poniedziałek, 24 czerwca 2019

Poranny brak głowy

Nie jest dobrze. Ledwo się poniedziałek zaczął, a ja dostarczam sobie niekoniecznie potrzebnych atrakcji.

Obudziłem się cztery minuty przed budzikiem i od razu było wiadomo, że będzie interesująco, bo przez pierwszych piętnaście sekund nie wiedziałem, gdzie jestem. Potem powoli rozpoznałem pokój i zrezygnowany usiadłem na łóżku. Cóż było robić - ziewnąłem i powlokłem się do łazienki, zabierając ze sobą - w zamyśle - telefon, żeby wyłączyć budzik, kiedy ten zacznie dzwonić. Myjąc zęby uświadomiłem sobie, że zabrałem nie telefon, a słuchawki - na szczęście zdążyłem wypaść z łazienki i wyłączyć budzik.

Potem nie było nic lepiej - kiedy tylko zamknąłem drzwi wyjściowe na klucz, przypomniałem sobie, że w sobotę kupiłem nową kawę do pracy, bo stara się skończyła. Otworzyłem drzwi, szuruburu na piętro, zabrałem puszkę. W samochodzie postanowiłem włączyć do posłuchania Rebekę na Spotify, dzięki czemu uświadomiłem sobie, że zapomniałem także telefonu. Szuruburu na piętro i mogę jechać!

Na szczęście pamiętałem, żeby wrzucić kopertę do skrzynki w ramach testowania poczty, bo już doprawdy nie chciałoby mi się zawracać z drogi...

Jedyna możliwa ilustracja dzisiejszych przygód

Nic to, dojechałem do firmy, chwyciłem torbę z laptopem i powlokłem się smętnie najpierw przez bramę, potem po schodach na drugie piętro. Włączyłem czajnik, żeby zaparzyć sobie... Tak, macie rację - kawa została w samochodzie. Ech! Nic, tym razem zjechałem windą, szuruburu na parking i obok samochodu już wiem, że nie jest dobrze. Kluczyki zostały w torbie z laptopem.

Takie rzeczy nie mogą się dziać, prawda? Ale co było robić, szuruburu do firmy, windą na drugie piętro, do torby, kluczyki w garść, szuruburu z powrotem na parking. Kawa w garści, więc powrotne szuruburu, kawa przygotowana, siadam zadowolony przed biurkiem - nic złego więcej mi się nie przytrafi, nie? Byle pamiętać, żeby telefon wyciszyć... Telefon!...

Tak, tak... Szuruburu na parking (tym razem od razu z kluczykami, tak się wycwaniłem!), szukam telefonu - nie ma. Wpadł pewnie gdzieś za fotel? Szukam, szukam - nic. Szuruburu przez bramę, windą na drugie piętro. Telefon leży w torbie od laptopa, tylko w innej niż zazwyczaj przegródce.

Wcale a wcale nie zdziwiłbym się po tym wszystkim, gdyby okazało się nagle, że jest niedziela.

wtorek, 18 czerwca 2019

Poczta - tajemnica (prawie) wyjaśniona

Nadszedł osiemnasty dzień czerwca, a z nim to:

Złośliwi stwierdzą, że listy szły długo, bo trudno było odczytać adres, ha, ha

czyli cała korespondencja z ostatniego miesiąca w jednym pakiecie. Oprócz powyższych przesyłek dostałem też pismo z banku, wysłane 10 maja (żona takie samo pismo dostała ponad miesiąc temu). Czyli JAKOŚĆ pełną gębą...

Dlaczego jednak piszę, że tajemnica została wyjaśniona? Otóż ostatnio dostałem z poczty przesyłkę właśnie około miesiąc temu. Koperty, które wysyłałem do siebie, mają daty stempla pocztowego zawsze wbite na dzień wysyłki - zatem były wyjmowane regularnie, właściwego dnia. Skąd zatem opóźnienie? Podejrzewam, że winny jest listonosz, który "na wiochy" jeździ sobie po prostu raz w miesiącu (mimo że kierownik urzędu pocztowego zapewniał nas, że listy są doręczane co dwa, trzy dni). I co istotne, dzisiejszy dzień nie jest przypadkowy - dlaczego? Bo 17 dnia miesiąca są wypłacane renty i emerytury. A od własnego Stryja-listonosza wiem, że rozwiezienie tego typu przesyłek to zawsze profit, nic dziwnego zatem, że akurat dzisiaj jazda "na wiochy" się opłacała.

Zobaczymy, jak pójdzie poczcie z drugą turą testu - jeśli moja teza jest prawdziwa, listonosz zjawi się tutaj gdzieś w połowie lipca, zapewne... osiemnastego.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Kornel Makuszyński - Historia sznura pereł

Dzisiaj ciąg dalszy eksperymentów z nagrywaniem głosu i jego obróbką. Podczas ostatniego lokalnego festynu na straganie miejscowej biblioteki zdobyłem w ramach akcji "uwalniania książek" zbiór opowiadań Kornela Makuszyńskiego z 1915 roku pt. "Perły i wieprze". Postanowiłem wykorzystać pierwsze z nich, a mianowicie "Historię sznura pereł". Mam nadzieję, że komuś przypadnie do gustu.

piątek, 14 czerwca 2019

Poczta - podsumowanie tygodnia nr 4

Taak... Kończy się czwarty tydzień testu. Standardowo, wysyłki w poniedziałek i środę, do tego próba korespondencji z Pocztą - bez odzewu ze strony Instytucji. Dziś się nie będę rozpisywał, podam tylko dotychczasowy wynik.

Nadal zero.

wtorek, 11 czerwca 2019

Odwiedziny giganta

Wieś to wieś - dzisiaj przyleciał do naszego ogrodu duży czarny KTOŚ. Prawdopodobnie kozioróg dębosz, największy z polskich chrząszczy. Faktycznie był spory, tak na oko ze 4 centymetry (bez czułków), czego - niestety - nie widać na zdjęciach:

Ładny okaz, ale chyba młody - albo samiczka, bo na to wskazywałaby długość czułek. Tak czy owak, rzadki to widok, więc cieszę się, że udało się go sfotografować (choć szkoda, że na skrzyni, a nie na dębie).

[O] Czarnobyl - miniserial HBO

Nasłuchałem się o tym serialu niemało - ludzie w pracy są strasznie nim podekscytowani. Nieco zawiedziony innym serialem HBO (mowa oczywiście o "Grze o tron"), nie przypuszczałem, że to może być choć w części prawda. Włączyłem tylko, żeby się upewnić.

No i powiem Wam, że rzeczywiście jest to jedna z tych rzeczy, którą zdecydowanie warto obejrzeć. Nie z czipsami i piwkiem, nie dla śmichów-chichów. Tylko po to, żeby sobie uzmysłowić, co się w tym Czarnobylu wydarzyło - bo chociaż serialu nie nakręcono jako dokumentalnego, to myślę, że autorzy nie minęli się z prawdą.

Pamiętam ten 1986 rok i podawany pierwszego maja płyn Lugola. Pamiętam, że wtedy nikt nie wiedział, co się stało, były tylko plotki, że wybuchła elektrownia atomowa w Czarnobylu - ale jakie miałoby to mieć skutki, nikt nawet nie podejrzewał. Wtedy nie wolno było tego wiedzieć, choć - rzecz jasna - ludzie gadali po kątach.

I kiedy teraz oglądałem wygodnie w łóżku serial z HBO, wcale nie było mi wygodnie. Naprawdę zimne ciarki biegają człowiekowi po plecach, gdy sobie uświadomi, do czego doszło, a do czego mogło dojść, gdyby nie poświęcenie tych wszystkich ludzi, którzy ratowali sytuację, często nawet nie do końca wiedząc, na co się narażają...

Do tego wszystkiego trzeba uczciwie przyznać, że ten serial wykonany jest zwyczajnie re-we-la-cyj-nie! Prypeć, bloki, szpital, szkoła - tak to wyglądało (a często wygląda do tej pory!) tam i w Polsce. Dla zachodnich widzów to egzotyka pełną gębą, ale myśmy przecież w takich blokach mieszkali, do takich szpitali chodzili. Zresztą, każde większe miasto po dziś dzień ma "sypialnie" zabudowane klockami z "wielkiej płyty".

Aktorzy - świetni. I to kogokolwiek byśmy nie wzięli pod uwagę - główną parę Legasov-Szczerbina w świetnych kreacjach Jareda Harrisa i Stellana Skarsgårda, Emily Watson jako doktor Chomiuk czy postaci (teoretycznie) drugoplanowe, jak szef górników (świetny Alex Ferns) czy nawet jacyś szeregowi żołnierze (!). O tej drugoplanowości wspominam o tyle, że ten serial niby ma głównych bohaterów, ale przedstawia wszystko bardzo szeroko i tak naprawdę widzimy całą galerię postaci, uwikłanych w katastrofę. W tym konkretnym przypadku odbieram to jako zdecydowaną zaletę.

Jak dla mnie ten miniserial HBO jest klasą samą w sobie. I nie jest to tylko rozrywka - zresztą, trudno bawić się, oglądając tak dramatyczne sceny. Jest to serial, który daje do myślenia. A jeśli ktoś ma jeszcze wspomnienia z tamtych czasów, to z pewnością co nieco sobie przypomni.

Moim zdaniem warto obejrzeć.

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Rower na starość

Jakoś tak się ułożyło, że nigdy w życiu nie miałem roweru - najpierw "pożyczałem" od Siostry A. (która nie była wcale z tego powodu szczęśliwa), a później... przestałem z roweru korzystać. No, raz na parę lat pożyczałem na jedną czy dwie przejażdżki sprzęt od Rodziców tudzież Siostry Be. A teraz...

No, dostałem rower!

Naprawdę! Mój własny i mogę sobie jeździć tu i tam! Jest bardzo ładny, czarno-grafitowy:

Fotografia z witryny producenta

To prezent na imieniny od Żony - w tym miejscu jeszcze raz bardzo dziękuję!

Na razie nie jeździłem jeszcze tyle, ile bym chciał, ale trochę okolicy zwiedziłem (a jest tu co zwiedzać, bo przez ten niecały rok w zasadzie poruszałem się tylko po drogach, na których dawał radę samochód). Czekam na kask, bo w sklepie nie mieli mojego rozmiaru - czyli problem podobny, jak przy słuchawkach, mam za dużą głowę. Na szczęście odpowiedni (oby!) model znalazłem w sieci, powinien dotrzeć z tym tygodniu (jak pewnie zgadujecie, dostawa idzie zdecydowanie NIE przez Pocztę).

Przygotowuję się. Dzisiaj, na przykład, kupiłem uchwyt na rower i zamontowałem go w garażu. Jak już dojdzie kask, będę Panem Rowerzystą pełną gębą.

Tylko na polskie drogi strach wyjeżdżać...

Mam plan - będę jeździł polnymi!

sobota, 8 czerwca 2019

[R] Goya na żywo

Dzisiaj, z okazji lokalnego święta (Dni Gminy) miałem okazję znaleźć się na koncercie zespołu Goya. No i co tu można powiedzieć - było świetnie! Czytałem kiedyś, że Magda Wójcik (wokalistka i założycielka zespołu) nie potrafi śpiewać na żywo, co niniejszym z całą stanowczością dementuję. Cała grupa grała i śpiewała zupełnie na żywo, bez playbacków czy innych sztuczek. Godzina naprawdę fajnej muzyki - jeśli będziecie gdzieś widzieć Goyę w swojej okolicy, wybierajcie się na koncert!

A bonusowo chyba moja ulubiona piosenka tej formacji ("chyba", bo mają bardzo dużo fajnych piosenek):

piątek, 7 czerwca 2019

Poczta - podsumowanie tygodnia nr 3

No, to zgadujcie, ile z sześciu do tej pory wysłanych kopert dotarło do moich rąk?

Zero. Piękne, okrągłe zero. Trzy tygodnie "testu" i jeszcze żadnej przesyłce nie powiodło się w drodze do mnie. Zrazu zacząłem podejrzewać, że może skrzynka, do której beztrosko wrzucam co poniedziałek swoje koperty jest zwyczajnie nieczynna. Przyjrzałem się jej uważnie w ubiegły poniedziałek i nie znalazłem nigdzie takiej informacji. Poza tym nie dochodzą także koperty wysyłane przez Siostrę Be, a to już z ową skrzynką nie ma nic wspólnego.

Mnie osobiście brakuje pomysłów, dlaczego korespondencja nie dochodzi. Sprawdziłem nawet na oficjalnej stronie Poczty Polskiej, jaki powinien być termin doręczenia zwykłego listu. Czytamy tam:

  • Priorytet – przewidywany termin realizacji usługi to następny dzień roboczy po dniu nadania (D+1) pod warunkiem nadania do godziny 15:00,
  • Ekonomia – przewidywany termin realizacji usługi to trzy dni robocze po dniu nadania (D+3).

Pod tymi danymi wisi, naturalnie, zabezpieczający pocztowe "tyłki" dopisek: "Przewidywane terminy realizacji usługi nie stanowią gwarantowanych terminów doręczenia."

Jako że wysyłam listy zwykłe ekonomiczne, powinienem - zgodnie z powyższą rozpiską - mieć już u siebie pięć z sześciu kopert. Nie mam żadnej.

No cóż, niech eksperyment trwa. Czuję tylko, że zamiast mierzyć czas dotarcia, skupię się tutaj na liczeniu tych kopert, które w ogóle dadzą radę się przez pocztę przedrzeć...

poniedziałek, 3 czerwca 2019

[O] Krzysztof Varga - Księga dla starych urwisów

Pożyczyłem już jakiś czas temu od mojego Taty wielką, białą księgę. Leżała spokojnie na półeczce, czekając na swój czas - no i się doczekała. Wbrew przypuszczeniom, lektura poszła szybko i dwa popołudnia później mogłem już się zacząć zastanawiać, o czym jest ta książka.

Wbrew pozorom, to wcale nie jest takie idiotyczne pytanie, bo zabierając się do czytania, nastawiałem się na biografię Edmunda Niziurskiego, jednego z moich ulubionych pisarzy (i z czasów młodości, ale przecież i teraz czytałem jego powieści). Wprawdzie nigdy nie byłem jakoś specjalnie ciekawy życiorysu tego autora, ale skoro już trafił w moje ręce...

Rzecz w tym, że to do końca nie jest biografia. Oczywiście, dowiadujemy się całkiem sporo o życiu (zwłaszcza że - według Krzysztofa Vargi - Niziurski wcale nie był typem bywalca salonowego i raczej wolał pisać książki we własnej pracowni, niż się udzielać towarzysko). Duża jednak część "Księgi dla starych urwisów" to opisy poszczególnych powieści, ze szczególnym uwzględnieniem ulubionej formy pisarza, czyli "powieści młodzieżowej".

Varga pokazuje powolną krystalizację stylu Niziurskiego, od względnie jeszcze mało absurdalnej "Księgi urwisów", po szczytowe osiągnięcia, czyli tzw. "cykl odrzywolski". Wspomniany jest (na szczęście krótko) okres schyłkowy, kiedy ukazywały się powieści słabsze. Ba, zaznaczono nawet coś, co mnie niezmiernie drażniło swego czasu, czyli wydawanie starych powieści pod nowymi tytułami, a często także ze zmianami "uwspółcześniającymi". To rzeczywiście było irytujące.

Oprócz słów samego Vargi, mamy też przytoczone wypowiedzi osób z rodziny lub ze środowiska (np. słowa syna, Marcina czy znanego z literatury dziecięcej Grzegorza Kasdepke). To na pewno ożywia narrację i często wprowadza elementy pokazujące prywatne oblicze Niziurskiego.

Ostatecznie otrzymałem książkę inną od tej, której oczekiwałem, niemniej całkiem dobrą i co ważne, dobrze "się czytającą". Polecam każdemu wielbicielowi Piegusa, Cymeona, Żaby czy Bubla - na pewno wspomnicie z nostalgią czas spędzony nad powieściami Niziurskiego. I wiecie co? Nabierzecie ochoty na ponowną lekturę. A to zawsze warto w tym wypadku zrobić.

piątek, 31 maja 2019

Poczta - podsumowanie tygodnia nr 2

Spodziewałem się, że będzie kiepsko, ale nie, że aż do tego stopnia. Dobrze się domyślacie, że do dzisiejszego dnia nie doszedł ani jeden z czterech wysłanych listów (przypomnę, że pierwszy był wysłany 20 maja, czyli dwa tygodnie temu). Sam nie wiem, co o tym myśleć i w zasadzie teraz każdy dzień może się okazać niespodzianką, kiedy to na przykład dostanę zbiorczą korespondencję z trzech tygodni. Widocznie Poczty nie interesuje, że mogą tam być faktury z terminem płatności i karami za zwłokę. W sumie, dlaczego ma ich to interesować - pieniądze za znaczki już są skasowane i to się liczy... Tak, gorycz przeze mnie przemawia... Nic, od poniedziałku trzecia runda.

środa, 29 maja 2019

[O] Boris Akunin - Czarne miasto

Spojrzałem na moje ostatnie blogowe wpisy i widzę, że nie jest dobrze - same negatywne emocje. Nie chciałbym wyjść na wiecznego malkontenta, więc dzisiaj będzie o tym, co wyszło dobrze.

Cykl powieści o Eraście Pietrowiczu Fandorinie rozpoczął się dawno temu i powoli dobiega końca - "Czarne miasto" jest czternastą powieścią z tego cyklu. Przyznam, że wszystkich nie przeczytałem - ale zdecydowaną większość, więc mam swoje zdanie na temat zarówno cyklu, jak i głównego bohatera. No i cóż, w obu przypadkach jest to zdanie jak najbardziej pozytywne. "Czarne miasto" wetknęła mi do ręki Siostra Be, więc nie sposób było odmówić. Miałem czytać w tak zwanym międzyczasie, ale wciągnąłem się i skończyłem czytać w dwa robocze popołudnia (czy może bardziej wieczory).

Jeśli ktoś lubi przygody Fandorina, tutaj na pewno się nie zawiedzie. Linia fabularna jest tym razem skonstruowana trochę jak w filmach o Jamesie Bondzie (bo trzeba Wam wiedzieć, że Akunin "wydestylował" szesnaście typów powieści detektywistyczno-szpiegowskich i każda kolejna książka o Fandorinie reprezentuje jeden z tych typów). Nie wiem, czy akurat rzeczywiście "Czarne miasto" to taki "jamesbond", ale ja tak to odbieram. Opisywana afera zatacza naprawdę szerokie kręgi - świat stoi na progu pierwszej wojny światowej, a główny bohater spełnia tajną misję na obrzeżach imperium rosyjskiego, w Baku. Dlaczego tam? Bo Baku było w owym czasie centrum wydobycia ropy naftowej i od tego "czarnego serca Rosji" zależały losy mocarstw. Intryga - jak zwykle - jest momentami zaskakująca, pojawiające się postaci - ciekawe. Mamy, rzecz jasna, piękne kobiety, mamy szpiegów, dywersantów, skorumpowaną policję, pościgi, porwania i tak dalej, i tak dalej. A wszystko to prowadzi do dość nagłego zakończenia, którego pewnie mało kto się spodziewa (a na pewno nie w takiej postaci).

Ja jestem bardzo zadowolony z lektury, choć domyślam się, że niektórych nieco mogą znudzić fragmenty dotyczące prowadzonego przez Fandorina dziennika (nikki), aczkolwiek mają one swoje uzasadnienie w fabule, więc nie bardzo dałoby się je usunąć. Szkoda tylko, że przez drugą połowę powieści (a w sumie może i przez 2/3) wierny sługa radcy stanu, Masa, przebywa w szpitalu - Fandorin zyskuje jednak nowego, ciekawego sprzymierzeńca.

Jeśli jeszcze nie spotkaliście się z Fandorinem, radzę zacząć lekturę od "Azazela" lub "Gambitu tureckiego". Nie dlatego, że są lepsze od "Czarnego miasta" - po prostu do tej powieści warto siąść, kiedy już wiemy co nieco o stworzonym przez Akunina świecie i mamy jakiś emocjonalny związek z bohaterami - na pewno to zaprocentuje. Do lektury zatem!

sobota, 25 maja 2019

[O] Klawiatura Logitech K375s - uzupełnienie

Postanowiłem dopisać kilka zdań uzupełnienia do testu klawiatury Logitech K375s, ponieważ dzisiaj oficjalnie powędrowała ona na strych. Dlaczego? Już spieszę z wyjaśnieniem.

Po pierwsze, jakiś miesiąc temu zauważyłem, że podczas pisania (normalnie, po polsku, np. w SublimeText albo w przeglądarce podczas tworzenia posta/e-maila) naciskałem jakąś tajemną kombinację klawiszy (nie doszedłem do tego, co to dokładnie było), która powodowała... wprowadzenie komputera w stan uśpienia. Ale taki stan uśpienia, z którego komputer nie mógł się już wybudzić - ZAWSZE uruchamianie kończyło się "niebieskim ekranem śmierci". No i wyobraźcie sobie - robicie coś ważnego na komputerze, ale macie akurat przerwę na kawę i postanawiacie odpisać na e-maila. No i trach - komputer się wyłącza, tracicie wszystkie efekty pracy i dodatkowo czas, bo trzeba cały komputer uruchamiać na nowo. Dzisiaj stało się to po raz ostatni - po prostu wyłączyłem po kolejnej awarii klawiaturę Logitecha, wyjąłem baterie i przeprosiłem się ze starą, ale jarą przewodową klawiaturą Microsoftu, model 600.

To jednak nie wszystko - niezwykle irytującą rzeczą okazało się "usypianie" klawiatury, zapewne zaimplementowane przez producenta w celu oszczędzania baterii. Jeśli używa się klawiatury ciągle, to nie ma problemu, jednak ja - pracując dużo w programach muzycznych - korzystam z klawiatury sporadycznie. Do pracy wykorzystuję głównie myszkę i Arturię KeyLab, która potrafi sterować programem DAW. No, ale czasem trzeba wpisać np. nazwę ścieżki i tu nieprzyjemne zaskoczenie, bo przez sekundę czy dwie klawiatura łaskawie się wybudza. Znów popracujesz, chcesz przefiltrować listę wpisując kilka początkowych znaków - to samo, trzeba poczekać, aż klawiatura się ocknie. I nie, nie jest to problem baterii albo tego konkretnego komputera - zmieniałem baterię, podłączałem klawiaturę do laptopa oraz smartfona (o dziwo, ze smartfonem było ok, ale może czekałem za krótko). Wyczytałem na forach, że była jakaś partia wadliwych klawiatur kiedyś tam - może trafiłem na taką właśnie?

Tak czy owak, kariera K375 u mnie dobiegła właśnie końca. I tym razem NIE polecam jej nikomu, a nawet - co zdarza mi się nieczęsto - odradzam.

piątek, 24 maja 2019

Poczta - podsumowanie tygodnia nr 1

No i nastał piątek pierwszego tygodnia testu. Czy ktoś jest zdziwiony, że nie tylko nie dotarł list wysłany z Kościana w środę, ale także ten mój, wysłany wprost ze skrzynki pocztowej Urzędu Pocztowego? Ja jakoś specjalnie zdziwiony nie jestem. Oczywiście, nie ferujmy wyroków po pierwszym tygodniu, poczekajmy na średnią, ale sami przyznacie, że start nie wygląda obiecująco.

Na dodatek mieliśmy dzisiaj jakże często spotykaną przygodę z Poczteksem. Żona zamawiała drzewka, paczka miała przyjść właśnie dzisiaj. O 13-tej pojawił się SMS, że paczka jest już na naszej poczcie, niedługo potem, że została wydana do doręczenia. Jako że pracowałem dzisiaj zdalnie, byłem w domu praktycznie cały czas, zaś o piątej przyjechała też żona. Paczki ani kuriera - ani widu, ani słychu. Po 21-ej jeszcze - na wszelki wypadek - sprawdzenie skrzynki i nic. Za to w telefonie kolejny SMS - że o 19-tej nastąpiła próba doręczenia. Jak? Nie wiadomo - kuriera nie było, awiza nie zostawił. Jeśli to nie jest kpina, to już nie wiem, co nią jest...

wtorek, 21 maja 2019

[O] Gra o tron - Koniec

„Nie o takie zakończenie drzwi trzymałem”
Hodor

"Grę o tron" zacząłem oglądać trochę przypadkowo, kiedy kolega z pracy (pozdrawiam Cię, Pawle!) strasznie się tym serialem ekscytował. No, przekonał mnie tym i wszystkich siedem sezonów po prostu pochłonąłem. Polubiłem bohaterów, polubiłem tę historię - intrygi, zwroty akcji, zaskakujące wątki. A potem... dowiedziałem się, że na sezon finałowy trzeba czekać dwa lata (!) I w dodatku ten finałowy sezon będzie miał zaledwie 6 odcinków (ale - jak zapewniali twórcy - każdy z nich będzie niemal pełnometrażowym filmem). Nadszedł rok 2019, "Gra o tron" wyszła na ostatnią prostą.

Zacznę może od tego, że - jak obecnie wszyscy chyba - miałem złe przeczucia. Już poprzedni sezon sugerował, że scenarzyści idą mocno na skróty i postaci zaczynają zachowywać się... dziwnie. No, ale zagrożenie ze strony Nocnego Króla było ogromne, stawka wysoka...

Obecnie wszyscy narzekają na ósmy sezon, ale ja powiem tak: jest on logiczną konsekwencją sezonu siódmego (a może i szóstego). Mam wrażenie, że w pewnym momencie doszło do rozmowy w rodzaju: "Hej, jak długo będziemy to jeszcze kręcić? - Dwa, może trzy sezony - Dobra, to musimy szybko, szybko poubijać tych i tamtych, to zrobimy tak, a to tak - Ale to nie ma sensu - A my nie mamy czasu, nie da się inaczej". No i mamy to, co mamy.

O co jednak ta cała drama? Czy sezon finałowy jest naprawdę taki słaby? Ja mam względem niego kilka konkretnych zarzutów.

Nocny Król

Przez siedem lat straszono nas Nocnym Królem. Że potężny, że groźny, że nie ma litości. I faktycznie, tak to wyglądało - im bliżej końca, tym bardziej poznawaliśmy potęgę armii Nieumarłych, no i co tu mówić - włos jeżył się na głowie. Kto podoła takiemu przeciwnikowi? Dochodzimy zatem do (fatalnie ciemnego) Odcinka Numer Trzy, który boleśnie zawiódł moje oczekiwania (bardzo duża część budżetu została pochłonięta przez bitwę, podczas której prawie nic nie widać). Nocny Król praktycznie zwycięża, jego zastępy wprost zalewają Winterfell i... nagle "z powietrza" pojawia się Arya i dźga Króla nożem. Ciach. Król ginie, jego oddziały rozsypują się w proch. Co?! Taka potęga, o której pisano legendy, straszono nią dzieci, która spędzała sen z powiek pokoleń i... to już? Bardziej absurdalne byłoby chyba, gdyby Nocny Król kichnął i odpadła mu przy tym głowa. Zupełnie nie kupuję tego rozwiązania.

Jaime Lannister

Jaime jest postacią, która zmieniła się chyba najbardziej na przestrzeni całego serialu. Od przemądrzałego dupka i cwaniaczka po honorowego rycerza, doceniającego poświęcenie i dane słowo. Ja osobiście szczerze go polubiłem, chociaż długo, naprawdę długo był mi solą w oku. Za dobrze to jednak szło, więc scenarzyści w czwartym odcinku finałowego sezonu postanowili, że Jaime przekreśli tę swoją przemianę i pogna w objęcia Cersei, mimo że go zdradziła, mimo że jest wrogiem, mimo że... Przez chwilę łudziłem się, że może będzie to powrót tragiczny, tj. Jaime poświęci swoją miłość do Cersei i po prostu ją zlikwiduje, żeby oszczędzić wszystkim walk i wojny. Nie.

Daenerys

W przypadku Matki Smoków twórcy serialu poszli na całość. Z królowej, która oswobadza maluczkich i gnębi złych, Danka awansowała nagle na - jak stwierdzili fani - Hitlera. Jak napisał ktoś w komentarzu, Daenerys kompletnie "oderwała się od peronu" i wymordowała kilkusettysięczne miasto. Bo tak. Jasne, można to niby uzasadniać śmiercią Missandei czy goryczą po stracie drugiego smoka, ale kompletnie nie pasuje to do charakteru postaci, która wcześniej zwykłych cywilów chroniła i oswobadzała z niewoli. A tu nagle - "a, spalę se prawie milion mieszkańców". A już wizje "oswobadzania całego świata" z ostatniego odcinka jasno pokazują, że po prostu scenarzyści w ten właśnie sposób nagle postanowili "rozwinąć" postać Khaleesi.

Jon Snow

Generalnie Jon Snow nie był moim ulubieńcem, bo to taka "ciepła klucha", która łazi i smęci po kątach, ciągle mając na twarzy tę swoją płaczliwą minę. W jego wielką miłość do Daenerys kompletnie nie uwierzyłem, za to czekałem, kiedy - nieco wbrew sobie - zostanie oczekiwanym królem Siedmiu Królestw. I - do stu tysięcy beczek zjejczałego tranu - nie mam pojęcia, dlaczego tym królem nie został! Był prawowitym spadkobiercą? Był. Był rozumny i szlachetny? Był. Miał poparcie ludu i możnych? Miał. Pozbył się nowej tyranki? Pozbył się. I co? Zostaje skazany (!) na wygnanie do... Czarnej Straży, której już nie ma, bo nie ma przed czym bronić Północy. Że jak? Że królem zostaje... Bran? Który przez osiem sezonów zrobił dokładnie nic? No dobra, miał parę wizji i posłużył za przynętę na Nocnego Króla. Ponownie - nie kupuję tego.

Niechciejstwo

To największy zarzut do twórców. Im się po prostu już nie chciało tworzyć serialu - mimo wielkiego sukcesu, milionów fanów, chęci stacji HBO. Gdzieś pewnie w okolicach szóstego sezonu, po naradzie, stwierdzili, że zrobią tylko osiem sezonów i tyle. A rozpędzonej historii nie dało się zamknąć w tak krótkim czasie - żeby zachować początkowy rozmach i odpowiednie tempo, "Gra o tron" musiałaby mieć dziewięć, a może i dziesięć sezonów. Wtedy spokojnie można by doprowadzić do satysfakcjonującego zakończenia wszystkich wątków i sensownego rozwinięcia postaci. Teraz dostaliśmy tylko zakończenie "pro forma" - coś trzeba było dać, jakoś to zakończyć.

W ogóle ósmy sezon jest festiwalem pospiechu i nieprzemyślanych decyzji. To bardzo dobry przykład "leniwego scenopisarstwa" - wszystko musi się rozwiązywać bardzo prosto. Co zrobić z Nocnym Królem i jego milionową armią? A, po śmierci Króla armia rozpadnie się w proch! Jak w ogóle pokonać Nocnego Króla? A, rzućmy na niego Aryę, każmy jej efekciarsko przerzucić nóż z ręki do ręki i niech dziabnie nim niemilca! Jak zrobić, żeby lubiana w końcu Daenerys jednak nie została królową na Żelaznym Tronie? A, niech oszaleje, wszyscy ją znienawidzą, a my ją wtedy zabijemy i problem z głowy! Każdy, każdy wątek rozwiązywał się "sam", nie było tu trudnych wyborów. Nie było też sensownych. Jeśli ktoś "przeszkadzał", a nie było pomysłu czy czasu, żeby zrobić z nim coś w miarę rozsądnego, jedynym rozwiązaniem scenarzystów była śmierć postaci. A im głupsza, tym lepsza.

Jeśli ktoś jest fanem serialu, nie będzie z ostatniego sezonu specjalnie zadowolony. Jeśli jest fanatykiem, będzie wściekły. Mnie jest trochę przykro, że tak beznamiętnie i bez pomysłu zrobiono to, co zrobiono - wielka szkoda, bo mógł to być jeden z najlepszych seriali wszech czasów, a tak... Idealnie podsumowują to słowa Tyriona z ostatniego odcinka: "Wszyscy są zawiedzeni, więc mamy niezły kompromis". No cóż...

P.S. W jednym z komentarzy na YouTube znalazłem lapidarne i trafne streszczenie całego serialu: Po zamordowaniu prawowitego, choć szalonego władcy Siedmiu Królestw, wybucha konflikt o sukcesję Żelaznego Tronu. Po ośmiu latach wszyscy najbardziej żądni władzy i psychopatyczni pretendenci do tronu zostają wyeliminowani, stolica wygląda jak Drezno po bombardowaniu w 1945 roku, a smok roztapia Żelazny Tron. W związku z tym lekko zmęczeni arystokraci zgadzają się na wprowadzenie systemu elekcji królów i wybierają niepełnosprawnego outsidera myśląc zapewne, że będzie nim łatwo kierować i w spokoju dbać o własne interesy. W międzyczasie napotykamy dużo seksu i przemocy, są też zombie i smoki.

poniedziałek, 20 maja 2019

Poczta - test rzetelności

Mam dosyć. Poczta po raz kolejny nie dostarczyła mi zaabonowanego pisma. Jest to trzeci, jeśli nie czwarty taki przypadek, a najgorsze, że ja - jako odbiorca - nie mogę złożyć reklamacji (!), bo może to zrobić tylko nadawca, jak poinformowała mnie pani w okienku. Nie jestem pewien, czy to do końca prawda - ale poczytam i się dowiem - tymczasem jednak postanowiłem sprawdzić, czy casus z tym moim czasopismem to przypadek, czy rzeczywiście miejscowy urząd pocztowy pracuje kiepsko (bo parę opóźnień w dostarczaniu też się już zdarzyło - a mieszkamy ledwie rok niecały).

Procedura testowa

Kupiłem znaczki i koperty, te ostatnie opisałem datami kolejnych poniedziałków i od dzisiaj rozpocząłem cykliczne wysyłanie ich co 7 dni (do samego siebie, ze skrzynki w urzędzie pocztowym - na skrzynce napisano, że "Listy wyjmuje się w każdy poniedziałek w godzinach 14-15). W tym samym czasie moja nieoceniona Siostra zrobi podobny test, ale wysyłając do mnie koperty z Wielkopolski (tym razem w środy). Dla każdej koperty będzie znany czas wysyłki oraz czas dostarczenia (chyba, że koperta nie dotrze na miejsce - ale to również zostanie zanotowane).

Planuję też w każdym tygodniu zamieszczać tu, na blogu, podsumowanie (może w piątki?), żeby nie było wątpliwości, co już dotarło, a co nie i kiedy. Będzie to dodatkowa dokumentacja.

Po co to?

Ktoś może się zapytać, po co płacić Poczcie za udowodnienie tego, co wszyscy dookoła wiedzą? No, okazuje się, że właśnie nie wszyscy wiedzą - kiedy narzekałem tu i ówdzie na jakość pracy tej "mojej" poczty, zawsze znalazł się głos, że na pewno to ja (albo nadawca) zrobiłem coś źle i dlatego przesyłki nie docierały na czas. Ten test ma pokazać, jak Poczta poradzi sobie ze zwykłymi listami, które - według słów tej samej pani z okienka - powinny dojść w dwa-trzy dni. Zobaczymy.

Bieżące podsumowania

Poniżej zamieszczam linki do kolejnych podsumowań tygodniowych.

niedziela, 19 maja 2019

Kolejna taka niedziela

No, nie chciało przyjść ciepło, nie chciało. Ale jak już przyszło, to od razu 25oC - i roślinki rosną, aż miło. Pora zatem na kolejną rundę dookoła ogródka, z aparatem i blendą:

sobota, 18 maja 2019

Zgadywanka

Bywały już na moim blogu różne zgadywanki, przeważnie makro. Tym razem zgadywanka typu "krótkowidz" - czyli zdjęcia celowo nieostre. Co jest na którym? Do dzieła! Dla jasności - każde zdjęcie oznaczone jest literą, umieszczoną POD fotografią.

A

B

C

D

E

F

G

H

I

J

K

Odpowiedzi: A - sosna, B - jabłonka, C - dmuchawce, D - kawiarniane stoliki i krzesełka, E - konewka, F - model żaglowca, G - bydlęca czaszka, H - białe komunijne baloniki, I - cytryny na piętrowej paterze, J - paprotka, K - figura Johna Belushiego z Blues Brothers :o)

piątek, 17 maja 2019

[O] Ewa Prus - Fotografia malarska

Jakoś umknęła mi ta konkretna pozycja - bo poza nią mam niemal wszystkie publikacje autorów "Szturchańca fotograficznego". Publikacje, które bardzo sobie cenię za przekazywanie wiedzy, a nie lanie wody czy prezentowanie tanich sztuczek. Czy taka też jest "Fotografia malarska", za którą stoi pióro Ewy Prus? Zobaczmy.

Fotografia malarska?

Tytuł może wzbudzić pewną niepewność co do treści - bo może sugerować, że chodzi o poradnik tworzenia "malarskich" kadrów, czyli odpowiednio skadrowanych, oświetlonych i przypominających może jakieś istniejące obrazy mistrzów pędzla. Od razu te wątpliwości rozwiewam - tytuł należy rozumieć dosłownie, a chodzi tu o podanie przepisów, jak z fotografii zrobić "obrazy". Czyli jakich filtrów i narzędzi z Photoshopa użyć, by nasze zdjęcie z Mazur przypominało np. delikatną akwarelę. Z tego względu nie jest to absolutnie pozycja dla osób, które obróbkę zdjęcia traktują jako zło konieczne i najchętniej publikowałyby pliki wprost z aparatu. Tutaj się zmienia, miesza, przerabia, modyfikuje i zdecydowanie odchodzi od realizmu. To nie jest książka dla dokumentalistów.

Struktura e-booka

Ewa podzieliła książkę na kilka części, z których każda zajmuje się szczegółowo konkretnym stylem rysunkowo-malarskim. Mamy akwarelę, rysunek węglem, obrazy olejny i impresjonistyczny oraz pop art. Poradnik dotyczy wykorzystania Photoshopa, ale bardzo dużo rzeczy da się zrobić też w innych aplikacjach (chociaż trzeba będzie się naszukać odpowiedników opisywanych funkcji) - nie jest to jednak wada, bo program od Adobe jest de facto standardem w dziedzinie obróbki grafiki.

Dobrym pomysłem są przede wszystkim dwie rzeczy: możliwość pobrania obrazów do ćwiczeń oraz ostatnia strona każdego działu, nazwana "Skąd wyszliśmy, dokąd dotarliśmy", gdzie można na spokojnie obejrzeć obraz wyjściowy oraz uzyskany efekt. Korzystanie do ćwiczeń z obrazów Ewy i Piotra (bo i on użyczył swoich fotografii) ma ten plus, że - o czym ostrzega autorka - ustawienia narzędzi Photoshopa zależą od wymiarów obrabianego obrazu, a w tym przypadku mamy zagwarantowane uzyskanie identycznych rezultatów jak w książce.

Wrażenia

Zasadniczo zatem książka prezentuje się bardzo dobrze i trudno się tu czegokolwiek czepiać - poza może samą ideą zamiany fotografii w pseudo-obraz. Bo to pomysł kontrowersyjny - dla fotografów-purystów rzecz nie do pomyślenia, dla malarzy - bluźnierstwo. W sumie podobne wrażenie miałem, publikując pięć lat temu opis Dynamic AutoPainter - też pojawiło się tam pytanie, dla kogo to?

I wydaje mi się, że tutaj odpowiedź może być podobna - z tego typu przeróbek mogą skorzystać graficy, ilustratorzy, osoby tworzące prezentacje lub szaty graficzne do publikacji. Czy ja bym wydrukował tak przerobione zdjęcie i powiesił w salonie? Raczej nie, wolałbym powiesić zdjęcie w oryginale, przynajmniej przy ewentualnej pochwale nie musiałbym prostować: nie, to nie obraz, nie, to nie ja malowałem, to przerabiane w Photoshopie...

Plusem ręcznej przeróbki jest unikalność i możliwość doszlifowania każdego detalu. Jako ciekawostkę zamieszczam jedno ze zdjęć, przerobione automatycznie przez aplikację Dynamic AutoPainter (presety JoaquinHD oraz Pino). Mam nadzieję, że Ewa się nie obrazi:

Po dokładniejszym przyjrzeniu się widać, że "malował" algorytm, a nie żywy człowiek. Ręczna praca zawsze pozostanie ręczną pracą, więc obrazy "na ścianę" warto przygotowywać samodzielnie.

Ostatecznie

Na pewno jednak warto wypróbować podane przykłady, bo nawet jeśli nie planujemy artystycznych przeróbek naszych zdjęć, to na pewno przy okazji poznamy parę ciekawych funkcji Photoshopa - a te mogą się nam przydać przy okazji innych prac. Innymi słowy - lektura na pewno nie będzie czasem straconym.

czwartek, 16 maja 2019

4 lata Retro na gazie

Całkiem niedawno pisałem o Graniu na gazie, czyli filmikach Borsuka i Larka. Tymczasem ich strona macierzysta, czyli Retro na gazie, obchodzi właśnie 4 lata istnienia (samo "Granie na gazie" w czerwcu będzie świętowało roczek).

Wypada więc życzyć chłopakom jeszcze wielu, wielu lat retro-pasji i żeby to nie zanikło, bo czasem warto wrócić sobie do czasów młodości oraz zobaczyć, co obecnie pojawia się na tych historycznych już platformach. Dla chętnych Larek spreparował film wspominkowy: