sobota, 14 grudnia 2019

[W] Jeszcze jeden nóż

Jako że pierwszy nożyk do papieru udał się nadspodziewanie dobrze, postanowiłem spróbować zrobić drugi, nieco inny. Żeby nie było, że przypadek. Tym razem było jednak prościej, bo już wiedziałem, co i jak.

Jako że do pracy przystępowałem "z marszu", na szybko naszkicowałem kształt noża na resztkach bukowej deseczki:

Odciąłem grzbietnicą cały potrzebny kawałek, zamocowałem w imadle i przystąpiłem do "rzeźbienia" pilnikiem-zdzierakiem. To naprawdę efektywna metoda!

Zgrubnie ukształtowany nóż trafił teraz do bardziej dokładnej obróbki grubym papierem ściernym, która to obróbka miała za główne zadanie zlikwidować głębokie bruzdy, powstałe tu i ówdzie podczas zdzierania pilnikiem:

Po wstępnym szlifowaniu zmieniałem gradację papieru z 60 na 120, 240, 800 i w końcu 1500.

Ostatni etap to tradycyjnie olejowanie i nakładanie wosku. Oto gotowy nożyk, na tle koperty służącej do testowania skuteczności (wynik: nożyk działa całkiem dobrze!):

No, to w kwestii bukowych noży nie jest źle. Teraz trzeba pomyśleć o wersjach nieco bardziej finezyjnych, ha, ha!

piątek, 13 grudnia 2019

środa, 11 grudnia 2019

Odszedł Adam Słodowy

Z przykrością powtarzam smutną wiadomość - wczoraj, 10 grudnia, w wieku 96 lat zmarł Adam Słodowy. Myślę, że z mojego pokolenia znał go chyba każdy, a dla wielu dużą rolę odegrały i jego programy o majsterkowaniu, i choćby serial animowany "Pomysłowy Dobromir", którego był pomysłodawcą i scenarzystą.

Źródło zdjęcia

Żegnaj, Mistrzu!

[O] Pół wieku poezji później

"Wiedźmin" od Netfliksa już za parę dni, a tymczasem na YouTube pojawił się... pełnometrażowy film, zrealizowany przez Polaków. Fanów.

No i muszę powiedzieć, że jestem nieco rozdarty, bo jeśli chodzi o zdjęcia, muzykę i dużą część aktorów, to jest tu zdecydowanie lepiej, niż w polskim serialu sprzed dwudziestu lat. Twórcy czerpią garściami z klimatu gier CD Projektu, zwłaszcza trzeciej części i wypada to nieźle. Stroje i ogólnie wygląd postaci oraz "miejscówek" też wypadają raczej dobrze. Fabuły nie będę zdradzał, powiem tylko tyle, że głównym bohaterem wcale nie jest tu Geralt. I dobrze.

Natomiast to, do czego można (należy?) się przyczepić, to dłużyzny i sceny walk. Film chyba starał się być za bardzo "poetycki" i np. sam wstęp nuży już po minucie, mimo bardzo fajnych zdjęć. Podobnie walki - są przeciągnięte i mało dynamiczne (choć, jak na "amatorską" produkcję, nie takie znowu tragiczne). Ja mam nadzieję, że chociaż w Netfliksowym "Wiedźminie" zobaczymy naprawdę szybkie walki - w końcu właśnie ta szybkość wiedźminów była legendarna! W książkach wiele razy jest zaznaczone, że zwykły człowiek nie miał szans w starciu nawet z nieprzygotowanym "wiedźmakiem" - a co dopiero, gdy taki zażył swoje wspomagacze, zwiększające jeszcze refleks, siłę i szybkość (dość wspomnieć na przykład walkę Geralta z braćmi Michelet).

Po drugim obejrzeniu

Obejrzałem "Pół wieku poezji później" po raz drugi. I muszę powiedzieć, że za drugim razem patrzyłem na film dużo przychylniejszym wzrokiem. Wprawdzie walki nadal są - moim zdaniem - zbyt powolne i niezupełnie takie, jakie wiedliby wiedźmini w starciu z normalnymi ludźmi, ale co tam.

Złapałem się na tym, że przy pierwszym oglądaniu byłem bardzo krytyczny - wypatrywałem tylko tego, do czego można by się przyczepić (chociaż niby chciałem być obiektywny). Za drugim razem było inaczej. Pozwoliłem sobie patrzeć na to, próbując wyobrazić sobie, jakby to było, gdyby to moi koledzy postanowili coś podobnego nakręcić, a ja mógłbym zagrać choćby jakiegoś kmiotka w gospodzie. I doszedłem do wniosku, że chciałbym, i to bardzo!

Tak, film ma swoje mankamenty, ale nie sposób mu odmówić zaangażowania twórców i pewnej malowniczości, zaś sposób obrazowania i muzyka (świetna!) wręcz narzucają skojarzenia z cdprojektowym "Dzikim gonem". Gdyby 20 lat temu za "Wiedźmina" zabrali się tacy właśnie twórcy, dysponujący dzisiejszymi możliwościami... Ech! Szkoda!...

Przyznam, że przy drugim oglądaniu dużo częściej się uśmiechałem. I ten niby to paskudny Lambert, i ta mniej powabna, za to bardziej charakterna (niż w grze) Triss, no i ten Zamachowski!... Wszystko to budziło moją sympatię. A sołtys Włościbyt w wykonaniu Andrzeja Strzeleckiego!... Wprawdzie po drugiej stronie barykady stali np. gruby chłop z karczmy czy główny przeciwnik, grany przez Janusza Szpiglewskiego (dlaczego nie został zdubbingowany?!), ale zasadniczo narzekać nie sposób.

Co ciekawe, wprawdzie potworów w filmie nie uświadczymy, to jednak parę efektów specjalnych (głównie "świetlnych") się pojawia i wyglądają całkiem sensownie. I znów - gdyby ten "Wiedźmin" sprzed 20 lat miał tak dopracowane efekty!...

Ostatecznie muszę napisać, że za drugim razem bawiłem się na filmie bardzo dobrze. I tylko jakoś tak Lamberta w pewnym momencie zrobiło mi się żal - no, bo ile razy słyszał słynną wiedźmińską fraszkę?

Fanom polecać nie trzeba, a nie-fanom - no cóż, mogą Was nieco wystraszyć padające parę razy wulgaryzmy, ale w prozie Sapkowskiego bywało ich więcej (zwłaszcza, gdy spotkało się na kartach powieści Yarpena). Ale popatrzcie - ile może dać filmowi nie wielomilionowy budżet, ale serce twórców.

wtorek, 10 grudnia 2019

Wybór książki do czytania

Wczoraj skończyłem nagrywać "Wyspę Robinsona" Arkadego Fiedlera. Wprawdzie to wcale nie koniec pracy, bo trzeba jeszcze ten cały materiał obrobić, ale już w trakcie tego procesu, który będzie siłą rzeczy rozłożony na długie tygodnie, mógłbym nagrywać coś nowego. Pytanie: co?

Jeśli macie jakieś swoje typy, ulubione książki (w miarę możliwości niezbyt obszerne), które chcielibyście usłyszeć, to wpisujcie tytuły i nazwiska autorów w komentarzach. Dobrze, gdyby książka miała już swoje lata i była dostępna np. w serwisie https://wolnelektury.pl/ - wówczas prawdopodobnie nie trzeba będzie zabiegać o zgody na publikację.

To co, pomożecie?

poniedziałek, 9 grudnia 2019

ERA4 w zamian za głos

Kilka dni temu opisywałem na gadesowym blogu wrażenia z testowania pakietu ERA4. Jest to pakiet wtyczek VST do "naprawiania" dźwięku: usuwania szumów, pogłosu, głosek wybuchowych, "esek" itp. Jednym słowem coś potencjalnie bardzo pożytecznego dla kogoś, zajmującego się (choćby amatorsko, jak ja) nagrywaniem audiobooków.

Pakiet jak pakiet, niektóre jego elementy wypadły w teście gorzej, inne lepiej. Tak czy inaczej, na powyższym artykule miała się zakończyć moja przygoda z ERA4, bo zwyczajnie nie mam akurat prawie stu dolarów, jakich sobie życzy producent (i to po obniżce, regularna cena to ponoć ponad 350 dolarów). Ale...

Jakież było moje zdziwienie, gdy w sobotę znalazłem w skrzynce e-maila od producentów, że widzieli mój wpis (?!) i, skoro nagrywam audiobooki, to proponują mi układ. Ja im sprezentuję do celów badawczo-poznawczych kilka dłuższych fragmentów i opiszę mój sposób działania, a oni... udzielą mi licencji na cały pakiet. No, tego się nie spodziewałem!

Przyznam, że jestem zaskoczony, ale i w sumie zadowolony, bo akurat na przykład moduł odszumiający z ERA4 działa bardzo dobrze, podobnie usuwanie głosek wybuchowych. Co lepsze, w trakcie wymiany e-maili zostałem zapytany o swoje oczekiwania, o to, jaka wtyczka przydałaby mi się w pracy nad audiobookami. Opisałem im moje ciche marzenie, czyli coś, co bardzo inteligentnie potrafiłoby zapanować nad cichymi fragmentami - wyciszyć za głośne oddechy, usunąć stuki i trzaski, tego typu rzeczy. Mam wprawdzie DeBreatha od Waves, ale nie jestem z niego zadowolony - zbyt trudno go skonfigurować, by robił to, co ma robić, nie usuwając końcówek słów.

Czy coś więcej wyjdzie z tej współpracy? Na razie nie wiadomo. Niemniej jestem zadowolony z dotychczasowych efektów.

sobota, 7 grudnia 2019

[W] Nożyk do papieru

Tak sobie wymyśliłem, że zrobię dla Siostry A - jako prezent urodzinowy - nożyk do papieru. Wprawdzie ciągle gryzła mnie myśl, że mogłem już jej kiedyś w przeszłości dać coś podobnego, jednak na pewno nie zrobionego własnoręcznie.

Materiałem stała się bukowa deseczka do krojenia, a raczej jej resztki (kochajmy bukowe deseczki, bo tak szybko się kończą!), Odciąłem odpowiedni fragment, długi na ok. 23cm i narysowałem na nim zaplanowany kształt noża:

Zrazu myślałem, żeby ten kształt wycinać wyrzynarką, ale w końcu miałem zaprzestać hałasów, poza tym trudno byłoby całość obrabiać wyrzynarką właśnie - i tak musiałbym sięgnąć po pilniki. Zamocowałem zatem drewienko w imadle i wziąłem się do pracowitego zdzierania materiału.

Zawczasu narysowałem sobie linie na węższej krawędzi i systematycznie obracałem nóż w imadle, zbierając drewno równomiernie z każdej strony. Wszystko po to, by się nie okazało po chwili nieuwagi, że właśnie przepiłowałem się na wylot. Powoli z deseczki wyłaniało się coś, co coraz bardziej przypominało nóż:

Na tym etapie odstawiłem już pilniki-zdzieraki i zacząłem pracę papierami ściernymi, najpierw zgrubnie gradacją 60, potem 120, by przez 240 przejść do 800 i w końcu 2000:

Nóż był w tym momencie gotowy do olejowania i - później - woskowania. Ostatecznie, już w pudełeczku, prezentował się tak:

Przyznam, że z tego projektu jestem zadowolony jak rzadko - wszystko wyszło DOKŁADNIE tak, jak zaplanowałem. Dodatkowo, praca zdzierakami okazała się bardzo wydajna i szybka, a do takiego formowania drewna nadają się one idealnie. I właśnie takie zdanie chciałbym pisać pod każdym opisem przygotowanej rzeczy - a może przynajmniej choćby pod co drugim?

piątek, 6 grudnia 2019

środa, 4 grudnia 2019

Wyspa Robinsona

Podkuszony przez Siostrę Be, kontynuuję zabawę w czytanie książek na głos. Tym razem padło na tytuł dla nieco starszych czytelników-słuchaczy, mianowicie moją ukochaną "Wyspę Robinsona" Arkadego Fiedlera. Obok "Małego Bizona" to jedna z najważniejszych powieści... mego dzieciństwa. Pochłaniałem ją z wypiekami na twarzy, a niektóre fragmenty gorąco rozpalały moją wyobraźnię.

Nic dziwnego zatem, że wybrałem ją na pierwszego "pełnoprawnego" audiobooka - jeśli mam coś nagrywać godzinami, to niech chociaż będzie to coś, co lubię. Pewnego zatem dnia, mając już pulpit na książkę, rozłożyłem na nim stare wydanie "Wyspy Robinsona" i przeczytałem na próbę pierwszy rozdział. Potem drugi. A potem kilkadziesiąt kolejnych. W obecnej chwili mam już zarejestrowane mniej więcej 3/4 książki i kilka rozdziałów kompletnie obrobionych. Kiedy więc publikacja?

Na to pytanie trudno w tej chwili odpowiedzieć. Napisałem do Pana Marka Fiedlera z pytaniem, czy w ogóle mogę takiej publikacji dokonać. Czekam teraz na odpowiedź, nerwowo przygryzając palce. Mam nadzieję, że uzyskam zgodę.

Najciekawsze, że - zabierając się do tej powieści - postanowiłem trochę poczytać na jej temat. No i dowiedziałem się, że wyspa, na której w powieści wylądował bohater, John Bober, istnieje w rzeczywistości i jest to wenezuelska wyspa Coche. I faktycznie leży między wybrzeżem Ameryki Południowej a wyspą Margaritą. Co więcej, z Margarity uciekła grupa niewolników i ani ich, ani wysłanego za nimi szkunera pościgowego nigdy nie odnaleziono. Za to na Coche znaleziono łódź z wyrytym napisem "John Bober/Polonus/1726". Mimo że powieść nie jest powieścią historyczną, to miłe, że autor zadbał o takie, bardzo przekonujące, detale.

Na razie tyle relacji z placu boju, zobaczymy, jak się rzecz skończy. Jeśli uzyskam pozwolenie, spodziewajcie się pierwszych odcinków już w grudniu! A jeśli nie... no cóż, tylko Siostra Be otrzyma odpowiednie linki.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

niedziela, 1 grudnia 2019

[W] Organizer na wiertła

Przyznam z niejakim wstydem, że w kwestii wierteł panował w moim warsztacie nieporządek. Nie to, żebym miał je porozrzucane tu i ówdzie - wszystkie były ładnie zgromadzone w skrzynce z wiertarką, ale... To "ale" to sposób zgromadzenia: były po prostu wrzucone wszystkie do jednego wora. Za każdym razem, gdy potrzebowałem konkretnego wiertła, musiałem sobie wysypać je do wnętrza skrzynki i pracowicie stamtąd wybierać. Raz, że z pewnością nie było to wygodne, dwa - wiertła nie powinny uderzać o inne metalowe przedmioty, bo może to prowadzić do wyszczerbień albo wręcz zgięć (tak, zgięło mi się wiertełko 3mm, a i jedno 10mm w pewnym momencie wykazało bicie, więc to nie taki wydumany problem). Postanowiłem, że ostatnią "głośną" pracą będzie właśnie przygotowanie stojaka na wiertła.

Wiertła mam różnej wielkości, więc stojak musiał uwzględniać wszystkie grubości i długości, postanowiłem zatem zrobić go z dwóch kawałków deski oraz dwóch klocków, które walały się w pojemniku ze ścinkami. Ustaliłem wielkość stojaka i dociąłem drewno.

Po złożeniu wszystkich części przyszedł czas na zaplanowanie, gdzie jakie wiertła mają się znaleźć - przyznam, że był to żmudny proces.

Nie chcąc tracić czasu na klejenie, połączyłem wszystkie elementy wkrętami.

Najbardziej czasochłonne było - naturalnie - wiercenie wszystkich otworów. Kłopotliwe okazały się zwłaszcza te większe, bo np. do wierteł 16mm powinienem wywiercić otwór 17mm, ale takiego wiertła po prostu nie posiadam. Co więcej, trzeba było pilnować, aby otwory były nieprzelotowe, bo inaczej, oczywiście, wiertła wypadałyby ze stojaka przy przenoszeniu.

W całym zamieszaniu zapomniałem o wiertłach piórowych, które odnalazły się dopiero, kiedy organizer był praktycznie gotowy. Szczęśliwie na najniższym "piętrze" znalazło się dość miejsca, by za pomocą dwóch kawałków sklejki dorobić małą szufladko-półeczkę. No i nawet te wiertła znalazły swoje pozycje.

Końcowy efekt nie zachwyca może wizualnie, ale wreszcie wiertła są poukładane i wiadomo, gdzie co jest. Uf, to była na szczęście chyba ostatnia ważna rzecz organizacyjna, reszta jest uporządkowana. Zgoda, trzeba by jeszcze porobić jakieś przegródki dla drewna i ścinków, rozmieścić dłuta, ale to już sobie zostawiam na zimę albo i nawet wiosnę.

piątek, 29 listopada 2019

[W] Pulpit dla książki

Nagrywam od czasu do czasu jakiegoś audiobooka i choć rozwiązałem już większość technicznych problemów, ciągle borykałem się z... bolącą ręką. Już, już wyjaśniam. Otóż na moim stanowisku "lektorskim" jest dość ciasno. Mikrofon z pop-filtrem zasłania całkiem sporo, więc dotychczas trzymałem książkę lub Kindle'a dość wysoko, żeby móc wygodnie czytać. No i spróbujcie tak, choćby przez kwadrans. Ręka odpada.

Jedynym sensownym rozwiązaniem, jakie przyszło mi do głowy, to pulpit lub statyw dla książki. Na drugi (po mikrofonowym) statyw nie mam miejsca, więc pozostał pulpit. Ceny gotowych to przynajmniej kilkadziesiąt złotych, a przecież do zbudowania takowego nie jest potrzebne nie wiadomo jak dużo materiału. Postanowiłem wykonać taki pulpit ze ścinków, zalegających garaż.

Początkowo zastanawiałem się, czy komplikować sobie życie, robiąc pulpit z pochylaną powierzchnią, ale ostatecznie stwierdziłem, że skoro ma to być pulpit do czytania audiobooków, to zrobię go ze stałym kątem nachylenia, mniej więcej 45-55o. Na początek dociąłem fragment cienkiej sklejki:

Teraz przyszła kolej na podpórkę. Najpierw dociąłem listwę:

Następnym krokiem było wykonanie rowka, aby dobrze spasować i połączyć oba fragmenty:

Połączenie było dość ciasne i dobrze dopasowane, więc mogłem uznać, że podpórka jest gotowa.

Podpórka nie jest na stałe przyczepiona do pulpitu, a wchodzi w specjalne wcięcie, wykonane w kawałku listewki, przyklejonym z tyłu sklejki (niestety, akurat tego elementu nie sfotografowałem w ferworze prac).

Dalej zająłem się samym pulpitem, a raczej "półeczką", na której będzie postawiona książka. Dwa kawałki listew załatwiły sprawę:

Po pierwszym teście postanowiłem dorobić jeszcze jeden element. Nie wiem, czy istnieje dla niego jakaś fachowa nazwa, ja nazwałem go po prostu "przytrzymywaczem stron", bo do tego właśnie służy. Z kawałków bukowego drewna wyciąłem trzy fragmenty i połączyłem w jeden - teraz, jeśli po otwarciu książki ma ona tendencję do wachlowania stronami, po prostu zakładam ten "wynalazek" na krnąbrną połowę książki - dobry rezultat daje też umieszczenie "trzymacza" na środku. Ot, i cała filozofia.

Pulpit przydał się już do nagrywania najnowszego tytułu (którego, oczywiście, nie zdradzę jeszcze) i muszę powiedzieć, że zdecydowanie komfort czytania wzrósł. Oto jak pogodzić przyjemne z pożytecznym!

czwartek, 28 listopada 2019

[W] Skrzynka rymarska, cz. 2

Skrzynka jest nareszcie gotowa, ale zeszło mi na nią więcej czasu, niż początkowo się spodziewałem. Głównym problemem okazały się... wieczka. A raczej to, że do ich wykonania przeznaczyłem zbyt cienką sklejkę. Niestety, fundusze "stolarskie", przynajmniej na ten rok, uległy wyczerpaniu, więc musiałem sobie radzić z tym, co miałem.

Początkowo planowałem, że zawiasy mocujące wieczka do skrzyni zamocuję bardzo prosto: korzystając z kleju epoksydowego. Bardzo szybko jednak przekonałem się, że posiadany przeze mnie dwuskładnikowy klej jest co najwyżej taki tobie, a kompletnie nie nadaje się do postawionego przed nim zadania. Mówiąc bardziej obrazowo, na cztery zawiasy trzy odpadły natychmiast, gdy zdjąłem zaciski... Dlaczego winą obarczam klej? Bo miałem kiedyś klej innej firmy, który bez problemu sklejał drewno i metal, a połączenie prędzej trzeba by rozrywać, niżby samo puściło.

No nic, przeprosiłem się z wkrętami i zawiasy po prostu wkręciłem, chociaż musiałem do wieczek przymocować listwy maskujące.

Szybko okazało się, że cienkie wieczka generują dalsze problemy: jak tu przymocować do nich matę oraz kątownik? Znów nie obyło się bez kombinowania - np. kątownik jest teraz mocowany za pomocą dwóch magnesów, co bardzo mi się podobało na etapie wykonania, ale już wiem (z użytkowania), że zastosowane magnesy są ciut za słabe i kątownik często się "odkleja".

Pozostawało wykonanie wewnętrznych przegródek, co zdawało się fraszką, a skończyło się mozolnym dłubaniem na granicy zniechęcenia. Co gorsza, kilka fragmentów wyszło ewidentnie słabo, ale byłem już tak zmęczony całą tą walką, że machnąłem ręką (wbrew początkowym planom, jak to będę walczył o najwyższą jakość i precyzję). No cóż, bywa i tak.

Ostatecznie jednak skrzynkę ukończyłem, można nawet powiedzieć, że z ulgą. Gdy już tak wszystko do niej zapakowałem, zrobiłem zdjęcie wnętrza (jest ono zupełnie inne niż planowałem pierwotnie), zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze, skrzynka jest duża. Sensowniej byłoby zrobić dwie o połowę mniejsze. Po drugie jednak (coś pozytywnego!) - skrzynka wprost prosi się o to, by ją... powiesić na ścianie. Wystarczyłoby z tyłu wywiercić dwa otwory i ewentualnie dorobić jakąś małą poprzeczkę do przegródki, gdzie wrzuciłem zapalniczkę i "szpargały". Zrobiłem sobie nawet test i rzeczywiście, cała reszta ładnie trzyma się swoich miejsc także w pozycji pionowej. Hm... Zostawmy to sobie na zimę.

środa, 27 listopada 2019

WWW z przeszłości

Szperając u Rodziców w starych papierach, znalazłem kilkanaście numerów magazynu WWW, pod kierownictwem Pawła Wimmera. Numery pochodziły z roku 2001 i 2002.

Przyznam, że pobieżna lektura jednego z numerów nasunęła mi dwa pytania: co ja ciekawego widziałem w tym tytule, że kupowałem go przez ponad rok? A drugie pytanie: gdzie te wszystkie rewolucyjne pomysły, idee i urządzenia, które miały zawojować świat, a dzisiaj nikt o nich już nawet nie pamięta?

Na pierwsze pytanie dość szybko znalazłem odpowiedź - wystarczyło się zastanowić i przypomnieć, jak wtedy wyglądała moja "sieciowa rzeczywistość". Otóż na stancji nie miałem komputera w ogóle, na uczelni korzystałem tylko od czasu do czasu z sali komputerowej (była non-stop zapchana studentami), zaś w domu straszyły rachunki za wdzwaniany dostęp na numer 0202122. Magazyn kupowałem... dla dołączanej płyty CD, na której co miesiąc nagrywano kilkaset megabajtów w miarę aktualnego oprogramowania, od czasu do czasu dając jakąś szczególnie fajną wersję "czegoś". Ot i tajemnica, płyta z magazynu WWW była wówczas moim "internetem". Jak zresztą widać na okładce omawianego numeru, jednym z hitów płyty był... trailer "Władcy pierścieni". O swobodnym dostępie do treści audio-wideo (jak na YouTube) nikt wtedy nawet nie marzył.

W zasadzie do czytania nie ma zbyt wiele. Na większości stron znajdziemy krótsze lub dłuższe newsy ze świata sieciowego. A to mnoży się jakiś wirus, a to jakaś firma zwiększyła przepustowość. Niektóre jednak informacje przeczytałem może nie z rozbawieniem, ale z lekkim zdziwieniem. Taki Mercedes, marka znana, planował montowanie wzdłuż autostrad przekaźników, które umożliwiałyby pozostawanie samochodu (!) on-line w trakcie podróży. Umożliwiałoby to kupowanie muzyki czy nawet filmów w trakcie podróży oraz (oczywiście) odbieranie i wysyłanie e-maili. Hm... dziwnie się to czyta w czasach, gdy to wszystko dostępne jest dla każdego niemal pasażera samochodu za pośrednictwem... telefonu.

Zresztą, zamiast przepisywać ciekawostki, wkleję poniżej kilka fragmentów - mam nadzieję, że nikt nie będzie mnie za to ścigał, w końcu to już historia:

A na koniec tekst o tym, jak to polski internet miał się zadławić na śmierć - chyba jednak wygrała opcja numer trzy (na szczęście!):

Przyznam się, że wyszło na to, że nawet czasopisma z tak w końcu nieodległego roku potrafią mieć posmak nostalgii i wspomnienia czasów dawno minionych. Ech, te zmagania z kodowaniem polskich znaków! Ech, ICQ! Ech, IRC! Kto to w ogóle pamięta?...

Kurczę, stary już jestem!