niedziela, 24 stycznia 2021

[K] Need for Speed: Most Wanted (2012)

Tak, traciłem ostatnio czas przy wyścigach na komputerze. Straszne. Ale jakie przyjemne! Aż się nie spodziewałem po początkowych zgrzytach - jednak po kolei.

Kwadratura koła

Jakoś po Nowym Roku dostałem e-maila z serwisu Steam, że mają w promocji gry z serii Need for Speed. Trochę się zdziwiłem, bo producentem tych gier jest Electronics Arts, publikujące raczej na serwisie Origin, z którego skorzystałem raz i mi przeszło. No, ale cena 17zł za grę tej klasy była zbyt kusząca i kupiłem. Rzecz jasna, zaraz okazało się, że gra wymaga klienta Origin, więc musiałem go zainstalować tak czy owak, a do tego odświeżyć sobie originowe konto (czyli przypomnieć hasło). Koty za płoty jednak i po dość krótkim czasie siedziałem już za kierownicą pierwszego samochodu.

Most Wanted? Nie!

Dwadzieścia niemal lat temu zagrywałem się w Most Wanted, ale pierwszą wersję - taką z filmikami i pseudo-fabułą, mocno inspirowaną filmami z serii "Szybcy i wściekli". Tutaj nic z tego, fabuły brak, filmików w zasadzie także. No nic, chciałem, to mam. Ruszyłem na objazd miasta.

No i powiem Wam, że jest co objeżdżać. Miasto jest naprawdę spore, tak że nawet po ukończeniu gry wcale nie czuję, że znam każdy jego zakamarek. Jeździłem więc sobie to tu, to tam i... zmieniałem samochody. Bo w tej wersji Need for Speed nie trzeba samochodów kupować czy zdobywać (przynajmniej takich zwykłych). Po prostu jedziesz, widzisz stojące fajne auto, podjeżdżasz i się przesiadasz. I jedziesz dalej tym nowym. Początkowo myślałem, że to chybiony pomysł, ale teraz uważam, że faktycznie zmusza on niejako do poznawania miasta, a dodatkowo EA upiekło jeszcze jedną pieczeń. Która mnie zjeżyła.

Dej kase, misiu!

Niestety, część co fajniejszych samochodów nie jest dostępna. To znaczy, nie jest dostępna ZA DARMO. Bo zamiast się do nich przesiąść, przenosimy się do... sklepu, gdzie za prawdziwe pieniądze musimy kupić odpowiedni dodatek, który dane auto udostępni. Wprawdzie może majątku to nie kosztuje, ale w moim przypadku jeden dodatek był droższy od podstawowej wersji gry! Poza tym ja rozumiem, że producent chce zarabiać, ale to jest już lekkie chamstwo, bo osoby wydające pieniądze na dodatki z marszu są w lepszej sytuacji - mają do dyspozycji szybsze samochody. A Most Wanted głównie bazuje na wyścigach w sieci (a przynajmniej bazował 8 lat temu). Mogę więc sobie wyobrazić frustrację tych, którzy wówczas wyrzucili na grę 100-200 złotych (tyle kosztują nowości od EA), a i tak nie mogli wygrać z kolegami, którzy zafundowali sobie także jeden z dodatków. Oczywiście, nie byli zupełnie bez szans, ale na tyle, by mogło to psuć zabawę...

Czyli lipa?

Na szczęście grać w sieci nie musiałem, skupiłem się za to na "karierze" solowej. Po zaliczeniu kilku wyścigów i pościgów (Most Wanted szczyci się wszak pościgami policyjnymi) rozpocząłem drogę na szczyt. Do "pobicia" jest dziesięciu oponentów, tzw. kierowców "Most Wanted", sprawnych, bogatych i dosiadających szybkie cacuszka na czterech kołach. Kariera polega na tym, że po zgromadzeniu odpowiedniej puli punktów (za zawody, pościgi, skakanie przez billboardy itp.) możemy rzucić wyzwanie takiemu kierowcy i się z nim zmierzyć. Polega to na wzięciu udziału w wyścigu "jeden na jednego" z towarzyszeniem policji, a po wygranej trzeba jeszcze przeciwnika dogonić i tak uszkodzić, by oddał samochód. Potem przesiadamy się do nowej, szybszej fury, gromadzimy kolejne punkty, wyzywamy kolejnego z listy i tak aż do samego szczytu.

Przyznam, że początki w tej grze są najtrudniejsze. Do dyspozycji są raczej wolniejsze auta (co nie znaczy wolne: Porsche 911 czy Lamborghini Countach nie są drogowymi żółwiami), więc policja dogania nas łatwo, zaś trudno się wykaraskać z jej obław. Także wyścigi są wówczas bardziej wymagające, bo trudniej o nadgonienie stawki, mimo że gra bezczelnie oszukuje. W prasie nazywa się ten rodzaj oszustwa "gumową sztuczną inteligencją", a polega ona na tym, że jeśli zostajemy w tyle, komputer przestaje się spieszyć i jedzie tak, żebyśmy mogli go dogonić; jeśli jednak to my wysunęliśmy się na czoło, w magiczny sposób wszystkie minięte z łatwością samochody doganiają nas i siedzą na zderzaku. Momentami bardzo to irytuje, gdy np. prowadziliśmy bez problemu przez cały wyścig, by na ostatnim zakręcie lekko przytrzeć i dać się wyprzedzić czterem przeciwnikom.

W miarę postępów korzystamy z coraz szybszych samochodów, którymi ucieka się policji coraz łatwiej (ostatnie trzy, cztery modele, szczególnie "dopakowane" odpowiednimi oponami i nitro, nie dają policji żadnych szans), zaś podczas wyścigów łatwiej doganiać innych po kraksie. Zdobycie finałowego "Koenigegga" jest tylko formalnością.

Absolutnie nie narzekam, bo bawiłem się przy grze świetnie, zwłaszcza kiedy dosiadała się do mnie Perełka, służąc jako (niestety, spóźniająca się) nawigacja. Grafika w grze jest bardzo przyjemna, a zaletą tego, że gra jest stara, staje się błyskawiczne działanie bez zadyszki. Superpłynne animacje, fajne efekty dźwiękowe i świetlne - czego chcieć więcej?

Na koniec

Przyznam, że Most Wanted spodobała mi się dużo bardziej niż wcześniej ogrywana odsłona pt. Rivals. Chyba spodobało mi się takie niezobowiązujące jeżdżenie to tu, to tam, wywoływanie zamieszek z policją, ucieczki, a od czasu do czasu wyścig o jakąś realną stawkę, czyli dużo lepsze auto. No, co, fajnie się grało i już!

0 komentarze:

Publikowanie komentarza