niedziela, 31 stycznia 2021

[S] Ostatni styczniowy poranek

Styczeń pokazał, że nie zapomniał o byciu misiącem zimowym. I trzeba przyznać, że wychodziło mu to całkiem sprawnie - ciekawe, czy luty pozazdrości i też przysypie śniegiem? Pożyjemy, zobaczymy, a tymczasem proponuję rzut okiem na zaokienne widoki o poranku (późnym bo późnym, ale zdecydowanie przed południem). Może te mrozy sprawią, że komarów będzie trochę mniej niż rok temu?

czwartek, 28 stycznia 2021

Need for Speed III - Hot Pursuit

Nie wierzę! Ta gra działa na Windows 10! Oczywiście, nie sama z siebie - trzeba poszukać odpowiedniej modyfikacji, która sprawi, że nie tylko stareńki Need for Speed III uruchomi się na Windows 10, ale nawet będzie działał w rozdzielczości 1920x1200 z wszelkimi możliwymi detalami. Coś, o czym w 2000 roku mogłem tylko pomarzyć.

Dlaczego NFS3?

Skąd to gorące uczucie do tak przecież "przedpotopowej" gierki? Ukazała się ona bowiem w 1998 roku, czyli ma już niemal ćwierć wieku. Ja zagrałem w nią dopiero w roku 2000, kiedy to Siostra Be dostała za świadectwo z paskiem potężnego Adaksa z procesorem Pentium II 233MHz i 4MB pamięci, jeśli dobrze pamiętam. A znajomy informatyk miał - uwaga - w pełni legalną kopię Need for Speeda, więc oczywiście był to pierwszy wybór do przetestowania. Rzecz jasna, nic wtedy z tego nie wyszło, bo gra wymagała akceleracji 3D, zaś Adax miał zaledwie kartę ATi Rage Pro, straszne badziewie pod tym względem. Grać zatem dało się ledwo, ledwo w trybie programowym, jednak gra nie wyglądała wówczas oszałamiająco.

Potem na studiach uzbierałem ze stypendium najpierw na kartę Intel 740 (chyba?), potem zaś dołożyłem pamięci, by w końcu wymienić płytę główną i procesor (już na AMD Athlon 1.4GHz). Z każdą zmianą próbowałem odpalać Need for Speed, ale dopiero po tej ostatniej gra dawała radość nawet przy rozdzielczości 800x600 z wszystkimi detalami i 32-bitowym kolorem. To wówczas przyjechał na wakacje do Choryni Kuzyn eR i graliśmy do upadłego, na zmianę w wyścigi oraz w strzelanki (Unreal Tournament! Half Life!). To wówczas doszliśmy do perfekcji w jeździe po wszystkich torach i nie było na nas mocnych, zaś o zwycięstwie jednego z nas decydował zwykle jakiś minimalny błąd drugiego - jedno przytarcie, czasem wręcz jeden przewrócony znak.

Po latach

Kiedy dużo później, mając już o wiele szybszy komputer odnalazłem różową płytę z grą, ta nie chciała się nawet zainstalować. W końcu udało się to w trybie zgodności, jednak i tak po uruchomieniu mogłem obejrzeć co najwyżej filmiki, bo do menu już gra wejść nie chciała. No trudno, grałem w inne wyścigi, w inne odsłony Need for Speed, ale to już nigdy nie było TO. Nawet ten ostatni Most Wanted, choć bardzo przyjemny i grywalny, nie wzbudził aż takiej ochoty na przejechanie jeszcze jednego wyścigu, spróbowania jeszcze raz. Myślałem, że to pewnie nostalgia, ale...

Szukając screenu z Need for Speed III do posta o Most Wanted (chciałem wrzucić jako wspominkę), natrafiłem na artykuł opisujący, jak uruchomić "trójkę" na Windows 10. Zakładkę zapisałem do późniejszego poczytania i faktycznie, parę dni później dowiedziałem się, że istnieje nieoficjalna modyfikacja, dzięki której staruszek da radę zadziałać na współczesnych komputerach. Sposób wypróbowałem i... jest! Działa!

To nie nostalgia

Od razu siadłem do zabawy - musiałem tylko przedefiniować klawisze pada, żeby zgadzały się z tym, do czego przywykłem w Most Wanted. Wybrany chevrolet corvette (czerwony, a jakże!) i jazda na pierwszą trasę! I powiem Wam, że mimo mocno umownego modelu jazdy jechało się naprawdę dobrze! Trasę znałem na pamięć, więc i na mecie stawiłem się pierwszy. Po tym sukcesie rzuciłem się od razu na jazdę turniejową, a raczej na serię wyścigów nazwaną "Knockout". Zasada jest prosta - na początku mamy ośmiu zawodników. Po pierwszym wyścigu (na pierwszej trasie) odpada te, który przyjedzie na końcu. Reszta wędruje na drugą trasę i cykl się powtarza. W końcowym wyścigu bierze udział już tylko para samochodów i wygrywa lepszy. Zasady proste, start!

No i ale wstyd! Pierwsze podejście i odpadłem na pierwszej trasie. Drugie podejście - tylko trochę lepiej, bo dałem radę tylko na dwóch trasach, na trzeciej byłem ostatni i koniec. Dlaczego? Bo gra jest sprawiedliwa do bólu - jesteś dobry? To jedziesz na czele i nikt Cię nie wyprzedzi. Wpadasz na inne samochody albo przycierasz o elementy trasy? Tracisz cenne ułamki sekund i spadasz coraz dalej. Tutaj nie ma "gumowej sztucznej inteligencji", która poczeka za zakrętem, kiedy Ci słabo idzie. Albo dogoni mimo przeciwności, jeśli idzie Ci za dobrze. To jest gra, w której - jeśli naprawdę jedziesz świetnie długi wyścig, masz okazję zacząć dublować rywali.

I się gra!

Mimo przegranych dwóch nokautów, siadłem do pościgu z policją. Ależ to frajda! Musisz przejechać dwa okrążenia, wygrać z rywalem i nie dostać więcej niż dwóch mandatów od policji. Warunki trudne, stawka wysoka, więc jest o co walczyć. I znów okazało się, że prostota jest tutaj atutem. Znów ten, kto jedzie sensowniej, mniej się rozbija, korzysta ze skrótów na trasie albo alternatywnych dróg, ma więcej szans na wygraną.

I chyba to właśnie jest głównym plusem Need for Speed III - satysfakcja z wygranej. Nie czułem tego praktycznie wcale w Most Wanted - to znaczy, tam się cieszyłem ze zwycięstwa, ale głównie dlatego, że dostawałem za nie punkty i mogłem wyzwać kolejnego z listy na pojedynek. Jednak kompletnie nie było tam satysfakcji, że zaliczyłem trasę bezbłędnie, że przeciwnik nie miał nawet szans mnie doścignąć, a policję omijałem szerokim łukiem.

Reszta

Grafika - wiadomo - zestarzała się okrutnie, gdyby się jej przyglądać. Ale po rozpoczęciu wyścigu już się nie widzi tych wielokątów, tych wzgórz ciosanych z sześcianów niemal, tych tekstur rozmytych - jest tylko tytułowa żądza prędkości. Chcemy wygrać, koncentrujemy się na trasie i na tym, żeby nie przytrzeć, żeby nie zderzyć się z czymś, żeby płynnie wyprzedzić przeciwników. O to tu chodzi i to na szczęście się nie zmieniło. Tak samo muzyka - dynamiczna i zachęcająca do jazdy.

Cóż mogę powiedzieć. Jeśli ktoś ma sentyment do tej gry, niech przeszuka internet frazami "need for speed III 3 nextgen", bo raczej odpalona nawet dzisiaj gra nie zawodzi. Robi to, co ma robić naprawdę świetnie, a co najważniejsze - na obecnych komputerach działa błyskawicznie (mam tu też na myśli ładowanie się do pamięci - znalezienie się na torze w Need for Speed III trwa krócej niż uruchomienie klienta Origin dla Most Wanted). W sam raz żeby sobie niezobowiązująco "pyknąć" od czasu do czasu.

wtorek, 26 stycznia 2021

Lenistwo na potęgę

Napiszę szczerze, że jestem przerażony. Przerażony lenistwem rosnącego nam pokolenia. Jakiekolwiek generalizowanie jest zwykle szkodliwe i często mija się z prawdą, ale w ostatnim miesiącu spotykałem się z tyloma praktycznymi przykładami, że po prostu ręce opadają. O co jednak chodzi?

Praktyczne przykłady lenistwa spotykam zwykle na FaceBooku i na różnych forach, które odwiedzam z uwagi na zainteresowania - tu konkretnie będzie o dwóch przypadkach, muzycznym i graficznym. Nie jest niczym dziwnym, że grupy zainteresowań powstają między innymi po to, by dzielić się wiedzą - i to jest fantastyczne, że można bez problemu podyskutować na różne tematy, zadać pytanie, na które odpowiedź nie zawsze jest oczywista czy podzielić się swoimi przemyśleniami. Nie ma bowiem sensu wyważać otwartych drzwi i skoro na 90% ktoś przed nami zmagał się z podobnymi problemami, warto skorzystać z tej wiedzy.

Problem w tym, że coraz mniej ludzi, zwłaszcza młodych i bardzo młodych (patrząc na profile czy zdjęcia), zadaje sobie trud SZUKANIA, zastępując je wyłącznie PYTANIEM. Przykłady? Dwa pierwsze z brzegu. Pierwszy z grupy producentów muzycznych. Pojawia się pytanie "czy programu LMMS [DAW - przyp. moje] można używać komercyjnie? niech ktoś wklei link do darmowej wersji BandLab Cakewalk". Drugi przykład z grupy grafików - czy ktoś może wkleić link do instalatora Affinity Designera?

Oba pytania o linki są typowym objawem lenistwa - komuś nie chce się nawet wejść do wyszukiwarki, by wpisać dwa, trzy słowa i przejrzeć wyniki (wystarczy zwykle dwa, trzy pierwsze). W pierwszym przypadku padło jeszcze dodatkowo pytanie o możliwość wykorzystania komercyjnego - czyli wystarczy przejrzeć licencję danego programu. Zgoda, że czytanie licencji nie jest zwykle zadaniem trywialnym, dlatego warto zajrzeć do sekcji FAQ (najczęściej zadawanych pytań), które praktycznie każdy producent zawiera na swojej stronie - a pytanie o komercyjne wykorzystanie darmowego programu jest zwykle jednym z częściej zadawanym.

I tak to później leci - wartościowe pytania czy zagadnienia toną w morzu pytań trywialnych, na które odpowiedzi można znaleźć błyskawicznie (a czasem wręcz wystarczy zwyczajnie się zastanowić - np. na jednej z grup graficznych użytkownik miał problem z otwieraniem pliku PDF, ponieważ nie miał wymaganych czcionek - zadał więc pytanie, czy przy otwieraniu program nie mógłby zastępować brakujących czcionek krzywymi; nie przyszło mu jednak do głowy, że żeby coś zamienić na krzywe, trzeba najpierw "wiedzieć", jak to coś wygląda, a skąd program ma to "wiedzieć", skoro nie ma czcionek?)

Nie piszę tego bynajmniej dlatego, że uważam się za alfę i omegę oraz sam nigdy nie zadałem tego typu pytania - oczywiście, że się zdarzało. Jednak obecnie robi się z tego niemal plaga, a co gorsza, nie można nawet zwrócić uwagi takiemu delikwentowi, którego wyszukiwarka przerasta, bo zaraz jest obraza, wyzywanie i wszystko to, co sprawia w dzisiejszych czasach, że lepiej swoje zdanie pozostawić dla siebie... I to jest właśnie przerażające...

poniedziałek, 25 stycznia 2021

[M] Gades & stRing - Synergy na CD

No i jest! Wyczekiwana od grudnia płyta "Synergy" wreszcie stała się ciałem i dotarła także do mnie (bo kupujący od wydawcy, firmy Retronics, dostawali swoje egzemplarze już w czwartek i piątek ubiegłego tygodnia). Czas się przyjrzeć fizycznej postaci, bo muzyczna trochę się przejadła - przynajmniej mi, bo słuchałem jej przecież dobrych kilkadziesiąt razy podczas całego procesu powstawania...

Zarówno płycie, jak i okładce przyglądałem się uważnie, bo trochę obawiałem się, czy wszystko poprawnie się wydrukuje - zastosowałem bowiem dość drobną czcionkę z podlewem, więc mogło być różnie. Jednak i na papierze, i na płycie do jakości druku nie można mieć zastrzeżeń. Trochę mogłyby rozczarowywać kolory, gdyby nie był przygotowany, że tak ostre, "żarówiaste" kolory, jakie ustawiłem, nie mają prawa się wydrukować. No i faktycznie, zwłaszcza niebiesko-zielony nie wyszedł tak, jak w projekcie, ale nie znaczy to, że wyszedł źle. Jak dla mnie jest bardzo dobrze.

Wydaje się zatem, że tym razem się udało - w odróżnieniu od wydania Expectation, ustrzegłem się od błędów w rodzaju znikających elementów czy połowicznie wydrukowanego spisu utworów. Muszę zatem pamiętać następnym razem, żeby jednak do PDF-a wrzucić "spłaszczoną" bitmapę zamiast wektorowych elementów - chociaż, z drugiej strony, może jednak wystarczyłoby po prostu skontrolować przed wysłaniem wyeksportowany plik, zaś Designer poradziłby sobie z eksportem lepiej niż Photoshop CS6? Tak czy owak, trzeba sprawdzać, sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać.

Płyta zatem gotowa, można spać spokojnie.

niedziela, 24 stycznia 2021

[K] Need for Speed: Most Wanted (2012)

Tak, traciłem ostatnio czas przy wyścigach na komputerze. Straszne. Ale jakie przyjemne! Aż się nie spodziewałem po początkowych zgrzytach - jednak po kolei.

Kwadratura koła

Jakoś po Nowym Roku dostałem e-maila z serwisu Steam, że mają w promocji gry z serii Need for Speed. Trochę się zdziwiłem, bo producentem tych gier jest Electronics Arts, publikujące raczej na serwisie Origin, z którego skorzystałem raz i mi przeszło. No, ale cena 17zł za grę tej klasy była zbyt kusząca i kupiłem. Rzecz jasna, zaraz okazało się, że gra wymaga klienta Origin, więc musiałem go zainstalować tak czy owak, a do tego odświeżyć sobie originowe konto (czyli przypomnieć hasło). Koty za płoty jednak i po dość krótkim czasie siedziałem już za kierownicą pierwszego samochodu.

Most Wanted? Nie!

Dwadzieścia niemal lat temu zagrywałem się w Most Wanted, ale pierwszą wersję - taką z filmikami i pseudo-fabułą, mocno inspirowaną filmami z serii "Szybcy i wściekli". Tutaj nic z tego, fabuły brak, filmików w zasadzie także. No nic, chciałem, to mam. Ruszyłem na objazd miasta.

No i powiem Wam, że jest co objeżdżać. Miasto jest naprawdę spore, tak że nawet po ukończeniu gry wcale nie czuję, że znam każdy jego zakamarek. Jeździłem więc sobie to tu, to tam i... zmieniałem samochody. Bo w tej wersji Need for Speed nie trzeba samochodów kupować czy zdobywać (przynajmniej takich zwykłych). Po prostu jedziesz, widzisz stojące fajne auto, podjeżdżasz i się przesiadasz. I jedziesz dalej tym nowym. Początkowo myślałem, że to chybiony pomysł, ale teraz uważam, że faktycznie zmusza on niejako do poznawania miasta, a dodatkowo EA upiekło jeszcze jedną pieczeń. Która mnie zjeżyła.

Dej kase, misiu!

Niestety, część co fajniejszych samochodów nie jest dostępna. To znaczy, nie jest dostępna ZA DARMO. Bo zamiast się do nich przesiąść, przenosimy się do... sklepu, gdzie za prawdziwe pieniądze musimy kupić odpowiedni dodatek, który dane auto udostępni. Wprawdzie może majątku to nie kosztuje, ale w moim przypadku jeden dodatek był droższy od podstawowej wersji gry! Poza tym ja rozumiem, że producent chce zarabiać, ale to jest już lekkie chamstwo, bo osoby wydające pieniądze na dodatki z marszu są w lepszej sytuacji - mają do dyspozycji szybsze samochody. A Most Wanted głównie bazuje na wyścigach w sieci (a przynajmniej bazował 8 lat temu). Mogę więc sobie wyobrazić frustrację tych, którzy wówczas wyrzucili na grę 100-200 złotych (tyle kosztują nowości od EA), a i tak nie mogli wygrać z kolegami, którzy zafundowali sobie także jeden z dodatków. Oczywiście, nie byli zupełnie bez szans, ale na tyle, by mogło to psuć zabawę...

Czyli lipa?

Na szczęście grać w sieci nie musiałem, skupiłem się za to na "karierze" solowej. Po zaliczeniu kilku wyścigów i pościgów (Most Wanted szczyci się wszak pościgami policyjnymi) rozpocząłem drogę na szczyt. Do "pobicia" jest dziesięciu oponentów, tzw. kierowców "Most Wanted", sprawnych, bogatych i dosiadających szybkie cacuszka na czterech kołach. Kariera polega na tym, że po zgromadzeniu odpowiedniej puli punktów (za zawody, pościgi, skakanie przez billboardy itp.) możemy rzucić wyzwanie takiemu kierowcy i się z nim zmierzyć. Polega to na wzięciu udziału w wyścigu "jeden na jednego" z towarzyszeniem policji, a po wygranej trzeba jeszcze przeciwnika dogonić i tak uszkodzić, by oddał samochód. Potem przesiadamy się do nowej, szybszej fury, gromadzimy kolejne punkty, wyzywamy kolejnego z listy i tak aż do samego szczytu.

Przyznam, że początki w tej grze są najtrudniejsze. Do dyspozycji są raczej wolniejsze auta (co nie znaczy wolne: Porsche 911 czy Lamborghini Countach nie są drogowymi żółwiami), więc policja dogania nas łatwo, zaś trudno się wykaraskać z jej obław. Także wyścigi są wówczas bardziej wymagające, bo trudniej o nadgonienie stawki, mimo że gra bezczelnie oszukuje. W prasie nazywa się ten rodzaj oszustwa "gumową sztuczną inteligencją", a polega ona na tym, że jeśli zostajemy w tyle, komputer przestaje się spieszyć i jedzie tak, żebyśmy mogli go dogonić; jeśli jednak to my wysunęliśmy się na czoło, w magiczny sposób wszystkie minięte z łatwością samochody doganiają nas i siedzą na zderzaku. Momentami bardzo to irytuje, gdy np. prowadziliśmy bez problemu przez cały wyścig, by na ostatnim zakręcie lekko przytrzeć i dać się wyprzedzić czterem przeciwnikom.

W miarę postępów korzystamy z coraz szybszych samochodów, którymi ucieka się policji coraz łatwiej (ostatnie trzy, cztery modele, szczególnie "dopakowane" odpowiednimi oponami i nitro, nie dają policji żadnych szans), zaś podczas wyścigów łatwiej doganiać innych po kraksie. Zdobycie finałowego "Koenigegga" jest tylko formalnością.

Absolutnie nie narzekam, bo bawiłem się przy grze świetnie, zwłaszcza kiedy dosiadała się do mnie Perełka, służąc jako (niestety, spóźniająca się) nawigacja. Grafika w grze jest bardzo przyjemna, a zaletą tego, że gra jest stara, staje się błyskawiczne działanie bez zadyszki. Superpłynne animacje, fajne efekty dźwiękowe i świetlne - czego chcieć więcej?

Na koniec

Przyznam, że Most Wanted spodobała mi się dużo bardziej niż wcześniej ogrywana odsłona pt. Rivals. Chyba spodobało mi się takie niezobowiązujące jeżdżenie to tu, to tam, wywoływanie zamieszek z policją, ucieczki, a od czasu do czasu wyścig o jakąś realną stawkę, czyli dużo lepsze auto. No, co, fajnie się grało i już!

piątek, 22 stycznia 2021

Odszedł Papcio Chmiel...

Jako fana komiksów, w szczególności polskich, zasmuciła mnie informacja o śmierci Henryka Jerzego Chmielewskiego, znanego szerzej jako Papcio Chmiel i twórca cyklu komiksów z Tytusem, Romkiem i A'Tomkiem. Spoczywaj w pokoju...

środa, 20 stycznia 2021

[K] Corel Painter 2020

Painter jest ostatnim już programem od kanadyjskiego producenta, który mam w arsenale. A i tego by nie było, gdyby nie okazał się najlepszym programem do malowania i szkicowania, jaki posiadam - aczkolwiek i tak częściej używam Clip Studio Paint, ale to ze względu na komiksowy charakter prac. Szerszy opis Paintera już zamieszczałem, więc tu tylko krótko o nowościach, które zawitały do mnie wraz z wersją 2020.

Szybko, szybko!

Szybkość pracy i wykorzystanie wspomagania karty graficznej to główne elementy, którymi chwalił się Corel po debiucie wersji 2020. I chwalił się zupełnie słusznie, bo rzeczywiście, program działa nad wyraz sprawnie. Chociaż nacisk (w reklamach) położono głównie na wsparcie pędzli (technologia nazywana brush accelerator), to mnie najbardziej podoba się przesuwanie i skalowanie, odbywające się obecnie szybko i... jakoś tak przyjemnie.

Ale i przyspieszenie pędzli też należy docenić - nie ma już w zasadzie problemu z szybkim szkicowaniem. W poprzedniej wersji kreskowanie często kończyło się tym, że program nie nadążał za ręką rysownika, w efekcie dając efekt linii pojawiających się ze sporym niekiedy opóźnieniem. Tutaj nie zaobserwowałem podobnej wady - nawet błyskawiczne ruchy wirtualnego ołówka były natychmiast uwieczniane i pokazywane, komfort pracy zatem wzrósł znacznie.

Niestety, nie wszystkie pędzle otrzymały wsparcie sprzętowe - chociaż Corel niespecjalnie tym się akurat chwalił, jednak szydło wyszło z worka przy okazji debiutu wersji 2021, która (nie zgadniecie) wspiera dwa razy więcej pędzli niż poprzedniczka (czyli też jeszcze nie wszystkie). Dla moich potrzeb jednak najważniejsze, że błyskawicznie działają ołówek i tusz, moje ulubione narzędzia. Ktoś może się dziwić, po co mi tak potężna aplikacja, jak Painter, skoro i tak najchętniej używam ołówka i tuszu. Czy nie lepiej użyć tradycyjnych narzędzi i papieru? Być może, jednak w moim przypadku za cyfrowym środowiskiem (tak jak w przypadku muzyki) głosuje przede wszystkim wygoda. Długi czas rysowałem i malowałem tradycyjnie, na płótnie i papierze, więc wiem, z czym to się wiąże. Koszty to tylko jedna strona medalu (a wierzcie mi, blok porządnego papieru do akwareli kosztuje niemało, zresztą tubka porządnych akwareli (1 kolor!) również). Do tego dochodzi organizowanie miejsca, sprzątanie, mycie przyborów, utrwalanie pracy np. fiksatywą oraz... przechowywanie. Do tej pory mam całkiem spory zbiór teczek z rysunkami, zajmujący miejsce na strychu (bo wyrzucić żal, a pokazywać wstyd).

Czy coś jeszcze?

Z praktycznych rzeczy nie ma chyba w wersji 2020 nic więcej do omawiania, a przynajmniej mi się nic więcej użytkowo nie rzuciło w oczy. Trochę lepiej wykonano "wybierałkę" narzędzi i tyle. Ciągle za to straszą takie typowo corelowe, stare rozwiązania, jak np. okno tworzenia nowego dokumentu - można zdefiniowane parametry nazwać sobie i zapisać jako preset. Super. Ale kiedy np. po jakimś czasie zdecydujemy, że jednak nasz dokument powinien mieć tych 200 pikseli więcej w poziomie, to już opcji aktualizacji presetu brak. Dodanie nowego o tej samej nazwie też nie oferuje opcji zastąpienia. Jedyne wyjście to usunięcie starego i zapisanie nowego pod tą samą nazwą. Takie zaszłości znajdują się jeszcze tu i tam, a sam program - w porównaniu np. z Affinity Designerem - wygląda mało nowocześnie (praktycznie nie ma różnic w porównaniu do wersji 2019). Myślę, że programiści z Corela mogliby się skupić na tym aspekcie zamiast dodawać (w wersji 2021) jakieś algorytmy sztucznej inteligencji...

Czy warto zmieniać na 2020?

Moim zdaniem warto - program przyspieszył znacząco, pracuje się w nim naprawdę przyjemnie, zaś na problemy się do tej pory nie natknąłem (ale i też nie tworzę jakichś ogromnych, wielowarstwowych dokumentów). Ot, solidna aktualizacja i jeśli macie gdzieś możliwość taniego zakupu (ja wyrwałem okazję za 20 dolarów razem z kilkunastoma bibliotekami pędzli!), nie wahajcie się. Chyba że od razu będzie to wersja 2021 - zakładam, że też warto.

wtorek, 19 stycznia 2021

Affinity znów daje zniżkę 50%

Brzmi trochę jak post sponsorowany, ale nie, nikt mi za to nie płaci. Po prostu jestem przekonany o dobrej jakości programów od firmy Affinity, Designera używam bardzo często, więc nie mam oporów przed poleceniem całej trójki: Designera (grafika wektorowa), Photo (grafika rastrowa) oraz Publisher (skład publikacji). Dla niezdecydowanych dostępne są trzymiesięczne (!) wersje próbne. Naprawdę, niecałe 120zł za program tej klasy to bardzo dobra oferta.

Płyta "Synergy" wylądowała!

Płyty "Synergy" są już wytłoczone i zapakowane czekają u wydawcy - w firmie Retronics - na klientów. Jeśli jesteście zainteresowani i chcecie się pozbyć 35zł, to piszcie na adres zamowienia@retronics.eu.

Jeśli nie wiecie, czy to muzyka dla Was, czterech utworów z tej płyty możecie posłuchać na tej playliście (chodzi o "Error in line 10", "Energy", "Infiltracja" i "Destiny"):

poniedziałek, 18 stycznia 2021

[C] Bohaterowie

Tak, tak, odkąd dostałem od Rodziców i Siostry Be mój stary komiks, zacząłem przemyśliwać, czy faktycznie nie rzucić się do narysowania czegoś większego niż paski z Ladaco. A że - jak to u mnie - od pomysłu do przemysłu droga krótka, to siadłem i narysowałem. Jedną planszę A4:

Planowałem nawet (ambitnie) nagrać filmik, na którym będzie widać, jak błyskawicznie tworzę całą stronę komiksową. Powiem więcej, nawet parę minut szkicowania nagrałem. Ale potem okazało się, że roboty jest co niemiara - sam szkic, potem dokładniejszy szkic, a potem rysowanie konturów tuszem (wirtualnym, oczywiście) trwało godzinami. Dosłownie. Doprowadzenie tej strony do stanu czarno-białego rysunku zajęło ogółem 5-6 godzin. Do tego postanowiłem nanieść kreskowane cieniowania, a potem poszczególne kadry zabarwić odcieniami szarości - to były kolejne dwie godziny. No i mi się odechciało, szczerze mówiąc...

Rzecz jasna, początkowo prace przebiegały powoli, bo - nienawykły do pracy w "dużym" formacie ciągle eksperymentowałem z pędzlami, z warstwami, z ramkami i tak dalej. Podejrzewam, że następne strony poszłyby nieco szybciej. No, ale z drugiej strony chciałbym przejść też na pracę w pełnym kolorze, a to też wymagałoby eksperymentowania np. z malowaniem wirtualnymi akwarelami. Tak czy owak, pracy byłoby z tym huk.

Nie twierdzę, że praca ta byłaby nieopłacalna, jednak musiałbym mieć najpierw jakiś sensowny scenariusz, wprawić znów rękę do regularnego rysowania i ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Co do ćwiczeń, nie widzę przeciwwskazań, jednak napisanie porządnego scenariusza to już zabawa poważniejsza i w zasadzie nie wiem, czy był w ogóle podołał, bo jeszcze nigdy nic sensownego nie napisałem. Może ktoś z Was, hm?...

Tymczasem taka w sumie nieukończona plansza musi wystarczyć (musiałbym jeszcze czymś powypełniać te puste kadry, poprawić kolorowanie itd.). Do następnego razu!

niedziela, 17 stycznia 2021

[S] Zimowe pstryki

I tak oto nadeszła zima. I to taka od razu "zła", z minus kilkunastoma stopniami, no bo co w końcu, kurczę blade. Połowa stycznia jest? Jest. No.

Jedno jest pewne. Karmnik stoi (wisi) w złym miejscu. Ze względów fotograficznych, oczywiście. Zamiast gdzieś niedaleko okna, to na drugim końcu ogródka. Ani podejść, ani się zaczaić, a ogniskowa 300mm okazuje się być bardzo skromna... No cóż, może w przyszłym roku zima też dopisze?

Przysłona: f/4, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/1000 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/1600 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

Przysłona: f/4, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 300,0 mm

piątek, 15 stycznia 2021

wtorek, 12 stycznia 2021

Kiki & Riki - Turgun

Siostra Be i Rodzice sprawili mi ostatnio wielką niespodziankę - otóż na skradające się urodziny dostałem od nich... wydrukowany własny komiks! Żeby tego mało, jest to komiks bez mała historyczny, bo pierwszy, duży (25 stron A4!) i kompletny, narysowałem go zaś... mając 11-12 lat! Wszystkim zaangażowanym w tę produkcję bardzo dziękuję!

Oczywiście, w tym wieku byłem "zachłyśnięty" komiksami Janusza Christy (stąd dwójka bohaterów różniących się fizycznie i, ehm, intelektualnie) oraz Papcia Chmiela (stąd wstawiane często-gęsto czerstwe w moim wykonaniu podróbki tekstów z "Tytusa, Romka i A'Tomka"). Sama fabuła jest szyta bardzo grubymi nićmi i w zasadzie nie trzyma się kupy - ważne było, żeby rysować komiks. Z samego rysowania pamiętam, że rzecz jasna nie miałem żadnego planu, rysowałem zaś tym, co akurat wpadło mi ręce. W tamtych latach ciężko było o solidne materiały piśmiennicze, więc rysunek jest robiony raz pisakiem (przy czym widać proces "wypisywania się"), potem jakimś zdobycznym cienkopisem, jest faza czarnego długopisu BIC oraz faza pióra wiecznego, co którego dorwałem czarny (w praktyce - brunatny) atrament. To ostatnie pisadło ostało się dłużej i pamiętam, że narysowałem nim także cały komiks o przygodach diabła Fajferka (fatalnie zagubiony przez Kuzyna A).

Tak czy owak, czytać się tego nie da, bo raz, że nic nie ma sensu, a dwa - nie zwracałem wtedy uwagi na kolejność "dymków", umieszczając je tam, gdzie nie zasłaniały rysunku, a nie tam, gdzie powinny być, patrząc na kolejność czytania.

Przyznam jednak, że patrząc na dziecięce dokonania (z tyłu jest nawet rysunek pozostałych moich komiksów), trochę mi głupio, że w dorosłym życiu nie pokusiłem się o nic "pełnowymiarowego". Pozostaje kontemplować "Kikiego i Rikiego" oraz wydrukowany przez Mamę zbiorczy komiks z Ladaco. Dobre i to!

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Synergy - wywiad

Różne rzeczy się dzieją ostatnio. Na przykład moja własna siostra, czyli Siostra Be, postanowiła zrobić wywiad ze stRingiem i ze mną. Że niby płyta "Synergy" warta jest tego. Ja tam się nie znam, jeśli macie wolną godzinę, sami możecie ocenić:

sobota, 9 stycznia 2021

[O] Alita: Battle Angel

Alita długo czekała na obejrzenie. Jakoś zwlekałem i zwlekałem, mimo że okazji do obejrzenia nie brakowało. Korzystając jednak z dwudniowych ferii zimowych u Rodziców, włączyłem przed snem. I powiem Wam, że mam mieszane uczucia - zanim jednak o szczegółach, ostrzegam tylko przed możliwymi spoilerami, bo film już ma dwa lata i nie będę się specjalnie starał ukrywać, o co w nim chodzi.

Fabuła

Fabuła jak fabuła - ani kompletnie zła, ani jakaś specjalnie błyskotliwa. Podobnych historii mieliśmy już w kinie wiele - ot, osoba na skraju życia (Alita)zostaje do tego życia przywrócona, ale niczego nie pamięta. W toku filmu, rzecz jasna, pamięć powoli odzyskuje, a jej przeszłość okazuje się kroczyć za nią. Mamy tajemniczego Złego (Nova), mamy dobrego wybawcę (Dr. Dyson Ido), mamy nieodpowiednie towarzystwo (Hugo) i nielegalne zawody Motorballu. No, jednym słowem, sztampa.

Jednocześnie udało się jednak twórcom podać to na tyle zgrabnie, że film nie nudzi - mimo że leżałem w ciepłym łóżku po męczącym dniu, wytrwałem do końca nie zasypiając.

Co wyróżnia Alitę?

Skoro sama fabuła nie jest zbyt odkrywcza, to czym twórcy zaskakują? Takim magnesem w przypadku Ality miała być główna bohaterka, która jest stworzona za pomocą efektów komputerowych (choć na planie była obecna Rosa Salazar). Alita jest nieludzko sprawna i ma równie nieludzko powiększone oczy - to główne jej cechy. No i jest cyborgiem, niemal stuprocentowym, tylko mózg pozostał organiczny - pojawia się zatem paralela do Major z Ghost in the Shell.

W filmie są obecne zresztą także inne odniesienia czy podobieństwa do cyberpunku - jest biedny świat po wojnie i wyidealizowane miast w chmurach, do którego wszyscy chcą się dostać. Są nielegalne zawody Motorballu, gdzie zmodyfikowani mechanicznie zawodnicy ganiają za "piłką", rozwalając się po drodze do sukcesu, co z niewiadomych dla mnie przyczyn powoduje euforię u tysięcy kibiców, żądnych... no, nie krwi, tylko rozsypania części zamiennych na torze.

Jest tu też tajemnicza gildia łowców, którzy zbierają zlecenia na przestępców i dostarczając ich "wymiarowi sprawiedliwości", zarabiają na życie, są także gangi złodziei części, napadające na co lepiej wyposażone cyborgi i kradnące im droższe komponenty.

Tak czy owak, Alita jako postać wypada przekonująco. Można poczuć do niej sympatię, a choć napisana jest dość naiwnie, to przyjemnie się ogląda jej wyczyny. Graficy naprawdę odwalili tu kawał porządnej roboty.

Grafika

A skoro już jesteśmy przy grafikach, to cały film pod względem wizualnym jest świetny. W zasadzie trudno jest się tutaj do czegokolwiek przyczepić, bo zadbano o najmniejsze szczegóły, zaś modele 3D są bardzo precyzyjne i rewelacyjnie animowane. Często występują tu ujęcia niemożliwe do zrealizowania w praktyce - np. unikanie przez Alitę macek jej przeciwnika lub starcia na torze. Przez cały film miałem chyba tylko jedną sytuację, gdy animacja twarzy głównej bohaterki w

Warto obejrzeć?

Moim zdaniem film jest wart obejrzenia głównie dla warstwy wizualnej. Aktorsko nikt tutaj nie zaszalał, fabuła nie zachwyca, więc pozostaje tylko patrzeć, jak Alita zdobywa kolejne punkty doświadczenia i zostaje czempionem. Tylko... końcówka pozostawia niedosyt - ewidetnie jest tu zapowiedź drugiej części, o której do tej pory ani widu, ani słychu, więc nie wiadomo, czy w ogóle będzie dokręcona. Wprawdzie twórcy mają dużą swobodę, bo z aktorów muszą pozostać w obsadzie tylko Christoph Waltz oraz Edward Norton, reszta albo zginęła, albo była generowana komputerowo, jednak jeśli ta druga część nie powstanie, obraz - jak mi się wydaje - będzie niekompletny...

wtorek, 5 stycznia 2021

[K] Gra stara i gra nowa

Korzystając z czasu "świątecznego", zainstalowałem sobie dwie gry. Jedną z nich był stareńki już (z 1999 roku!) Kingpin: Life of Crime, a drugą - wydana w 2019 na PeCety Journey. I na przykładzie tych właśnie dwóch tytułów widać wyraźnie przepaść dzielącą stare od nowego - bo pomijając już samą tematykę, i wykonanie, i filozofia są tu diametralnie różne.

Kingpin

Kingpin to gra zbudowana na "silniku" z Quake II, niegdyś bardzo popularnego szkieletu wielu gier (choćby pierwszy Half Life też z niego korzystał). Opowiada ona losy pewnego przestępcy, który musi przedrzeć się przez (a jakże) przestępcze miasta w drodze do zemsty. W odróżnieniu od innych gier tego rodzaju z lat 90-tych, Kingpin wyróżniał się warstwą fabularną - nie dość, że w klimat wprowadzały filmiki, to jeszcze można było wchodzić w interakcje z napotkanymi ludźmi. Można było schować broń i pogadać "przyjaźnie", dostając czasem w zamian pomoc lub poboczne zadanie. Niektóre napotkane postacie można było zwerbować za opłatą, aby pomogły nam w jakiejś konkretnej misji; a no i same pieniądze, jako element gry, były bardzo ważne, bo umożliwiały wizyty w sklepie, w celu zakupu broni, amunicji czy medykamentów. Nie była więc tylko prosta strzelanka, ale warto było myśleć i kombinować, a i czasem dawało się przejść fragmenty na różne sposoby.

Niestety, ząb czasu mocno odcisnął swoje piętno na tej pozycji. Grafika zestarzała się bardzo, a sama gra jest "zabugowana" - zresztą z tego powodu nie dobrnąłem do końca, bo przy końcówce "zepsuł mi się" zapis (quick save) i straciłem cały postęp na tym etapie (było jednak zapisywać też w normalnych slotach!...). Ale i w trakcie bywały problemy - a to nie otworzyły się drzwi, mimo spełnienia wymaganych warunków, a to mimo uratowania pewnego człowieka jego siostra nie dała nam nagrody w postaci klucza, otwierającego jedyne drzwi do dalszej podróży, a to zaklinowałem się w pewnym zakątku bez szans na wyskoczenie stamtąd. W efekcie parę razy musiałem poszukać opisu przejścia (żeby się przekonać, że wszystko zrobiłem poprawnie, a i tak gra na to nie zareagowała) i konieczne okazało się skorzystanie z wbudowanej konsoli, żeby przejść przez zamknięte drzwi czy "przefrunąć" przez przeszkodę. Niestety, remedium na zepsutego save'a (poza pobraniem jakiegoś gotowca) już nie znalazłem...

Journey

To zupełnie inna bajka. Gra zdobyła mnóstwo nagród jeszcze w wersji na Playstation i przez długi czas nie mogła zagościć na PeCetach. W końcu jednak się pojawiła, a ja ją natychmiast kupiłem - ale było to w 2019 roku. Mamy 2021 i wreszcie znalazłem chwilę, by w nią zagrać (co jest swoistym paradoksem, bo przejście tej gry od A do Z zajmuje... dwie godzinki).

Po uruchomieniu otwieramy buzię ze zdziwienia. Gra jest piękna. Wprawdzie idziemy przez pustynię, ale pustynię wykonaną tak sugestywnie, że piasek prawie chrzęści nam w zębach. Jesteśmy jakąś dziwną postacią, która nie mówi i o której nic nie wiemy. Nie wiemy też, dokąd pójść, więc kierujemy się w stronę majaczących na horyzoncie zabudowań. I tak zaczyna się tytułowa podróż, która zawiedzie nas... a nie, nic więcej nie powiem, bo prawdą jest, że siła tej gry tkwi w tajemnicy tego, co nas w niej spotka.

Ależ ta gra działa na wyobraźnię! Możecie wierzyć lub nie, ale graliśmy sobie w nią z Perełką i potem toczyliśmy długie dyskusje, a czym było to, a czym tamto, a o co mogło chodzić z tym czy owym. Ta gra to prawdziwe przeżycie (chociaż dzieci raczej nie docenią całości - za to dorośli...). Bez wątpienia jest to jedna z lepszych gier, w jakie dane mi było zagrać w życiu. Majstersztyk.

Gra a gra

Te dwie gry łączy fakt, że wciągnęły mnie w swój świat i dały mnóstwo przyjemności. Kingpin zapewnił swego rodzaju "powrót do przeszłości", do tego czasu, gdy gry były względnie proste, nie wymagały połączenia sieciowego i nie zawierały wszechobecnych mikropłatności za wszystko (podejrzewam, ze obecnie wirtualny sklepik działałby już tylko po podpięciu do niego prawdziwego konta PayPal). Grało mi się w niego bardzo przyjemnie i nawet napotkane błędy nie były aż tak frustrujące.

Za to Journey... ech, to naprawdę warto było ukończyć. No i ta cudowna grafika, ten piaseczek, te oniryczne dźwięki i palące, wirtualne słońce. Jakże żałuję, że nie mogę napisać nic więcej - bo naprawdę zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję.

I powiem Wam, że przydał mi się takie "reset" - po tych wszystkich wieczorach spędzonych ostatnio w programach DAW, po przygotowywaniu "Synergy" i "Seventh Encounter" miło było po prostu oddać się rozrywce, co i Wam polecam.

piątek, 1 stycznia 2021

[A] Wanda Markowska, Anna Milska - Pan Twardowski na Księżycu

Nowy rok, nowa karta. No i nowy - choć nie nowy - audiobook. Tym razem pierwsza z "Baśni z czterech świata stron", klasyczna wręcz opowieść o panu Twardowskim, krakowskim czarnoksiężniku, który podpisał pakt z diabłem. Audiobook nie jest nowy, bo nagrałem go niemal dokładnie rok temu - wówczas planowałem powstanie całego cyklu baśni, jednak różne okoliczności sprawiły, że do dzisiaj nagrałem tylko tę pierwszą w całej księdze. Ale nigdy nie mów nigdy, może jeszcze nadarzy się okazja do rozszerzenia tej listy. Tymczasem zapraszam do wysłuchania opisu perypetii najsłynniejszego polskiego czarownika:

Blogowa statystyka 2020

Pora na podsumowanie blogowego roku 2020 - a jest co podsumowywać tym razem, chociaż i poprzedni rok nie wyglądał tragicznie. Na początek tradycyjne zestawienie kolejnych lat:

Pobity został zatem (i to definitywnie) rekord z 2015 roku, a przy uwzględnieniu liczby 114 wpisów z bloga https://gadesound.blogspot.com ogółem jest to 430 wpisów (!), co mnie samemu wydaje się nie do wiary.

Kolejne zaskoczenie to typy wpisów - dość niespodziewanie wygrały tutaj audiobooki (pomijam wpisy bez kategorii). Nie spodziewałem się, że było ich w tym roku aż kilkadziesiąt, ale faktycznie np. "Wyspę Robinsona" zacząłem publikować pod koniec grudnia 2019, a tutaj było ponad trzydzieści rozdziałów. Strasznie dawno mi się to wydaje...

Drugie w kolejności są spacery, co również mnie zaskakuje, bo fotografia zupełnie nie kojarzy mi się z tym rokiem. Ale fakt jest faktem, że fotograficznych relacji pojawiło się ponad czterdzieści.

Odwiedzin przybyło i licznik minął 275 tysięcy - dziękuję bardzo wszystkim odwiedzającym i czytającym mojego bloga (a nawet oba blogi, bo na drugim również licznik drgnął - podskoczył z 3 tysięcy odwiedzin do 10 tysięcy!). Przybyło komentarzy i obecnie na 1713 wpisów przypada ich ponad 3000.

Niezmiennie najpopularniejszym wpisem jest Rysowanie komiksów bez rysowania, który osiągnął ponad 22 tysięcy odsłon.

No i chyba to tyle, wykresy zrobione, satysfakcja osiągnięta, Czytelnicy wynudzeni. Tak zaczynamy 2021 rok!