wtorek, 24 kwietnia 2018

[O] Cierpliwość fotograficzna

Kilka tygodni temu zakupiłem najnowszy e-book z biblioteczki Ewy Prus i Piotra Dębka, z serii "Jak fotografować". Tym razem - Jak fotografować... z długim czasem. A że zapowiedziałem, że przeczytam i zrecenzuję, pora się ze zobowiązania wywiązać.

Tematyka

Przyznam, że fotografowanie z długimi czasami lubię (czy może lubiłem, kiedy intensywnie zajmowałem się fotografią). Tutaj pełna zgoda z autorami - taki sposób zwykle prowadzi do niecodziennych ujęć i choć rozmyte strumienie czy chmury widział na zdjęciach chyba każdy, to nie każdy wie, jak taki efekt uzyskać. W książce zresztą tego typu kadry nie są "głównym daniem", bo problem długich czasów starano się tu poruszyć bardzo szeroko. W związku z tym zresztą e-book jest dość obszerny, bo zajmuje niemal 100 stron.

Się podoba

Ogólnie książka bardzo przypadła mi do gustu, bo rzeczywiście w jednym miejscu mamy chyba wszystko, co wiąże się z fotografowaniem z długim czasem naświetlania. Są wspomniane strumienie, przybrzeżne fale, są chmury. Są gwiazdy, jest troszkę o malowaniu światłem. Jest też (nomen omen) poruszony temat panoramowania, zoomowania w trakcie naświetlania czy celowego ruszania aparatem. Przykłady zdjęciowe są dobrane dobrze, choć wiele zdjęć widziałem już przy okazji wizyt na blogu autorów, a wiadomo, że chciałoby się więcej. Trudno to jednak traktować jako zarzut.

Podoba się także (ponownie) umieszczenie treści "reklamowych" (nazwijmy je tak) dopiero na końcu książki. W ogóle pod względem edytorskim trudno się do czegoś przyczepić - Ewa i Piotr utrzymują spójną stylistykę od wielu e-booków i widać, że doszli do pewnego kompromisu.

Się nie podoba

Tutaj nie będzie tego dużo - zdarzyły się dwie lub trzy literówki (np. na stronie 9), ale to drobiazg. Za to zabrakło mi informacji o przeciekach światła - wprawdzie wspomniano, żeby w trakcie pomiaru światła zakrywać wizjer, ale nie widziałem informacji, że światło wpada przez wizjer także w trakcie naświetlania. Być może w aparatach Canon, którymi posługują się autorzy, ten efekt nie występuje, ale w Nikonach jak najbardziej, czego dowód można znaleźć choćby na moim blogu.

Czytać!

Ostatecznie jednak, jak zwykle, e-booka polecam, zwłaszcza że ma on postać bardzo praktyczną, a same zdjęcia inspirują do własnych prób. Czyli co - zamiast jednej pizzy dobra książka? Warto.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

[S] Wrocławski dworzec - ten Główny

Jedną z rzeczy, która podoba mi się bardziej we Wrocławiu niż w Poznaniu, jest kolejowy Dworzec Główny. Ładny, prosty, bez pułapek i schodów ruchomych tylko w jedną stronę. I bez doczepionego wielkiego centrum handlowego...

niedziela, 15 kwietnia 2018

[S] Pierwsza wizyta w ZOO

Pierwsza wizyta we wrocławskim ZOO, oczywiście. I okazja do porównania z Poznaniem, bo skoro było się i tu, i tu, to naturalnie wyciąga się z tego pewne wnioski.

Ale od początku może. Pierwsza sprawa, którą warto mieć na uwadze, to dojazd. W Poznaniu w zasadzie są dwie sensowne metody: samochód i "Maltanka". Samochód jest sensowny do momentu, kiedy zapełni się niezbyt rozległy parking, a "Maltanka" ma nieco małą pojemność i za rzadko kursuje, więc tak naprawdę do ZOO trzeba się wybrać wcześnie albo w tygodniu.

We Wrocławiu parking jest dużo większy, ale od wiele lepszym sposobem jest dojazd tramwajem - zwłaszcza, że kursuje kilka linii, dojeżdżających pod samą bramę (w Poznaniu od linii tramwajowej trzeba przejść mniej więcej kilometr). Inaczej czekają na nas korki - zarówno przy dojeździe, jak i wyjeździe.

Samo ZOO

Szybko przechodząc do meritum - podobało mi się. I zwierzęta (wreszcie można obejrzeć lwa! wreszcie można obejrzeć konika morskiego! wreszcie są na żywo pingwiny!), i cała infrastruktura (choć akurat trwają jeszcze pewne prace budowlano-remontowe, co nieco utrudnia poruszanie się).

Sam ogród zoologiczny jest mniejszy niż w Poznaniu, co z pewnością ucieszy osoby nie lubiące zbyt dużo chodzić. Jest tu bardziej "kompaktowo". Dla mnie - fotografa - to akurat źle, bo brakuje przestrzeni i ciekawego tła. Pod tym względem wolę rozległość poznańskiego "Nowego ZOO". To samo mogą na pewno powiedzieć żyrafy, niedźwiedzie czy tygrysy - wybiegi dla zwierząt są zauważalnie mniejsze.

Najbardziej przygnębiające wrażenie zrobił na mnie pawilon dużych małp. Raz, że siedziały one w czymś, co nieodparcie kojarzyło się z więziennymi celami (głównie przez mocarne kraty), dwa - spojrzenie szympansa, rzucone zza tych krat, jest tak pełne wyrzutu i smutku, że ucieka się stamtąd z wyrzutami sumienia...

Podsumowując

Jeśli miałbym się jeszcze do czegoś przyczepić, to strona www. Niby wszystko fajne, ale gdy próbowałem kupić zdalnie bilety, dostępność strony na smartfonie jest tragiczna (nie ma specjalnej wersji mobilnej). Na komputerze niektóre pola formularza same mi się czyściły, a przy samym zamawianiu strona ogłosiła strajk i nie wiedziałem, czy czekać, czy ponawiać, więc w końcu kupiłem bilety już przy wejściu do ZOO (tutaj plus za sporo kas automatycznych, gdzie bez problemu można bilet kupić samodzielnie, płacąc kartą.

W sumie więc było nieźle, co odnotowuję z satysfakcją. Trzeba tylko wyrobić sobie UrbanCard Premium, bo inaczej wizyty w ZOO wykończą naszą rodzinę finansowo (jednorazowa wizyta kosztowała nas w sumie prawie 150zł)...

PS. Przepraszam za dużą liczbę zdjęć - dawno nie fotografowałem i nie mogłem się powstrzymać.

[S] Od Tęczowej do Forum Muzyki

Miną niedługo cztery miesiące pobytu we Wrocławiu, a zdjęć "spacerowych" jak na lekarstwo. Pora nadgonić - kilka kadrów z wiosennej przechadzki po wrocławskich ulicach:

niedziela, 8 kwietnia 2018

[S] Miejska wiosna

Wiosna ewidentnie nadeszła, czego mam niezbite dowody poniżej. Niestety, bez słońca, bo akurat w niedzielę postanowiło przestać świecić. Postaram się nadrobić w tygodniu, może będzie bardziej kolorowo - dzisiaj tylko tak, wiecie, żeby nie było już wątpliwości. Zima - sio!

środa, 4 kwietnia 2018

Nieme słuchawki po testach

Po nieco dłuższym okresie testów słuchawek Sony WH1000X-M2 postanowiłem napisać suplement, a w nim skupić się na ciemniejszych stronach, bo o jasnych napisałem chyba dość.

Po pierwsze, na początku dość trudno okiełznać dotykową płytkę na boku prawego nausznika. Wprawdzie jest to rozwiązanie świetne i po przyuczeniu strasznie brakuje go w zwykłych słuchawkach, ale początkowo co i rusz sobie coś przestawiałem przy zakładaniu czy zdejmowaniu, ewentualnie niedokładnie suwałem palcem i zamiast pogłośnić, przeskakiwałem do następnego utworu...

Po drugie - i tego żałuję nawet bardziej - wielka szkoda, że po podłączeniu słuchawek kablem nie można z nich korzystać jak z normalnych słuchawek zamkniętych. Oczywiście, nie działałaby wtedy funkcja wygłuszania, ale same słuchawki też całkiem dobrze tłumią, zaś dźwięk "po kabelku" jest na tyle dobrej jakości, że można by je wykorzystać nie tylko do jazdy tramwajem. A tak, trzeba włączyć zasilanie i wyczerpywać akumulatorki.

Nie jest jednak aż tak źle, jak opisałem w powyższym, skreślonym akapicie. Na szczęście, korzystając z firmowego kabelka i podłączając go w odpowiedni sposób, da się słuchać muzyki bez włączania zasilania słuchawek, korzystając tylko z zalet ich zamkniętej budowy. Nie jest wówczas aż tak cicho, ale i tak ciszej, niż w moich "służbowych", gamingowych Logitechach G433 (którym, notabene, przyjrzę się niedługo testerskim okiem).

Po trzecie, funkcja zestawu głośnomówiącego jest tylko "na pokaz", bo w praktyce nie sposób z niej korzystać. Mikrofony zbierają tyle sygnału z otoczenia, że nie da się rozmawiać, zwłaszcza gdzieś na zewnątrz albo w komunikacji miejskiej...

Po czwarte... a, nie, po czwarte nie ma. Reszta pasuje, gra i buczy, dając bardzo duży komfort słuchającemu. Ja się uzależniłem.

czwartek, 29 marca 2018

[O] Ucho zamiast oka

Dzięki uprzejmości Siostry mam okazję skorzystać z oferty szwedzkiego serwisu Storytel, który od ponad roku działa także w Polsce. Można znaleźć w nim 30 tysięcy tytułów (e-booków i audiobooków), w tym prawie 2 tysiące po polsku (reszta po angielsku). Zasada działania jest nieco podobna, jak w przypadku opisywanych ostatnio serwisów streamingowych z muzyką. Płacimy miesięczny abonament (tutaj niecałe 30zł) i możemy korzystać z zasobów.

Thorgal

Przyznam, że początkowo chciałem w pierwszej kolejności posłuchać sobie Kruka Edgara Allana Poe po angielsku, ale w oczy rzuciło mi się coś niezwykłego. Audiobook o przygodach Thorgala, czyli audiobook stworzony na podstawie... komiksu! Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak ktoś mógł się porwać na tak karkołomne zadanie - MUSIAŁEM to sprawdzić własnousznie.

Może najpierw kilka szczegółów technicznych: w rolę Thorgala wcielił się znany m. in. z użyczenia w grze "Wiedźmin" głosu Geraltowi z Rivii Jacek Rozenek. Jego ukochaną Aaricię gra Maria Niklińska, Slivię - Sonia Bohosiewicz, zaś Gandalfa Szalonego - Arkadiusz Jakubik. Narratorem został Mirosław Czyżykiewicz. Obsada zatem zacna, czy nie zmarnowano więc potencjału?

Od razu rozwiewam wątpliwości - nie zmarnowano! Audiobook jest naprawdę rewelacyjnie przygotowany. Za warstwę dźwiękową odpowiada studio Sound Tropez i nie sposób do czegoś się przyczepić. Aktorzy "robią robotę", w tle słychać bardzo dobrze dobrane odgłosy - no, świetna sprawa.

Jako ciekawostkę dodam, że okładki zaprojektował sam Grzegorz Rosiński.

No, ale Thorgal!

Audiobook jest adaptacją dwóch pierwszych części przygód dzielnego Dziecka Gwiazd, czyli "Zdradzonej czarodziejki" i "Wyspy wśród lodów". Dla kogoś, kto jeszcze nie zapoznawał się z komiksem, to bardzo dobra sposobność, by się wciągnąć w całą historię. A dla kogoś, kto sagę zna...

Powiem tak: tego audiobooka widać. Serio. Jeśli ktoś zna komiksy, po prostu zwyczajnie widzi te kadry na żywo. Pojedynek z bliźniakami, dosiadanie Furala, bitwa z ludźmi gór - wszystko jest podane tak sugestywnie, że wyobraźnia załatwia sprawę i mamy przed oczami niemal film.

Według mnie duża w tym zasługa scenarzysty, Grzegorza Brudnika, który wyśmienicie potrafił połączyć dialogi (znane w dużej mierze z komiksu) z sugestywnymi opisami, które wiernie przywołują komiksowe kadry Rosińskiego. Inna sprawa, że spore znaczenie ma w tym wypadku także jakość materiału wyjściowego, bo scenariusz Jeana Van Hamme był wielokrotnie nagradzany (i słusznie).

Do słuchania marsz!

Nie jest to jedyny audiobook na podstawie sagi o Thorgalu. Przede mną druga adaptacja, obejmująca "Prawie raj" i "Trzech starców z krainy Aran", a w przygotowaniu jest także część trzecia i powiem Wam, że nie mogę się doczekać. Bo to fajne audiobooki są!

P.S. Jestem już po odsłuchaniu drugiego audiobooka z Thorgalem i zdania nie zmieniam ani na jotę. Warto.

niedziela, 25 marca 2018

Muzyka z powietrza

Odkąd słucham muzyki, pamiętam dwa z nią problemy: jakość i dostępność. Radio, płyty, taśmy i kasety szumiały i trzeszczały na potęgę, psując radość z odsłuchu. Oczywiście, jeśli było w ogóle czego słuchać...

Ostatecznie skończyło się na tym, że kupuję muzykę na płytach CD i samodzielnie konwertuję ją sobie do plików, których mogę słuchać do woli. A do słuchania najczęściej wykorzystywałem komputer (od lat Foobar2000) oraz mały odtwarzacz plików mp3, wielkości zapalniczki. Radio w aucie pomijam, bo nigdy nie miałem na tyle wytłumionego wnętrza samochodu, by móc skupić się na słuchaniu.

Zmiany

Porzucając stareńką Nokię na korzyść smarkfona, otrzymałem nowe narzędzie odsłuchowe. Początkowo - tradycyjnie - przerzuciłem na kartę SD kolekcję płyt, skonwertowanych do formatu mp3 i korzystałem z odtwarzacza Player PRO (notabene, bardzo przyzwoity). Ale było mi mało i polowanie się rozpoczęło.

Rzecz, oczywiście, w dostępie do nowych (lub starych, ale nieposiadanych) albumów. Normalny model z kupowaniem poszczególnych płyt jest przyjemny z kolekcjonerskiego punktu widzenia, ale bardzo niepraktyczny. Na szczęście są serwisy streamingowe.

Wszystko zawsze i wszędzie

Serwisy streamingowe oferują usługę dostępu do muzyki w ramach miesięcznego abonamentu. Za ok. 20zł miesięcznie otrzymujemy dostęp do ok. 50 milionów utworów, łatwych do wyszukania. Brzmi fantastycznie, prawda?

Prawda i nieprawda. Skuszony wizją ze śródtytułu, zacząłem testować najpopularniejsze rozwiązania. Po początkowej euforii związanej z "utonięciem" w rzeczonych milionach, przyszło opamiętanie i refleksja. W końcu, jeśli już mam komuś dawać pieniądze, to dobrze byłoby rozważyć za i przeciw.

Niemal wszystko jedno

"W zasadzie to bez różnicy" - taki wniosek nasunął mi się po tygodniowych testach Spotify, Tidala, Deezera i Google Music Play - te bowiem serwisy wziąłem "na tapetę". Pierwsze było Spotify i tutaj zdobyłem najwięcej doświadczeń - głównie dlatego, że początkowo nie zdawałem sobie sprawy z istnienia konkurencji (no, dobra, kojarzyłem jeszcze sklep Apple'a).

Wybierz mądrze, żeby później nie żałować

We wszystkich tych serwisach miesiąc korzystania z tzw. dobrej jakości bez reklam to 19,99zł (jakaś zmowa cenowa pewnie). Każdy z nich oferuje też dostęp do porównywalnej liczby plików (wspomniane 50 milionów). Ale na czym to w ogóle polega?

Korzystamy

Całość sprowadza się do rejestracji w wybranym serwisie i wybrania odpowiedniego "planu". Do wyboru są zwykle dwa (indywidualny za 19,99zł oraz rodzinny za 29,99zł), czasem trzeci (dodatkowy tryb HiFi, czyli wysokiej jakości, póki co tylko w Tidalu i Deezerze) za 39,99zł. Potem zgadzamy się na płatności (karta lub PayPal) i rozpoczynamy darmowy miesiąc testów (jeśli zrezygnujemy w jego trakcie, nie ponosimy kosztów).

Korzystanie zaś polega na tym, że wpisujemy do przeglądarki to, czego chcemy posłuchać. "Lovedrive" grupy Scorpions? Stary przebój Britney Spears? "Żółta łódź podwodna" Beatlesów? A może "Cztery pory roku" Vivaldiego? Proszę bardzo. Klikamy i słuchamy. Na smarkfonie czy na komputerze, bez różnicy. Niektóre serwisy (np. Deezer) oferują możliwość korzystania na całym multum dodatkowego sprzętu - na przykład oprócz Androida, iPhone'a i Windowsa, w grę wchodzą systemy audio w samochodach czy telewizory.

I tutaj widać dużą unifikację - wszystkie serwisy mają i aplikację mobilną, i dla komputera. Wszystkie mają opcję pobierania nagrań (można ich wtedy słuchać, nie będąc podłączonym do internetu) czy opcję oszczędzania transferu przy korzystaniu z mobilnego internetu. Wszędzie da się tworzyć własne playlisty, oznaczać ulubionych wykonawców czy konkretne albumy lub piosenki. Wszędzie jest też tak czy inaczej zaimplementowana funkcja proponowania podobnej muzyki do tej, którą lubimy i której słuchamy (tzw. algorytm inżyniera Mamonia). Można nawet podglądać, czego słuchają znajomi (a znajomi mogą podglądać nas, jeśli tego zechcemy - można wręcz zintegrować się z serwisami społecznościowymi i tam chwalić się, że akurat przesłuchujemy najnowszy album Justina Timberlake'a).

I jak to się sprawdza?

Muszę powiedzieć, że to iście genialne rozwiązanie. Pod warunkiem posiadania dostępu do internetu, naturalnie. Słuchamy, czego chcemy i gdzie chcemy - oczywiście rzeczy ustawione w telefonie (np. polubione albumy) są widziane w komputerze itp. Przyznam, że początkowo łatwo wpaść w euforię i wyszukiwać, sprawdzać, myszkować - zamiast słuchać!

Świetne jest to zwłaszcza w mobilnym wydaniu - nie trzeba się przejmować, że skończy się nam konkretny album, bo odtwarzacz usłużnie podsunie coś "podobnego" i - o zgrozo! - to nawet działa! Wprawdzie czasem trochę kuleje, ale generalnie efekty są całkiem akceptowalne.

Łyżka, albo i dwie dziegciu

Nie wszystko jednak jest świetnie. Po początkowym zachwycie przychodzi moment, kiedy nie znajdziemy czegoś w serwisie. Myślę przede wszystkim o starszych czy mniej znanych polskich wykonawcach (np. moja ulubiona Łucja Prus), ale nawet tak współcześni muzycy, jak Schiller czy ciągle przecież nagrywający Brian May mają poważne luki w dyskografii. Zapewne jest to problem licencji, które serwisy muszą pozyskać od wytwórni. Także tutaj panuje duża zbieżność i zwykle, jeśli nie znajdziemy czegoś w jednym serwisie, nie znajdziemy tego też w innym...

Po drugie, jakość. Początkowo, gdy słuchałem Spotify, nie zauważyłem niczego niepokojącego - bo jakość była na poziomie moich własnoręcznie utworzonych "empetrójek". Ale kiedy poczytałem i zainteresowałem się Tidalem oraz Deezerem i ich opcją "HiFi", przekonałem się na własne uszy, że różnica istnieje. Wystarczy podłączyć niezłe słuchawki (sprawdzałem na Beyerdynamikach DT990, Sony WH1000MX2 i Sennheiserach CX5.00G) i włączyć w dwóch serwisach ten sam utwór (np. w Spotify i w Tidalu). Różnica jest bardzo wyraźna. Jasne, że trafią się pliki lepiej lub gorzej zakodowane, ale sprawdziłem w ten sposób przeszło dwadzieścia dobrze mi znanych utworów i zawsze lepiej wypadał format bezstratny (czyli "HiFi").

Po trzecie, trzeba dobrze wybrać na początku. Wprawdzie z każdej usługi można łatwo zrezygnować i przerzucić się na inną, ale nie przerzucą się nasze preferencje - oznaczeni wykonawcy, polubione albumy, zgromadzone playlisty. Po przejściu na nową platformę, trzeba będzie wszystko pracowicie ustawiać od początku i jeśli to bardzo dokuczało mnie (a przecież korzystałem z tych serwisów zaledwie przez trzy tygodnie!), to po roku chyba nie miałbym już samozaparcia do klikania i ustawiania...

Co zostaje?

Drogą eliminacji dochodzimy zatem do tego, że na placu boju zostały Tidal i Deezer, bo reszta serwisów nie oferuje (póki co) trybu "HiFi". Wprawdzie Spotify się niby przymierza i ma go wprowadzić w marcu jeszcze, ale pożyjemy, zobaczymy.

Chwilowo zatem postawiłem na Tidala, głównie dlatego, że wygodniej korzysta mi się w nim i z aplikacji mobilnej, i z komputerowej. Przyglądam się Spotify, bo ten serwis poznałem jako pierwszy i mam do niego sentyment - jeśli wprowadzi tryb "HiFi", to do niego wrócę.

piątek, 16 marca 2018

Wiosna idzie

Dwa tygodnie do Wielkanocy, a zima przypomniała sobie, jak powinna wyglądać. Biedna wiosna! Tymczasem zapowiadane są dalsze opady śniegu oraz powrót mrozu (choć nie takiego, jak na końcu lutego) Ciekawe, czy pisanek na zajączka trzeba będzie szukać w zaspach?

czwartek, 15 marca 2018

Po co mi Corel?

Ostatnio wspomniałem o przygodach podczas instalowania Corel Draw na laptopie. Padło pytanie, co ja takiego robię w tym Corelu, że mi strasznie potrzebny do życia? Otóż nic specjalnego nie robię, ot, od czasu do czasu coś narysuję lub nauczę się, jak coś rysować. Na przykład komiks o Ladaco (nazywał się wtedy roboczo "Fireman") zacząłem rysować właśnie w Corelu, bo wydało mi się to prostsze niż zwykłe rysowanie (byłem w błędzie):

Wektorowo nieźle rysuje się mangę:

Ale głównie wykorzystywałem Corela do tworzenia różnych ikon i grafik na potrzeby stron www, stąd wzięły się np. samouczki, jak zrobić "szklane kulki" (był czas, kiedy takie "szklane przyciski" były mocno w modzie):

Robiłem też w Corelu skład publikacji, od ulotek po małe książki. Ba, zdarzało się też tworzyć rysunki techniczne oraz okładki do płyt CD. Słowem - to bardzo elastyczne i przydatne narzędzie.

A dlaczego nie Adobe Illustrator? Cóż - w czasach studenckich stać mnie było tylko na Corela w wersji dla studentów. A potem już tak zostało, bo Corela znałem, a Illustratora - nie...

środa, 14 marca 2018

[O] Dla zmęczonych hałasem

Ten, kto jeździ komunikacją miejską wie, że nie jest w niej cicho. Na ulicach dużego miasta też trudno o kontemplacyjny spokój. A człowiek chciałby posłuchać sobie czasem ulubionej muzyki, niekoniecznie będącej mieszaniną Metalliki i Rammsteina. Zwykle - niestety - stosuję w tym celu słuchawki dokanałowe. Niestety, bo to one najbardziej niszczą słuch...

Jakiś czas temu jednak przeczytałem (chyba w Estradzie i Studio), że istnieją słuchawki z tzw. aktywną redukcją hałasu. Wypróbowałem nawet w jednym z marketów elektronicznych model Bose QC35 II i wrażenie było... rewelacyjne. To naprawdę działa! Nic dziwnego, że gdy otrzymałem okazję poużywania sobie słuchawek z tą funkcją, nie wahałem się ani chwili.

Sony WH-1000X M2

Ten właśnie model przetestowałem w warunkach bojowych. Poligonem doświadczalnym był open-space, piesza droga ulicami Wrocławia oraz jazda tramwajem tudzież autobusem komunikacji miejskiej. Oczekiwania? Wysłuchanie ścieżki dźwiękowej "Pachnidło" oraz polonezów Chopina (a co!).

Słuchawki wyglądają nad wyraz elegancko i co najważniejsze, idealnie pasują na moją kwadratową głowę z wielkimi uszami. To jest mój odwieczny problem przy wyborze słuchawek - muszę je zawsze fizycznie przymierzyć, bo mam duże małżowiny i większość dostępnych słuchawek je gniecie, przez co komfort użytkowania zmierza w szybkim tempie do zera. Lata temu kupiłem przez internet zachwalane słuchawki AKG 530 (notabene bardzo fajnie grające) i później nie mogłem ich używać, bo okazały się ciut za małe...

Tutaj odniosłem wrażenie, że to są słuchawki idealne dla mnie. Nic nie uciska, nic nie uwiera, trzymają się pewnie na głowie. Nauszniki przylegają dokładnie, a pałąka praktycznie nie czuć. Same słuchawki są może odrobinkę za ciężkie (275g), ale tutaj już się czepiam.

Obsługa

Słuchawki mają tylko dwa przyciski - jeden od włączenia zasilania, a drugi do sterowania funkcją wyciszenia. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że na tym kończą się nasze możliwości. Producent zaprojektował w prawym nauszniku płytkę, którą obsługujemy dotykiem. Przyłożenie całej dłoni powoduje wyłączenie dźwięku (można z kimś zamienić parę słów), dwukrotne puknięcie palcem to pauza/start oraz odebranie telefonu. Mizianie góra-dół to kontrola głośności, przesunięcie w prawo lub lewo - następny lub poprzedni utwór.

Dla chętnych dostępna jest aplikacja na smartfona, gdzie można zmienić ustawienia korekcji czy stylu. Nie instalowałem, bo wg mnie słuchawki grają wyśmienicie bez żadnych korekcji.

Bardzo istotne jest, że są to słuchawki Bluetooth, czyli można podłączać je bezprzewodowo (bez znaczenia, czy do telefonu, czy do laptopa). Producent podaje czas pracy na 40h (ładowanie od zera do pełna w 4h), czyli całkiem sporo, porównując do konkurencji (wspomniany Bose QC35 II wg producenta wytrzymuje ok. 20h).

Niemniej oprócz Bluetooth można użyć też dołączonego do słuchawek kabelka, więc dla każdego jest coś miłego. Należy też dodać, że w zestawie znalazło się dość sztywne etui, a same słuchawki można złożyć, aby zajmowały mniej miejsca.

Jak grają?

W mojej opinii - bardzo, bardzo dobrze. Przede wszystkim są bardzo wyrównane - nie mam wrażenia, żeby któreś z pasm znacząco wyskakiwało przed inne. Słychać i delikatne marakasy, i potężny bas, i rozłożone w panoramie gitary. Testowałem różne rodzaje muzyki, od piosenek Edyty Geppert, przez muzykę symfoniczną po ciężki rock i energetyczną elektronikę. Nigdzie nie miałem wrażenia, że coś jest nie tak. Nawet soundtracki Hansa Zimmera brzmią odpowiednio monumentalnie.

Rzecz jednak nawet nie w tym. Magiczny w tych słuchawkach jest moment "odcięcia". Zakładasz je i... świat cichnie. Im jest głośniej, tym efekt jest bardziej spektakularny. W open-space przestajesz słyszeć rozmowy otaczających Cię ludzi, samochody na ulicy zaczynają cichuteńko szumieć zamiast wyć, nawet w tramwaju słyszysz głównie bardzo ciche stuknięcia kół na łączeniach szyn. Efekt jest naprawdę magiczny.

Nie zauważyłem, żeby dłuższe słuchanie powodowało jakieś problemy (poza zużywaniem niewymiennego akumulatorka). Oczywiście, pewne zmęczenie może być odczuwalne - w końcu to słuchawki zamknięte. Na szczęście zastosowane w nausznikach tworzywo nie powoduje kłopotów z wentylacją, więc uszy nie pocą się po kwadransie słuchania. Na razie najdłuższa pojedyncza sesja słuchania trwała około dwóch godzin i nie czułem dyskomfortu.

Co jeszcze?

Do tego dochodzi wygoda użytkowania. Przy laptopie mogę przestać się przejmować kolejnym kablem - teraz w zasadzie tylko komputer jest przypięty do zasilania, a cała reszta jest bezprzewodowa. Strasznie to wygodne.

Lepiej jednak jest w rozwiązaniu mobilnym. Włączam odtwarzacz w smartfonie, wrzucam go do plecaka, a na głowę zakładam słuchawki. Nie dość, że mogę delektować się muzyką, to jeszcze (NARESZCIE!) nie plącze mi się nigdzie żaden kabel, który zaczepiony o coś powodował wyrywanie słuchawek dokanałowych z uszu.

Czyli co?

No, co ja mogę napisać. Choruję na te słuchawki. Są świetne i dają niesamowity komfort słuchania. Prosta obsługa, stosunkowo długi czas pracy i bardzo dobra jakość dźwięku są na pewno plusami tego urządzenia. Chętnie porównałbym je z osławionym już modelem Bose QC35 II, chociaż już teraz wiem, że Bose przegrałby dopasowaniem do mojej głowy.

No cóż, zniechęca tylko cena, ale uzbieram. Bo z "dokanałówkami" nie ma porównania, poza tym "dokanałówek" organicznie wręcz nie znoszę.

Jedna tylko rzecz jest przerażająca w Sony WH-1000Xm2 - moment, kiedy zdejmujesz je z uszu i zderzasz się panującym wokół hałasem.

Po dłuższym czasie testów dopisałem jeszcze suplement, w którym przeczytacie nieco więcej o zauważonych wadach. Żeby nie było, że tylko słodzę!