Lightrooma (jest nawet odpowiednie polecenie w samym Photolemurze). Ma się wtedy przynajmniej jakąś kontrolę nad przygotowaniem zdjęcia do obróbki - czyli np. wykadrowaniem, wyprostowaniem horyzontu itp., dodatkowo zaś w tej sytuacji RAWy są konwertowane na TIFFy, co znacznie skraca czas obróbki.

Poza korektą geometrii obiektywów nie ma tu w zasadzie nic. Porzućcie marzenia, żeby program sam wykrywał np. plamy na błękitnym niebie, będące wynikiem paprochów na matrycy czy zły balans bieli - na to lemurowa sztuczna inteligencja jest jeszcze zbyt mało inteligentna.

Program w wersji standalone przeznaczony jest chyba dla największych minimalistów (albo genialnych fotografów, którzy zawsze kadrują idealnie i zawsze poziomują aparat)

W zamyśle ciekawie miała się sprawdzać funkcja ulepszania portretów - wygładzanie skóry, obróbka oczu. I czasem rzeczywiście efekt jest całkiem fajny, ale zdecydowanie zbyt często aplikacja albo nie trafia z rozpoznaniem, albo przesadza np. z wybielaniem oczu.

Na koniec zwrócę uwagę na fakt, że liczbę "stylów" w Photolemurze można rozbudować - tyle tylko, że każdy kolejny styl to 15 euro, co moim zdaniem jest jednak pewną przesadą.

Czyli tak czy nie?

To w moim odczuciu program dla ludzi, którzy nie mają czasu i chęci na naukę obróbki zdjęć. Oni odpalą "Lemura", wrzucą do niego 200 zdjęć z wakacji, zaznaczą odpowiedni "styl" i po godzinie (dwóch? trzech?) mają materiał do pokazania rodzinie. Prosto i łatwo.

Ale równie dobrze można zainwestować w jakiś zestaw presetów do Lightrooma - ilościowo na pewno wyjdzie korzystniej, a i aplikowanie będzie wygodniejsze. A że presety nie mają wbudowanej SI?...

poniedziałek, 10 września 2018

[O] Iron Fist - sezon 2

Tak, tak, jestem oglądaczem seriali Marvela. Luke Cage, Daredevil, Jessica Jones, Defenders czy właśnie Iron Fist - jak tylko się coś pojawi, to z reguły mówię sobie: eee, tam, nie warto tracić czasu.

A potem oglądam.

Iron Fist w rankingu

Przyznam bez bicia, że pierwszy sezon Iron Fist wypadł dość blado w porównaniu do pozostałych "marek" - jakiś bogaty młodziak, który stracił rodziców, został przygarnięty przez mnichów i uczył się sztuk walki, by teraz biegać ze świecącą pięścią i walczyć z tajemniczą, a wszechmocną organizacją przestępczą... No, coś takiego!

I rzeczywiście, brnięcie przez pierwszy sezon było bolesne, czego nie ułatwiał główny bohater, zachowujący się jak arogancki gamoń. Ciągłe gadanie o mitycznym mieście Kun'-Lun prowadziło do znużenia, a walki były dużo mniej ciekawe niż np. w Daredevilu. Nic dziwnego, że Iron Fist zajmował w moim prywatnym rankingu ostatnie miejsce spośród produkcji Marvela, zwłaszcza że tuż po nim obejrzałem Luke'a Cage'a, który pokazał, jak dobry serial powinien wyglądać.

Idzie ku lepszemu

W ostatni weekend tak się złożyło, że znalazłem na Netfliksie drugi sezon przygód Daniela Randa (prawdziwe imię i nazwisko Iron Fista). Włączyłem bez przekonania, ale szybko się wciągnąłem. Sezon ma 10 odcinków, tak w sam raz - nie za krótko, nie za długo. I chociaż trafiają się odcinki pod koniec sezonu, gdy tempo trochę siada, a dużo jest rozmów i rozważań, to jakoś niespecjalnie mi to przeszkadzało. Łyknąłem szybko całość i...

Generalnie jestem zadowolony - ten sezon podobał mi się znacznie bardziej od pierwszego. Fajnie są rozpisane poszczególne postacie: sam Danny Rand, Colleen, Ward (a tak go nie lubiłem w pierwszym sezonie!) - no i główny zły, czyli Davos (bez problemu dajemy radę uwierzyć, że ma nie po kolei w głowie).

Fajna jest w ogóle cała intryga i przyznam, że oglądało mi się to z odcinka na odcinek coraz przyjemniej. Wciągnąłem się na tyle, że zacząłem sobie w wyobraźni budować własne zakończenie, z którym to serialowe zupełnie się rozminęło...

Polecam

To jedyna rzecz, która mnie w pewien sposób rozczarowała - zakończenie. Nie poszło po mojej myśli i jak tak sobie o nim rozmyślam, to nie do końca "kupuję" decyzje bohaterów i pomysł scenarzystów na kontynuację. Nie zamierzam tu wrzucać jakiś spoilerów, żeby nie psuć Wam oglądania, jednak czujcie się ostrzeżeni.

Drugie sezony w przypadku Iron Fista oraz Luke'a Cage'a wypadły bardzo fajnie (no dobra, Jessica Jones też była niezła, chociaż pierwszy sezon - moim zdaniem - miała lepszy). Polecam zapoznanie się z nimi tym bardziej, że już niedługo pojawi się kolejny Daredevil, którego jestem strasznie ciekaw, bo właśnie od niego zacząłem przygodę z marvelowskimi serialami...

piątek, 7 września 2018

[R] W urzędzie

Tak to już w życiu bywa, że trzeba czasem odwiedzić instytucję państwową, zwaną urzędem. I mnie to dotknęło przy okazji rejestracji samochodu. Poczytałem najpierw, co jest potrzebne, co wypełnić i na jakie koszty się nastawić (bo, panie, bez kosztów choćby na znaczek skarbowy to się NA PEWNO nie obędzie). Pogadałem ze znajomymi, którzy byli już tam kiedyś wcześniej i w zasadzie uznałem się za przygotowanego.

Błąd. Wiadomo.

Całość procedury, przez którą przeszedłem, można wpisać w sinusoidę, na zmianę miłych i niemiłych, rozczarowań. Najpierw ucieszyłem się, że są dokumenty PDF na stronie urzędu - ale okazało się, że nie ma egzemplarza dla współwłaścicieli (albo nie potrafiłem znaleźć). Super sprawa, że istnieje system elektronicznej rezerwacji terminów - ale w praktyce można zarezerwować termin tak za dwa tygodnie, a w praktyce okazało się, że wynika to z braku odwoływania rezerwacji. System numerkowy jest fajny - ale liczba numerków jest dla danego dnia ograniczona i szybko się kończy. Urząd otwarty jest od 7:15, ale kasa dopiero od 8:00. Można jednak płacić kartą, jednak z prowizją 2zł...

Nie chciałem czekać dwóch tygodni, więc postanowiłem zwyczajnie przyjechać wcześniej i wystać swoje w kolejce. Akurat trasa, którą jechałem do urzędu, była dla mnie zupełnie nowa, więc dałem sobie tyle zapasu, że dojechałem tam o 6:30. 45 minut przed otwarciem. I w kolejce wcale nie byłem pierwszy, tylko trzeci!

W ogóle do momentu otwarcia zebrało się pewnie 30-40 osób, więc droga do pokoju nr 20 wyglądała jak bieg maratoński - tłum i ścisk. Pobrałem numerek Be-dwieście-ileś i... usiadłem. Bo najpierw wyczytywano numery z rezerwacji elektronicznej (na kilka był tylko jeden), potem była jedna afera z pewną panią, potem jeszcze dwóch panów przede mną i jedna starsza kobieta, która "tylko się pytała o coś". W końcu wyczytano mój numer i podszedłem do stanowiska numer jeden.

Jako przygotowany obywatel podałem wszystkie wymagane dokumenty. Po chwili musiałem jednak uzupełnić je w kilku miejscach oraz potwierdzić, że tak, jestem zameldowany w miejscu zameldowania. No i pokazać dowód.

Teraz wystarczyło poczekać, aż pan urzędnik powprowadza dane do komputera, wydrukuje stertę papierów, da dwa z nich do podpisania, wyjmie z szafki tablice rejestracyjne i naklejki oraz pobiegnie gdzieś i wróci. Krótka informacja, że za dwa tygodnie dowód rejestracyjny będzie gotowy i żeby znowu wpaść w odwiedziny. Uf!

Trwało to i trwało, ale grunt, że okazało się skuteczne. Chociaż jak pomyślę, że muszę tam przyjechać raz jeszcze, to!...

Na plus zaliczam miły personel (na ile dane mi było się z nim kontaktować) i wygodne miejsca - petent przy stanowisku nie tylko może sobie usiąść, ale ma nawet blat, żeby wygodnie coś dopisać do papierów czy wypełnić jakiś dodatkowy wniosek. Strasznie to głupie, ekscytować się oczywistymi rzeczami, ale zbyt już wiele urzędów zwiedziłem i wiem, co docenić!

czwartek, 6 września 2018

Perełka - Na łyso

Wracamy z Perełką z przedszkola, stosując metodę "błądzenia". Polega ona na tym, że zamiast jechać tramwajem, poruszamy się na nogach i to Perełka wybiera trasę, zwykle taką, której jeszcze nie znamy. Tata jest od tego, żeby dyskretnie kierować ruch mniej więcej w stronę domu.

Idziemy zatem, a tu zakład fryzjerski. Pytam:

- Hej, może weszlibyśmy tutaj, to bym się ostrzygł?

- Dobra - zgadza się Perełka. - Ale wszystkie włosy?

- Naprawdę chcesz mieć łysego tatę? - dziwię się i już widzę, że przegrałem, bo Perełka ma iskry w oczach.

- Tak, chcę! Chcę! Łysy tata!

Pytam jeszcze raz, ale decyzja została podjęta. Cóż, włosy nie oczy, odrosną. Wchodzimy, siadamy - ja w fotelu, Gosia na kanapie. Pani fryzjerka dziwi się decyzji, ale wyciąga maszynkę i obcina mnie na "zero". Po wszystkim idę do Perełki, a ona klepie mnie po łysej głowie i mówi:

- Ale fajnie! Wyglądasz jak inny pan!

A potem przybiera poważną minę i oznajmia:

- Ale wiesz, mamie się to nie spodoba!

I rzeczywiście, nie spodobało się...

wtorek, 4 września 2018

[R] Wrocławskie pokazy lotnicze

Dawno nie wychodziłem w teren z aparatem, ale ostatniej niedzieli pojawiła się okazja. Szwagierka skakała ze spadochronem. Przy okazji wydało się, że na terenie wrocławskiego aeroklubu odbywają się minipokazy lotnicze - nie takie poważne jak w Poznaniu czy w Radomiu, ale bardzo sympatyczne. Były spadochrony, były awionetki, był śmigłowiec, szybowiec i filmujący wszystko z góry dron. Zapraszam do oglądania!

Przysłona: f/4,5, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 85,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 180,0 mm

Przysłona: f/4,5, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 78,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/8000 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/9, Czas: 1/80 sec, Ogniskowa: 195,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 270,0 mm

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/13, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 220,0 mm

Przysłona: f/4,8, Czas: 1/1250 sec, Ogniskowa: 125,0 mm

Przysłona: f/13, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 122,0 mm

Nocleg

Ha, mam już za sobą dwa noclegi w nowym miejscu - na razie "nieoficjalne", bo jeszcze nie było przeprowadzki, ale jednak. Można już zatem wysnuć pewne nieśmiałe wnioski.

Przede wszystkim jest cicho. W porównaniu do obecnego mieszkania w blokowisku - porażająco cicho. Nikt nie włącza głośnej muzyki, nikt nie krzyczy, nikt nie rusza z piskiem opon. Wprawdzie gdzieś tam w tle szumi nieco DK98, ale umówmy się - nie jest to hałas choćby porównywalny do tego, co wyprawia się na (było nie było) ślepej Tęczowej.

Widok na domek (kwiecień)

Po drugie, jeśli się chce, jest także ciemno - wystarczy opuścić rolety zewnętrzne. I to jest tak ciemno, że kompletnie nic nie widać - nawet po dłuższym czasie przyzwyczajania wzroku nie widać praktycznie nic, chyba że wliczymy słabą poświatę od różnych diodek (np. ładowania telefonu).

Jest też - w pewnym sensie - trudniej. Gdyby zachciało się w nocy pić, to trzeba ganiać po schodach do kuchni - w egipskich ciemnościach jest to spore wyzwanie.

Ostatecznie jednak wszystko to składa się na fakt, że człowiek zasypia jak kamień. Być może jestem ostatnio nieco przemęczony, jednak jak wczoraj zamknąłem oczy, to ocknąłem się dopiero na dźwięk budzika. Nie wiedziałem, gdzie jestem i chętnie pospałbym dłużej, ale trzeba było jechać do pracy.

Podsumowując, zapowiada się całkiem fajnie. Może wreszcie nadrobię zaległości w spaniu? Żeby tylko kuchnia była już zainstalowana, to będzie można porzucić mieszkanie przy Tęczowej...

poniedziałek, 3 września 2018

[O] John Grisham - Firma

To był test. Bo wiecie, że ostatnio przechodziłem "fazę na Grishama" - jednak żadna z nowych książek tak do końca nie pasowała mi do wspomnień, które miałem po lekturze dawno temu "Ławy przysięgłych" czy "Raportu Pelikana". Składałem to na karb słabej pamięci i nostalgii - postanowiłem zatem przeczytać jeszcze raz jedną z najlepszych chyba książek amerykańskiego pisarza. Miało mi to dać odpowiedź na pytanie, czy to współczesne książki są gorsze, czy po prostu kiedyś inaczej odbierałem twórczość Grishama?

Dwa razy do tej samej rzeki?...

Pamiętam, że pierwszy raz czytałem "Firmę" w postaci ładnego papierowego wydania, ze Świata Książki bodajże. Tym razem posłużyłem się wydaniem elektronicznym na Kindle'u - po tamtą książkę musiałbym jechać 150 kilometrów.

Ktoś może mi zarzucić, że trzeba było czytać dokładnie to samo wydanie, żeby test był miarodajny - nie do końca się zgodzę. Może i pokusiłbym się o wyszukanie precyzyjniejszych danych, jak na przykład nazwiska tłumaczy, ale niczego by to nie zmieniło - do książki mnie przyspawało.

Radość i smutek

Powiadam Wam, to bardzo dobra powieść. I nie, te współczesne - może poza "Samotnym wilkiem" - nie mogą się z nią równać. Taka jest moja opinia, koniec i kropka. "Firma" ma wszystko, co trzeba - ciekawego bohatera, prawniczą firmę w tle, mafię, kupę pieniędzy, węszące FBI. A najważniejsze - potrafi trzymać w napięciu, bo nie wiemy do końca, jak się wszystko skończy i trzymamy kciuki za "tych dobrych".

Wszystko to jest źródłem radości - nie zdawało mi się, że te stare powieści Grishama są dobre! Są nadal!

Gorzej, że rzeczywiście te nowsze pozycje są słabsze. Mam ich jeszcze kilka w czytniku i teraz zastanawiam się, czy znajdę jeszcze dość zapału, by je "zmęczyć". Bo nie ukrywam, bardziej ciągnie mnie do ponownej lektury np. "Klienta". Albo "Zaklinacza deszczu". Albo "Wspólnika".

Zobaczymy zatem - a tymczasem zachęcam szczerze do lektury "Firmy". Zwłaszcza tych, którzy jeszcze nie znają losów Mitcha McDeere'a.

P.S. Obejrzałem też "z rozpędu" adaptację filmową z Tomem Cruisem i Genem Hackmanem, bo jakoś mnie to ominęło dotychczas. I filmu nie polecam. Ma się nijak do fabuły książki, więc i odbiór bohaterów jest zupełnie inny...

piątek, 31 sierpnia 2018

Podział

Od dłuższego czasu coraz więcej na moim blogu wpisów związanych z muzyką, a coraz mniej z grafiką i fotografią. Nie czas i miejsce, by dociekać teraz przyczyn, niemniej osoby, które zaczynały czytać mojego bloga lata temu, mogą się czuć zawiedzione dużą liczbą mało interesujących wpisów. Postanowiłem zatem założyć osobnego bloga "muzycznego", żeby nie zaśmiecać strony Ladaco. Od teraz nie będą się już tutaj pojawiały wpisy związane z muzyką lub oprogramowaniem muzycznym. Myślałem, czy nie usunąć istniejących (są przeniesione na nowego bloga), ale szkoda mi komentarzy, więc raczej zostaną.

Zatem zapraszam na https://gadesound.blogspot.com/!

środa, 29 sierpnia 2018

Tysiąc książek w jednej

Nie pasuję do statystyk

Lubię książki - bardzo. Zawdzięczam to Tacie, który od małego zapewniał mi lektury - od Bahdaja, przez Szklarskiego, Nienackiego, Ożogowską po Niziurskiego i Sienkiewicza. Czytałem dużo i czytam nadal, chociaż z niepokojem zauważam, że coraz częściej zdarzają mi się dłuższe przerwy, po których "nadrabiam". Szacuję, że tak czy owak rocznie pokonuję ponad 50 tomów, co wprawdzie nie jest żadnym rekordem, ale w końcu w czytaniu nie o rekordy chodzi.

Z czytaniem jest jednak pewien problem - gdzieś trzeba te wszystkie książki trzymać. Tata ma sporą biblioteczkę, idącą w tysiące tomów, ja poszedłem w inną stronę. Mnie bowiem uwiódł Kindle.

Elektronika? Ble!

To w sumie dość ciekawe, bo zasadniczo nienawidzę czytać na ekranie (laptopa czy smartfona). Kiedy jednak po raz pierwszy zobaczyłem e-papier w Kindle'u, wiedziałem, że to urządzenie dla mnie. Nie chcę tutaj zachwalać konkretnego modelu i skupiać się na osiągach technicznych, bo w sumie jest to najmniej interesujące w całej sprawie.

Mnie się w Kindle'u podobają trzy rzecz: rozmiar, długość pracy na baterii oraz jakość "papieru". Rozmiar to ok. 16x11cm, bateria wytrzymuje (realnie) ok. 2-3 tygodnie czytania przez 2-3h dziennie (w Kindle'u bez podświetlania - a taki mam - liczy się przede wszystkim "przewracanie stron").

Zaś e-papier różni się zasadniczo od ekranów monitorów i smartfonów. Podstawową różnicą jest to, że nie potrzeba energii do podtrzymania jego zawartości. E-papier składa się z malutkich elementów, które mają białą i czarną stronę. Przy wyświetlaniu strony są one odpowiednio obracane i pozostają w tej pozycji. Rozmiar "pikseli" jest na tyle mały, że umożliwia wygodne czytanie (chociaż - przynajmniej w modelu Classic - widać "schodki" na krawędziach liter). Wielkość marginesów, liter czy krój czcionki można sobie zmienić w ustawieniach (o tym prawdziwe książki mogą pomarzyć).

Biblioteka w kieszeni

Najfajniejsze w Kindle'u jest jednak to, że mogę na nim zmieścić całkiem sporo książek. I przez "sporo" rozumiem naprawdę dużo, czyli ponad 500 pozycji (w zależności od wielkości, zwykle książki mają od 1 do 2MB). Dodatkowo, dzięki połączeniu wi-fi, mogę książki przesyłać bezprzewodowo prosto ze sklepu, gdzie je zakupiłem.

Można też, naturalnie, książki wgrywać "po kabelku", więc jeśli ktoś nie chce podpinać urządzenia do sieci, nie musi.

Kindle akceptuje format MOBI/PRC/AZW/TXT, da radę wyświetlić PDF (choć ma do tego trochę za mały ekran), Amazon umożliwia przesłanie na niego także dokumentów DOC, DOCX, RTF, HTML, JPG, GIF, PNG (dokonywana jest wówczas konwersja "w tle"). Popularny format EPUB trzeba samodzielnie konwertować na MOBI.

Wady

Klasyczny Kindle ma wadę identyczną, jak prawdziwe książki: da się go czytać tylko, jeśli dysponujemy jakimś źródłem światła. Nowsze modele (poza lepszą rozdzielczością ekranu) dysponują także podświetleniem, więc jeśli komuś zależy, znajdzie egzemplarz dla siebie.

Za wadę można uznać też konieczność ładowania, ale jest to na tyle sporadyczne, że w praktyce nie przeszkadza.

Dla niektórych największą wadą Kindle'a jest to, że nie jest książką. Papierową, pachnącą. Wiecie, o czym mówię? Też tak wcześniej myślałem - i w sumie myślę do tej pory. Bo książka, taka fizyczna, to coś więcej niż nośnik literek. Tego się nie da oddać elektronicznie.

A jednak lubię!

Mimo uwielbienia dla książek, uwielbiam też Kindle'a. Jest idealny podczas podróży, nie trzeba go ładować (jak smartfona) co dzień lub dwa, po przeczytaniu jednej książki mogę od razu zacząć kolejną (mam zawsze pewną pulę nieprzeczytanych pozycji "na wszelki wypadek"). To jeden z tych gadżetów, o których myślisz po czasie: "jak mogłem bez tego żyć?". Serio. Wielbicielom czytania - szczerze polecam.

Gaz nikogo nie obchodzi

Dziś historia prosto z życia pana K. Jak wiecie lub nie, pan K. kupił dom-bliźniak i po wielu, wielu nerwowych miesiącach ma się do niego wkrótce wprowadzić, zostało tylko kilka rzeczy do załatwienia, między innymi uruchomienie pieca gazowego.

Serwisant pieca został umówiony na czwartek. Przyjechał, porobił analizy spalin, wyjaśnił obsługę, podbił książeczkę i pojechał. Prosta sprawa. Pan K., jako że jeszcze nikt w domu nie mieszka, piec wyłączył, gaz zakręcił.

W sobotę pan K. wraz z rodziną przyjechali do domu. Pan K. zajął się skręcaniem mebli, córka - zabawą, a żona pana K. - porządkami w łazience. I to ona pierwsza poczuła zapach gazu. Faktycznie, przy zamkniętych drzwiach od łazienki czuć było gaz. Piec został wyłączony, gaz zakręcony. Serwisant nie odbierał telefonu.

W poniedziałek pan K. wziął urlop, żeby oddać się błogiemu załatwianiu spraw w urzędzie gminy - zgłoszenie do podatku, umowa na śmieci, zameldowanie. Dodatkowo trzeba było coś zrobić z tym nieszczęsnym gazem.

Pierwszy poddał się serwisant - po dodzwonieniu się stwierdził, że on odpowiada za piec, a nie za przyłącze, więc on się tam niczym nie będzie zajmował. Może pogotowie gazowe?

Pogotowie gazowe zdecydowanie się od sprawy odcięło - oni do domów nie wchodzą, mogą co najwyżej odciąć główny zawór.

Pan K. ma u operatora gazowego wykupioną specjalną usługę "Serwisant 24h", która teoretycznie powinna zapewnić nam pomoc gazownika w ciągu czterech godzin od wezwania. Pan K. zadzwonił - ale niestety! Umowę z operatorem podpisywała żona i opryskliwy pan po drugiej stronie słuchawki miał gdzieś, że pan K. ma w ręku umowę, ma PESEL, że gaz się ulatnia. Przykro mu i tyle.

Na deser został zatem deweloper. Ten z marszu, jak w każdej sprawie, zdecydowanie wyparł się jakiejkolwiek odpowiedzialności. To nie on źle zamontował. Panie, tam były dwie próby szczelności po 12 godzin każda! Jak może się coś ulatniać?! To pewnie wasi fachowcy stuknęli młotkiem w rury i coś pękło! Ja was zgłoszę do nadzoru budowlanego i gazowni!

W końcu jednak dewelopera chyba sumienie ruszyło, bo zadzwonił do pana K. i zapowiedział przyjazd z gazownikiem. I wykonanie dokumentacji fotograficznej na potrzeby zgłoszenia do nadzoru budowlanego. Pan K. zaprasza.

Przyjechali we trójkę. Deweloper, jakiś nieznajomy i gazownik-fachowiec. Fachowiec najpierw podstawił czujkę - gaz leci, czujka piszczy. Dokręcenie rury nie pomogło - leci dalej. Więc fachowiec odkręcił rurkę, wymienił uszczelkę i dokręcił. Nie leci. Czyli jednak zły montaż, a nie stukanie młotkiem? Deweloper uciekł do samochodu.

Kiedy wyszli, pan K. popatrzył smutno na piecyk. Stracił do niego zaufanie. I do wszystkich ludzi z nim związanych.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Weekendowe kręcenie

No, może nie tyle kręcenie, co skręcanie. A jeśli skręcanie, to mebli, choć wyjątkowo nie z Ikei. Tak czy owak - dwa śmiało można z półtorej dniówki wyliczyć. I całe szczęście, że mam już wkrętarkę, bo bez niej chyba po już po sobocie odpadłyby mi ręce...

Teraz jeszcze "tylko" skręcenie łóżka i pokoi Perełki będzie umeblowany. Pomijam rozstawianie tego wszystkiego, bo to już będzie przysłowiowy "pikuś".