środa, 12 sierpnia 2020

Lato przypomina o sobie

I tak oto lato mija sobie, a nawet jakiś tydzień temu przypomniało sobie, jak to jest latem być. Czyli upały i komary, w dowolnych proporcjach. Ale też nie ma co narzekać, bo w końcu lato takie powinno być, fundując tylko od czasu do czasu jakąś nocną ulewę.

Na blogu trochę ciszej, lecz znów: to nie przez lenistwo (a przynajmniej nie przede wszystkim przez nie), tylko przez dość intensywne prace nad orkiestrami, ha, ha! Niestety, nie jest to łatwy orzech do zgryzienia i trochę tracę zapał, ale może to tylko przejściowe kłopoty związane z upałami. Końcówka sierpnia ma być nieco chłodniejsza, więc zobaczymy. A tymczasem zapraszam do posłuchania starych-nowych utworów i wyrażenia swoich krytycznych uwag w komentarzach!

O, a propos komentarzy, musiałem chwilowo wyłączyć te anonimowe, bo przeżyłem taki zalew spamu, że dawno podobnego nie pamiętam. Jak się trochę uspokoi, włączę z powrotem.

piątek, 7 sierpnia 2020

Adiemus - śpiewajcie!

Nie wiem, czy kojarzycie projekt Adiemus kompozytora i muzyka Karla Jenkinsa. Powstał w połowie lat dziewięćdzisiątych, czyli - o zgrozo - już ćwierć wieku temu. Pamiętam, jak strasznie się ekscytowałem tą muzyką - byłem wtedy zafascynowany Enigmą, "Songs of the Distant Earth" Oldfielda i generalnie nurtem New Age, który wydawał mi się spełnieniem marzeń każdego muzyka, bo przecież "tam można wszystko". Nic dziwnego, że kaseta Adiemus "Songs of Sanctuary" grzała się w magnetofonie całymi godzinami. Uwielbiałem ją i znałem na pamięć każdy utwór.

Album ten ciągle należy do grupy ulubionych (i znajduje się w tak właśnie nazwanym katalogu w każdym moim czytniku MP3), ale w sumie nigdy mnie nie zastanowiło, jak Jenkins to nagrał? No, wiadomo, że muzyka swoją drogą, ale jak panie Miriam Stockley oraz Mary Cerawe to śpiewały? Dopiero niedawno wizyta na nieoficjalnej stronie w dziale z dyskografią pokazała mi, że ten tekst da się zapisać! Zatem przed Wami jeden z ładniejszych utworów z płyty "Songs of Sanctuary", "Tintinnabulum" i jego transkrypcja - śpiewajcie!

Tintinnabulum

Zapisane przez Moshe Jacobson.

[kaskada] oznacza 2 głosy śpiewające to samo w różnym czasie.


2x:
ei
ei ma ka ma ya
ei
ei ma ka ma ya
a ma di ei
a ma bi ei
a ma di ei
a ma bi

ei

ei
ei ma ka pa ya
ei
ei ma ka ma ya
a ma di ei
a ma bi ei
a ma bi ei
a ba di

a ma
a ma ka aya
a
a ma di aya
a bih di a
a ke ma ya
a bih di a
a ke ma ya

Refren:
a ke ma ya we
a ba di a
a bih di a
a bih di a
a bih di a
a bih di
a bih di
a bih di
a bih di a

ei
ei ma ka ma ya
ei
ei ma ka ma ya
a ma di ei
a ma bi ei
a ma bi ei
a ba di

a ma
a ma ka aya
a
a ma di aya
a bih da yei
a ke ma ya
a bih di a
a ke ma ya

Refren:
4x:
e mus
a di e mus
a di e-ah

ah

4x:
a ki ma na ma we na ma ga dis

4x:
a ya ma ye ka ma
(a ya ma yei!)
a ya ma ye ka
(a ya ma yei!)

a...

ei
ei ma ka pa ya
ei
ei ma ka ma ya
a ba di ei
a ma bi ei
a ma bi ei
a ba di

a ma
a ma ka aya
a
a ma di aya
a bih di a
a ke ma ya
a bih di a
a ke ma ya

Refren:
ei
ei ma ka ma ya
ei
ei ma ka ma ya
a ma di ei
a ma bi ei
a ma bi ei
a ba di

a ma
a ma ka aya
a
a ma di aya
a bih da yei
a ke ma ya
a bih di a
a ke ma ya

Refren:
4x:
e mus
a di e mus
a di e-ah

[kaskada]
a
        a ki ma na ma we na ma
a ki ma na ma we na ma
        ga dis
ga dis
        a ki ma na ma we na ma
a ki ma na ma we na ma
        ga dis
ga dis
        a ki ma na ma we na ma
a ki ma na ma we na ma
        ga dis
ga dis
        a ki ma na ma we na ma
a ki ma na ma we na ma
        ga dis
ga dis
        a ki ma na ma we na ma

4x:
a ya ma ye ka ma
(a ya ma yei!)
a ya ma ye ka
(a ya ma yei!)

Powtarzać aż do końca:
[kaskada]
ei...
        ei ma ka ma amaka baya ha bai
ei ma ka ma amaka baya ha bai
        ei...

czwartek, 6 sierpnia 2020

Affinity Designer 1.8.4

W ostatnich dniach pojawiła się aktualizacja Affinity Designera do wersji 1.8.4. Wprawdzie nic rewolucyjnego w tej wersji się nie pojawia, to jednak po przestudiowaniu listy zmian można dojść do wniosku, że całkiem sporo rzeczy wcześniej nie działało prawidłowo, a jednak z żadną z nich się nie spotkałem, choć używam tego programu dość często. Na tyle często, że już praktycznie zupełnie zastąpił mi Corel Draw.

Aby zainstalować aktualizację, najłatwiej jest po prostu... uruchomić Designera - domyślnie ma on włączone sprawdzanie aktualizacji, więc powinien wyświetlić odpowiednie okienko i umożliwić pobranie nowego instalatora. Jeśli nie, odpowiednie linki i informacje znajdują się w wyżej podlinkowanym dokumencie.

Dodam tylko jeszcze, że aktualizacja jest oczywiście bezpłatna dla posiadaczy licencji.

środa, 5 sierpnia 2020

[E] Cubase - Wykorzystanie Expression Maps

Dawno nie było żadnego filmiku - byłem zbyt zajęty innymi rzeczami. Ale że poznałem coś przydatnego dla wszystkich, którzy tworzą utwory orkiestrowe z wykorzystaniem programu Cubase, to się i podzielę:

Z rzeczy technicznych: musiałem nauczyć się, jak nagrać w programie OBS filmik z Cubase'a w taki sposób, aby było słychać to, co się w tym programie odtwarza. Nie jest to takie zupełnie trywialne, wymaga zainstalowania specjalnej wtyczki i odpowiedniego skonfigurowania obu programów (OBS-a i DAWa), ale działa, czego dowodem powyższy filmik.

wtorek, 4 sierpnia 2020

[O] Bohemian Rhapsody

Tak, dopiero teraz obejrzałem ten film - dostałem płytę na imieniny. Nieco to dziwne, że nie wybrałem się do kina jako wieloletni fan muzyki grupy Queen - ale planowałem, wierzcie mi. Nie wyszło, więc nadrobiłem zaległości na kanapie w salonie. Za to w ciemnym pokoju i oglądając obraz rzucany na ścianę, czyli prawie, prawie jak w kinie.

Dość jednak wstępów. Nadszedł czas, żeby napisać, dlaczego film mi się nie spodobał. Bo nie spodobał się, niestety... I nie będę się czepiał aktorów, bo zagrali, co mieli zagrać, a starania Maleka o odwzorowanie ruchów Freddiego naprawdę warto docenić. Tylko co z tego, jak film jest o niczym?

"No jak to o niczym!?" - oburzycie się. Ano tak to. Dostajemy wyrywkowo kilka scen powstawania poszczególnych utworów (które zostały zdradzone już niemal w całości przez trailery, więc nie są żadną niespodzianką), okraszone scenami z typowej drogi wielkich gwiazdorów: od nikogo przez super-idola po upadek i odrodzenie. I nie zrozumcie mnie źle, przecież to nic złego tak naprawdę, bo skoro tak wyglądało to w rzeczywistości... Sęk w tym, że nie wyglądało.

Moim zdaniem głównym błędem było zrobienie filmu o Queen z członkami Queen jako aktywnymi konsultantami. W efekcie mamy opowieść o tym, jak barwny ptak, Freddie, dostał od zespołu (Briana i Rogera) szansę zostania wokalistą, potem się stoczył przez narkotyki i złego przyjaciela, wyrolował zespół podpisując kontrakt na solowe płyty, a następnie na kolanach wrócił z przeprosinami, by wziąć udział w "Live Aid". Natomiast Brian i Roger byli w tym czasie przykładnymi ojcami i głowami rodzin, odmawiali udziału w pijackich imprezach, "zdradę" Freddiego przyjęli dość wyrozumiale, po czym po latach w dwie minuty wybaczyli mu i postanowili razem wziąć udział w koncercie...

Przy całej mojej sympatii do Briana i Rogera, i chęci wiary w - było nie było - wieści "z pierwszej ręki", nie mogę się zgodzić, że tak to wyglądało. W zespole były tarcia, ale na przykład Roger wydał jeszcze w 1977 roku solowy singiel, a w 1981 - solowy album "Fun in Space ("Mr. Bad Guy" Freddiego, który według filmu był tym strasznym epizodem, niemal rozwalającym zespół - 1983). Także w 1983 roku Brian May nagrał mini-album z Eddiem Van Halenem, a Roger swój kolejny album "Strange Frontier". Poza tym, pokazanie Freddiego jako jedynego, którego ciągnęło do disco też jest przekłamaniem, bo akurat na płytach "The Game" i "Flash Gordon" użyto przede wszystkim syntezatora Oberheim OB-X, należącego do... Rogera. Przykro mi więc, panowie Taylor i May, ale Wasze zeznania mają kłopot z wiarygodnością i dają wrażenie wybielania się po latach.

I dobrze, zgoda, że to nie dokument BBC i gdyby ten film nakręcił ktoś, kto nie znał sytuacji i bazował tylko np. na wycinkach prasowych, to nie byłoby to tak przykre. Ale skoro przy kręceniu i powstawaniu scenariusza autorzy mieli aktywne wsparcie muzyków, którzy byli też na planie, konsultowali stroje i tak dalej, to do licha, zrobiono Freddiemu krzywdę, ukazując go jako jedynego odpowiedzialnego za całe zło.

Konkludując powoli, moim zdaniem "Bohemian Rhapsody" to film, który nakręcono w dwóch celach: żeby zbić kasę oraz... żeby pokazać scenę z "Live Aid" (naprawdę świetną). Nie jest to, broń Boże, film o muzykach, film o zespole, film o jakimś ciekawym epizodzie działalności Queen (czyż nie byłoby ciekawe zrobienie całego filmu tylko o nagrywaniu "A Night at the Opera"?). Nie, to taka laurka, która ma pokazać, jakie przeboje zespołowi zawdzięczamy, jakim wykolejeńcem był Freddie, a jakimi cnotliwymi obywatelami okazała się reszta zespołu...

I dlatego, mimo świetnych zdjęć, genialnego dźwięku i tytanicznej pracy Maleka - ten film mi się nie spodobał.

niedziela, 2 sierpnia 2020

[W] Kość do bigowania

Na przedmiot ten, przydatny w introligatorstwie i przy "zabawie" w pergamano do wykonywania zagnieceń papieru, otrzymałem zlecenie już dawno. Dostałem nawet tekturkowy wykrój, jak ma wyglądać ostatecznie owa kość - i wykrój ten leżał tuż pod moim monitorem, cały czas na widoku, żeby nie zapomnieć. No i zapomniałem, oczywiście.

Kiedy jednak sobie wreszcie przypomniałem, rzuciłem się do pracy, bo i nie przewidywałem tu żadnych trudności - ot, wyciąć z kawałka niegrubej sklejki, ukształtować pilnikiem i wyszlifować. Jak noże do papieru.

I tak się właśnie stało - stąd wpis krótki i tym razem bez budzących uśmiechy politowania wpadek. Wziąłem kawałek sklejki, odrysowałem szablon, zamocowałem w imadle i obrobiłem zgrubnie najpierw piłą, żeby usunąć większe fragmenty materiału:

Później zaś w ruch poszedł pilnik-zdzierak, który doprowadził kość do mnie więcej ostatecznego kształtu:

Pozostało już tylko obrobić całość papierami ściernymi: 120-240-800 i nawoskować. Gotowe!

Powstaje jedno pytanie - nie można było tak od razu już miesiąc temu?...

sobota, 1 sierpnia 2020

[O] Gwiezdne Wojny (DVD)

Obejrzeliśmy ostatnio z Perełką "Gwiezdne Wojny - Skywalker: odrodzenie", zamykając w ten sposób całą sagę. Mam ją więc w całości w pamięci, a wierzcie mi, że dociekliwe pytania dziecka potrafią zwrócić uwagę na niejedno. I jak tak patrzę z tej właśnie perspektywy, to widzę parę rzeczy, o których chciałbym tutaj wspomnieć.

Po pierwsze, "Gwiezdne Wojny" są nie dla każdego. A przynajmniej każdy odbiera je po swojemu. Jedni pozostają obojętni, inni pochłaniają bez pytań, inni jeszcze chcieliby, by "Gwiezdne Wojny" były "czymś więcej" niż tylko blockbusterami, które zapewniają rozrywkę milionom i miliony twórcom.

Po drugie, prequele nie są takie złe, jak się kiedyś wydawało. To znaczy, "green screen" nadal gryzie w oczy, a walki są nieco zbyt baletowe, ale bohaterów dało się polubić, nawet Anakina (dobra, Jar-Jara nadal nie trawię). Midichloriany psują nieco efekt, ale ogólnie tragedii nie ma. Najlepsza wydaje się "Zemsta Sithów", w której kończy się droga Anakina na ciemną stronę mocy, a zaczyna panowanie Imperatora.

Oglądanie jednak lepiej zacząć tradycyjnie, od "Nowej nadziei". Dzięki temu nie zepsuje się zwrotu akcji z "Imperium kontratakuje", który każe spojrzeć inaczej na Vadera. "Stara trylogia" trzyma się dzielnie, choć tu i tam wyłażą już na wierzch pewne niedostatki techniczno-realizacyjne, niemożliwe do uniknięcia na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku (ach, gdyby walka Vadera z Obi-Wanem wyglądała tak!). Jeśli jednak dać się ponieść fabule (co jest bardzo łatwe), to można ich zwyczajnie nie zauważać.

No i najnowsza trylogia, "disnejowska". Tu mam największy kłopot, bo o ile po "Przebudzeniu Mocy" żywiłem jeszcze spore nadzieje, a Rey i Kylo Ren naprawdę dawali obietnicę czegoś fajnego, to już "Ostatni Jedi" i - zwłaszcza - "Skywalker: Odrodzenie" tę nadzieję stopniowo i coraz sprawniej zabiły. I tak, zgoda, są to na pewno spektakularne widowiska, godne marki. I tak, poruszają sprawnie struny nostalgii, wprowadzając starych, znanych i lubianych bohaterów. Ale nie dają tak naprawdę żadnej ciekawej historii - po pierwszej trylogii mieliśmy zmierzch Republiki i Imperatora z Vaderem u boku. Po drugiej trylogii - Imperator zginął, Rebelia wygrała, galaktyka ocalona. A trzecia... no cóż, okazuje się, że zwycięstwo nad Imperatorem nie było ostatecznie, więc powtarzamy wszystko ze środkowej trylogii, tylko gorzej i mniej spójnie, uśmiercając po kolei wszystkie ważne postacie...

I o ile do niedawna to było tylko moje zdanie, to obserwując reakcje Perełki stwierdzam, że rzeczywiście najlepiej ciągle działa "stara trylogia", prequele trafiają do tych, którzy nie są "skażeni" latami osiemdziesiątymi, zaś "trylogia disnejowska" poza może BB-8 nie wprowadza nam postaci na miarę Luke'a, Hana Solo czy Vadera, a głównym pytaniem Perełki podczas seansów było "a po co oni to robią?". Rey i Kylo Ren - no ok, to jeszcze się jakoś broni, ale Poe Dameron? Finn? Rose? Perełka cieszyła się głównie wtedy, gdy na ekranie pojawiały się starsze postacie - nowe nieszczególnie ją interesowały. O Imperatorze Młoda może gadać godzinami, a o Snoke'u? Perełka trafnie go podsumowała: "to ten brzydki, co chciał być Imperatorem?"

Tak czy inaczej, "Gwiezdne Wojny" ciągle działają. Ileż to już rozmów, ile zabaw! Jeśli teraz jeździmy z Perełką "na rowery", to zawsze jesteśmy patrolem imperialnym, szukającym baz Rebeliantów (Perełka ma numer 110, ja 000, bo "szturmowcy mają numery zamiast imion, pamiętasz, tata?"). Vader jest ukochaną postacią (bo ma "śliczne czarne oczka"), "Sokół Millenium" jest najszybszym statkiem w galaktyce, na który nie można pozwolić uciec Rebeliantom, zaś rodzina, koleżanki i koledzy są bombardowani gwiezdnowojenną wiedzą i muszą brać udział w różnych quizach i zagadkach. I o to chodzi!

piątek, 31 lipca 2020

Wirtualne partytury

Cisza na blogu nie oznacza, że nic się nie dzieje. Ostatnio dość intensywnie uczę się pisania muzyki "orkiestrowej", co zjada mi prawie każdą wolną chwilę, bo i zaległości są tutaj ogromne. Okazuje się bowiem, że nie wystarczy - jak mi się jeszcze do niedawna wydawało - "tylko" dobra biblioteka orkiestrowych instrumentów. Trzeba jeszcze wiedzieć, jak który instrument się zachowuje, w jakich zakresach gra oraz jak najlepiej wydobyć z niego odpowiednie brzmienie.

Myślę jednak, że powolutku zaczynam łapać, o co chodzi. Z braku czasu do ćwiczeń używam utworów już gotowych i aranżuję je na nowo, tak, jak powinny być zaaranżowane od początku. Dziś zaprezentuję dwa - a pierwszy pochodzi sprzed czterech lat (jak ten czas leci!), z płyty "Via". Z oryginału byłem strasznie zadowolony, no bo wiadomo - orkiestra! Z perspektywy czasu słychać jeden wielki chaos, zwłaszcza w drugiej części, z którym coś trzeba było zrobić. Po rozłożeniu utworu na czynniki pierwsze okazało się nawet, że w tej nieszczęsnej końcówce znalazły się nawet fałsze, zamaskowane głośnością. Tym razem jest nie tylko nieco schludniej, ale też z większą (bo jakąkolwiek) kontrolą dynamiki. Cały utwór jest też ciut szybszy, bo już mi nie zależy, żeby trwał ponad dwie minuty:

Drugi utwór, cover z gry "Microx" na ośmiobitowe Atari, nagrany był tej wiosny. Tu już sprawy miały się lepiej, ale i tak sporo rzeczy musiałem pozmieniać:

I tak to sobie idzie. Mam nadzieję, że po fazie nauki i kombinowania z aranżowaniem na nowo wszystkiego, co wpadnie mi w ręce, przyjdzie też czas na nowe utwory, czego sobie i Wam życzę, bo ile można jeść odgrzewane kotlety.

poniedziałek, 27 lipca 2020

[O] Karolina Koba - Dracula

Od dawna już marzę o tym, żeby napisać muzykę ilustracyjną do filmu. Chodzi to za mną i chodzi, a przybrało na sile, gdy wróciłem do muzyki parę lat temu. Póki co jeszcze nic z tego nie wyszło, ale teraz mam przynajmniej jakiś pogląd, jak mogłoby to wyglądać. Znajoma bowiem, Karolina Koba, podjęła wyzwanie i napisała muzykę do klasycznego już dzisiaj filmu "Dracula" z 1931 w reżyserii Toda Browninga z Belą Lugosim w tytułowej roli. Wersja ta jest umieszczona w serwisie cda.pl, więc swobodnie możecie ją obejrzeć.

O samym filmie nie będę się tutaj rozpisywał - kto widział, ten wie, kto nie widział, może obejrzeć. Lugosi stworzył ikoniczną już postać, która chyba na zawsze będzie kojarzona z hrabią-wampirem. Oczywiście w dzisiejszych czasach nieco razi momentami duża teatralność, zwłaszcza w wykonaniu aktorów drugoplanowych (gospoda w Transylwanii), jednak są elementy, które do dzisiaj sprawiają, że można się poczuć dość nieswojo. Do tych elementów zaliczam obłąkańczy śmiech Renfielda, a także niektóre grymasy Drakuli, który - choć wręcz groteskowy - jest w tej grotesce jakiś obcy, nie z tego świata.

Przechodząc do samej muzyki, może najpierw napiszę o niej samej. Karolina zastosowała instrumentarium orkiestrowe, które bardzo pasuje do klimatu filmu. Bardzo umiejętnie zastosowane są poszczególne instrumenty, zwłaszcza dęte drewniane, grające ponure partie melodyczne. Momentami słychać też płaczące skrzypce, zaś całości towarzyszy grany w niskich rejestrach rytm. Jeśli chodzi więc o muzykę jako taką, bardzo pasuje do klimatu i tematyki filmu - chciałbym mieć ją w postaci osobnego soundtracku do posłuchania poza przeglądarką internetową.

Jako że jest to pierwsza filmowa ścieżka dźwiękowa Karoliny, nie udało się uniknąć paru technicznych problemów. Momentami, zwłaszcza na początku, muzyka ewidentnie zbyt mocno wybija się z tła (szczególnie w scenie z dyliżansem), jest też w paru miejscach ewidentnie głośniejsza od pozostałych głosów. Wiem, że z ustalaniem głośności były kłopoty i Karolina mocno nad tym pracowała, jednak i ta ostateczna wersja nie uchroniła się przed drobnymi problemami.

Inna sprawa to decyzje kompozytorskie, które sprawiają, że podczas oglądania miałem trzy czy cztery razy wrażenie, że muzyka nie współgra z obrazem. Najbardziej razi to w scenie, gdzie Renfield zacina się w palec i hrabia widząc krew, czuje wzmagające się pragnienie. Moment pokazania krucyfiksu, odstraszającego wampira, nie jest zsynchronizowany z muzyką - rozmawiałem z Karoliną, kiedy słuchałem poszczególnych fragmentów podczas procesu tworzenia i jest to zabieg celowy, aby uniknąć kliszy, że w takich momentach musi zabrzmieć określony zestaw dźwięków. Moim zdaniem jednak, nie służy to końcowemu efektowi i rozmywa siłę tej sceny. Czasami jest też tak, że przydałaby się cisza albo bardzo cicha muzyka, jednak ta gra sobie w najlepsze - to już jednak moje osobiste odczucia podczas seansu.

W drugiej połowie filmu byłem też już nieco zmęczony bardzo jednostajnym rytmem, który w wielu miejscach jest synchronizowany z powolnymi krokami Drakuli - na ogół działa to wyśmienicie, jednak nawet najlepsza przyprawa dodana w zbyt dużej ilości może zaszkodzić potrawie. Tutaj tych "kroczących" rytmów jest ciut za dużo (choć z drugiej strony można to też uznać za cechę charakterystyczną tej ścieżki dźwiękowej i coś, co tworzy jej niepowtarzalny charakter). W dwóch miejscach wyraźnie dźwięk się urywa, jakby plik dźwiękowy nie został łagodnie wyciszony, nie daje się też wybrzmieć utworowi tytułowemu, który zamiast się zakończyć, jest po prostu ściszony.

Wydawać by się mogło, że jojczę i krytykuję, a muzyka w nowej odsłonie "Draculi" jest kiepska. To nie tak. Muzyka bardzo pasuje do klimatu filmu, w paru momentach (końcowa scena z Renfieldem na schodach!) włos się jeży na głowie, co oznacza, że jest przynajmniej nieźle, a nawet dobrze. Myślę, że zabrakło przesłuchania i montażu przez inną osobę, niezwiązaną emocjonalnie z samym procesem twórczym. Bo to są w większości problemy w rodzaju: tu jest coś troszkę za głośno, tu coś się urywa, tutaj widz oczekiwałby tego czy tamtego. Czyli zabrakło lekkiego muśnięcia, które wygładziłoby wszelkie zmarszczki na tej muzycznej tkaninie.

Eksperyment się powiódł i mam nadzieję, że Karolina podtrzyma swoją pasję w tworzenie takiej muzyki. Naprawdę warto i mocno trzymam kciuki!

niedziela, 26 lipca 2020

Scena 38

Przyznam, że nie chciałem zbyt wiele zdradzać w tytule, ale tu już się muszę przyznać. Chodzi mi o filmik:

Dla fana "Gwiezdnych wojen", który jeszcze tego nie widział, film może stanowić pewien szok, zanim więc przejdę dalej, zachęcam do obejrzenia. Jest to alternatywna wersja walki Vadera z Obi Wanem tuż po tym, jak bohaterowie uratowali Leię z więzienia.

Od razu też napiszę, że ja odniosłem bardzo pozytywne wrażenia i od razu też wyjaśniam: to produkcja fanowska. To zrobili zwykli ludzie, dorabiając efekty specjalne na zwykłych komputerach. Nie był to producent mający miliardy dolarów, studia i całe zespoły odpowiedzialne za grafikę w filmach. I tak, aż trudno w to uwierzyć, prawda?

Widzę tutaj dwa pozytywy - pierwszy właśnie wymieniłem. Ludzie, którzy kochają "Gwiezdne wojny", potrafili wprowadzić do nich takie zmiany, które wyszły filmowi na lepsze (przynajmniej moim zdaniem). Nieśmiało podejrzewam też, że gdyby Disney zwyczajnie skorzystał z historii, które przez dziesięciolecia dopracowywali tacy właśnie fani, nowa trylogia byłaby DUŻO lepsza. Nie mówię, że jest zła, ale też do tej oryginalnej, "środkowej", traci wiele dystansu. Ten filmik pokazuje, że fani dobrze rozumieją, o co chodzi w uniwersum i potrafią być bardzo kreatywni.

Drugi pozytyw to sama scena. O jakości wykonania nie ma się nawet co rozpisywać, kto obejrzał wie, że wyszło znakomicie. Chodzi o rozmach, o choreografię walki, o to poczucie, że rzeczywiście walczą dwaj potężni wojownicy. To nie jest "pitu pitu" świecącymi kijkami, to jest brutalne starcie Vadera, który nadal trzyma w pamięci walkę z trzeciego epizodu (bardzo fajne nawiązanie w końcówce) ze starym Kenobim. Tutaj nie ma miejsca na Wersal, tutaj ciosy mają straszliwą moc, tutaj Vader wali Obi Wana na odlew i ciska nim o ścianę. Tutaj widać, że Obi Wan nie jest w stanie nic zrobić - doskonale pokazuje to scena, gdy to on próbuje cisnąć o ścianę Vaderem, ale ten utrzymuje się na nogach i - moglibyśmy się założyć - uśmiecha złowieszczo pod maską. I końcówka, gdy na tle chóru Vader-Anakin słyszy głosy z walki z "Zemsty Sithów", po której stał się hybrydą człowieka i maszyny.

Co najważniejsze, w tym filmiku wcale nie chodzi tylko o efektowne okładanie się mieczami - twórcy doskonale wpasowali swoją wizję w istniejący materiał, wykazując dużo szacunku dla materiału źródłowego. Tu ważne są emocje - widać wściekłość Vadera, widać bezradność, ale i spokój Kenobiego. Pełno też jest "smaczków", jak na przykład to, że Kenobi wyciąga swój miecz świetlny normalnie, sięgając ręką. Vader - jak to mają w zwyczaju przedstawiciele Ciemnej Strony - idzie "na skróty" i w czasie energicznego marszu po prostu używa do tego Mocy, jak również kilkukrotnie posługuje się nią w trakcie walki. W trakcie walki w ciasnym korytarzu wściekłość wprost wylewa się z Vadera, gdy ten nie waha się użyć nawet zwykłych ciosów, byle tylko pognębić starego mistrza. Co ja zresztą będę dużo gadał - podczas oglądania całego "Skywalker - Odrodzenie" nie czułem ani razu wzruszenia czy strachu, tutaj gęsią skórkę miałem przynajmniej dwa razy! A film ma sześć minut!

No dobra, trochę wyszło fanbojstwo, przyznaję. Filmik strasznie mi się spodobał, a że jesteśmy z Perełką w trakcie oglądania całego cyklu, to tematy poszczególnych postaci mamy przewałkowane na wszystkie możliwe sposoby. I wcale się nie dziwię, że Vader jest ulubioną postacią córki - ona mu po prostu współczuje. Tego, że dla Padme stał się, kim się stał. Że całe życie służył Imperatorowi. I że prawie zabił syna. Ale - jak to Perełka powtarza za Lukiem - tak naprawdę w środku pozostał dobry...

sobota, 25 lipca 2020

Radio Nowy Świat

"Trójka", czy program III Polskiego Radia upadł - może nie formalnie, ale na pewno w oczach wielu. Afera z "Trójkową Listą Przebojów" i piosenką Kazika sprawiła, że co ważniejsi redaktorzy, nie godząc się na to, co zrobiły władze, po prostu na znak protestu odeszli. Władza się wprawdzie niespecjalnie przejęła, ale co innego słuchacze. Na szczęście powstała inicjatywa powołania nowego radia, "Radia Nowy Świat".

Wystarczy spojrzeć na skład zespołu, by ci, który "Trójkę" niegdyś lubili, zaczęli dopytywać się, a gdzie, na jakiej częstotliwości można nowego radia posłuchać? Ano na żadnej - przynajmniej na razie, ale w sumie nie wiem, czy "Nowy Świat" będzie się ubiegało o koncesję. Radio dostępne jest tylko w internecie (co w sumie sprawia, że tak naprawdę radiem wcale nie jest), a szczegółowe informacje o sposobach słuchania oraz m. in. linki do aplikacji mobilnych znajdziecie na stronie radia. Na próbę najprościej wejść po prostu na główną stronę i kliknąć przycisk Play (czyli trójkącik w kółku).

Ze swojej strony już mogę zachęcić, chociaż jeszcze jakoś szczegółowo nie słuchałem publicystyki, bo w drodze do pracy słychać tylko muzykę, za to z tego, co słyszałem, mam dwie dobre wiadomości: muzyka jest dobra i kompletnie nie słychać żadnych reklam. Już samo to mnie przekonuje.

Mam tylko nadzieję, że jednak ostatecznie stacja pojawi się również na falach eteru, bo mimo wszystko słuchanie w aucie przez internet nie jest jakoś wybitnie komfortowe...

piątek, 24 lipca 2020

[A] H. P. Lovecraft - Muzyka Ericha Zanna

Od nagrania ostatniego audiobooka minęły już ponad dwa miesiące. Niestety, przez ten czas nagrywanie stało się bardzo utrudnione, głównie przez trwające niedaleko prace budowlane oraz ogólny "brak czasu na cokolwiek". Ostatnio jednak znajoma prosiła mnie, żebym nagrał jedno z opowiadań Howarda Lovecrafta, bo chciałaby napisać do niego muzykę. Nagranie zatem powstało i wersję bez muzyki możecie przesłuchać poniżej. Wersja z muzyką ukaże się w późniejszym terminie, bo... muzyka ta musi dopiero powstać. Trzymajcie więc kciuki, a tymczasem zapraszam na wersję zupełnie słowną:

Oczywiście, nie obyło się bez przygód. Mając do dyspozycji bardzo mało czasu nadającego się na rejestrację (w zasadzie tylko wyrywki późnego popołudnia, gdy Żona i Perełka wyprowadzają na dłuższy spacer psa), musiałem zaplanować wszystko bardzo dokładnie. Zamocowałem mikrofon, ustawiłem ekrany akustyczne, przygotowałem kartki z opowiadaniem i czekam, aż cała trójka wyjdzie. Poszli, start nagrania. Przeczytałem może pół strony, kiedy sąsiad zaczął kosić. Mimo zamkniętego okna hałas był zbyt duży. Falstart. Na drugi dzień znów, wszystko przygotowane, dziewczyny z psem wyszły, zaczynam czytać. Czytam, czytam i nie wierzę własnemu szczęściu - udało się doczytać do końca! Akurat wypowiadałem słowo "koniec", kiedy szczęknął klucz w zamku. Uf! Ale zaraz, zaraz, co ja widzę? Nieeeee! Nie włączyłem zasilania fantomowego i NIC SIĘ NIE NAGRAŁO. Aghrrrrr!

Trzecie podejście też się do końca nie udało, bo musiałem dogrywać ostatnią stronę - spacer z psem skończył się wcześniej niż poprzednio. Ostatecznie więc stwierdzam, że obecnie nagrywanie audiobooków stało się sporym wyzwaniem - może gdybym faktycznie zbudował sobie specjalną "budkę" na strychu, ale usiedzieć tam w czasie upałów byłoby niemałym wyzwaniem...

czwartek, 23 lipca 2020

Powrót do pracy

Urlop minął i wróciłem do pracy. I to dosłownie, bo zamiast pracować zdalnie, jak do tej pory, wróciłem do biura. Nie jest nas tu dużo, bo parę osób zaledwie na wielkim open space, ale dzięki temu pracuje się przyjemnie. Klimatyzowane wnętrze, duże monitory (koniecznie muszę kiedyś wymienić te domowe!), a przede wszystkim cisza i spokój. Nie słychać budowy za oknem, sąsiada ścinającego kosiarką trawę czy drugiego sąsiada, budującego drewniany domek dla dzieci i tnącego piłą tarczową drewno na podwórku. Nie słychać cofających ciężarówek i ujadania zostawionego w ogródku psa.

Czy coś się tu zmieniło przez tych parę miesięcy? Tak, wejście na teren firmy trwa dłużej, bo trzeba odczekać w kolejce, dać sobie zmierzyć temperaturę, zdezynfekować dłonie i mieć założoną maseczkę (na szczęście tej ostatniej nie trzeba mieć już, siedząc przy biurku). Ale poza tym i brakiem ludzi wszystko wydaje się być po staremu.

A nie, jest jedna rzecz, której nie ma: kawy z mlekiem. Automaty wydają tylko zwykłą, czarną, pewnie obsługa przyjeżdża zbyt rzadko, żeby wymieniać czy dolewać mleka. A że taka zwykła czarna z automatu jest... no... jakby to powiedzieć... ma kontrowersyjny smak, to picie jej niekoniecznie jest przyjemne. No, ale co zrobić (tak, tak, przywieźć swoją z domu).

I tylko przeszkadza - tak naprawdę - jedna rzecz: akurat teraz PKP wzięło się za remont przejazdu kolejowego obok firmy. I muszę objeżdżać całość dość dużym łukiem... Nie może być za dobrze, bo by się jeszcze człowiek przyzwyczaił, ha, ha!

środa, 22 lipca 2020

Reakcje na oglądanie

Myślałem, że już niewiele rzeczy mnie zdziwi, ale potem znalazłem na YouTube nową, dotąd nieznaną mi kategorię filmów. Są to sfilmowane reakcje ludzi oglądających jakiś film (sic!). Szaleństwo?

Oglądać, jak inni oglądają

Co ciekawe, takie filmiki - jeśli już dobrze trafić - naprawdę da się obejrzeć! I to z zaciekawieniem. Dla mnie warunkiem jest to, że oglądam reakcje na film, który już sam wcześniej widziałem. Bo wtedy dzieje się chyba to, co winduje oglądalność tego typu publikacji: oglądamy, bo jesteśmy ciekawi, jak inni zareagują na to, na co my reagujemy w jakiś określony sposób. Czy spodobają im się te same momenty? Czy polubią tych samych bohaterów? Czy będą się śmiać w tych samych miejscach?

Co za tym stoi?

Jest to na swój sposób przerażające. Co takiego w nas siedzi (a przynajmniej we mnie i w milionach innych osób, sądząc ze statystyk youtube'owych), że to wciąga? Czy to potrzeba akceptacji, znalezienia grupy, która lubi to samo, co my? Czy podglądactwo? Czy zwyczajnie sympatia dla osób oglądających? Bo to ostatnie na pewno ma znaczenie - ja na przykład nie mogłem zdzierżyć osób reagujących zbyt mocno, takich, które co drugą scenę chwytają się za głowę z okrzykiem "O rany!", "Ja nie mogę!", "Bo skonam!" (wybaczcie staroświeckie eufemizmy). Nie lubię też wiecznych malkontentów, którym ciągle coś nie pasuje, coś jest głupie i bez sensu, takich - wiecie - zadufanych w sobie mędrków, którzy każdy film nakręciliby inaczej.

Za to, jeśli już znajdziemy odpowiedni kanał i odpowiednie osoby, bardzo szybko zauważamy, że... je lubimy. I zaczynamy oglądać coraz więcej ich produkcji. I to jest ten mechanizm, wokół którego całość się kręci, a ludzie zarabiają pieniądze na rosnącej oglądalności.

Znak czasów

No i proszę, do niedawna nie wiedziałem, że jest taki "gatunek" filmów na YouTube (i pewnie nie tylko tam), a teraz mam już nawet dwa ulubione kanały, z których od czasu do czasu coś sobie obejrzę. Paranoja.

wtorek, 21 lipca 2020

[S] Pod i nad wodą

Pod i nad wodą, czyli kilka zdjęć z wrocławskiego ZOO, z weekendowego wypadu z rodziną. Jak zwykle tłumy, jak zwykle kolejki (jak zwykle nie rozumiem, dlaczego biletu rodzinnego nie można kupić w kasie automatycznej, tylko trzeba stać do zwykłej kasy), jak zwykle mieszane uczucia (niezmierna fascynacja egzotycznymi zwierzętami i chęć wypuszczenia ich wszystkich na wolność). Przynajmniej jednak z jednego zdjęcia jestem zadowolony - kto zgadnie, z którego?

Przysłona: f/2,8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 42,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/13 sec, Ogniskowa: 62,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 46,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/30 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/80 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/125 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/125 sec, Ogniskowa: 65,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 65,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 70,0 mm

poniedziałek, 20 lipca 2020

niedziela, 19 lipca 2020

Gra o tron - ćwiczenie

W zmaganiach z nauką pisania na orkiestrę postanowiłem wykonać kolejne ćwiczenie, którym było przygotowanie coveru utworu otwierającego serial HBO "Gra o tron". Za ścieżkę dźwiękową odpowiada tu Ramin Djawadi i pamiętam, że był to jeden z powodów, dla których zacząłem oglądać serial.

Jako DAW wybrałem nieco porzucone od pewnego czasu Studio One i - nie będę ukrywał - później tego żałowałem, ponieważ z niewiadomych przyczyn program potrafił się zawiesić w zasadzie w dowolnym momencie, a już w 95% przypadkach zawieszał się przy zamykaniu. No, ale w momencie, kiedy zrozumiałem swój błąd, było już za późno, a prace były posunięte za daleko, żeby się wycofywać.

Później jeszcze zostałem srogo ukarany za pychę, bo któraś tam wersja wydała mi się już tą ostateczną, przygotowałem filmik na YT, opublikowałem, pochwaliłem się na grupie producenckiej i... jeden z kolegów wytknął mi, że - aranżując ze słuchu - źle dobrałem długości dosłownie kilku nut, ale za to z motywu przewodniego. Z niedowierzaniem odsłuchałem, porównałem jeszcze raz z oryginałem i... faktycznie! Przesunięcia były. No nic, nie było co się obrażać, tylko poprawić i przejść całą procedurę raz jeszcze. Efektu (jak na razie końcowego) możecie posłuchać tutaj, jednocześnie obserwując, jak wygląda taki program do pisania muzyki (czyli DAW):

Jeśli ktoś jest ciekaw nieco bogatszego opisu, zapraszam na blog Gadesowy.

sobota, 18 lipca 2020

[O] DaVinci Resolve Studio 16

Resolve 16 jest świetnym programem do montażu wideo, do tego dostępnym za darmo. Można się więc zastanawiać, gdzie w tym wszystkim jest haczyk? Mam tutaj porównanie do Vegasa, a raczej Magix Movie Edit, który wiele lat temu kupiłem do edycji filmików, a który okazał się tak pełny ograniczeń, że w końcu zmieniłem go na Vegasa Pro (wiem, że wówczas najbardziej zirytowała mnie niemożliwość przyspieszenia filmu więcej niż dwukrotnie). W Resolvie jednak - wydaje się - większych ograniczeń nie ma, więc po co w ogóle myśleć o wersji komercyjnej?

Haczyk

Wszystko dlatego, że różnice między wersją darmową a komercyjną zostały tu bardzo sprytnie przemyślane. Bo że są, to oczywiste. Inaczej nikt by nie kupił wersji komercyjnej. Wspomniany haczyk tkwi w tym, by uzależnić użytkownika. W moim przypadku wyglądało to wręcz modelowo: szukałem programu do montażu wideo, więc zacząłem przeglądać rankingi i opisy. Niemal wszędzie oprócz "przemysłowego standardu", jakim jest Adobe Premiere z pakietem After Effect pojawiał się jego główny konkurent, czyli Resolve 16. YouTube wręcz pęka w szwach od porównań obu aplikacji i dramatycznych opisów migracji z abonamentu Adobe do wolnego od opłat świata potężnego Resolve'a. Zainstalowałem, obejrzałem parę tutoriali, zrobiłem parę własnych filmików i połknąłem bakcyla. Zacząłem się uczyć, jak robić poszczególne rzeczy, jak tworzyć własne efekty w module Fusion, jak kolorować materiał i tak dalej, i tak dalej. Program jest świetny, naprawdę, i bez żalu porzuciłem Vegasa. W tym jednak miejscu pojawia się - nareszcie? - pewne ALE.

Różnice, których nie ma

Bo to jest tak, że w darmowym Resolvie DA SIĘ pracować. Jeśli ktoś ma dość samozaparcia i cierpliwości, to da radę i będzie mógł zrobić całkiem niezłe filmiki (nie podaję swoich za przykład, bo akurat moim sporo brakuje do miana "niezłych"). Tyle tylko, że po pewnym czasie zaczynają się "chciejstwa". Chciałoby się, na przykład, żeby proste przewijanie timeline'a działało płynnie. Żeby podgląd z nałożonymi efektami się nie zacinał. Żeby rendering filmu działał sprawniej. Chciałoby się móc korzystać z usuwania przeplotu. Z płynnego generowania dodatkowych klatek przy spowolnionym materiale. Z korekcji twarzy i usuwania śledzonych przedmiotów. Z efektu "psucia obrazu". Pewnie też niektórzy chcieliby montować filmy w rozdzielczości większej niż 4K. A to już, mocium panie, dopiero w wersji komercyjnej.

Kluczem do wszystkiego jest wsparcie dla przetwarzania przez kartę graficzną (GPU). W wersji darmowej korzystanie z GPU jest sporadyczne, większość rzeczy "liczy" procesor, przez co mamy zaciachy, spowolnienia, brak płynności. W wersji komercyjnej program wyraźnie przyspiesza, a dodatkowo czasy renderingu spadają i to znacząco. Zwłaszcza jeśli mamy kartę graficzną od nVidii, z przynajmniej 4GB pamięci.

Sam program zaczyna więc działać dużo sprawniej, ale i pojawia się możliwość skorzystania z opisanych efektów - przyznam, że mnie najbardziej przydała się możliwość usuwania przeplotu, bo w filmiku o szyciu torby "Gramy na gazie" materiał z jednej z kamer był bardzo "dotknięty" przeplotem, przez co wiele z fragmentów z tejże kamery musiałem po prostu pominąć.

Od strony interfejsu użytkownika praktycznie nie ma różnic między wersjami - stąd brak zrzutów ekranowych. To, co widać podczas pracy programu, to jedynie brak "znaku wodnego", nakładanego przez efekty zarezerwowane dla wersji Studio.

Warto, nie warto?

Oprócz lepszej pracy programu, wykorzystania GPU, pełnej puli efektów, wraz z komercyjną licencją otrzymujemy jeszcze dwie rzeczy: darmowe wsparcie od twórców programu (a nie jedynie społeczności na forum) oraz... darmowe aktualizacje do przyszłych nowych wersji. To ostatnie - przyznaję - to bardzo fajna, ale i rzadko stosowana opcja (jedyny taki przypadek, jaki znam, to FL Studio od ImageLine) i na pewno trzeba ją docenić.

Jeśli ktoś poważnie (albo choćby po prostu często) zajmuje się montażem, a dodatkowo ma już w komputerze dobrą kartę graficzną, to z pewnością doceni zakup wersji Studio. Komfort pracy zauważalnie wzrośnie, a dodatkowo dostaniemy dostęp do sporej liczby efektów, nieosiągalnych w wersji darmowej.

Jeśli natomiast ktoś dobrej karty graficznej jeszcze nie ma, to chociaż zakup Resolve Studio nie od razu przyniesie korzyści, to jednak powinien być pierwszym krokiem - drugim będzie zakup karty. Odwrotna kolejność - najpierw karta, potem Studio - nie ma sensu, bo darmowa wersja i tak nie zrobi użytku z nowego sprzętu.

Czyli podsumowanie jest takie: Blackmagic nie oszukuje i nie wciska wybrakowanego produktu - wersja darmowa z pewnością jest pełnoprawnym narzędziem, z którego da się wycisnąć wiele, bez ograniczeń na długość filmu czy dodawania znaku wodnego (z wyjątkiem efektów zarezerwowanych dla wersji Studio). Można więc spokojnie korzystać, uczyć się, a jak już okaże się, że coraz bardziej zależy nam na szybkości i wygodzie, wtedy wysupłujemy ciężko zarobione pieniądze i cieszymy się wersją komercyjną. Moim zdaniem to dobry układ.

piątek, 17 lipca 2020

Rekord mimochodem?

Po opublikowaniu ostatniego wpisu o "Dywizjonie 303" zauważyłem rzecz, która mnie zastanowiła. Otóż tymże wpisem wyrównałem wynik liczby blogowych postów w roku 2014. Przy czym, naturalnie, tam był to wynik końcowy, a tutaj mamy połowę lipca. Rzut oka na statystki i okazuje się, że do "pokonania" pozostały jeszcze rok ubiegły (222 posty), rok 2016 (251 postów) i rok-hegemon, czyli 2015 z licznikiem ustawionym na 293 posty.

No i konsternacja, bo w końcu pisanie bloga to nie wyścig, a w dodatku ściganie się z samym sobą to już czyste kretyństwo. Ale zaciekawiło mnie to - skąd tyle wpisów? Rozwiązanie okazało się jednak banalne - to przez audiobooki, a później filmiki z tutorialami. Czyli w sumie wartościowych postów nie powstało wcale tak dużo.

Uspokojony tym faktem, mogę ze spokojem wrócić do słodkiego nieróbstwa i zaniedbywania bloga. Howgh!

czwartek, 16 lipca 2020

[E] Native Instruments Kontakt - Konfiguracja wielokanałowa

Po urlopowym przestoju i nabraniu chęci na orkiestrowe przygody, dzisiaj krótki poradnik, jak skonfigurować Native Instruments Kontakt w taki sposób, by można w jednej instancji umieścić wiele instrumentów na różnych kanałach MIDI i przekierowanych do różnych wyjść, dostępnych później w programie DAW.

[O] Arkady Fiedler - Dywizjon 303

Wypożyczyłem całkiem niedawno z biblioteki "Dywizjon 303" Arkadego Fiedlera, głównie z myślą o tym, żeby przeczytać go jako audiobooka. Pamiętam z czasów szkoły, jak piorunujące wrażenie robiły na mnie opisy dokonań polskich pilotów, broniących Anglii w 1940 roku, więc nic dziwnego, że myśl o ponownej lekturze była dla mnie atrakcyjna. Zwłaszcza że przecież do "Wyspy Robinsona" także wracałem po latach z nieukrywaną przyjemnością.

I tym razem też się nie zawiodłem. Czytałem z wypiekami na twarzy. Tylko że... lektury starczyło na jedno popołudnie!... Strasznie krótki ten "Dywizjon". Patrząc zdroworozsądkowo, to faktycznie, przecież opisuje on bardzo krótki horyzont czasowy, lato 1940 roku. Ale co z tego, jeśli chciałoby się więcej i więcej! Szkoda - pozostałem ze sporym niedosytem.

Inna sprawa, że obecnie inaczej odbieram całą tę książkę. W szkole nie miałem wiedzy o politycznych kulisach całości (a i nauczycielka nie kwapiła się wyjaśnić zachowanie brytyjskiego i polskiego (!) rządu w stosunku do pilotów, którzy tyle razy narażali zdrowie i życie w walkach o Anglię). Tym wyraźniej widać teraz rozdźwięk między ogólnie entuzjastycznym nastrojem utworu, choć zaprawionym niekiedy goryczą, a tym, co sam autor opisał we wstępie do XVI wydania z 1974 roku (nawet nie pamiętam, czy ten wstęp był w wydaniu czytanym przeze mnie w szkole - za to pamiętam na pewno, że go nie czytałem, bo kto by tam czytał jakieś wstępy!).

Książkę oczywiście polecam uwadze współczesnym czytelnikom, choć zapewne młode pokolenie, wychowane na Avengersach czy Supermanie, może mieć problem w docenieniu maestrii polskich lotników w nierównej walce z hitlerowskimi nalotami na Wyspy. Fiedler nie zawodzi, czyta się go wyśmienicie.

Audiobooka jednak nie będzie, przynajmniej na razie. Cały czas zastanawiałem się, jak miałbym czytać coś, co jest tak naprawdę reportażem i póki co, nie znalazłem recepty. A nie chcę takiego materiału po prostu wydeklamować przed mikrofonem - to zasługuje na coś więcej.

środa, 15 lipca 2020

[S] Czarnuszka i spółka

Człowiek wyjechał na parę dni, a w ogródku zmiany. Ruszyła ostro czarnuszka, która zawsze uwodzi mnie swoją delikatną urodą. Goździki praktycznie się skończyły, za to na rozkwit czekają gladiole - poszły ostro w górę i powinny niedługo pokazywać kwiaty. Nie omieszkam donieść tutaj, co to za kolory się pokażą.

Z technicznych rzeczy - zupełnie już przeprosiłem się z Nikonem D700, który nie zawiódł także w czasie wyjazdu (powiem więcej, tak się przyzwyczaiłem do "dziurawych" akumulatorów w Fuji, że wręcz nie dowierzałem, że po tygodniu i zrobieniu ok. 200 zdjęć z akumulatora Nikona nie ubyła ani jedna kreseczka!) W podróży robiłem zdjęcia Sigmą 24-70/2.8, tutaj w robocie manualny Helios 50/2, przerobiony na bagnet Nikona.

Przysłona: f/2, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/640 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/1250 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/640 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 50,0 mm

A jako bonus prawie-złapana pszczoła w locie. Strasznie żałuję, że jednak nie wyszła ostro, bo złapać ręcznie pszczołę w locie starym obiektywem bez autofocusa to byłoby coś!

Przysłona: f/2, Czas: 1/640 sec, Ogniskowa: 50,0 mm