wtorek, 5 stycznia 2021

[K] Gra stara i gra nowa

Korzystając z czasu "świątecznego", zainstalowałem sobie dwie gry. Jedną z nich był stareńki już (z 1999 roku!) Kingpin: Life of Crime, a drugą - wydana w 2019 na PeCety Journey. I na przykładzie tych właśnie dwóch tytułów widać wyraźnie przepaść dzielącą stare od nowego - bo pomijając już samą tematykę, i wykonanie, i filozofia są tu diametralnie różne.

Kingpin

Kingpin to gra zbudowana na "silniku" z Quake II, niegdyś bardzo popularnego szkieletu wielu gier (choćby pierwszy Half Life też z niego korzystał). Opowiada ona losy pewnego przestępcy, który musi przedrzeć się przez (a jakże) przestępcze miasta w drodze do zemsty. W odróżnieniu od innych gier tego rodzaju z lat 90-tych, Kingpin wyróżniał się warstwą fabularną - nie dość, że w klimat wprowadzały filmiki, to jeszcze można było wchodzić w interakcje z napotkanymi ludźmi. Można było schować broń i pogadać "przyjaźnie", dostając czasem w zamian pomoc lub poboczne zadanie. Niektóre napotkane postacie można było zwerbować za opłatą, aby pomogły nam w jakiejś konkretnej misji; a no i same pieniądze, jako element gry, były bardzo ważne, bo umożliwiały wizyty w sklepie, w celu zakupu broni, amunicji czy medykamentów. Nie była więc tylko prosta strzelanka, ale warto było myśleć i kombinować, a i czasem dawało się przejść fragmenty na różne sposoby.

Niestety, ząb czasu mocno odcisnął swoje piętno na tej pozycji. Grafika zestarzała się bardzo, a sama gra jest "zabugowana" - zresztą z tego powodu nie dobrnąłem do końca, bo przy końcówce "zepsuł mi się" zapis (quick save) i straciłem cały postęp na tym etapie (było jednak zapisywać też w normalnych slotach!...). Ale i w trakcie bywały problemy - a to nie otworzyły się drzwi, mimo spełnienia wymaganych warunków, a to mimo uratowania pewnego człowieka jego siostra nie dała nam nagrody w postaci klucza, otwierającego jedyne drzwi do dalszej podróży, a to zaklinowałem się w pewnym zakątku bez szans na wyskoczenie stamtąd. W efekcie parę razy musiałem poszukać opisu przejścia (żeby się przekonać, że wszystko zrobiłem poprawnie, a i tak gra na to nie zareagowała) i konieczne okazało się skorzystanie z wbudowanej konsoli, żeby przejść przez zamknięte drzwi czy "przefrunąć" przez przeszkodę. Niestety, remedium na zepsutego save'a (poza pobraniem jakiegoś gotowca) już nie znalazłem...

Journey

To zupełnie inna bajka. Gra zdobyła mnóstwo nagród jeszcze w wersji na Playstation i przez długi czas nie mogła zagościć na PeCetach. W końcu jednak się pojawiła, a ja ją natychmiast kupiłem - ale było to w 2019 roku. Mamy 2021 i wreszcie znalazłem chwilę, by w nią zagrać (co jest swoistym paradoksem, bo przejście tej gry od A do Z zajmuje... dwie godzinki).

Po uruchomieniu otwieramy buzię ze zdziwienia. Gra jest piękna. Wprawdzie idziemy przez pustynię, ale pustynię wykonaną tak sugestywnie, że piasek prawie chrzęści nam w zębach. Jesteśmy jakąś dziwną postacią, która nie mówi i o której nic nie wiemy. Nie wiemy też, dokąd pójść, więc kierujemy się w stronę majaczących na horyzoncie zabudowań. I tak zaczyna się tytułowa podróż, która zawiedzie nas... a nie, nic więcej nie powiem, bo prawdą jest, że siła tej gry tkwi w tajemnicy tego, co nas w niej spotka.

Ależ ta gra działa na wyobraźnię! Możecie wierzyć lub nie, ale graliśmy sobie w nią z Perełką i potem toczyliśmy długie dyskusje, a czym było to, a czym tamto, a o co mogło chodzić z tym czy owym. Ta gra to prawdziwe przeżycie (chociaż dzieci raczej nie docenią całości - za to dorośli...). Bez wątpienia jest to jedna z lepszych gier, w jakie dane mi było zagrać w życiu. Majstersztyk.

Gra a gra

Te dwie gry łączy fakt, że wciągnęły mnie w swój świat i dały mnóstwo przyjemności. Kingpin zapewnił swego rodzaju "powrót do przeszłości", do tego czasu, gdy gry były względnie proste, nie wymagały połączenia sieciowego i nie zawierały wszechobecnych mikropłatności za wszystko (podejrzewam, ze obecnie wirtualny sklepik działałby już tylko po podpięciu do niego prawdziwego konta PayPal). Grało mi się w niego bardzo przyjemnie i nawet napotkane błędy nie były aż tak frustrujące.

Za to Journey... ech, to naprawdę warto było ukończyć. No i ta cudowna grafika, ten piaseczek, te oniryczne dźwięki i palące, wirtualne słońce. Jakże żałuję, że nie mogę napisać nic więcej - bo naprawdę zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję.

I powiem Wam, że przydał mi się takie "reset" - po tych wszystkich wieczorach spędzonych ostatnio w programach DAW, po przygotowywaniu "Synergy" i "Seventh Encounter" miło było po prostu oddać się rozrywce, co i Wam polecam.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza