niedziela, 17 listopada 2019

[S] Ślęża po raz wtóry

Choć już druga połowa listopada, pogoda dopisała dzisiaj znakomicie. Aż wstyd siedzieć w domu - wybraliśmy się zatem na najbliższą "poważną" górę, czyli Ślężę.

Tym razem jednak, zamiast od razu biec na szczyt, postanowiliśmy przejść przez Wieżycę, co nas ominęło w zeszłym roku. Przy okazji chcieliśmy zobaczyć "misia numer dwa", który stoi przy szlaku z Wieżycy na szczyt. Misia wprawdzie nie widzieliśmy, ale pokręciliśmy się to tu, to tam. Spektakularnych widoków brak, ale wrzucam, co się zebrało.

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/1600 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/2200 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/1700 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/7000 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/120 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/8, Czas: 1/160 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/3,6, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/680 sec, Ogniskowa: 35,0 mm

[W] Ściski kątowe

Raz już budowałem pudełko z drewna, które tak skleiłem, że żadna ze ścianek nie była ani prostopadła, ani równoległa do jakiejkolwiek innej. Aby uniknąć tego typu problemów, stosuje się bardzo proste, ale skuteczne ściski, które na dodatek jest w miarę prosto wykonać.

Przyjąłem, że wystarczą mi (póki co) ściski o wymiarach 10x10cm, więc właśnie takie kwadratowe kawałki przygotowałem. Oczywiście, nie było tak zupełnie łatwo, bo miałem tylko dość cienkie kawałki desek pod ręką, zatem trzeba było wyciąć dwa razy tyle i posklejać:

Tu tylko uwaga, że po raz kolejny bardzo przydała się "skrzynka" do wyrzynania - bez problemu uzyskałem równo przycięte klocki. Wiem, że to głupie pisać o tak oczywistych rzeczach, ale zwyczajnie się cieszę, że mogę wreszcie równo docinać drewno!

Teraz wystarczyło wyznaczyć środek każdego z czterech kawałków i poprowadzić linie ze środka do dwóch narożników (czy może inaczej: przyłożyć coś, co ma 90o do środka i narysować linie w kierunku narożników). Kolejnym krokiem było wywiercenie otworów w środku każdej płytki - zdecydowałem się na średnicę 16mm. Otwory te będą przylegały bezpośrednio do sklejanego narożnika i mają za zadanie ochronić przyrządy przed przyklejeniem się do klejonych części (bo w miejscu styku klej na pewno wypłynie ze spoiny).

Drugim krokiem było wycięcie "trójkątów" - od narożników do środków deseczek. I... to wszystko. Szlifowanie, olejowanie, woskowanie i tyle. Dla pewności można jeszcze kątownikiem sprawdzić, czy naprawdę uzyskaliśmy kąt 90o.

Wkrótce wypróbuję te ściski w praktyce, bo zabiorę się za wykonanie skrzyneczki na przybory rymarskie. Może tym razem nie będzie już problemów z uzyskaniem kątów prostych dla ścianek? Poniżej szybka "przymiarka" - wygląda to całkiem dobrze!

sobota, 16 listopada 2019

Cyjanotypia w praktyce - warsztaty

Po bardzo pracowitej sobocie mogłem trochę odetchnąć, biorąc udział w warsztatach cyjanotypii, organizowanych przez Pracownię Ceramiki (tak, tak, Pracownia Ceramiki i takie rzeczy robi, nie tylko wytwory z gliny!). Było to z wielu względów pouczające doświadczenie.

O cyjanotypii dotychczas tylko czytałem i ewentualnie widziałem jakieś prace, nigdy jednak nie było mi dane spróbować jej "na żywo". Okazało się, że nie taki diabeł straszny, a tak naprawdę jedyna realna trudność to... wymyślenie pracy do wykonania.

Po pierwsze, trzeba sobie przygotować rozwór soli żelaza (zainteresowani znajdą sobie, co i jak trzeba ze sobą wymieszać), papier (najlepiej akwarelowy), wodę i źródło światła ultrafioletowego (bo to ono "wywołuje" obraz). Z braku lampy UV można posłużyć się np. solarium do twarzy lub... słońcem (co da mniej przewidywalne efekty, ale akurat cyjanotypia nie jest czymś, co można sobie z zegarkiem w ręku rozplanować).

Teraz malujemy papier (czy tkaninę, czy jakieś inne medium) roztworem soli żelaza i czekamy na wyschnięcie (można się wspomóc suszarką, co intensywnie robiliśmy na warsztatach). Gdy podłoże jest już gotowe, można na nie nałożyć to, co utworzy nam naszą pracę. A co nam się może przydać? Niemal wszystko! Patyczki, suszone (lub nie) rośliny, koronki, przeróżne kształty czy w końcu wydruki na folii. Jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia.

Przygotowaną pracę umieszczamy pod lampą UV i włączamy stoper - na warsztatach nieźle sprawdzał się czas w granicach 4 minut, ale, naturalnie, można tutaj także eksperymentować. Nic też nie przeszkadza np. w zmienianiu kompozycji w trakcie naświetlania, co pozwala uzyskać tajemnicze "mazy", nieostrości, faktury itp.

Kiedy praca jest już naświetlona, wyjmujemy ją spod lampy i wrzucamy do wody - można płukać kartkę pod bieżącą wodą lub umieścić w kuwecie. Aby zintensyfikować kolor, można zrobić dodatkowe płukanie z wodzie z dodatkiem wody utlenionej. W momencie, gdy pozbędziemy się z pracy żółtego zafarbu, można już odłożyć kartkę (czy co tam wykorzystaliśmy) na gazetę do przeschnięcia. Gotowe!

Moja łapa - no bo czyja?

Kompozycja kwiatowa - najpopularniejszy wybór na początek

Próba z gotowym zdjęciem i paprotkami

Oczywiście, to nie wszystko. Pracę można też sobie farbować np. w herbacie czy kawie, można próbować posypywać mokrą kartkę solą, dodawać czy skrapiać octem, czy... no, już wiecie - eksperymenty, eksperymenty.

Ku pamięci sfotografowałem sobie też okładkę książki, w której można wyczytać wiele jeszcze ciekawszych rzeczy o tej technice:

Warto było

Warsztaty prowadziły Julia i Marta, zaś w sumie było na nich pięć osób, co i tak sprawiło, że solarium do twarzy pracowało na maksymalnych obrotach, nie mogąc nadążyć z naświetlaniem prac (bo tu się szybko dochodzi do wprawy i jak ktoś ma pomysły, to może i cały dzień strawić na przelewaniu ich na papier). Atmosfera była bardzo dobra, nawet załapałem się na kawę z mleczkiem, za co zawsze trzeba dodać plusa do oceny. Efekty artystyczne są wprawdzie mizerne, ale na pewno warto było zobaczyć, "z czym się je" tę całą cyjanotypię.

[W] Traser

Do oznaczania linii (klejenia, cięcia) używałem do tej pory głównie ołówka i kątownika z przymiarem. Było to jednak dość męczące, bo wymagało - w przypadku długich linii prowadzonych wzdłuż krawędzi - wielu pomiarów, łączenia punktów, sprawdzania prostopadłości czy równoległości. Na wielu filmikach widziałem, że ludzie posługują się traserami, czyli specjalnymi przyrządami, aby ułatwić sobie tę niewdzięczną robotę. Podejrzałem budowę takiego trasera i postanowiłem wykonać podobny we własnym zakresie. A dokładniej - prostszą wersję z linijką.

Do dzieła!

Budowa, jak wspomniałem, nie jest skomplikowana: bierzemy metalową linijkę oraz dwa drewniane klocki. Klocki należy wykonać z twardego drewna, ja zastosowałem buk.

W jednym z klocków wykonujemy wgłębienie, mieszczące linijkę:

Jak widać, oprócz samego wgłębienia wyciąłem też ze sklejki specjalną płytkę - to ona będzie dociskała i blokowała linijkę po wkręceniu śruby. Gdyby nie płytka, linijka zapewne dość szybko nabawiłaby się wgłębień, czynionych przez twardą śrubę.

Teraz trzeba zająć się drugim klockiem: w nim najpierw od wewnętrznej strony wywierciłem płaski okrąg, gdzie schowa się nakrętka pazurkowa. Przewierciłem też, naturalnie, przelotowy otwór na śrubę M6, której zadaniem będzie blokowanie ustawienia trasera.

Aby ułatwić sobie precyzyjne sklejenie, wykonałem cztery otwory pod kołki. Wywierciłem też dodatkowy otwór w górnej powierzchni - to akurat mój własny patent. Jest to miejsce na... ołówek. Skoro mam korzystać z linijki, to będę potrzebował pod ręką także ołówka. A ten, odłożony na płaską powierzchnię, często się zawierusza bądź spada na podłogę.

Wykończenie

Chciałem, żeby przyrząd wyglądał schludnie, więc troszkę popracowałem jeszcze nad śrubą, która - w surowej postaci - wyglądała... no, jak śruba M6. Aby to zmienić, zeszlifowałem jej narożniki i nadałem łbu śruby okrągły kształt. W tym momencie śruba wyglądała wprawdzie ładnie, ale była nieco niepraktyczna, bo gładkim łbem trudno kręcić palcami. Wrzuciłem ją więc w imadło i pracowicie ponacinałem pilnikiem "ząbki". No, i teraz to jest to!

Oczywiście całość wymagała jeszcze dokładnego przeszlifowania "na gładko", naolejowania oraz nawoskowania (a co!). Niechże choć taki przedmiot prezentuje się ładnie!

W praktyce

W praktyce traser okazuje się być bardzo przydatnym narzędziem i to w sumie nawet nie do trasowania prostych linii, ale do... przenoszenia wymiarów i do wyznaczania otworów mocujących, równo oddalonych od dwóch krawędzi. Warto było poświęcić mu te dwie godzinki.

piątek, 15 listopada 2019

[A] Halina Górska - O księciu Gotfrydzie, opowieść dwunasta

I w ten to sposób docieramy do ostatniej przygody i ostatniej próby - czy Gotfryd sprosta nowym wyzwaniom? Czy posiądzie nareszcie rękę ukochanej Roksany?

O wszystkim dowiecie się z dwunastej części przygód Gotfryda:

A mnie pozostaje jedynie podziękować za te długie tygodnie wspólnego uczestniczenia w baśniowych przygodach dzielnego rycerza. Kto wie, może kiedyś jeszcze tu wrócicie? Albo lepiej - sięgnijcie po drukowany oryginał.

wtorek, 12 listopada 2019

[W] Kolejne usprawnienia

Podczas moich hobbystycznych prac warsztatowych największym problemem okazuje się utrzymanie odpowiedniego porządku, zwłaszcza jeśli chodzi o stół roboczy. Zauważyłem, że mam tendencję do brania kolejnych narzędzi bez odkładania poprzednich na miejsce (co nawet nie jest efektem lenistwa, tylko po prostu ciągle ich potrzebuję). Prowadzi to do tłoku na małym w końcu stole i już raz ratowałem wiertarkę przed upadkiem, bo zaczepiłem listwą o kabel.

Kabury na elektronarzędzia

Zwiększenie dyscypliny to pierwsze, wręcz narzucające się rozwiązanie, jednak nie jedyne. Na jednym z filmików "warsztatowych", które oglądam namiętnie, podejrzałem poręczne uchwyty na wkrętarki i wiertarki, wykonane po prostu z kawałków rury PVC. Rurę należy pociąć na odpowiedniej długości odcinki, wyciąć szczeliny na spust/rękojeść i przymocować solidnie do ściany. Tworzy to swego rodzaju "kabury", do których łatwo odłożyć narzędzia i później je stamtąd pobrać. Dla mnie rozwiązanie idealne, bo właśnie zwykle wiertarka i wkrętarka najbardziej zagracają stół, a ich upadek byłby zapewne kosztowny.

Punktak i wkrętaki

W mojej listwie "wkrętakowo-śrubokrętowej" mam miejsce na ołówek, ale w ostatnim czasie nauczyłem się korzystać z punktaka, więc i dla niego znalazłem poręczne miejsce. Przy okazji wymieniłem (nareszcie!) starą listwę-uchwyt na zupełnie nową:

Pokrętła do stacji wyrzynarkowej

Przyznam, że jednym z gorszych pomysłów przy wykonaniu stacji wyrzynarkowej było zastosowanie nakrętek "motylkowych", zwłaszcza na głównych prętach prowadnicy. Kręcenie nimi doprowadzało mnie do pasji (i trwało frustrująco długo), postanowiłem więc wykonać duże, drewniane pokrętła, zwłaszcza że wydawało się to całkiem proste.

Na kawałku bukowego drewna narysowałem dwa okręgi o średnicy 68mm (dlaczego akurat takie? bo mam taką właśnie otwornicę). Teraz, nie zmieniając ustawień cyrkla, wyznaczyłem sześć punktów na obwodzie każdego okręgu. Wiertłem o średnicy 16mm wykonałem (w sumie) jedenaście otworów, mających się stać wkrótce "wrębami" pokręteł. Dla tych, którzy zastanawiają się, dlaczego otworów było jedenaście, a nie dwanaście podpowiem, że oba okręgi narysowałem jako stykające się ze sobą (oszczędność deski!), więc jeden otwór był wspólny.

Teraz wystarczyło wyciąć pokrętła otwornicą, co było nieco kłopotliwe, jednak udało się. Pozostało zamocować gniazdo gwintowe 8mm i całość wykończyć przez szlifowanie, olejowanie i woskowanie. Możecie wierzyć lub nie, ale teraz zdecydowanie lepiej dokręca się prowadnicę!

Co ciekawe, kiedy pokazałem te pokrętła córce, zaglądającej do mojego prowizorycznego warsztatu, uznała, że to bardzo fajne ciastka i chciała pożyczyć je do zabawy. Hm, chyba są zagrożone!

I tak to leci

Powolutku mój mały garażowy warsztat zaczyna pomagać w majsterkowaniu. Z miejsca, gdzie po prostu mogłem coś przeciąć czy skręcić, staje się miejscem, gdzie mogę wykonywać coraz bardziej skomplikowane projekty (i to coraz dokładniej, a to ważne, bo do pasji doprowadzają mnie deski przecięte "z falą", niedokładnie spasowane, z otworami daleko odbiegającymi od pionu czy poziomu). Mam nadzieję, że przyszłe projekty okażą się znacznie lepsze niż tegoroczne.

poniedziałek, 11 listopada 2019

niedziela, 10 listopada 2019

[S] Nie ma takiego miasta jak Londyn

Kontynuując cytat z Barei: "Jest Lądek, Lądek-Zdrój". I o ten ostatni tutaj chodzi.

Pierwszy tydzień listopada wypadł nam właśnie w Lądku-Zdroju na - powiedzmy - wczasach. Wybór terminu nie należał do nas - po prostu akurat zamknięto przedszkole i trzeba było zapewnić rozrywkę latorośli. Dlaczego by zatem nie skoczyć w góry?

W Lądku-Zdroju byłem (i chyba wszyscy byliśmy) pierwszy raz. To malutkie miasteczko, które w zasadzie poza uzdrowiskami nie ma nic do zaoferowania. Ale to "nic" to... góry wokół. Zdobyliśmy Trojaka, zdobyliśmy Dzielec, zdobyliśmy też Karpień - górki w sam raz na nasze obecne możliwości (no i listopadową aurę). Wypady parogodzinne, ale po siedzeniu w mieście - całkiem poważne (mój telefon pokazał, że podczas najdłuższej wyprawy na Karpień przeszedłem ponad 22 tysiące kroków).

Pogoda była - zwłaszcza jak na listopad - rewelacyjna. Wprawdzie temperatura nie przekroczyła 12oC, ale za to przez dwa dni praktycznie cały czas świeciło słońce, wydobywając ostatnie barwy z płowiejącego krajobrazu. Ostatniego dnia zrobiło się bardziej ponuro, ale akurat pół dnia siedzieliśmy w kopalni w Złotym Stoku, więc nie bardzo nam to przeszkadzało.

Ostatecznie wypad należy uznać za udany, choć Psot powrócił na "swoje śmiecie" z ogromną radością, po raz pierwszy szczekając po zewnętrznej stronie drzwi, aby otwierać co prędzej. No, na tak małego i wiekowego psa nabiegał się naprawdę sporo.

Ozdobna dynia w moim tymczasowym pokoju

To drzewo nie miało szczęścia...

Rośnie następca

Centrum Lądka-Zdroju

Kryty most sprzed prawie stu lat

Sztolnia Ochra w Złotym Stoku

Makieta kopalni w Złotym Stoku

W pracowni Hansa Schärffenberga (ha, ha)