wtorek, 20 listopada 2018

Ała!

Myszka Miki ma swoje lata, ale w sumie nie myślałem o tym serio, dopóki nie zobaczyłem tego obrazka:

Tego nie sposób "odzobaczyć"...

niedziela, 18 listopada 2018

[S] Prawdziwie mroźny poranek

Tak, to dzisiaj nadszedł pierwszy naprawdę zimny poranek tej jesieni - minus osiem stopni we Wrocławiu. Przyroda wstrzymała oddech, a ciszy poranka nie rozbrzmiewały już śpiewy ptaków. Nadchodzi Buka, powolutku, ale wytrwale...

Przysłona: f/5,6, Czas: 1/4000 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/220 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/1700 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/1400 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/3,6, Czas: 1/110 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/105 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/140 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/4000 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

piątek, 16 listopada 2018

Czy wszystko stanie się usługą?

Od wielu lat już widać pewien trend na rynkach - nazwijmy to - kapitalistycznych. Zamiast płacić za towary (i je otrzymywać na własność), zaczynamy płacić za możliwość użycia danego towaru. Czyli de facto wypożyczamy go tylko od prawowitego właściciela. Choć ma to często sens, ogólny trend jest jednak niepokojący - przynajmniej dla mnie.

Co jest fajnego?

Na pewno rozwiązanie - nazwijmy je - "abonamentowe" jest korzystne przy dostępie do mediów takich jak streaming dźwięku czy wideo. Płacimy miesięcznie stosunkowo niewielką kwotę, w zamian otrzymując z reguły bardzo szeroki dostęp do zasobów dostawcy. Z pewnością za cenę abonamentu nie bylibyśmy w stanie zakupić tylu płyt czy filmów, ile jesteśmy w stanie przez miesiąc przesłuchać lub obejrzeć.

Drugi korzystny przykład to rzeczy szybko się starzejące, jak na przykład - co piszę z bólem serca - oprogramowanie komputerowe. Wiadomo, ciągle poprawiane są jakieś błędy, dodawane nowe funkcje - warto by było mieć te nowości "na żądanie", bez ponoszenia dodatkowych kosztów.

Mieszane uczucia mam co do książek, ale tylko dlatego, że istniejące w Polsce rozwiązania, które sprawdzałem, mają kiepski sposób rozliczania abonamentu (np. za kilkadziesiąt złotych miesięcznie można przeczytać określoną liczbę stron - co moim zdaniem jest czystym kuriozum i nie wiem, dlaczego nie dać czytać ludziom do oporu, tak jak mogą do oporu oglądać seriali czy słuchać płyt).

A co nie jest fajne?

Dla mnie osobiście średnio przyjemna jest świadomość, że wydaję pieniądze coraz częściej na "możliwość" niż "własność". Papierową książkę czy płytę audio mogę postawić na półce, wrócić do niej za pół roku czy za lat dziesięć. Mogę je komuś podarować. Mogę - poza powielaniem i sprzedawaniem kopii - robić w zasadzie wszystko. Z treścią cyfrową już nie - rezygnuję z platformy medialnej? Nie obejrzę już ulubionych seriali (zwykle platformy mają te najpopularniejsze seriale na wyłączność). Przestaję płacić za streaming? Już sobie wygodnie nie posłucham muzyki. Zbankrutuje producent jakiejś gry on-line, w którą gram od lat? No, trudno, już nie pogram...

Najbardziej jednak męczy mnie zależność od producentów - przestajesz płacić = spadaj. Przeczuwam, że stanie się tak, jak z operatorami komórkowymi. Priorytet będą mieli zawsze nowi klienci, to dla nich będą przygotowywane ciekawe propozycje, zaś klienci ze stażem... no cóż, płacili tyle lat, będą płacić dalej. I owszem, operatora można zmienić, ale już takiego Adobe z jego pakietem oprogramowania trudno z dnia na dzień zmienić na coś innego, bo alternatywy (realnej) praktycznie nie ma.

Ponadto model abonamentowy rozleniwia producentów. Po co się starać, jeśli wszyscy grzecznie płacą i nie bardzo mają ochotę na szukanie innych rozwiązań? Można od czasu do czasu dodać jakąś niewiele znaczącą nowość, poprawić parę błędów i już.

Biadolenie

Tak, to takie biadolenie ramola na zmieniające się czasy. Bo nigdzie nie jest powiedziane, że wszystko, co nowe, musi się podobać. Jednocześnie jednak - poddaję się. Jako informatyk nie widzę specjalnie sposobu na zmianę podejścia producentów i ludzi. Gdy rzecz jest robiona rozsądnie, wszyscy korzystają, więc nie ma o co kruszyć kopii. Spotify czy Tidalzamiast półki z płytami CD? Netflix albo HBO zamiast sterty pudełek DVD? Czemu nie? Kindle zamiast regałów z książkami?... Chwila, chwila, to jeszcze trzeba przemyśleć...

poniedziałek, 12 listopada 2018

Szóstka nie-w-totka

I stało się - dzisiaj mija sześć lat prowadzenia bloga! Rocznica zupełnie nieokrągła i w zasadzie bez znaczenia, ale w sumie to przyjemne uczucie. Tym razem statystyk nie będzie, bo teraz trudniej wszystko zliczyć - w końcu od sierpnia piszę też na drugiego bloga. Może napiszę o czymś innym.

Początkowo - o czym nie każdy wie - na blogu publikowałem recenzje książek i filmów (tak naprawdę blog został założony w 2008, a nie w 2012 roku - pierwszy wpis ma datę ósmego września 2008). Kiedy jednak zacząłem zabawę w fotografię, postanowiłem zmienić profil bloga i wszystkie recenzje zostały przeniesione do "kopii roboczych", zaś blog zaliczył drugi start, ten obecnie oficjalny. W zasadzie podobna rzecz stała się w sierpniu - widząc rosnącą liczbę postów muzycznych, zdecydowałem o wydzieleniu osobnego bloga. Wprawdzie Ladaco nie odzyskało (jeszcze?) przez to fotograficznego charakteru, bo za mało obecnie fotografuję, ale jakoś "się trzyma".

Kto wie, może jednak dociągnę tutaj do prawdziwych dziesięciu lat? Może fotografia wróci, kiedy z kolei sprzykrzy mi się muzyka? Pożyjemy, zobaczymy - nigdy nic nie wiadomo z kimś tak niezrównoważonym jak autor. No, co zrobić.

niedziela, 11 listopada 2018

Gorąco

Pamiętacie ostatnie łuny? Dzisiaj wieczorem też niebo płonęło, ale znacznie intensywniej. Wybaczcie, że znów wrzucam takie "bezpostaciowe" zdjęcia, jednak nic nie poradzę, że mam słabość do wschodząco-zachodzących kolorów.

[S] Listopadowy spacer

Nie ma to jak krótka przechadzka po śniadaniu w pogodny, listopadowy poranek. No dobrze, jest wiele fajniejszych rzeczy, ale przyznacie, że listopad nie kojarzy się raczej z ciepłem i kolorami. A dzisiaj było tak:

I na koniec znalazłem jeszcze na murku pewnego miłego szablaka:

sobota, 10 listopada 2018

piątek, 9 listopada 2018

czwartek, 8 listopada 2018

środa, 7 listopada 2018

Chciałby pomóc, ale...

Czasem router się buntuje i zrywa połączenie z internetem, w wyniku czego - oczywiście - wszystkie inne urządzenia w domu także tracą dostęp do globalnej sieci. Z czystej przekory spróbowałem użyć wbudowanego w system Windows narzędzia diagnostyki i pomocy. Wynik był łatwy do przewidzenia - narzędzie zaproponowało restart urządzenia (bo restart jest dobry na wszystko - to stara informatyczna prawda!). I ok, ale narzędzie postanowiło być jeszcze przydatniejsze i zaoferowało link z odpowiedzią na pytanie, DLACZEGO nie mogę się podłączyć do internetu. Kliknąłem.

No cóż, najwyraźniej nikt w Microsofcie nie wpadł na pomysł, że pomoc do zagadnień związanych z niemożnością podłączenia się do internetu powinna być jednak dostępna lokalnie, a nie w internecie...

wtorek, 6 listopada 2018

Czy programowanie się przydaje?

Takie pytanie usłyszałem od znajomego i odnosiło się nie tyle do pracy zawodowej, co zwykłego życia. W sumie nie zastanawiałem się chyba nad tym, więc w pierwszej chwili odpowiedziałem, że naturalnie, tak, przydaje się. Ale czy na pewno?

Programuję od dzieciństwa, więc w sumie nie wiem już, jak to jest nie umieć programować. Nie potrafię więc sobie wyobrazić, co o programistach myślą "normalni ludzie". Czy rzeczywiście uważają nas za dziwaków w kraciastych koszulach, w grubych okularach, jedzących pizzę i gaszących pety w resztkach kawy?

Dawniej to było!

Po zastanowieniu się stwierdzam, że wiele razy umiejętność programowania przydała mi się do rozwiązania pewnych problemów. W zasadzie było tak zwłaszcza na początku, zaś później, właśnie gdy zacząłem już programować zawodowo, coraz rzadziej pisałem programy dla siebie.

W czasach ośmiobitowego Atari pisałem mnóstwo programów narzędziowych: do tworzenia czcionek, do rysowania, do odgrywania muzyki, do tworzenia menu, uruchamiających inne programy i tak dalej, i tak dalej. Zwykle bowiem było tak, że albo takich programów nie było, albo akurat ich nie miałem, a najbliższa giełda komputerowa była w Poznaniu, a nie w Gostyniu.

Potem nastał czas Delphi i również pisałem w nim mnóstwo aplikacji (czego przykładem jest opisywany niedawno ColorCheck XP). I znów - podyktowane było to zazwyczaj potrzebą i niemożnością zdobycia odpowiedniego programu w inny sposób, poza tym wielu programów nadal nie było. Był początek lat dwutysięcznych i w domu mieliśmy internet z modemu, w postaci numeru 0202122 od TP S.A.

Teraz już nie bardzo

Obecnie zauważyłem, że praktycznie przestałem pisać własne aplikacje. I wcale nie chodzi o to, że po "zaliczeniu" 8-10 godzin w korpo odechciewa się programowania - bo jak akurat jakąś potrzebę mam, to siadam i koduję w domu. Bardziej chodzi o to, że zwykle ograniczam się do (względnie) prostych programów, które dorywczo coś automatyzują. Nie trzeba robić dla nich interfejsu użytkownika, tylko uruchomić z linii poleceń z odpowiednimi parametrami i już. To wszelkiego rodzaju konwertery, generatory, zliczacze czy inne automatyczne tałatajstwo.

Programy "porządne", z interfejsem użytkownika, systemem pomocy itp. pozostawiam innym. Raz, że obecnie w sieci można znaleźć praktycznie wszystko, zwykle także w wersjach darmowych. Dwa, że mój "zawodowy" język programowania, czyli Java, średnio nadaje się do tworzenia dobrych interfejsów użytkownika, a nawet jeśli takowy uda się napisać, to programem w Javie trudno się podzielić z "nie-programistami". Bo nie ma pliku exe, trzeba zainstalować Java Runtime Environment w odpowiedniej wersji, później je aktualizować i tak dalej, i tak dalej. To zniechęca, bardzo skutecznie.

Aha, i wiem, że GUI w Javie to nie tylko AWT, nie tylko SWING, że jest JavaFX, można też napisać aplikację webową z wykorzystaniem choćby PrimeFaces czy Angulara. Ale do prostych programów? Chyba gra nie warta świeczki.

Dlaczego więc nie tworzyć znów w Delphi? W sumie nie wiem - zniechęciłem się trochę do tego języka, do jego składni i dziwnych (z punktu widzenia programowania obiektowego) konstrukcji. Poza tym znów - po co pisać jakieś skomplikowane narzędzia, skoro można już gotowe i przetestowane pobrać z sieci?

Wnioski

Powiem zatem na koniec tak: programowanie "w domu" mi się przydaje (choć coraz częściej tylko potencjalnie). Za to zacząłem teraz przemyśliwać, czy przypadkiem nie poszperać trochę i nie pouczyć się np. C#. Bo to i składnia "prawie javowa", i okienka jakieś sensowne da się "ulepić"... tylko jaki program napisać?

poniedziałek, 5 listopada 2018

Gorze!

Trywialnie rzecz można ująć pisząc, że niebo płonęło dzisiejszego popołudnia. Kolory były niesamowite, a pod ręką tylko aparat z "długą lufą" - żadne tam szerokie kąty, tylko solidne 150mm ogniskowej. Dlatego tematem zdjęć są... fragmenty nieba. Za to w kolorze!

niedziela, 4 listopada 2018

7 książek - część pierwsza

Moja nieoceniona Siostra podpuściła mnie, żebym przez siedem dni opublikował, bez zbędnych komentarzy, siedem okładek książek, które z różnych powodów były dla mnie ważne. Dzisiaj część pierwsza (postanowiłem zachować kolejność alfabetyczną autorów): James Clavell, "Tai Pan".

P.S. Okładki będą z dokładnie takich wydań, jakie czytałem. W księgarniach obecnie nie do kupienia, ha, ha!

sobota, 3 listopada 2018

[K] Wirtualne samochody

Z reguły nie gram w gry komputerowe zbyt często, ale czasem tak mnie najdzie ochota, że posiedzę parę dni nad jednym tytułem (chociaż wciąż z tyłu głowy krąży myśl, że przecież mógłbym ten czas spożytkować lepiej). Tym razem padło na... wyścigi, czyli tytuł Forza Horizon 4.

Dawniej to było!...

Pasjami lubię komputerowe samochodówki - nie będę może zbytnio zgłębiał historii, ale są trzy tytuły, w których jeżdżenie sprawiało mi bardzo dużo radości. Po pierwsze, Need for Speed 3, w której spędziłem mnóstwo godzin, rywalizując z komputerem oraz kuzynem Rafałem (pozdrawiam!). Znałem na pamięć wszystkie trasy wraz ze skrótami, potrafiłem przejeżdżać je bezbłędnie i można powiedzieć, że tę grę poznałem "na wylot". Do dzisiaj żałuję, że nie da się jej uruchomić na współczesnych komputerach.

Drugi tytuł jest, hm, zbiorczy, bo chodzi o całą serię Grand Theft Auto, poczynając od "trójki", na "San Andreas" kończąc. W "czwórce nie jeździło mi się już tak dobrze.

Trzeci to mój kochany Test Drive Unlimited, z olbrzymią wyspą, całą masą świetnych samochodów i wolnością: można było zwiedzać, ścigać się, wykonywać różne misje, kupować domy itd. Grafika oszałamiała, model jazdy był - jak dla mnie - idealnie wyważony między symulacją a zręcznościówką.

Forza

Seria Forza ma dwie równległe linie: wyścigową Motorsport (jazda po torach) i... "przyjemnościową" Horizon, gdzie też się można pościgać, ale też da się pojeździć po otwartym świecie.

Tym razem padło właśnie na tę drugą serię - to coś w rodzaju Test Drive Unlimited. Mamy do dyspozycji spory obszar, po którym możemy sobie dowolnie jeździć, zwiedzać, odszukiwać poukrywane elementy itp. Są też dostępne różne wyzwania, np. wyścigi czy zadania kaskaderskie. W nich zbieramy punkty, dzięki którym awansujemy i dostajemy dostęp do nowych trybów rozgrywki, nowych domów, nowych samochodów, malowań itp.

Grafika - wiadomo!

W grach samochodowych liczy się dla mnie przyjemność z jeżdżenia, a wiąże się ona m. in. z grafiką i łatwością sterowania. Grafika w Horizon jest rewelacyjna, nawet na średnich ustawieniach, które są odpowiednie dla mojego wysłużonego PeCeta. Zresztą, popatrzcie na kilka screenów:

Samochody są wymodelowane bardzo, bardzo dobrze, a dostępne widoki obejmują nie tylko widoki z zewnątrz, z maski czy ze zderzaka, ale też dwa widoki z wnętrza kabiny (z kierownicą i bez niej). Większość elementów otoczenia da się rozjechać, z wyjątkiem budynków, dużych drzew czy niektórych murków. Czasem więc, dla oszczędzenia czasu, da się gnać na przełaj przez lasy i pola, zamiast ściśle trzymać się asfaltowej czy szutrowej nawierzchni.

Samochód da się wizualnie zepsuć (brudzi się i gubi niektóre elementy, ale i tak one "odrastają"), ale zasadniczo nawet upadek z kilkunastu metrów nie przerywa jazdy, nie wspominając o "dzwonach" z betonem, drzewami czy innymi samochodami. Dajemy "wsteczny", omijamy przeszkodę i gnamy dalej, podziwiając widoczki (a naprawdę jest co podziwiać).

Sterowanie

Druga rzecz, czyli sterowanie, jest mocno zręcznościowe (przynajmniej w domyślnych ustawieniach) i jeździ się dzięki temu bardzo miło, choć wypadałoby podpiąć do komputera choćby pada. Klawiaturą też się da wprawdzie sterować, ale nie daje ona takiego wyczucia jak analogowe pady czy - zapewne - kierownica.

Napisałem "zapewne", choć mógłbym w sumie znieść ze strychu G25, czyli moją ulubioną kierownicę, ale po raz kolejny stwierdzam, że to za duży kłopot - rozstawiać to wszystko, przykręcać, konfigurować, by pojeździć godzinkę dziennie? Zwyczajnie się nie chce.

Wracając jeszcze do jazdy, Horizon nasunął mi wspomnienie Need for Speed: Most Wanted (to stare), chociaż tutaj nie można narazić się policji, a samo środowisko jest dużo bardziej zniszczalne niż w produkcji Electronic Arts. Ale jeździ się podobnie i podobnie czasem irytują "niedzielni kierowcy", sterowani przez komputer.

Irytacja

Tak czy inaczej, nie wszystko mi się podoba. W porównaniu do Test Drive Unlimited, dużo mniej jest tutaj wyzwań "pozawyścigowych". A same wyścigi... no cóż, pod tym względem dużo przyjemniej jeździło mi się w Motorsport, chyba zwyczajnie bardziej odpowiada mi ściganie na torach, a nie po ulicach. Zwłaszcza jeśli ścigać się MUSISZ, bo MUSISZ ciułać punkciki, żeby odblokować kolejne pozycje. W TDU było to dużo mniej nachalne, tutaj na początku po prostu trzeba zaliczać wszystkie imprezy, bo zwyczajnie nie ma nic innego do roboty.

Multum innych rzeczy

Gra oferuje ogrom różnych typów wyścigów, przy czym można grać samemu, ze znajomymi czy w ogóle z "ludźmi z internetu" - ja akurat preferuję pierwszą opcję, więc nic więcej nie mogę tu dodać. Na dostępnej mapie są też poukrywane różnorodne "znajdźki" czy wyzwania (np. osiąganie maksymalnych prędkości), zaś punkty (a samych rodzajów punktów też jest parę typów) otrzymujemy za... wszystko: obrót w powietrzu, minięcie innego samochodu, poślizg, skok, ba, nawet za stłuczki i rozbijanie otoczenia. W sam raz dla osób, które uwielbiają być nagradzane za cokolwiek.

Oprócz jeżdżenia mamy też dostęp do opcji garażowych: możemy zmieniać samochody, przeprowadzać tuning, malować, naklejać, ulepszać, zmieniać napis na tablicy rejestracyjnej... Możemy nawet personalizować swoje wirtualne alter ego, np. przebierać koszulki. Mam dziwne wrażenie, że jest tu chyba wszystko, co się może kojarzyć z grą samochodową.

Gram, jeszcze gram

I tak sobie jeżdżę. Poza zwiedzaniem wciągnęły mnie wyzwania kaskaderskie i bicie rekordów pod czujnym okiem fotoradaru. Natomiast same wyścigi wciągnęły mnie bardzo słabo i zaliczam je o tyle, by popychać fabułę do przodu. Niektóre zaś z zawodów omijam szerokim łukiem (np. cross), bo zwyczajnie nie przypadły mi do gustu.

Słowo kończące jest jednak pozytywne, bo gra jest przeogromna i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Jeździ się fajnie, obrazek cieszy oko, muzyka - takoż. Czego chcieć więcej?

Chyba tylko czasu.

piątek, 2 listopada 2018

Perełka - Długi sen

Pierwszy dzień listopada. Nie muszę iść do pracy, więc śpię. Nadzieję na długi sen daje mi lokalizacja: na dole, w salonie, bo od wczoraj gościmy Ciocię, więc dziewczyny okupują piętro. Niestety, nadzieja jest złudna.

Za kwadrans szósta na schodach pojawia się stworek zwany Perełką i gramoli się do łóżka. Leżę i nie otwieram oczu - może przyszła dospać? Nie. Miękkie łapki klepią mnie w policzek.

- Tata! Tata!

Mruczę coś i przytulam pociechę. Chwilę jest spokój, ale znów czuję poklepywanie. Mamroczę sennie:

- Dalej, śpimy jeszcze...

Perełka energicznie odkopuje kołdrę z siebie i ze mnie.

- Nie! Tata, przecież ja przyszłam Cię obudzić!

I złazi z łóżka.

- A Ty dokąd? - pytam.

- Idę spać do Mamy.