środa, 28 lutego 2018

Zima

Koniec lutego, a zima przypomniała sobie o swoich obowiązkach i ścisnęła ziemię tęgim mrozem. No, dawno już takiego zimna nie było. Chwilowo zatem myśli o wiośnie trzeba nieco pohamować, bo zaraz okaże się, że cały marzec będziemy walczyć ze śniegiem (oby nie w Wielkanoc)!

Tymczasem próbuję się pozbyć uporczywego suchego kaszlu w nadziei, że to jednak nic poważnego. Jako ilustracja - zdjęcie sprzed ponad roku, bo akurat nie mam niczego lepszego pod ręką:

niedziela, 25 lutego 2018

Kasowniki

Wrocławskie MPK zaplanowało na ósmego marca wymianę tradycyjnych kasowników biletów na nowe, elektroniczne, nowoczesne (i zapewne bardziej awaryjne przy okazji). Stare kasowniki dostały jednak szansę na pożegnanie się z pasażerami:

piątek, 23 lutego 2018

Perełka - Stary tata

Tata i Perełka jadą tramwajem - Perełka na siedząco, tata na kucająco. Perełka przygląda się uważnie i mówi z namysłem:

- Tata, Ty masz jutro urodziny, wiesz?

Tata, ucieszony dobrą pamięcią Perełki, z trudem ukrywa wzruszenie. Perełka jednak jeszcze nie skończyła:

- Strasznie będziesz stary.

- No... tak... - tata robi smutną minę. Perełka, widząc to, poklepuje go krzepiąco po brodatym policzku.

- Nie martw się!

- A co, jeszcze do czegoś tata się nadaje? - z nadzieją pyta tata.

- No, nadajesz się do zabawy. I do zakupów.

Czyli nie jest jeszcze źle, no nie?

XL

Postanowiłem z pewnej okazji nieco odświeżyć wygląd mojego bloga, bo popadł w straszną stagnację - poprzedni layout miał już cztery lata... Nadal jest jasno, ale postawiłem na większą "kondensację" wpisów, które są teraz szybsze do wizualnego wyszukania (o ile mają jakąś ilustrację, a zwykle mają). Dostęp do listy chronologicznej (podział na lata) jest, tylko trzeba myszkę przesunąć w do górnej prawej krawędzi.

Trzeba jeszcze dopracować parę rzeczy (np. podpisy pod zdjęciami), ale chyba nie wypadło najgorzej, jak myślicie?

środa, 21 lutego 2018

Happy End

Macie swoje "płyty dzieciństwa"? Ja mam. Przez to, że Tata lubił nagrywać audycje radiowe oraz miał gramofon "Artur", do dziś mam słabość do Elvisa, Boney M, Czerwonych Gitar i... Happy Endu. W tym ostatnim przypadku każdorazowe odsłuchanie albumu "Jak się masz kochanie" wiąże się z bardzo mieszanymi uczuciami, gdzie nostalgia walczy z zażenowaniem...

Jeśli szukacie piosenek, które są bardzo chwytliwe, mają proste do zapamiętania melodie, a do tego niemożliwie wręcz kliszowe i banalne słowa, to jest to dla Was idealna płyta. Są tu nieszczęśliwe miłości (szczęśliwe zresztą też), rozstania, powroty, bukiety polnych kwiatów, nieśmiertelne bzy, uśmiechy, oczy, które mówią wszystko i tak dalej, i tak dalej...

No i co z tego, myślę sobie. I słucham sobie raz do roku, a wtedy wracają chwile beztroskiego dzieciństwa. Wtedy te piosenki brzmiały pięknie i odkrywczo...

Szkoda, że życie takie nie jest.

wtorek, 20 lutego 2018

Potrójne combo komunikacyjne

Oj, działo się wczoraj po południu we Wrocławiu, działo!...

Niby nic

Udało mi się wczoraj wyjść wcześniej z pracy - z myślą o tym, by szybko odebrać Perełkę z przedszkola i zdążyć zrobić obiad w rozsądnym czasie. Wrocławskie MPK postanowiło jednak ukrócić tę samowolę i autobus, którym miałem podjechać na Plac Grunwaldzki, nie pojawił się na przystanku. "Mała niedogodność" - pomyślałem i raźnym krokiem doszedłem do pętli, gdzie wsiadłem w tramwaj. Straciłem dobrych 5 minut, ale to przecież nie tragedia.

Za dobrze szło

Wszystko przebiegało sprawnie do momentu, gdy tramwaj dotarł w okolice Galerii Dominikańskiej. Tam stanął przed przystankiem na dobrych 8-10 minut. Dopiero gdy drzwi się otworzyły, jakiś obcy głos powiedział coś przez głośniki, z czego (siedziałem w słuchawkach) usłyszałem tylko "objazd ulicą Piastowską". Tknięty przeczuciem, wyskoczyłem i dobrze się stało, bo tramwaj ruszył, ale zamiast pojechać prosto, skręcił w prawo. Ulica Kazimierza Wielkiego zapchana była tramwajami - awaria pantografu. Truchcikiem ruszyłem w stronę Świdnickiej.

Cios w zęby

Perełka była zachwycona. Zmieniliśmy tradycyjną "czwórkę" na "czwórkę powrotną" i po drobnych zawirowaniach przesiedliśmy się przy Galerii Dominikańskiej z powrotem na tradycyjną "czwórkę", która jednak zamiast Krupniczą jechała objazdem przez Dworzec Główny. "Dobra nasza" - cieszyłem się, bo była szansa zdążyć do domu na szesnastą, co nie byłoby ostatecznie złym wynikiem. Cieszyłem się przedwcześnie.

Ledwo tramwaj skręcił w Piłsudskiego, stanął jak wryty. Drzwi otworzono i po chwili motorniczy grobowym ogłosił, że "nie ma prądu". I rzeczywiście, cała Piłsudskiego, aż do Placu Legionów, zastawiona tramwajami...

Obiad na mieście

Cóż było robić, szans na zdążenie na szesnastą już nie było, więc znaleźliśmy z Perełką jadłodajnię i tam zjedliśmy należny obiad. Oczywiście, Perełka była tym jeszcze bardziej zachwycona i nawet gdy koniec końców jechaliśmy za kwadrans piąta "jedenastką" do domu, z uśmiechem przypominała kolejne popołudniowe przygody. Przynajmniej jej się podobało...

combo - w bijatykach komputerowych seria bardzo mocnych, niemożliwych do sparowania ciosów, które odbierają przeciwnikowi dużo energii.

poniedziałek, 19 lutego 2018

[S] Wrocławskie Muzeum teatru

Podczas weekendowych wypadów tak się jakoś złożyło, że przechodziliśmy mimo Forum Muzyki. A tutaj szyld: Muzeum teatru. Wchodzimy? No jasne!

W muzeum jest kilka fajnych punktów do "zaliczenia" - pulpit inspicjenta (zabawka z gatunku tych, które cieszą, gdy my się bawimy, a denerwuje, gdy bawią się inni), mieszkanie reżysera Henryka Tomaszewskiego (rewelacyjne zabawki, które każą się zastanowić, czy przemysł zabawkarski gdzieś przypadkiem nie pobłądził) oraz punkt ćwiczenia dykcji dra Oczkosia.

Tak czy owak, zajrzeć warto, bo to jedno z tych muzeów, które nie są tylko statyczną wystawą gablotek.

Jako bonus - szklana ściana Narodowego Forum Muzyki, stojącego nieopodal muzeum:

niedziela, 18 lutego 2018

[S] Kolejna porcja krasnali

Wrocław krasnalami stoi, to wiadomo od dawna. Przyjezdni albo nowi mieszkańcy wyszukują je i robią sobie z nimi zdjęcia:

W sumie jestem chwilowo i nowy, i przyjezdny, więc na każdym spacerze staram się znaleźć kilka przypadków, których jeszcze nie znałem (co nie zawsze się udaje). Zapraszam do obejrzenia kolejnego zbioru:

Jako bonus - prawie krasnoludek, tylko ciut większy i bardziej ruchomy:

sobota, 17 lutego 2018

[S] SkyTower

Dziś relacja niemal "na żywo", bo dopiero co wróciliśmy z tarasu widokowego SkyTower. 49 piętro, piękna panorama miasta... tak pięknie miało być.

Niestety, jedyne, co czuję obecnie, to rozczarowanie. Ale nie tym, że Wrocław widziany z góry był spowity oparem (którego tak mocno na zdjęciach nie widać, bo je obrobiłem - na końcu możecie zobaczyć jedno przykładowe "prosto z aparatu"). Chodzi o organizację.

Zacząć należy od tego, że wejście na wieżę i wejście do kas są zupełnie odseparowane, więc najpierw trzeba pognać do galerii handlowej, kupić bilet i pogalopować do wejścia (o ile mamy szczęście i jakaś grupa nie zarezerwowała sobie danej godziny - indywidualnych rezerwacji niestety nie ma). Tam trzeba na mrozie poczekać długą chwilę, zanim panowie z obsługi otworzą drzwi. Potem wjeżdża się na 49 piętro i... główne źródło zawodu: taras widokowy obejmuje tylko połowę piętra. To znaczy, że nie sposób obejść wieży dookoła (np. nie ma zupełnie widoku na wschód).

Sam taras jest całkiem przyjemny, a duże okna - w miarę czyste. Niestety, mało co tam u góry działa - każda z dwóch lunet miała awarię, tak samo automat na pamiątkowe "dukaty".

Na oglądanie mamy kwadrans, po czym znów śmigamy windą, tyle że w dół. I to koniec.

W tym wszystkim plusem jest podgląd na widok z wieży przy kasie - można sprawdzić, jaka jest widoczność i ewentualnie zrezygnować z zakupu (nie tak znów tanich, jak na jakość i czas) biletów.

I to tyle - na szczęście oglądanie wielkiej, żywej makiety Wrocławia dostarcza na tyle przyjemności, by nie żałować wyprawy na taras widokowy. Tylko pamiętajcie - weźcie swoją lornetkę!

I na koniec - zdjęcie bez obróbki:

wtorek, 13 lutego 2018

[M] Zapomniane wtyczki

W związku z przeprowadzką niewiele się dzieje na polu, khm, twórczym, zwłaszcza muzycznym. Nie bardzo jest czas, a nawet jak już do czegoś siądę, to brakuje pomysłów. Idealny czas, żeby nadrobić zaległości.

A zaległości są takie, że mimo posiadania wielu narzędzi, nadal mam mało wiedzy, jak je w pełni wykorzystać. Ostatnio np. dzięki artykułowi w "Estradzie i Studio" odkryłem, że mogę znacznie polepszyć brzmienie gotowych utworów, bo mam kilka (z palety 38!) wtyczek od IK Multimedia, służących do masteringu i dających świetne efekty (o ile używa się ich z głową). Do tej pory ich nie stosowałem, bo nie bardzo wiedziałem, jak je ustawić, a i, prawdę mówiąc, nie bardzo czułem taką potrzebę. Dopiero "produkcja" płyty Runaway pokazała dobitnie, że nie potrafię sprawić, by moje utwory były odpowiednio głośne i... "mięsiste".

Do rzeczy jednak - chodzi tutaj przede wszystkim o wtyczki Master Match i One z pakietu T-RackS, które przy odpowiednim obchodzeniu się z nimi potrafią naprawdę sporo.

Master Match

Filozofia działania tego narzędzia bazuje na idei porównania swojego nagrania z nagraniami referencyjnymi. Czyli - mamy jakieś ulubione nagrania, których brzmienie wydaje nam się doskonałe i chcielibyśmy, aby nasz utwór brzmiał podobnie dobrze. Master Match właśnie do tego służy - wczytujemy do niego maksymalnie trzy utwory referencyjne i "uczymy" nimi program. Potem wynik analizy stosujemy do naszego nagrania, co powoduje, że brzmienie staje się podobne do wzorców. Wygląda to w praktyce trochę jak czary, ale rzeczywiście się sprawdza!

One

Ta wtyczka to swego rodzaju "ulepszacz" nagrań. Wygląda jak złota skrzynka z wieloma pokrętłami, ale to jest ewidentnie to narzędzie, którego potrzebowałem pół roku temu, by porządnie przygotować materiał na płytę i żałuję, że odkrywam go dopiero teraz.

Tutaj, w odróżnieniu od Master Matcha, nie ma wzorców i efekt zależy wyłącznie od naszego ucha. Wtyczka to taki kompresor, połączony z korektorem i "poszerzaczem" obrazu stereo. Pracuje się z nim bardzo intuicyjnie - włączamy nasz utwór i "kręcimy gałami" aż do uzyskania konkretnych efektów. Za dużo wysokich częstotliwości? Skręcamy je. Za mało basu? Podbijamy. Trochę więcej "drapieżności"? Mamy wielkie pokrętło "Push". I tak dalej, i tak dalej.

Jedyny problem z tą wtyczką jest taki, że trudno przestać poprawiać. No i porównanie z materiałem źródłowym wypada dla tego materiału bardzo niekorzystnie, zwłaszcza jeśli mocno przesadzimy - pierwotne nagranie brzmi cicho, płasko i po prostu brzydko, mimo że wcześniej wydawało się niemal idealne.

Lepiej późno niż wcale

Dobrze, że przeczytałem styczniowy numer "Estrady i Studia" - inaczej pewnie nigdy bym tych wtyczek nie zastosował. Problem jedynie w tym, że obecnie... nie mam ich na czym stosować, bo nowy materiał nie powstaje. Za to kiedy w końcu coś się "urodzi", na pewno zostanie przez te wtyczki przepuszczone. Koniec ze zbyt cichymi płytami!

Tylko obym zachował umiar i zdrowy rozsądek...

poniedziałek, 12 lutego 2018

Ciężkie powietrze

Jest jedna rzecz we Wrocławiu, która się podobać nie może - to powietrze. Już wiele razy zdarzało się w tym roku, że raportowano złą jakość powietrza, zaś w ostatnią sobotę zostaliśmy niechlubnym rekordzistą, i to szczebla światowego.

W niedzielę było tylko trochę lepiej, bo daliśmy się wyprzedzić np. Hanoi czy Kalkucie, ale marna to pociecha. Najgorsze, że tę złą jakość jak najbardziej się odczuwa - powietrze zwyczajnie śmierdzi, a dodatkowo wywołuje suche pokasływanie...

Źródło: http://eko-logis.com.pl

Dzisiaj jest trochę lepiej, bo i zerwał się lekki wiaterek. Czy do wiosny coś się znacząco poprawi?...

Whoops!

W zeszłym tygodniu przestał mi działać blog. To znaczy, w zasadzie nie przestał zupełnie, tylko po wpisaniu adresu www.ladaco.blogspot.com w przeglądarce zaczęło pojawiać się coś takiego:

Nie jest to dokładnie screen występujący w moim przypadku, bo nie mogłem go już dzisiaj przechwycić. Różni się jednak tylko kodem, który wyglądał tak: bX-oph39a.

Najpierw myślałem, że to wynik tego, że w pracy mamy ustawione proxy przez inny kraj. Ale kiedy dostałem sygnały od znajomych, że "coś się popsuło", zacząłem tropić i trafiłem na grupę dyskusyjną, gdzie zebrali się podobni do mnie właściciele blogów. No i szybko wyszło na jaw, że coś się faktycznie musiało "popsuć" w platformie Bloggera, bo mimo kilku niby oficjalnych recept, poprawy nie było.

A poprawę miało zapewnić między innymi: wyczyszczenie cache'u przeglądarki, zmiana przeglądarki na inną, aktualizacja do najnowszej wersji, zmiana szablonu bloga, otwarcie kodu bloga i zapisanie zmian, ustawienie własnej domeny itp. itd. Bo oficjalnie wina jest po stronie klienta, który ma "złą, zachwaszczoną przeglądarkę", zaś platforma Blogger działa normalnie. No, nie.

Najlepszym kwiatkiem w dyskusji były wpisy niejakiego Gabora Pusztaia (ewentualnie Pusztaia Gabora), który każdemu, kto zgłaszał, że jego blog nie działa, UDOWADNIAŁ, że działa, tzn. wklejał screen i pisał: "U mnie działa", po czym namawiał do zainstalowania najnowszej wersji Firefoksa. Oczywiście, uzyskanie takiego screena nie było żadnym problemem, bo wystarczyło kilka razy odświeżyć stronę z blogiem i w końcu zamiast błędu dostawało się bloga...

No nic, obecnie wydaje się, że bez podejmowania działań z mojej strony, blog zaczął działać. Przynajmniej dzisiaj nie udało mi się jeszcze wygenerować komunikatu z błędem. Czyżby jednak wina nie była po stronie klienta?

sobota, 10 lutego 2018

Dziwności komunikacyjne

Dobra, pojeździłem trochę komunikacją i pora zauważyć parę ciekawych rzeczy - poza rzucającą się w oczy gwałtownością jazdy.

Pierwsza rzecz, która dotknęła mnie osobiście już kilka razy, to nieco osobliwy sposób wprowadzania tramwajów do ruchu. W Poznaniu byłem przyzwyczajony do tego, że tramwaje jednej linii "startują" z tej samej pętli, a nawet jeśli były na noc w odległej zajezdni, to najpierw dojeżdżają na pętlę i dopiero stąd rozpoczynają kursy. W efekcie np. "jedynkę" zawsze można było złapać na Ogrodach, za to na pewno nie dało się w nią wsiąść na Mieszka I.

We Wrocławiu jest inaczej. Tramwaje zaczynają bieg w jakichś losowych (dla mnie) miejscach i trzeba śledztwa, żeby dowiedzieć się, że np. "33" rano nie jedzie przez Świdnicką, jak to robi przez cały dzień, tylko przez Dworzec Główny i Kołłątaja, zupełnie nie swoją trasą. Z moją "czwórką" jest też jest dziwnie, bo zamiast jechać jedna za drugą po Grabiszyńskiej, to co druga dojeżdża na Plac Grunwaldzki z jakiegoś dziwnego kierunku (jeszcze dokładnie nie sprawdziłem, skąd dokładnie).

Jeszcze osobliwiej sprawa ma się z autobusami linii 118 i (zwłaszcza) 115. One w ogóle mają ze trzy różne trasy, więc trzeba się nauczyć, o jakiej porze są na którym przystanku, żeby nie stać np. pół godziny na jednym, podczas gdy na odległy o 5 minut marszu podjeżdżają co 10 minut. Różne trasy wynikają z obsługiwania przez te autobusy wrocławskiego Volvo - od czasu do czasu jedna czy druga linia wjeżdża na teren zakładu i zabiera pracowników.

Zauważyłem też, że o ile autobusy i tramwaje są raczej punktualne, to ich kierowcy (motorniczy) nie mają w zwyczaju wpuszczać "spóźnialskich". W Poznaniu często spotykałem się, że dobiegający w ostatniej chwili pasażerowie są wpuszczani do pojazdu, który już, już miał odjechać - tutaj jeszcze się z czymś takim nie spotkałem. Zakładam, że z tego wynika owa punktualność i trudno mi ocenić, czy to dobrze, czy źle, bo niby chciałoby się punktualnej komunikacji, a z drugiej strony zostawienie ludzi moknących na deszczu na przystanku bez wiaty jest jakieś niefajne.

Ciekawostką są za to światła dla pieszych - w większości pozbawione przycisków, są sterowane "odgórnie" i piesi nie mają na nie wpływu. Wydawać by się mogło, że skutkuje to wielominutowym oczekiwaniem na przejście, jednak jakimś cudem tak nie jest. Przerwy są tak dobrane, że nie odczuwa się zniecierpliwienia (pod warunkiem, że akurat na przystanek nie podjechał nasz tramwaj).

Rzeczą, której nie ma w Poznaniu (prawdopodobnie, bo nie widziałem nigdzie), są liczniki na skrzyżowaniach, pokazujące czas do zielonego/czerwonego światła. Nie ma ich wprawdzie tak dużo, jak się spodziewałem, ale na tych skrzyżowaniach, gdzie czeka się naprawdę długo, trochę pomagają co bardziej nerwowym kierowcom.

To chyba na razie tyle z codziennych obserwacji komunikacyjnych - jakby coś się pojawiło, pewnie dam znać.

piątek, 9 lutego 2018

[K] Vivaldi pisał opery

Pod ostatnim wpisem, dotyczącym przeglądarki Opera, znalazłem sugestię, żeby wypróbować program o wdzięcznej nazwie Vivaldi, który jest rozwijany przez byłego pracownika firmy, tworzącej "starą" Operę. Przyznam, że nie trzeba mnie namawiać do przeprowadzenia podobnych konfrontacji.

Zaciekawiony zainstalowałem (na razie tylko w pracy) Vivaldiego. Po uruchomieniu pierwsze wrażenie jest takie, że uruchomiłem... Operę. Podobieństwa obu przeglądarek są oczywiste - pionowe paski po lewej stronie, charakterystyczne czerwone ikonki z literami ("O" dla Opery, "V" dla Vivaldiego), możliwość łatwej zmiany na "ciemny layout", elegancki wygląd - nie sposób powiedzieć, gdzie jest to lepiej zrealizowane.

Różnice jednak są - na plus Opery zapisuję wbudowane blokowanie reklam, co w Vivaldim trzeba uzupełnić dodatkiem (na szczęście pasują wszelkie dodatki od Chrome'a, więc nie ma problemu). Z kolei plusem (dla mnie) Vivaldiego są zakładki w bocznym panelu, a nie osobnej karcie (choć można je otworzyć i w taki sposób).

Ciekawostką Vivaldiego jest zmiana layoutu w zależności od godziny - możemy włączyć funkcję, że w ciągu dnia (np. od siódmej rano do szóstej po południu) mamy włączoną jasną "skórkę", a w pozostałym czasie przeglądarka włącza "skórkę" ciemną (która mniej męczy oczy podczas pracy w ciemnym pomieszczeniu).

Zabrakło mi funkcji ze "starej" Opery, która pozwalała podpiąć własne style css i włączać je dla wybranych stron, co umożliwiało np. ukrycie wszelkich grafik czy animacji flash, zwiększenie wielkości czcionki czy włączenie kontrastowych kolorów. Myślałem, że będzie to i w Vivaldim, bo przed pobraniem przeczytałem na stronie producenta, że przeglądarka wspiera "schematy kolorów" i umożliwia dostosowanie się do konkretnych witryn. Okazało się jednak, że to jakiś automat, który sprawia, że np. logując się do Facebooka przeglądarka staje się lekko niebieska, na stronie RedHat trochę czerwona itp. Na szczęście można w ustawieniach mocno stonować nasycenie kolorów, więc nie przeszkadza to w pracy.

Z rzeczy przydatnych warto odnotować bardzo przydatny skrót - F2, który powoduje pokazanie menu szybkich poleceń, gdzie można rozpocząć wpisywanie dowolnej frazy, a Vivaldi przeszuka bieżące karty, zakładki i historię w poszukiwaniu tej frazy. Przydaje się też grupowanie kart (wystarczy przeciągnąć jedną kartę nad drugą) oraz zapisywanie aktualnego stanu kart - to ostatnie przydaje mi się w pracy, bo mogę w zależności od bieżącego projektu szybko przełączać się między kartami z konkretną dokumentacją oraz np. stronami testowymi i do rozliczania czasu pracy.

Ostatecznie zatrzymuję na razie Vivaldiego na dysku i będę go sobie sprawdzał. Podobają mi się zakładki w panelu bocznym i ogólnie dopracowany wygląd (jestem wzrokowcem, pamiętacie?). Na razie nie spotkałem się z żadnymi błędami i wszystko wydaje się działać prawidłowo. Czyżby nowa Opera miała tak szybko oddać pole?

UWAGA NA MARGINESIE: czytając sobie o Vivaldim, natknąłem się na informację o innej, alternatywnej wersji Opery, czyli Otter. W odróżnieniu od Vivaldiego, jest to projekt open source, w dodatku stworzony przez rodaka, Michała Dutkiewicza. Chwilowo "odpuszczę" sobie jednak testowanie tej przeglądarki - zwyczajnie mi się nie podoba (z wyglądu) - może to zasługa środowiska Qt, a może w ogóle jakiegoś linuksowego skrzywienia... Poza tym nie daje się (w odróżnieniu od Chrome'a, Opery i Vivaldiego) zainstalować bez posiadania uprawnień administracyjnych.

czwartek, 8 lutego 2018

[K] Szafy pełne wspomnień

Lubię wracać do początków mojej własnej "komputeryzacji" - wspominać tę dziecięcą fascynację, kiedy z wypiekami na twarzy grało się w Saboteura u kuzyna na CPC 464, gdy prowadziło się dzielnego bohatera w Commando u kolegi Mikołaja na Commodore 64, w końcu gdy "cięło" się w Spelunkera najpierw na wujowym, a później na swoim małym Atari XE. No i później - Lemmingi, Cannon Fodder i Prince of Persia na Amidze, Gods na Atari ST, F19 i Larry na pierwszym pececie. Dorzućmy do tego jakiś klon Tetrisa czy "ruskie gierki" (jajka, wyścigi, ośmiornica) i mamy elektroniczne dzieciństwo piszącego te słowa.

Trochę przydługi wstęp, prawda? Ale gdy w niedzielę wybraliśmy się całą rodziną do Muzeum gier i komputerów minionej ery, w odwodzie mieliśmy "Kolejkowo", również umieszczone w starym budynku Dworca Świebodzkiego. Okazało się jednak, że Perełka była zachwycona - granie w te wszystkie "starocie" dawało jej tyle samo frajdy, co niegdyś tatusiowi. Przyznam, że to było strasznie przyjemne uczucie, usiąść z nią przy stareńkim NESie i rozegrać mecz piłki nożnej. Albo pograć w Giana Sisters na "mydelniczce". Albo w Superfroga na Amidze.

Pomijając już sam aspekt grania, możliwość obejrzenia na żywo tych wszystkich starych maszyn jest sporym przeżyciem - np. pierwszy raz w życiu widziałem komputery Amstrad czy wiele odmian konsol Segi lub Nintendo. Nawet taka Amiga 500 to było coś, bo na żywo miałem do czynienia tylko z CDTV i modelami 600 i 1200. I chociaż większość sprzętu była mi znana ze zdjęć, to jednak zobaczyć je na własne oczy (i to niektóre podłączone i gotowe do działania) to było coś.

Muzeum dysponuje także flipperem i kilkoma automatami (np. Metal Slug 2 i któraś wersja Sonica), a oprócz tego jest tu też sporo rzeczy "nieelektronicznych" - na parapetach walają się numery starych czasopism, na stołach są gry mechaniczne (np. sterowane ciśnieniem wody wewnątrz). W gablotkach można podziwiać różnorodne kontrolery, niektóre dość już dzisiaj egzotyczne, są nawet gry planszowe czy logiczne (np. zabawki Rubika).

Ech, wzięło mnie na nostalgię... I jednocześnie w takim miejscu, jak wrocławskie muzeum, można w pełni zrozumieć, dlaczego emulacja starych maszyn to już "nie to". Żaden nowoczesny pad czy myszka z klawiaturą nie zastąpią kontrolerów sprzed 30-40 lat (w gablotce był nawet mój ukochany QuickShot ze stykami!).

I wiecie, poczułem się naprawdę posunięty w latach, gdy Perełka chciała się dowiedzieć, czym są dziwne czarne płytki z naklejkami i blaszką, leżące na stoliku przy wejściu.

Tak, to były dyskietki.

środa, 7 lutego 2018

Bardzo ciężki sokół

Jestem za młody (!), by pamiętać starty wielkich misji kosmicznych Sojuz czy Apollo, którymi ludzie zdobywali kosmos i Księżyc. Jednak wczoraj mogłem zobaczyć (za pośrednictwem YouTube, ale jednak - w kolorze i wysokiej rozdzielczości) próbny lot Falcona Heavy firmy SpaceX Elona Muska. Link do transmisji podesłał mi niezawodny kolega Paweł, za co niech będą mu dzięki! Jeśli ktoś przegapił, można to nadal obejrzeć - np. ostatni kwadrans.

Można zdziwić się, cóż w tym wydarzeniu jest ciekawego? Według mnie (i pewnie nie tylko mnie) wczoraj rozpoczęliśmy drogę do załogowych lotów na Marsa. Falcon Heavy jest do tego zdolny i w zasadzie do tego właśnie został zaprojektowany.

Po drugie, wczorajsza transmisja miała w sobie coś z magii. Wprawdzie rakietą nie leciał człowiek, bo był to test sprzętu (w kosmos poleciał samochód Tesla z manekinem za kierownicą), ale test bardzo spektakularny. Wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku, wymierzone i zrealizowane z niebywałą precyzją. Największe wrażenie zrobił (na mnie) powrót boosterów (bocznych silników, wynoszących rakietę na orbitę), które zamiast spalić się lub wpaść do oceanu (jak to działo się dotychczas), po prostu wylądowały pionowo na wyznaczonych miejscach - wyglądało to jak animacja z jakiejś gry komputerowej, a wydarzyło się zupełnie naprawdę!

Zobaczymy, jak się potoczą losy projektu Elona Muska - po tym, co wczoraj zobaczyłem, mam niemal pewność, że Falcon Heavy wykona bez problemów swoje marsjańskie zadanie. Poczytajcie też więcej o tej rakiecie, warto.

Zdjęcia pochodzą z filmu-transmisji i są własnością SpaceX.

Pixel a reszta

Pisałem dawno temu o reaktywacji pisma Secret Service, które po dwóch numerach przemianowano na Pixela. Byłem wtedy ciekawy, jak długo uda się wydawać okołogrową publicystykę na, było nie było, ciasnym polskim rynku, rządzonym od wielu, wielu lat przez CD-Action.

Przyznaję, że kupuję oba tytuły, co piękniejsza połowa ma mi za złe (że niby gromadzenie makulatury i tym podobne). Pixela miałem przez ostatni rok nawet w prenumeracie. Jak dzisiaj patrzę na te dwa czasopisma?

Pixel

Patrzę na to pismo z takim pewnym ciepłem w sercu. Znajduję w nim to, co chcę znajdować - ciekawą publicystykę, nienachalne recenzje gier, ciekawostki z branży, w tym np. wywiady z członkami młodych grup deweloperskich. Mam dostęp do słów pisanych przez ulubionych dziennikarzy (tak, "Borek", na Ciebie patrzę, ale Michał R. Wiśniewski i Krupik też sporo dokładają do całości; a ostatnimi czasy robi to też... Wojciech Pijanowski).

Najsłabszym ogniwem czasopisma (dla mnie) są recenzje, bo po pierwsze są mocno zachowawcze (troszkę się to ostatnio zmienia), a po drugie jeszcze do niedawna nie miały nawet ocen.

Nie zmienia to faktu, że wyczekuję każdego numeru i lekturę zaczynam z wypiekami twarzy od felietonu na ostatnich stronach. Lubię.

CD-Action

Weteran polskiego rynku prasowego dla graczy trzyma się krzepko - ponad 20 lat obecności na rynku robi wrażenie nie tylko w branży informatycznej. Obecnie tytuł jest wydawany bardzo profesjonalnie - wypracowano klarowny styl, a grono wiernych czytelników ciągle kupuje kolejne numery.

Nie da się jednak ukryć, że - początkowo ignorowane - pojawienie się Pixela wpłynęło na CD-Action. Zdecydowanie podciągnięto w nim publicystykę w ostatnich latach. Redakcja sprytnie wykorzystała także obserwowaną modę na granie w stare gry i wydała już dwa specjalne numery Retro. Trochę to nieelegancko wyszło - z jednej strony "podśmiechiwanie się" z konkurencji, a z drugiej - kopiowanie jej pomysłów...

Mnie powoli odstręcza zmęczenie formułą CD-Action. Niby nic konkretnego nie mam przeciwko, ale mając wybór, najpierw czytam Pixela, a pismo wrocławian zawsze na drugim miejscu. Jeśli miałbym zdecydować się tylko na jeden tytuł, Pixel wygrałby bezdyskusyjnie.

100 lat!

Niemniej - jako wielbiciel prasy drukowanej - życzę obu redakcjom jeszcze wielu lat udanej działalności. W tej dziedzinie nadal jestem dinozaurem. I tak pozostanie, zanim nie znajdę w sieci portalu z treściami na równie wysokim poziomie.