poniedziałek, 18 lutego 2019

Expectation nie tylko w BandCamp

Osoby, które niespecjalnie przepadają za serwisem BandCamp, gdzie opublikowałem Expectation, mogą skorzystać już z serwisów streamingowych, czyli Spotify, Tidal, Deezer czy Amazon Music. Lada chwila album powinien być też dostępny w Apple Music. Pełna lista serwisów poniżej:

  • Spotify
  • Apple Music
  • iTunes
  • Google Play/YouTube
  • Amazon
  • Pandora
  • Deezer
  • Tidal
  • Napster
  • iHeartRadio
  • ClaroMusica
  • Saavn
  • Anghami
  • KKBox
  • MediaNet

Życzę przyjemnego słuchania!

Czarodziejski flet

To było bardzo miłe popołudnie we wrocławskim Teatrze Lalek. Dlaczego? Bo córka zabrała mnie (a raczej całą rodzinę) na "Czarodziejski flet". To była moja pierwsza wizyta w tym teatrze i bardzo się cieszę, że przedstawienie było tak dobre!

Źródło: https://teatrlalek.wroclaw.pl/

Ogólnie "Czarodziejski flet" był już mi znany wcześniej, ale tak naprawdę podobała mi się z niego tylko muzyka, bo samo libretto sprawiło na mnie wrażenie mocno niejasnego i wydumanego. Na szczęście Marek Zákostelecký, reżyser, podszedł do adaptacji na tyle twórczo, że i historia jest w miarę czytelna (szczególnie dla dzieci!), a na domiar złego - zabawna!

Źródło: https://teatrlalek.wroclaw.pl/

Duża w tym wszystkim jest też zasługa zespołu, z którego na pewno należy wyróżnić Grzegorza Mazonia w roli samego Mozarta. Postać ta, będąca jednocześnie narratorem, śpiewakiem, muzykiem wzbudzała salwy śmiechu wśród dzieci (i nie tylko) i była zagrana bardzo dobrze. Reszta obsady także wypadła świetnie, a pięknych głosów Królowej Nocy (w tej roli Patrycja Łacina-Miarka) czy Sarastra (Krzysztof Grębski) nie spodziewałem się w przedstawieniu dla najmłodszych.

Źródło: https://teatrlalek.wroclaw.pl/

Wypada także podkreślić pomysłową i przemyślaną scenografię (teatrzyk cieni - genialne!) oraz muzykę (choć tu, wiadomo, częściowo chwali się Mozarta). W zasadzie trudno znaleźć mi jakieś niedociągnięcia - i nie będę ich szukał na siłę.

Źródło: https://teatrlalek.wroclaw.pl/

Cieszę się z tej wizyty w teatrze tym bardziej, że "Czarodziejski flet" właśnie schodzi z afisza i od marca nie będzie go już w repertuarze - zdążyliśmy więc przysłowiowym rzutem na taśmę. Perełka była zachwycona i podobały jej się wszystkie postaci, co sprawiło, że mnie się przedstawienie podobało w dwójnasób.

Tylko szkoda, że tradycyjna wersja dla dorosłych jest... no, mniej porywająca...

Źródło: https://teatrlalek.wroclaw.pl/

Informacje

Libretto: Emanuel Schikaneder
Tłumaczenie: Bogdan Ostromęcki, Witold Rudziński
Reżyseria: Marek Zákostelecký
Adaptacja: Marek Zákostelecký, Elżbieta Chowaniec
Dramaturgia: Elżbieta Chowaniec
Scenografia: Marek Zákostelecký
Opracowanie muzyczne: Vratislav Šrámek
Korepetycje wokalne: Magdalena Śniadecka
Choreografia: Aneta Jankowska
Wizualizacje: Robert Maniak, Alicja Pietrucka

Obsada

Trzy damy Królowej Nocy: Anna Bajer, Kamila Chruściel, Jolanta Góralczyk
Sarastro, Kapłan Izydy i Ozyrysa: Krzysztof Grębski
Papageno, ptasznik Królowej Nocy: Marek Koziarczyk
Pamina, córka Królowej Nocy: Marta Kwiek / Agata Cejba (gościnnie)
Królowa Nocy, Pamina: Patrycja Łacina-miarka
Mozart: Grzegorz Mazoń
Tamino, książe egipski: Sławomir Przepiórka
Papagena: Edyta Skarżyńska

niedziela, 17 lutego 2019

[S] Mokro i sucho

Dziś krótka fotograficzna relacja z wrocławskiego ZOO. Trochę zwierzaków z wody i trochę z miejsc suchych - może jeszcze uzbieram lądowe zwykłe. Systematyka niestandardowa, ale obrazowa. Zapraszam do oglądania!

niedziela, 10 lutego 2019

Perełka - Rysunkowe zagadki

Rysujemy. To znaczy, Perełka rysuje, a Tata zgaduje, co to takiego. Niektóre rysunki są bardzo udane (na przykład baranek czy pszczoła), a niektóre są... bardzo odkrywcze.

- Tu ci, Tata, narysuję takie coś... - mówi Perełka i coś tam maże na papierze. Co - nie wiadomo, bo Tata leży na łóżku i nie wszystko na biurku widzi.

W końcu nadchodzi chwila prawdy i...

- Co to jest? - pyta Tata.

- Ślimak - wyjaśnia cierpliwie Perełka.

- Ślimak? A nie ma tu czegoś za dużo? - Tata wskazuje palcem na część budzącą wątpliwości.

- Oj, Tata - przewraca oczami Perełka - bo on ma dwa pokoje: sypialnię, a tu z przodu - łazienkę.

- Aha...

Perełka wzrusza ramionami:

- No, żeby nie musiał daleko biegać, jak mu się zachce.

sobota, 9 lutego 2019

Kwiatki domowe w lutym

Kwiaty są piękne o każdej porze roku, ale w styczniu czy lutym szczególnie cieszą oko - są jednym z niewielu kolorowych roślinnych akcentów. Aż szkoda nie sfotografować!

czwartek, 7 lutego 2019

Expectation cyfrowo

Dzisiaj opublikowałem mój najnowszy album, czyli Expectation - na razie w postaci cyfrowej, w serwisie BandCamp. Wersja CD się tworzy - trzeba przygotować okładkę i nadruk na płytę, wytłoczyć i tak dalej. Tym niemniej, słuchać już można, do czego gorąco namawiam - a krytyczne uwagi najlepiej zamieszczać w komentarzach!

środa, 6 lutego 2019

[K] Do znudzenia - przeglądarki

Co jakiś czas robię sobie przegląd rynku przeglądarek. Po co? W sumie moja praca bazuje w dużej mierze na testowaniu oprogramowania działającego właśnie w przeglądarkach, więc siłą rzeczy używam kilku z nich równolegle, aby sprawdzać działanie aplikacji. Poza tym lubię od czasu do czasu potestować sobie, co też ludzie ciekawego wymyślili.

Ranking popularności

Według danych ze strony https://www.w3schools.com/browsers/, obecnie bezwzględną dominację zapewniła sobie przeglądarka Chrome, której używa ponad 80% użytkowników - wcześniej taka sytuacja miała miejsce w połowie 2004 roku, kiedy ponad 80% popularności miał... Internet Explorer.

Drugie miejsce w rankingu zajmuje Firefox, który ma nadzieję po gruntownej przebudowie na wzrost - ale póki co, z miesiąca na miesiąc traci popularność i być może w chwili obecnej spadł już poniżej 10%.

O drugie i trzecie miejsce walczą zgodnie Edge/IE oraz Safari, tradycyjnie w niespełna dwuprocentowym ogonie ciągnie się Opera. Reszta przeglądarkowego tłumu nie załapała się do rankingu.

Rzecz jasna, wyniki popularności zależą też od tego, jaki serwis i w jaki sposób gromadzi dane o przeglądarkach użytkowników - na Wikipedii można porównać dane z końcówki ubiegłego roku dla kilku najpopularniejszych pomiarów. Generalnie jednak Chrome wszędzie wygrywa, różnice występują w środku stawki(raz wyżej jest Safari, raz Edge, a raz Firefox).

Silniki trzy

Obecnie dominującym silnikiem renderującym w przeglądarkach jest Blink (ponad 40% rynku), który niedawno został nawet wrzucony do Edge'a, zastępując w nim autorski silnik Microsoftu. Alternatywami są WebKit (m. in. Safari) oraz Gecko (Firefox i pochodne). W statystykach widnieją wprawdzie jeszcze stare silniki Trident (Internet Explorer) oraz Presto (stara Opera), ale od lat nie są już one rozwijane i prawdopodobnie ich udział w rynku będzie dążył do zera.

Co komu potrzebne

Zasadniczo dostrzegam dużą unifikację przeglądarek - zdecydowana większość bazuje na projekcie Chromium, z którego wywodzą się m. in. Chrome, Vivaldi, Comodo Dragon, Slimjet czy Opera i Edge. Ma to swoje oczywiste zalety - spójny sposób wyświetlania stron WWW, wspólne narzędzia (np. devkit dla programistów) czy - chyba najważniejsze - wspólna baza rozszerzeń.

Właściwie doszliśmy obecnie do sytuacji, gdy o przewadze danej przeglądarki nad innymi decydują na dobrą sprawę tylko osobiste preferencje użytkownika. Oczywiście, są jeszcze różnice w wydajności, zwłaszcza jeśli chodzi o interpretację JavaScript. Przeprowadziłem kilka samodzielnych testów w serwisie JetStream) i otrzymałem następujące wyniki:

  • (Blink) Brave 0.55.22 - 96.8
  • (Gecko) Firefox 65.0 - 81.9
  • (Blink) Opera 57.0.3098.116 - 72.7
  • (Trident) Internet Explorer 11.0.9600.19236 - 56.2
  • (Blink) Vivaldi 2.2.1388.37 - 58.3

Wnioski zostawię Wam - według serwisu, im wyższa ocena, tym lepiej.

Niemniej mało kto przed wyborem przeglądarki przeprowadza pomiary - raczej szukamy w niej jakiejś unikalnej, pożądanej przez nas funkcji (np. fajną rzeczą w Operze jest tryb "turbo" lub wbudowany bloker reklam - mimo że bez problemu można dodać rozszerzenie do usuwania reklam). Czasem rolę grają przyzwyczajenia albo... uprzedzenia - np. niektórzy ludzie unikają popularnego Chrome'a, bo zniechęca ich duże zapotrzebowanie tej przeglądarki na zasoby komputera (pamięć!) lub boją się o poufność swoich danych - krąży przecież plotka, że Google wyciąga za pomocą Chrome'a mnóstwo danych o użytkownikach.

Ale co wybrać?

Dla osób, które nie potrzebują przeglądarki "zawodowo", w zasadzie jest wszystko jedno, na co się zdecydują. Można użyć szybkiego Firefoksa, można popularnego (ale zasobożernego) Chrome'a. Jeśli ktoś ma Windows 10, może pozostać przy wbudowanym weń Edge'u.

Bardziej zaawansowani użytkownicy powinni wziąć pod uwagę szybkość pracy i oferowane specjalne funkcje - na przykład synchronizację konta przeglądarki (pomaga synchronizować dane między przeglądarkami zainstalowanymi np. na komputerze stacjonarnym, laptopie i w smartfonie), blokowanie reklam, narzędzia deweloperskie czy specjalne panele lub tryby przeglądania stron.

Słowo na koniec

I w sumie z tych wszystkich statystyk i pomiarów wynika tylko tyle, że warto poszukać przeglądarki zwyczajnie wygodnej. A tego już tak łatwo zmierzyć się nie da - dla jednego wygodne są przyciski z prawej, dla drugiego z lewej, ten wybierze takie kolory, tamten - inne. Ktoś woli gesty, inny - skróty klawiaturowe.

Ja tymczasem pozostaję przy Vivaldim, mimo że wydajnościowo nie jest obecnie zbyt rewelacyjny (że tak to eufemistycznie określę). Przyzwyczaiłem się do niego, mam te swoje panele po lewej stronie, polubiłem kolorowanie zakładek w zależności od odwiedzanej strony oraz tryb czytania. No i ten czarny interfejs użytkownika...

wtorek, 5 lutego 2019

Muzyczny Kwiat jabłoni

Znacie zespół Kwiat jabłoni? Nie? Ja też nie znałem - do dzisiaj. Nieoceniony Krzysiek przysłał mi pytanie, czy słyszałem ich nagranie i co sądzę. Zainteresowałem się więc.

Znów pomógł Spotify i szybko odszukałem płytę "Niemożliwe", która ukazała się pierwszego lutego. Włączyłem.

Zespół tworzą dwie osoby, rodzeństwo Kasia i Jacek Sienkiewiczowie. Oboje śpiewają, a za instrumentarium wystarcza im fortepian (Kasia) i mandolina (Jacek). No dobrze, Jacek dodaje do tego trochę elektroniki, ale dość oszczędnie, niczego nie odbierając minimalistycznym kompozycjom. Wokale są bardzo przyjemne, a teksty niegłupie, więc przyznaję bez bicia, że zostałem pozytywnie zaskoczony. Charakter muzyki trochę skojarzył mi się z niektórymi utworami Zaz, a że Zaz lubię, to i Kwiat jabłoni chyba też polubię.

I teraz się zastanawiam, czy próbować dostać się na ich koncert we Wrocławiu? Bo to już 27 lutego. Podejrzewam, że na żywo duet tylko zyskuje. No nic, na razie pozostaje słuchanie płyty. A czy polecam? Jeśli lubicie delikatny popowy folk, to jak najbardziej.

[O] Vangelis - Nocturne

Najnowszy album Vangelisa wziął mnie z zaskoczenia. Pod koniec stycznia zobaczyłem informację, że właśnie ukazała się płyta "Nocturne. The Piano Album". Tutaj swoją siłę pokazało Spotify, bowiem bez biegania po sklepach czy zamawiania przez internet mogłem po prostu włączyć odtwarzanie i już. I jako całą recenzję mógłbym zamieścić jedno słowo: warto.

Nie będę krył, że Vangelis to jeden z moich ulubionych kompozytorów i cenię go bardziej niż np. Jarre'a czy Oldfielda. I trzeba też jasno powiedzieć, że Vangelis jakimś cudem unika "wpadek", jakie przytrafiają się Francuzowi i Brytyjczykowi - albumów wtórnych, nudnych czy wybitnie komercyjnych (w negatywnym tego słowa sensie). Być może jest przez to mniej popularny i praktycznie poza klasycznymi "Rydwanami ognia" nieobecny w mediach, ale to mi akurat w ogóle nie przeszkadza.

I tak sobie słucham, i słucham, jak Grek gra na fortepianie (taki charakter mają zamieszczone na albumie utwory). Większość to rzeczy premierowe, ale jest kilka perełek w nowym wykonaniu, np. "To the Unknown Man" czy moje ukochane "La petite fille de la mer" oraz "Conquest of Paradise". 17 pięknych melodii, które naprawdę relaksują. Nowe kompozycje nie wbijają się może w pamięć, ale "Nocturnal Promenade" czy "Through the Night Mist" na pewno należy uznać za udane.

Cóż więcej pisać - jestem ogromnie zadowolony, że dowiedziałem się o tej płycie. Vangelis nie zawodzi i dobrze jest czasem posłuchać jego kompozycji w wykonaniu mniej orkiestrowym, za to intymniejszym i delikatnym. Moim zdaniem to bardzo dobre wydawnictwo i gorąco zachęcam do posłuchania.

poniedziałek, 4 lutego 2019

[O] Flash i Supergirl

Z braku laku zapoznałem się ostatnio z dwoma serialami, bazującymi na komiksach wydawnictwa DC: "Flashem" i "Supergirl". Chciałem sprawdzić, jak mają się one do seriali Marvelowych, czyli "Luke'a Cage'a", "Iron Fista", "Daredevila" i reszty. No i się dowiedziałem - szczegóły niżej i z góry przepraszam za możliwe spoilery.

Zastrzegam też od razu, że fanem komiksów DC nie jestem, nie czytam ich i nie zbieram, całą wiedzę czerpiąc wyłącznie z kina. Stąd - być może - dość sceptyczne podejście, ale z drugiej strony, tak samo nie czytam komiksów Marvela, a seriale oparte na komiksach tego właśnie wydawnictwa bardziej mi przypasowały...

Miłe złego początki

Oba seriale są bardzo do siebie podobne, jeśli chodzi o podejście i podobnie, jak u Marvela, występują tu odcinki czy całe wątki, które przeplatają jeden serial z drugim (oczywiście, trzeba tu mieć w pamięci, że dochodzi do tego uniwersum także "Arrow" czy "DC's Legends of Tomorrow").

W obu serialach zaczyna się dobrze - widać dużo optymizmu i naiwności, ale w porządku, mnie to akurat pasowało. Zarówno Barry Allen, jak i Kara Danvers są sympatyczni, ładni i budzą pozytywne emocje, zaś rozwiązywane przez nich problemy są może i infantylne, ale pasują do charakteru fabuły.

Dobra passa trwa zarówno we "Flashu", jak i w "Supergirl" jakieś półtora sezonu - no dobrze, może dwa sezony. A potem...

Ostry zjazd

Mam dziwne wrażenie, że w obu przypadkach zapału i pomysłów starczyło właśnie na dwa sezony. Potem zaczęło się rozpaczliwe szukanie sposobu, czym zapełnić kolejne odcinki.

"Flash" zaczął się potykać o własne nogi pod koniec drugiego sezonu - ciągłe podróże w czasie, zmiany charakterów postaci, wciskanie na siłę związku Barry'ego z Iris... Zoom był już nieco męczący, ale dopiero Savitar z sezonu trzeciego przeciągnął strunę...

Z "Supergirl" jest gorzej, bo obejrzałem nie tylko kiepski trzeci sezon, ale także ponad połowę czwartego. Pomijam już wpadki tłumaczy, którzy nie mogli się zdecydować, czy tłumaczyć nazwy głównych przeciwników, czy zostawić oryginalne. Ale FABUŁA!... Sezon trzeci to walka z super-potężnymi world killers, powrót Mon-Ela i... odnalezienie ocalałych Kryptonian, dryfujących na małej planecie (planetoidzie?) Jednak to sezon czwarty przebija wszystko inne: fabułę osnuto tutaj na prześladowaniach Obcych, więc przez wszystkie odcinki mamy wzniosłe mowy o tym, jak to wszyscy są równi, a Ameryka kocha swoje przybrane dzieci...

Tak ogólnie

Można się zastanawiać, po co oglądałem aż tyle, skoro wszystko zmierzało do nieubłaganie słabego finału? W obu przypadkach było podobnie: polubiłem głównych bohaterów. I oglądałem dla nich - licząc, że jednak stanie się cud i oba seriale wyjdą w końcu na prostą. Niestety. O ile "Flash" jeszcze jako tako się wybronił (powiedzmy), to "Supergirl" kompletnie pogrążyła się czwartym sezonem. Tym samym odeszła mnie całkiem ochota na obejrzenie serialu, do którego się to wszystko zaczęło, czyli "Arrow".

Podsumowując, nie zachęcam nikogo do oglądania. Można rzucić okiem na odcinki pilotażowe - i tyle. Chyba, że bardzo, ale to bardzo się nudzicie i macie słabość do postaci w trykotach.

niedziela, 3 lutego 2019

Nocą też jest fajnie

Pogoda wprawdzie nie sprzyja ostatnio, ale zawsze można poczekać na noc i próbować coś "ustrzelić" po zmroku. Na przykład po raz "enty" - Łysego:

czwartek, 31 stycznia 2019

Koniec stycznia

Tam do licha! Już koniec stycznia! Aż nie do wiary. Mógłbym teraz napisać wiele o tym, jak to czas przyspiesza z każdym przeżytym rokiem (bo to prawda) albo że już 1/12 nowego roku za nami.

Tymczasem jednak napiszę tylko optymistycznie, że wiosna - moja ulubiona pora roku - coraz bliżej. Dni coraz dłuższe, a w ostatnich dniach pojawiło się nawet mnóstwo słońca, co również poprawia morale. Zamiast więc narzekać, że czas mija, cieszmy się, że czas mija.

I kiedy za jakieś dwa miesiące zaczną się te piękne, jaśniejsze i cieplejsze dni, dawno zapomnimy o mroźnym, styczniowym poranku.

środa, 30 stycznia 2019

Python

Jako programista używałem wielu różnych dostępnych języków programowania: od BASIC i assemblera na ośmiobitowcach, przez Pascala i Delphi po Javę, PHP i JavaScript. Miałem też krótki "romans" z C# i Lua.

Ostatnio jednak moje domowe "programowanie" sprowadzało się do tworzenia małych narzędzi, które coś tam robią z czymś tam. Dobry przykład to wyszukiwanie na dysku plików dźwiękowych w formacie WavPack (wv) i konwersja ich na popularniejszy format Wave (wav). Do takich celów tworzenie wieloklasowych projektów javowych wydaje się przerostem formy nad treścią, natomiast pliki wsadowe bat są nieco zbyt mało elastyczne. Postanowiłem wypróbować Pythona.

Dlaczego Python?

Do jego użycia przekonały mnie dobre opinie zarówno w sieci, jak i wśród znajomych informatyków. Prosty i przejrzysty język, w dodatku wydajny, dobrze udokumentowany i zaopatrzony w mnóstwo przydatnych bibliotek. Czego chcieć więcej?

Oczywiście, znaczenie ma też to, że język jest dostępny za darmo na stronie https://www.python.org/, a do pisania programów można wykorzystać w zasadzie dowolny edytor - ja zamiennie stosuję Sublime Text oraz JetBrains PyCharm.

Bogactwo dokumentacji i wsparcie jest ogromne - na razie nie spotkałem się jeszcze z zagadnieniem, którego nie potrafiłbym rozwiązać czy to z pomocą Google'a, czy pythonowego forum. A to bardzo ważne, zwłaszcza w początkowym okresie, w którym aktualnie się nadal znajduję.

Pierwsze projekty

Wiadomo, że programowania nie sposób się nauczyć, jeśli nie pisze się programów. Praktyka czyni mistrza, a wizja stworzenia przydatnego narzędzia jest najlepszą motywacją. Na razie mam "na koncie" zaledwie dwa większe projekty: jeden do porządkowania kopii zapasowych plików muzycznych, a drugi do "inteligentnej" zmiany rozszerzeń plików w oparciu o dane znajdujące się w tych plikach. Oba projekty są względnie mało skomplikowane i ich napisanie nie zajęło wiele czasu - składnia Pythona jest dość przejrzysta i dla programisty z jako takim doświadczeniem przestawienie się nie powinno być problemem.

Panie, a co z Javą?

No cóż, wygląda na to, że w kwestii tworzenia małych, sprytnych narzędzi Java właśnie przegrała u mnie z Pythonem. I dobrze, bo zawsze można się w ten sposób nauczyć nowych rzeczy. Teraz w kolejce do nauki czeka jeszcze Unity - ale dopóki nie wymyślę jakiejś fajnej gry do zrobienia, pewnie się za to nie wezmę. Tak czy owak, fajnie jest być programistą.

niedziela, 27 stycznia 2019

HALS - ćwierć wieku temu

Wiecie, że jestem typem nostalgicznym, prawda? Dziś kolejna (po Michel Delving) opowieść z cyklu powrotów do przeszłości.

Zaczęło się tradycyjnie od przypadku - przeglądając jakieś strony internetowe trafiłem na nazwisko Mirosława Rymarza. To przypomniało mi czasy wczesnego liceum, kiedy to w ramach języka polskiego chodziliśmy na "przedstawienia i teatry" do miejskiego ośrodka kultury "Hutnik". A konkretnie chodziło o przedstawienie "Listy z Ameryki" na podstawie esejów Marka Hłaski - jedyny spektakl, który zapamiętałem z tamtych czasów. A zapamiętałem dlatego, że strasznie podobała mi się towarzysząca przedstawieniu muzyka - do tego stopnia, że wykosztowałem się wówczas na kasetę magnetofonową. I okropnie tę kasetę lubiłem (no wiecie, w czasach liceum człowiek ma takie "tkliwe" wnętrze).

Potem poszedłem na studia, kaseta gdzieś przepadła i nie zdążyłem jej ocalić od zapomnienia, przenosząc do domeny cyfrowej. Nazwisko Pana Rymarza zapadło mi w pamięć, bo była to jedyna identyfikacyjna dana na kserowanej okładce. Naturalnie, gdy teraz sobie to wszystko przypomniałem, rzuciłem się do szukania informacji, co, kto, jak i kiedy. Szybko znalazłem informację, że "Listy z Ameryki" to dzieło teatru HALS - ba, nawet na stronie można pobrać kilka piosenek z tego przedstawienia. Niestety, nie jest to pełna lista, a w dodatku są to nowe aranżacje, które - chociaż bardzo dobre - nie działają na mnie tak bardzo, jak te "kasetowe".

Cóż zrobić - postanowiłem napisać do Pana Mirosława i w liście wyjaśniłem, że czuję wielki sentyment do tamtych piosenek. I wiecie co? Bardzo szybko dostałem odpowiedź i załączone piosenki w tych starszych wersjach! Wymieniliśmy z Panem Mirosławem jeszcze kilka listów, wspominając "stare dobre czasy" - a ja mogłem po latach wrócić do tych bardzo pięknych i mądrych piosenek. Warto wierzyć w ludzi! A Wam polecam posłuchanie przynajmniej tych starszych wersji (rozdział "Muzyka", utwory z dopiskiem "Listy z Ameryki").

środa, 23 stycznia 2019

[O] Punisher, sezon 2

Netflix udostępnił niedawno drugi sezon serialu Punisher, którego z pewnością nie przegapi żaden fan "jedynki". Czy warto poświęcić czas na tych 13 odcinków?

Dwutorowa fabuła

Nie chcę tym razem za bardzo zdradzać szczegółów fabularnych, powiem więc tylko, że drugi sezon dzieli się na dwa główne wątki. Pierwszy związany jest z Billem Russo, którego dobrze pamiętamy z poprzedniego sezonu oraz na (chyba jednak mniej istotny) wątek "ze zdjęciami". Oba wątki istnieją niejako równolegle i w zasadzie się nie łączą, pomijając może udział w każdym z nich Franka Castle'a. Trochę szkoda, ale może inaczej wyszłoby połączenie zbyt przekombinowane?

Tak czy inaczej, dwaj główni przeciwnicy Franka to Bill oraz John Pilgrim. O ile Billa już znamy (choć tutaj za sprawą częściowej utraty pamięci możemy lepiej poznać jego bardziej szaloną naturę), to z początku ciekawszy wydawał mi się Pilgrim. Jest to egzekutor, wynajęty przez "bogobojną" rodzinę do uciszenia pewnej sprawy, który koniec końców będzie musiał zmierzyć się z Punisherem. Trochę "boli" zastosowany w stosunku do niego chwyt "sprawiedliwego", który na każdą okoliczność znajdzie cytat z Biblii - to już było w kinie wielokrotnie i chociaż akurat Josh Stewart, odtwarzający tę rolę, pasuje idealnie do kaznodziei-mordercy, ale trochę to męczące po dwóch odcinkach.

Starzy nowi znajomi

Ze starych znajomych mamy znów Curtisa, tym razem lepiej wykorzystanego moim zdaniem. Jest śliczna Dinah Madani, która obsesyjnie pragnie zakończyć sprawę Billa, jest jej szef, Rafi. Jest detektyw Mahoney, który na krótko pojawił się w pierwszym sezonie. Jest nawet Karen Page, która wprawdzie tylko przemyka przez jeden odcinek, ale kto ją lubi, uśmiechnie się zadowolony.

Pojawia się tu o wiele więcej nowych twarzy: pani psycholog Krista Dumont (w tej roli Floriana Lima, znana jako Maggie z "Supergirl"), Amy Bendix (Giorgia Whigham) czy wspomniany John Pilgrim w wykonaniu Josha Stewarta. Castingowi nie można nic zarzucić (przynajmniej ja nie mogę) - wszyscy pasują do swoich ról doskonale.

16+

Jeśli ktoś jeszcze tego nie wie, "Punisher" to marka wręcz oparta na brutalności. Frank Castle nie patyczkuje się z przeciwnikami, którzy zazwyczaj giną w mniej lub bardziej krwawy sposób. Z pewnością nie jest to serial dla osób, które cenią głębokie dialogi, humor i sielskie pejzaże. W drugim sezonie posoka leje się od samego początku aż do finału, choć mam wrażenie, że jednak TROSZKĘ złagodzono przemoc. Mimo wszystko to ciągle Punisher, dla którego skręcić komuś kark, to jak pstryknąć palcem.

Wrażenia

A wrażenia z oglądania mam mieszane - bo chociaż obejrzałem serial błyskawicznie, pchany ciekawością, co tam też będzie dalej, to już podczas ostatnich dwóch odcinków i po zakończeniu czuję, jakby coś poszło nie tak. To dobry serial, ale moim zdaniem, nie przebił pierwszego sezonu. Może dlatego, że Punisher nie jest tu tak zdeterminowany i wściekły? Może rozczarował mnie finałowy atak na Russo i to, czym tak nagle i strasznie przejął się Frank? Może to, że Pilgrim jednak okazał się nie tak mocny, mroczny i potężny? Może to, że wątek Madani nie skończył się odcinek wcześniej? Może to, że Frank na koniec nie wraca do historii z początku sezonu? No, sam nie wiem. Tak się wszystko za ładnie zakończyło, jak na tę markę...

Czy warto oglądać? Warto. Jest parę bardzo satysfakcjonujących walk, parę fajnych pomysłów. Aktorzy fajni, scenariusz ujdzie. Niemniej mam wrażenie, że osoby nabuzowane po pierwszym sezonie nieco się rozczarują - więc ostrzegam. Ale ja nie żałuję.

piątek, 11 stycznia 2019

Tapety do śmiechu

Dzisiaj na wesoło - przeszukiwałem stare archiwa (rok 2000) i znalazłem kilka tapet, które wówczas w pocie czoła kleciłem w Corel PhotoPaint. A że uśmiałem się nieźle podczas oglądania, postanowiłem podzielić się z Wami - Wam ku radości, a mnie ku przestrodze, żeby nie zadzierać nosa, he, he. Miłego oglądania i możecie w komentarzach dać upust złośliwości - nie pogniewam się!

środa, 9 stycznia 2019

Filmiki warsztatowe

Lubię prace ręczne i lubiłem je, odkąd pamiętam. Sklejanie, wycinanie, malowanie, rysowanie, zginanie, lepienie - wszystko. Moja Mama mogłaby z pewnością powiedzieć nawet więcej, zwłaszcza wspominając np. zwój płótna, który jako dziesięciolatek zabrałem jej (bez wiedzy) i uszyłem z niego kołczan na strzały. Ewentualnie gdy notorycznie podbierałem jej nici, nożyczki czy guziki.

Ostatnio moja miłość do rękodzieła odżyła za sprawą YouTube'a, a konkretnie - filmików pokazujących dzielnych rzemieślników. Rozstrzał jakości jest - ja to na YouTube - ogromny. Od kompletnych amatorów, którzy dłubią wszystko nożykiem w kuchni, po zawodowców, mających świetnie wyposażone warsztaty (z hartowniami, piaskarkami, komorami do malowania bezpyłowego itd.). Osobiście jednak podzieliłbym "rękodzielnicze" filmiki na dwie grupy - renowacje i tworzenie.

Renowacje

Bardzo fascynująca tematyka: ktoś znajduje lub dostaje starą i/lub bardzo zniszczoną rzecz i przywraca ją do oryginalnego (lub nawet lepszego) stanu. Oczywiście większość tych przedmiotów wygląda początkowo strasznie: są zardzewiałe, zapajęczone, brudne, zapylone i czasem częściowo zniszczone. A potem zaczynają się "czary".

Wielkie, zardzewiałe imadło

Stara lampa na olej

Nie sposób się oderwać, gdy znający się na rzeczy fachowiec oczyszcza przedmiot, usuwa rdzę, uzupełnia ubytki, poleruje, wyrównuje, prostuje, poleruje... Niesamowicie wciąga pokazywana na ekranie metamorfoza, a końcowe zdjęcia porównawcze stanu sprzed i stanu po dają dodatkową satysfakcję. I rzeczywiście, czasem aż trudno uwierzyć, że udało się tak dobrze.

Wytwarzanie

Osobną, choć podobnie fascynującą kategorią są filmy pokazujące budowę jakiegoś przedmiotu od zera. Tutaj podziw wzbudza szczególnie pokazanie precyzji i pracowitości: wszystko musi być dokładnie zaplanowane i wykonane zgodnie ze sztuką, a wszelkie próby pójścia na skróty kończą się fatalnie.

Jak powstaje gitara akustyczna?

Bardzo przyjemne jest obserwowanie, jak z kupki materiałów zaczyna powoli powstawać znany nam przedmiot. Czasem w ogóle poznajemy w ten sposób budowę zwykłych, niby znanych rzeczy - a często dostajemy dodatkowy komentarz osoby nagrywającej: dlaczego coś się robi tak, a nie inaczej, po co jest jakiś element, jakie jest pochodzenie fragmentu konstrukcji i dlaczego inni wytwórcy robią pewne rzeczy inaczej.

Ależ to fajne!

Wiem, jestem dziwny. Może to przez to, że kończyłem politechnikę? A może kończyłem politechnikę, bo jestem dziwny? Tak czy inaczej, gdybym miał mnóstwo czasu, oglądanie takich filmików mogłoby mi spokojnie zająć cały dzień, bez uczucia znudzenia. Polecam obejrzeć zamieszczone wyżej przykłady - może też się wciągniecie?

wtorek, 8 stycznia 2019

Rok jak z bicza strzelił!...

Ani się obejrzałem, jak przeleciał okrągły rok, odkąd przeniosłem się z Wielkopolski na Dolny Śląsk. Dokładnie rok temu byłem pierwszy dzień w nowej pracy. Przez tych dwanaście miesięcy zmieniło się bardzo dużo.

Zmiany, zmiany

We spisie Wielki skok usprawiedliwiałem się z panującej na blogu ciszy. No, nie było warunków, co zresztą tyczyło się kolejnych dwunastu miesięcy i doprawdy nie mam pojęcia, jak dobiłem do 200 wpisów (łącznie z drugim, muzycznym blogiem).

W porównaniu do stanu z 12 stycznia 2018, obecnie jest już z wszystkim lepiej: nie tylko stres w pracy mniejszy, ale i mam miejsce do pisania, muzykowania, rysowania. Znów korzystam z ulubionego stacjonarnego komputera i dwóch monitorów, mam swoje biurko i rozstawione instrumenty.

Stara bolączka

Z niedogodności pozostała tylko jedna: brak czasu. Ale nie zamierzam narzekać - i tak jest lepiej, niż było - a mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Zdaję sobie wprawdzie sprawę, że im jestem starszy, tym czas biegnie szybciej, ale na to się nic nie poradzi, więc i też nie ma się co za bardzo przejmować.

Żal czy radość?

Z perspektywy roku trudno jeszcze wyrokować, czy przeprowadzka była zmianą na plus czy na minus. Mnie tu (odpukać) dobrze i nie narzekam. Wprawdzie dojazd do pracy nieco gorszy niż w Poznaniu, ale za to sama praca ciekawsza.

W jednym na pewno jest lepiej - dużo spokojniej się obecnie żyje. Dom w zasadniczo odludnej okolicy jest dużo przyjemniejszym miejscem niż małe mieszkanie na zatłoczonym osiedlu, z Biedronką pod bokiem. Wiadomo, są też minusy (np. konieczność dojeżdżania nawet po zakupy, brak szybkiego internetu, słaba droga dojazdowa)

Tak czy inaczej, rok 2019 powinien być już spokojniejszy. Po dwóch przeprowadzkach będzie to spora odmiana, a mieszkanie z dala od studentów w wynajmowanych mieszkaniach powinno też przynieść ulgę w letnich miesiącach. Jednym słowem - zaczynajmy ten nowy rok! A dla wszystkich wytrwałych Czytelników i Czytelniczek - wszelkiej pomyślności i żebyśmy się tu spotkali także za 12 miesięcy!

[O] Janusz Christa - Śladem białego wilka

Pod choinką znalazłem tom, który wielce mnie ucieszył - zbiorcze wydanie komiksu Janusza Christy pt. "Śladem białego wilka". Jest to trzecia wersja tego komiksu, oryginalnie wydawanego w Wieczorze Wybrzeża w postaci pojedynczych "pasków". Później, w 1989 roku, Krajowa Agencja Wydawnicza zebrała te paski i wydała jako trzyalbumowy zestaw (jako ciekawostkę powiem, że kilka oryginalnych pasków została usunięta, a jeden - dodany). W dodatku to wydanie zostało pokolorowane - oryginał był czarno-biały. I podobnie jest z trzecią wersją, wydaną przez Egmont - treściowo jest ona identyczna, jak wydanie z KAW, ale nie zawiera kolorów.

A dlaczego się ucieszyłem? Bo od jakiegoś czasu staram się zgromadzić wszystkie komiksy Christy - zarówno najbardziej znaną kolekcję przygód Kajka i Kokosza, jak i ich protoplastów, czyli Kajtka i Koka oraz pozostałe albumy (np. Gucek i Roch czy inne komiksy, rysowane głównie na potrzeby ówczesnej prasy). Wielce pomaga w tym wydawnictwo Egmont, które solidnie wzięło się do pracy i przygotowało odpowiednie serie.

Jednak radość wynikała nie tylko z zamiłowań "kolekcjonerskich", ale także z sentymentu, jakim darzę te akurat przygody Kajtka i Koka - w dzieciństwie bowiem w domu (w Boże Narodzenie) pojawiały się kolejne tomy z wydania KAW. I choć początkowo ich nie lubiłem (bo to nie Kajko i Kokosz, tylko "podróba" - wybaczcie, tak wtedy myślałem), to dzisiaj patrzę na to zgoła odmiennie.

O fabule nie będę się może rozpisywał, bo jak to u "wczesnego Christy", jest kryminalna i nie chcę nikomu psuć ewentualnej lektury. Napiszę tylko, że obecnie daje się już odczuć wiek tego komiksu (powstawał w drugiej połowie lat sześćdziesiątych), ale wcale to nie przeszkadza. Miałem wrażenie podobne do tego, które towarzyszy mi podczas oglądania starych polskich filmów (np. "Gangsterzy i filantropi"). Świat przedstawiony wydaje się lekko naiwny i niewinny (mimo kryminalnego zacięcia). Przestępcy - nawet mimo stosowania broni - nie wydają się bardzo groźni, a same przestępstwa są raczej wybrykami - szczególnie jeśli spojrzeć np. na współczesne amerykańskie kino akcji.

Polecam wszystkim "Śladem białego wilka", zwłaszcza osobom, które pamiętają lata sprzed 1989 roku. A młodsi... też w sumie zyskają, bo mogą się dowiedzieć o tym, że np. kiedyś było trudno o telefon czy zamszową marynarkę.

środa, 2 stycznia 2019

Oddworld: Abe's Oddysee New'n'Tasty

"Odrywając" się od nagrywania płyty "Expectation", spędziłem parę godzin na graniu w gry - i na GOG.COM, i na Steamie mam bowiem kilkadziesiąt pozycji, z których dużej części nawet nie instalowałem (są to albo bonusy, albo darmowe wersje z CD-Action, albo okazyjne zakupy za parę złotych). Zawsze z tej okazji mam dylemat, czy wybrać jakąś "małą" gierkę, czy jednak wrócić do starszej, ale "dużej" produkcji. Z "dużych" czeka wciąż na mnie np. GTA 5, której to gry wręcz boję się zainstalować - nie dość, że zeżre mi transfer, to jeszcze wciągnie na kilkadziesiąt godzin. Z tego powodu rzuciłem się na "Abe's Oddysee", a głównie na jej uwspółcześnioną wersję, "New'n'Tasty".

O co tu chodzi?

W grze sterujemy poczynaniami tytułowego Abe'a, który musi uciec z farmy produkującej żywność (w tym żywność z osobników gatunku Abe'a). Mamy do czynienia z platformówką z elementami logicznych zagadek - trzeba np. wykombinować, jak za pomocą dostępnych środków pozbyć się strażnika czy otworzyć przejście. Abe z gruntu jest bezbronny, tzn. nie potrafi ani bić, ani strzelać. Jego bronią jest... umysł gracza. Stosując podskoki, kamienie i pociąganie za dźwignie trzeba sobie zwyczajnie jakoś radzić. A przeciwnicy są bezlitośni i z przyjemnością pozbawiają Abe'a życia - na szczęście mamy takich żyć nieograniczoną ilość, więc po prostu tylko trochę cofamy się w postępie gry i możemy próbować do woli.

Ale ja nie o grze

Oddworlda znałem dawno temu z oryginalnego wydania z 2001 roku. Grało mi się wówczas w niego nadzwyczaj przyjemnie, a "śpiewy" Abe'a czy jego komunikacja z rodakami wzbudzały niewymuszony śmiech. Wersja ta jednak zestarzała się dość mocno, co widać na załączonych screenach, więc z ciekawością sięgnąłem po remake z 2014 roku, o podtytule "New'n'Tasty".

Klasyczny Oddworld sprzed niemal dwudziestu lat

Muszę przyznać, że zostałem bardzo przyjemnie zaskoczony - prace przy grze nie sprowadziły się wyłącznie do podbicia rozdzielczości grafiki - przerobiono ją bowiem "od podstaw". Zmieniło się nie tylko to, że obecnie gra wspiera współczesne karty graficzne, ale wprowadzono np. płynny przesuw ekranów. Stara wersja wyświetlała pojedynczą planszę i dopiero po "dotknięciu" krawędzi przenosiła nas do planszy obok. Nowa wersja ciągle pokazuje Abe'a w centrum, tak że podział na plansze zniknął i płynnie poruszamy się po sztucznym świecie.

Co najważniejsze, gra się o wiele przyjemniej nie tylko ze względu na nową szatę graficzną, ale np. ulepszone sterowanie. Jest o wiele mniej frustrująco niż w oryginale - sprawdzałem, przechodząc pierwsze poziomy tu i tu. Zdecydowanie gorzej szło mi w starej wersji, niemniej takie porównanie było bardzo interesujące. Okazało się bowiem, że świata gry nie odtworzono ze 100% dokładnością - niekiedy zmieniają się dekoracje, czasem znika lub pojawia się jakaś postać itp. Generalnie trzymano się ogólnego kierunku, jednak nawet osoby doskonale znające wersję z początku XXI wieku nie będą się w remake'u nudziły.

Koniec

Gry, oczywiście, nie przeszedłem (na moje oko utknąłem gdzieś mniej więcej w środku fabuły), ale nie jestem zawiedziony. To bardzo fajna platformówka, która wymaga oprócz zwinnych palców także pomyślunku i kombinowania. W dodatku nowa wersja wnosi bardzo wiele - zdecydowanie więcej niż Age of Empires HD, które testowałem równolegle (a co!). Polecam, jeśli ktoś ciepło wspomina oryginalne przygody Abe'a!