czwartek, 7 grudnia 2017

[S] Jarmark bożonarodzeniowy

Nie tylko w Poznaniu - mało Bożego Narodzenia, za to dużo komercji. Takie czasy...

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/680 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/850 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/1400 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/3500 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

Przysłona: f/1,4, Czas: 1/450 sec, Ogniskowa: 23,0 mm

czwartek, 30 listopada 2017

Ostatni Jedi

Dwa lata minęły - tak, tak, to w grudniu 2015 na nowo poczuliśmy Moc! W międzyczasie był jeszcze "Łotr 1", który - choć raczej średni - podtrzymał zainteresowanie uniwersum Gwiezdnych Wojen. Teraz nadchodzi "Ostatni Jedi".

Jak pamiętacie (albo i nie), do "Przebudzenia mocy" z 2015 miałem odczucia dość mieszane. Z perspektywy czasu (i po obejrzeniu "Łotra 1") odnoszę wrażenie, że byłem wówczas chyba zbyt surowy. Bez wahania zatem przystałem na pomysł, by na najnowszą część wybrać się razem z grupą kolegów. Tym razem nastawiam się pozytywnie i mam nadzieję, że film udźwignie moje oczekiwania (a czekam na kilka istotnych rozwinięć fabularnych, sygnalizowanych w "Przebudzeniu mocy").

Do seansu jeszcze parę tygodni, ale jeszcze przed Nowym Rokiem spodziewajcie się opisu wrażeń.

czwartek, 23 listopada 2017

[K] Xpand!2 za darmo w czarny piątek

Nie, nie reklamuję sklepu - zwracam tylko uwagę, że z okazji czarnego piątku można ZA DARMO otrzymać bardzo fajny instrument - Air Xpand!2. Myślę, że naprawdę warto - wiele razy wykorzystywałem dostępne w nim brzmienia i uważam, że - zwłaszcza na początek - jest to solidna baza dźwięków. Do wyrwania w AudioDeluxe.com.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Listopadowo

Trochę powrotu do fotografowania - zimna sesja z Joanną. Sesja odwlekana i przekładana, ale w końcu jest. Zapraszam do oglądania:

Przysłona: f/4, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Przysłona: f/2,2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Przysłona: f/2, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Przysłona: f/2,8, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Przysłona: f/1,2, Czas: 1/1600 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

niedziela, 19 listopada 2017

[K] Luminar 2018

Wiecie już pewnie, że szukam zamiennika dla Lightrooma - niezbyt może intensywnie, ale... Właśnie na rynku pojawił się "nowy" gracz, czyli tytułowy Luminar 2018. Nowy jest bardziej z nazwy i z tego, że pojawił się właśnie na komputery PC - Makowcy mieli go już wcześniej. Cóż, wypróbować trzeba, bo może to to?

Nadzieje

Cóż, patrząc na screeny na stronie producenta chyba zbyt mocno rozbudziłem w sobie nadzieje. A skoro miało być pięknie, zaś jest tak sobie, to nic dziwnego, że czuję się zawiedziony. Wprawdzie producent sam chyba takie odczucia przewiduje, skoro od razu pisze, że program jest w ciągłym rozwoju i taka czy owaka funkcja jest w planach i pojawi się za iks miesięcy.

Czym jest?

Luminar jest programem do wywoływania RAWów. Zakres regulacji jest dość spory, poczynając od podstawowych korekcji naświetlenia, kontroli cieni i świateł, przez wyostrzanie, zabawę kolorami i korygowanie wad optyki (oraz perspektywy). Są warstwy, na których możemy nanosić zmiany, są korekty lokalne (np. rozjaśnienie tylko fragmentu zdjęcia). Jest cała masa filtrów w rodzaju "Dehaze", dodawania ziarna, odszumiania itp. Pod tym względem przyczepić można się tylko do braku możliwości usuwania drobnych paproszków (Spot removal z Lightrooma).

Czym nie jest?

Na pewno Luminar nie jest zamiennikiem Lightrooma, nie w moim odczuciu. Po pierwsze, nie ma modułu katalogującego (jest w planach dopiero). Po drugie - jest za wolny! O wiele za wolny, jak na moje potrzeby. W międzyczasie sprawdzałem program ACDSee i wypadł on dużo korzystniej niż dzieło Macphun. W ACDSee zdjęcia pokazywały się po góra kilku sekundach (katalog na zwykłym dysku twardym), Luminar lubił się czasem zamyślić nawet na pół minuty lub dłużej, a pracował na tych samych fotografiach!

Przez cały czas testów miałem wrażenie, że pracuję z wersją beta - wolna praca, zacinanie się momentami, jakaś taka pustka na ekranie (co akurat można poczytać za zaletę - większość RAWów zalewa użytkownika panelami i kontrolkami). Niestety, kilka razy aplikacja przestała działać, przez co traciłem wprowadzone w niej zmiany (czyżby nie zapisywał ich na bieżąco w jakiejś lokalnej bazie danych?).

Czekamy

No cóż, wypada poczekać, co stanie się z programem za pół roku czy rok. Na razie podstawowe narzędzia są, działają jako tako (np. odzyskiwanie danych ze świateł działa lepiej niż w corelowym AfterShot) i... tyle. Zainteresuję się bardziej, gdy program otrzyma moduł katalogujący i nieco przyspieszy działanie.

Czyli chwilowo ciągle bez zamiennika...

sobota, 18 listopada 2017

[R] Breaking Bad

O tym serialu napisano już wszystko - więc jakichś rewelacji tutaj nie przeczytacie. Obejrzałem go dopiero teraz, korzystając z darmowego miesiąca na Netfliksie i nie żałuję. Bo to dobry serial.

O fabule nie będę się rozpisywał: ot, mamy licealnego nauczyciela chemii, który na wieść o zabijającym go raku płuc postanawia zapewnić rodzinie przyszłość, zarabiając szybko pieniądze na produkcji metaamfetaminy. Oglądamy więc meandry przestępczego światka obserwując, jak miły gość staje się potworem i zmierza ku nieuchronnemu finałowi.

Mnie spodobały się w "Breaking Bad" przede wszystkim dwie rzeczy: gra aktorska (i to w zasadzie WSZYSTKICH postaci) oraz praca kamery i pomysły na ujęcia (kolory! kompozycja!). Aktorzy są naprawdę świetni - od fenomenalnego Bryana Cranstona (Walter) po RJ Mitte'a (Walter Jr.) czy Charlesa Bakera (Skinny Pete). Nawet jacyś drugo- czy trzecioplanowi "ćpuni" wypadają bardzo przekonująco. Irytujący głos Jessego kontrastuje z precyzyjnym i charakterystycznym barytonem Waltera, roztrzęsiona Marie uzupełnia się z chełpliwym na pokaz Hankiem. Niewyraźnemu bełkotowi Flynna przeciwstawia się arogancki i "reklamowy" głos Saula. Świetne, naprawdę.

Operator, jak to się mawia, odrobił pracę domową, dzięki czemu serial ogląda się z dużą przyjemnością. Trafione są zarówno decyzje kolorystyczne (ech, ta żółta do przesady pustynia!), jak i pomysły na ujęcia (kamera "zamocowana" w oczach bohatera czy na jego dłoni).

Na koniec powiem tylko, że choć czasem wydaje się, że serial został niepotrzebnie "rozciągnięty" do pięciu (a w zasadzie sześciu) sezonów, to ostatni sezon wynagradza wszystko, zgrabnie zamykając otwarte wątki i zataczając wielkie koło.

I cóż na koniec - kto nie oglądał, niech spróbuje. Warto, moim zdaniem.

czwartek, 16 listopada 2017

Dorosłość

Podobno człowiek wtedy staje naprawdę dorosły, kiedy zaczyna samodzielnie załatwiać sprawy w urzędzie. Może to i racja. A jak każdemu dorosłemu wiadomo, urzędy zupełnie za darmo dostarczają rzetelnej, nieskrępowanej rozrywki każdemu chętnemu.

Tytułem wstępu

Spłaciłem mieszkanie, czego konsekwencją jest wykreślenie hipoteki z księgi wieczystej. Niby - jak wyczytałem w kilku artykułach - hipoteka "zdejmuje się sama" w chwili spłaty kredytu, ale jednak trzeba pofatygować się osobiście do sądu i "zadbać o szczegóły".

Scena pierwsza

Oczywiście, do urzędu nie idzie się z pustymi rękami. Trzeba mieć w nich odpowiednie podanie lub wniosek, do tego niezbędne załączniki i (jakże by inaczej) dowód wpłaty określonej kwoty na określone konto. Wiadomo. Żeby dokładnie wiedzieć, co jest potrzebne, nie wystarczy poczytać w internecie - bo tu zwykle doradzających stron jest sporo, a każda zawiera nieco inne informacje. Należy więc wykonać obowiązkowy telefon do urzędniczej infolinii, gdzie miła inaczej pani poinformuje nas głosem zimniejszym od zestalonego azotu, co będzie potrzebne i w jakich ilościach.

Scena druga

Skoro wiemy już co, należy to coś zdobyć. Oszczędzę Wam opisu ponad miesięcznej batalii, jaką stoczyłem z jednym z dużych banków o wystawienie potrzebnych pism. Dość powiedzieć, że sprawa potrzebowała czterech reklamacji i skończyła się telefonem do dyrektora oddziału. Ostatecznie plik dokumentów zdobyłem i po wpłaceniu 100 złotych na konto sądu byłem gotowy. Niemal.

Scena trzecia

Pismo z banku, pełnomocnictwa i dowód wpłaty to jednak za mało. Trzeba wypełnić czterostronicowy KW-WPIS, bo bez tego nic. Wypełniałem tylko dwa razy, więc nie jest to trudne, najgorzej idzie wykreślanie niepotrzebnych pól. Koniec końców wniosek był gotów, więc tylko (zgodnie z radą jednego portalu) zrobiłem jego kopię i zapakowałem wszystko do teczki (głupio byłoby w ostatniej chwili coś zapodziać, prawda?)

Scena czwarta - kulminacja

7:30. O tej godzinie otwierają się podwoje sądu - przynajmniej teoretycznie. Po zderzeniu się najpierw ze składanym "płotkiem" blokującym przejście, a potem z brzuchatym strażnikiem, utknąłem na chwilę na bramce wykrywającej metal. Po pięciu próbach i wyjęciu wszystkiego z wszystkich kieszeni ochrona stwierdziła, że "piszczą" moje szelki. Wszedłem.

Okazało się, że czasu mam mnóstwo, bo "biuro podawcze" (czyli okienko) jest czynne od 7:45. Numerków nie ma, trzeba utworzyć normalną kolejkę i w niej czekać. Na szczęście byłem pierwszy.

7:46 - hałas żaluzji i stuk drewnianej zaślepki okienka wyrwał mnie z odrętwienia. Rzuciłem się do okienka z plikiem papierów i... wiuuuu, przeciąg wyrwał mi je z ręki i rozrzucił po posadzce. Ludzie z kolejki za mną nie kryli radosnej pogardy.

Zebrałem jednak wszystko i niezrażony przekazałem pani w okienku z pokojowym słowem "Proszę". W końcu co. Niestety, w odpowiedzi otrzymałem pytanie, co to za dokumenty i dlaczego daję je pani w okienku. Za sugestię, że to przecież "biuro podawcze" usłyszałem, że pani takich dokumentów nie przyjmuje. Powściągnąłem język, dzięki czemu dowiedziałem się, że moim celem jest pokój 24. Alleluja!

7:53 - czekam pod pokojem 24. W środku starsza pani walczy z urzędniczką, obok młodzi ludzie z rozpalonymi twarzami wypełniają jakiś wniosek. Starsza pani poddaje się i wychodzi, wchodzę ja.

Jak się można spodziewać, dwukrotne wypełnianie wniosku KW-WPIS według wzoru z internetu nie dało spodziewanych efektów. Pani z pokoju 24 szybko odnalazła błędy. Tylko dzięki wrodzonym talentom i opanowanej do perfekcji sztuce negocjacji udało mi się nanieść poprawki na oryginalny wniosek, unikając przepisywania go po raz trzeci.

Chwila ciszy. Stuk. "To dla pana". "Dziękuję".

Oklaski

Uf. Wmawiam sobie, że to przez brak doświadczenia. W urzędach bywam raz czy dwa do roku, nie jestem dostatecznie otrzaskany. Nie jestem też dostatecznie odporny. Muszę to zmienić - w końcu trzeba kiedyś dorosnąć!...

środa, 15 listopada 2017

[R] Bardzo mieszane uczucia

Wiecie, wychowałem się na polskich komiksach. "Kleks" Szarloty Pavel, "Tytus, Romek i A'Tomek" Chmielewskiego, "Binio Bill" Wróblewskiego, "Thorgal" Rosińskiego (dobra, ten ostatni miał tylko polskiego rysownika) - zresztą Rosiński i Wróblewski mają na koncie również przygody kapitana Żbika. Nade wszystko jednak ulubiłem kreskę i humor Janusza Christy, twórcy "Kajtka i Koka" oraz "Kajka i Kokosza".

Dwaj panowie K

Nic nie poradzę na to, że mam słabość do dzielnych wojów z Mirmiłowa. Przez wszystkie lata, kiedy było już wiadomo, że świętej pamięci Christa nie narysuje nowych komiksów, zaopatrzyłem się nie tylko w "klasyczną" serię o Kajku i Kokoszu, ale we wszystkie, wydane przez Egmont, zbiory komiksów sopockiego rysownika. Nic dziwnego, że kiedy chodząc po Empiku zauważyłem "Łamignata straszliwego", przygarnąłem go - z tytułowymi bardzo mieszanymi uczuciami.

Nowość

Album okazał się drugim z kolekcji "Kajko i Kokosz: nowe przygody" i zawiera kilka krótkich historyjek, stworzonych przez czterech rysowników (których nie będę wymieniał). Na okładce widnieje "dumny" napis "Według JChristy", co sugerowałoby, że przynajmniej fabularnie bazowano na jakichś zapiskach twórcy oryginału - szczerze w to wątpię.

Nie będę się czepiał stylu rysunku - każdy z rysowników ma własny sposób prezentacji świata stworzonego przez Christę, trudno byłoby oczekiwać wiernej kopii. Za to scenariusze są... no, biedne. Pomysły dziwaczne, a w oczy kłuje szczególnie nachalne przytaczanie "kultowych" tekstów (np. o orchideach czy wyprowadzaniu się do mamy).

Po co?

To było pierwsze pytanie, które zadałem sobie po przeczytaniu całego albumu. Po co ktoś tworzy dalszy ciąg? Zrozumiałbym jakiś okolicznościowy album (np. wydany w przyszłym roku, w dziesiątą rocznicę śmierci Christy), gdzie popularni rysownicy stworzyliby krótkie historyjki jako swego rodzaju hołd. Ok. Ale tworzenie serii i to "według Christy"? Tak, tak, pewnie pod względem prawnym jest wszystko dopięte na ostatni guzik - ale czy tylko o to chodzi?

Jak dla mnie jest to wyłącznie skok na kasę. Doceniam kreskę i styl autorów (nie wszystkich) i pytam - dlaczego nie tworzą własnych postaci i ich przygód? A jeśli tworzą, dlaczego przy tym nie pozostaną? Po co psuć uznaną markę?

Jako fan oryginałów - nie cieszę się.

niedziela, 5 listopada 2017

[S] Taki listopad lubimy

Przysłona: f/7,1, Czas: 1/640 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3,2, Czas: 1/1000 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3,2, Czas: 1/1600 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/5, Czas: 1/500 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/800 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3,3, Czas: 1/400 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

wtorek, 31 października 2017

Nowy-inny-Lightroom

Lightroom od zarania

Używam programu Adobe Lightroom od wielu lat. Wywoływałem w nim RAWy z Nikona D50, potem z kolejnych Nikonów, aż skończyłem na obróbce zdjęć z aparatów Fujifilm. Obserwowałem rozwój funkcji oraz nie do końca pasujące mi przejście na model subskrypcyjny. To ostatnie sprawiło, że od dwóch lat używam starej, "pudełkowej" wersji - nowe funkcje pojawiają się już tylko w wersji abonamentowej.

Nadzieja

Od kilku tygodni w środowisku fotografów lekko zawrzało - pojawiły się plotki, że Adobe szykuje wersję "Classic" Lightrooma. Wiele osób (w tym ja) miało nadzieję, że jednak dostaniemy nową wersję "pudełkową", bez abonamentu. Plotki, plotki...

No, nie można powiedzieć, że plotki zupełnie się nie sprawdziły. Oto światło dzienne ujrzała wersja "Classic", ALE...

Zamieszanie

Adobe w swoim stylu "zamieszało". Aby nieco uporządkować sytuację, przypomnijmy. Do tej pory istniały dwie wersje Lightrooma: 6 (pudełkowa, opłacana jednorazowo, praktycznie już nierozwijana) orac wersja CC (od "Creative Cloud", wersja abonamentowa). Pomijam wersję mobilną, bo to trochę inna kategoria.

Obecnie zupełnie "ubito" wersję 6, czyli tę, której używam. Nie będą się już do niej pojawiały żadne łatki i uaktualnienia. Lightroom CC stał się obecnie właśnie wersją "Classic CC", a sama nazwa sugeruje, że chyba też za długo nie pociągnie. Obecnie, według Adobe, liczy się tylko jedna wersja: nowy Lightroom CC. Jest to zupełnie nowa aplikacja (w związku z tym na razie pozbawiona jest wielu funkcji) i to, co ją wyróżnia, jest kompletna integracja z "chmurą" od Adobe - do tego stopnia, że z aparatu lub karty pamięci zdjęcia trafiają bezpośrednio na serwery Adobe (każdy użytkownik otrzymuje tam 20GB powierzchni w cenie abonamentu 12 Euro/miesiąc). Tak, dobrze widzicie. Zdjęcia importują się na dyski sieciowe - trzeba więc mieć BARDZO DOBRE łącze internetowe, bo takie RAWy z nowoczesnych aparatów mają po kilkadziesiąt MB. W moim przypadku pojedyncza sesja (np. z urodzin) to 2-3GB. Selekcję robię w Lightroomie, więc musiałbym sporo się naczekać na to, by móc w ogóle zacząć przeglądać zdjęcia.

Przyszłość

Przyznam szczerze, że obecnie Lightroom przestał być programem dla mnie. Fajnie, że w abonamencie (tym najtańszym) "dostaję" też najnowszą wersję Photoshopa CC, ale jednak nie widzę w tym sensu. Zwolennicy mówią, że dostaję zawsze aktualną wersję, ale nie oszukujmy się - od lat Adobe nie zrobiło w zasadzie NIC, żeby poprawić wydajność czy notoryczne błędy (przenoszenie katalogów, usuwanie - w wersji pod Windows występują niezmiennie od wersji 4!). Czyli płacę co miesiąc ludziom, którzy raz na trzy miesiące wrzucą jakąś "medialnie ciekawą" funkcję (w rodzaju "DeHaze"), zamiast raz a dobrze usiąść i poprawić stare błędy. Rzeczywiście, fajny układ.

Dobra, wiem, narzekam. Nie w smak mi to, że będę musiał porzucić mój ulubiony program do wywoływania zdjęć (ok, może nie porzucić, ale ostatecznie tracę nadzieję, że znikną z niego irytujące błędy). Nic, trzeba będzie chyba przejść na Capture One albo jeszcze inną alternatywę. Pożyjemy, zobaczymy.

A może w kontekście tego, że przestałem fotografować, to już nie mój problem?...

środa, 25 października 2017

[R] Starzy mistrzowie

Dzisiaj będzie trochę przekornie, a do wpisu sprowokowała mnie dyskusja na pewnym forum, poświęconym muzyce elektronicznej. Spotkałem się tam z ogólnym narzekaniem na "starych mistrzów", którzy zamiast nagrywać nowe rzeczy, odcinają kupony od sławy. Szczególnie oberwało się dwóm nazwiskom: Oldfieldowi i Jarre'owi. Ten pierwszy wydał wiosną "Return to Ommadawn", kontynuację "Ommadawn" z 1975 roku. Drugi z kolei nagrał w 2016 woku "Oxygene 3", nawiązujący do młodszego o 40 lat (!) "Oxygene".

Oldfield

Obaj panowie mają swoje "za uszami" i wielokrotnie już podpadali krytyce. Oldfield z uporem maniaka przez całe niemal zawodowe życie nawiązuje do płyty "Tubular Bells" - mieliśmy dwie kontynuacje ("Tubular Bells II" oraz "Tubular Bells III"), mieliśmy remastery, mieliśmy wersję symfoniczną, mieliśmy nagranie od nowa. Mieliśmy też (niestety) "pochodne" w rodzaju "Millenium Bell" czy "Tubular Beats". Ponadto po pobycie na Ibizie Mike skręcił w stronę popu i muzyki tanecznej, z czego wzięła się taka płyta jak "Light and Shade" czy późniejszy, niezbyt dobrze przyjęty "Man on the Rocks". A tu gruchnęła wieść, że powstaje druga część jednego z "kultowych" albumów, czyli "Ommadawn". Fani zadrżeli.

Na szczęście płyta jest - w mojej, ale chyba nie tylko mojej - opinii bardzo udana. To znów dwie dwudziestominutowe suity, to piękne melodie zgrabnie połączone w całość. Płyty słucha się z przyjemnością i zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jest przyjemniejsza w odbiorze niż nagranie z 1975 roku. Kontynuacja lepsza od oryginału? Tu się chyba udało.

Jarre

Pod adresem Jarre'a skierowane są inne zarzuty - że od czasów "Chronologie" z 1993 roku nie nagrał niczego nowego czy w ogóle czegokolwiek na przyzwoitym poziomie. Osobiście przesunąłbym cezurę na 1997 rok, kiedy ukazała się pierwsza kontynuacja "Oxygene" w 21 rocznicę wydania pierwowzoru. Choć wówczas płyta wydawała mi się nieco wtórna, przekonałem się do niej i w zasadzie od tych 20 lat słucham obu albumów "Oxygene" łącznie, jednym ciągiem, bo tworzą spójną całość. Ale nadszedł rok 2016 i Jarre zapragnął nagrać jeszcze trzecią część "Tlenu" - czy słusznie?

I tu pojawia się dylemat - bo płyta "Oxygene 3" zasadniczo jest w mojej opinii udana! Tyle tylko, że niepotrzebnie została włączona w skład trylogii. Gdyby nazwać ją inaczej i usunąć kilka zbyt czytelnych nawiązań, byłaby to wreszcie płyta, która może zamknęłaby usta krytykom Francuza. Można by mówić, że Jarre wreszcie nagrał samodzielnie album koncepcyjny na poziomie choć zbliżonym do dzieł z przeszłości. Jednak nazwa zobowiązuje i jako kontynuacja genialnego "Oxygene" z 1976 roku czy przyzwoitego "Oxygene 7-13" nowa płyta wypada dość blado.

Czyli co?

W sumie nie do końca wiadomo. Autorzy, jak to autorzy, mogą z własnym dorobkiem robić, co im się podoba. A co z oczekiwaniami słuchaczy? I tutaj jest chyba pies pogrzebany. Bo słuchacze są trochę jak inżynier Mamoń - lubią to, co znają. Trudno im się dziwić, w końcu "za coś" lubią danego artystę i nie każdy eksperyment musi się podobać. I ostatecznie sprawa sprowadza się do jednego: czy te nowe płyty kupimy i będziemy ich słuchać? Ja "Return to Ommadawn" słucham. "Oxygene 3" też, choć nie dograłem go jeszcze do utworów z pierwszych płyt. Na razie mi do nich nie pasuje...

poniedziałek, 23 października 2017

[R] Blade Runner 2049

Nie, nie jestem wielbicielem pierwszego "Blade Runnera" z 1982 roku. Podobał mi się i owszem, jest jednym z lepszych filmów, które w życiu widziałem, ale ani się nie kochałem w Sean Young, ani nie miałem hopla na punkcie Rutgera Hauera, ani nie wieszałem na ścianie plakatów z Harrisonem Fordem. I pamiętam, gdy dowiedziałem się o kręceniu "2049", wzruszyłem tylko ramionami, będąc pewnym, że to tylko i wyłącznie skok na kasę oraz żerowanie na "kultowości" pierwowzoru.

Nawet pierwszy zwiastun nie zmienił tej opinii - ot, chodzi sobie Ryan Gosling, widać miasto z charakterystycznymi światłami, skuszono Harrisona Forda do powrotu. Vangelisa nie skuszono do napisania muzyki do drugiej części - minus, duży minus...

No i w końcu doczekaliśmy premiery, zapoznałem się z pierwszymi wrażeniami innych widzów i... no, były pozytywne, żeby nie powiedzieć - entuzjastyczne! Hm. Trzeba zatem pójść zobaczyć samemu, no bo jak to, ma mnie ominąć dobry film? Namówiłem kolegę Krzyśka i w sobotę odwiedziliśmy kino. Oprócz nas było kilkadziesiąt osób - na trzygodzinny seans bez tuzina głośnych nazwisk i szalonych efektów specjalnych? Nie spodziewałem się.

No i co? Jest dobrze, jest nawet bardzo dobrze. Moim skromnym zdaniem, udało się zachować klimat i nastrój pierwszej części. Tempo jest powolne i pozornie niewiele się dzieje, ale to daje okazję do chłonięcia świata pokazanego w filmie - a jest co chłonąć, bo zaprawdę, jest to jeden z piękniejszych filmów jeśli chodzi o zdjęcia! Od czasu do czasu następuje przyspieszenie, jednak na pewno nie jest to film akcji, więc miłośnicy mocnych wrażeń, wybuchów i akrobacji niewiele znajdą tutaj ciekawego.

Czy nowy "Blade Runner" jest lepszy od klasycznej wersji z 1982 roku, jak chcą niektórzy recenzenci? Nie sądzę, żeby można je było pod tym względem porównywać. To tak naprawdę ta sama opowieść, leniwie opowiedziana i zachwycająca wizualnie. W praktyce tych niemal trzech godzin się nie czuje - ja nie nudziłem się ani przez chwilę. Jednocześnie (tak jak w pierwszym "Blade Runnerze") jestem pewien, że przy powtórnym obejrzeniu dostrzegę nowe szczegóły, które w sobotę mi umknęły.

Jak z grą aktorów? Ryan Gosling nadspodziewanie dobry w roli policjanta K, Harrison Ford - no, to Harrison Ford. Nie nawystępował się w "2049", ale co miał, to zagrał. Jared Leto jakiś taki mało przerażający mimo charakteryzacji. Sylvia Hoeks w roli Luv jest odpowiednio... ehm... no, po prostu od razu widać, że to niezłe ziółko. No i nie sposób pominąć Joi (śliczna Ana de Armas) - to jest castingowy strzał w dziesiątkę.

Na koniec zostaje muzyka. Już wspomniałem, że nie tworzył jej Vangelis, który odpowiedzialny jest za kapitalny soundtrack do pierwszej części. Tym razem za muzykę wziął się duet Benjamin Wallfisch - Hans Zimmer. Utrzymali klimat vangelisowych syntezatorów i tej ścieżki dźwiękowej nie da się pomylić z niczym innym (kto słyszał, ten wie, o czym mówię), jednak nie da się jej chyba słuchać poza filmem.

Ostatecznie trzeba jasno powiedzieć, że "Blade Runner 2049" - w mojej opinii - uniósł ciężar legendy. Nie stał się bladą kopią i skokiem na kasę, ogląda się go z dużą przyjemnością i na pewno do niego wrócę w edycji DVD. I wtedy zrobię sobie maraton - najpierw część pierwsza, potem druga. A co!

poniedziałek, 16 października 2017

365 - Zakończenie

I stało się - dzisiaj po raz trzysta sześćdziesiąty piąty wkleiłem zdjęcie na stronę "projektu 365". Koniec. Jutro nie muszę robić kolejnego zdjęcia. Mogę. To główna różnica.

Jak napisałem na stronie "projektu", jest to pewien sukces - każdy, kto próbował robić co dzień choćby jedno zdjęcie (lub cokolwiek) wie, że czasem nie jest łatwo. Czasem bardzo się nie chce. Czasem się zapomina (!). Czasem dopada zwątpienie, czy w ogóle warto?

Gdy dzisiaj patrzę na stronę zbiorczą, na 73 rzędy miniatur, to jednak czuję satysfakcję. Pewnie, większość zdjęć to nic nadzwyczajnego. Dużo tu banalnych zdjęć nieba czy kwiatków. Ale jest też sporo portretów, a zwłaszcza jestem dumny z sierpniowego "tygodnia głów". Było też parę wyzwań, których wcześniej robiłem mało: zdjęcia nad morzem, autoportrety, zabawy z czasem naświetlania czy obróbką.

I chociaż nie czuję, żeby ten "projekt" zrobił ze mnie lepszego fotografa i żebym się jakoś rozwinął, to nie uważam, żeby był to czas zupełnie stracony. Ot, udało się zachować dyscyplinę, zrobić garść zdjęć i tyle.

Czy będzie kontynuacja? Ha, niektórzy przedłużają cykl do 730 zdjęć. Ja na razie niczego nie przedłużam. Jak nabiorę jeszcze kiedyś ochoty, to może pojawi się nowa edycja - w końcu od stycznia czeka na mnie Wrocław, którego póki co w ogóle nie znam. Byłoby tam co fotografować - zobaczymy w styczniu.

Na pożegnanie jedno ze zdjęć, które "przegrało" selekcję na zdjęcie dnia. Wiadomo - niebo:

środa, 11 października 2017

Wypalenie nie-zawodowe

Dzisiaj będzie wpis, idealnie pasujący do szaroburej pogody za oknem. Chyba dopadły mnie jesienna depresja tudzież melancholia. Dopiero co zakończyłem prace nad płytą "Runaway", lada chwila zakończę "Projekt 365" i... co dalej? Naszło mnie ogólne zniechęcenie do wszystkiego. Nawet rysować komiksu o Ladaco mi się nie chce i o czym bym nie pomyślał, wydaje się to bez sensu...

No i zastanawiam się. Bo niby nic na siłę i nie ma co się zmuszać do czegokolwiek (w końcu mówimy o hobby), ale z drugiej strony, tylko ciągłe ćwiczenia i robienie czegoś może prowadzić do rozwoju, a przynajmniej zapobiegać regresowi. No i mamy sytuację patową - robić coś trzeba, bo inaczej się człowiek uwsteczni, a jednocześnie człowiek przymuszony do czegoś, zaczyna tego czegoś nie lubić. A nie chciałbym się zniechęcić ani do fotografii, ani do rysowania, ani do muzyki...

Nic, trzeba jakoś przetrzymać do słonecznego listopada.

wtorek, 3 października 2017

[M] Gades - Runaway

No i jest! Po kilku dniach oczekiwania dotarła paczka, a w niej nowa płyta. Jakość druku i nadruku bez zmian w porównaniu do płyty Via, czyli jest dobrze:

Niestety, mam zastrzeżenia do warstwy audio - mimo wyraźnego zaznaczenia w zamówieniu, wstawiono przerwy między utworami, co w kilku przypadkach tworzy nieprzyjemny dla ucha efekt... Tragedii wprawdzie nie ma i nie zamierzam odsyłać paczki, ale następnym razem chyba jeszcze dodatkowo zadzwonię i przekażę uwagi ustnie.

Uff, sprawę Runaway mamy zatem zamkniętą. Czy czas myśleć o kolejnym projekcie?...

czwartek, 28 września 2017

[M] Nie tylko SoundCloud

Płyta "Runaway" już w przygotowalni, a ja tymczasem rozejrzałem się trochę po serwisach umożliwiających udostępnianie muzyki i znalazłem BandCamp. Dodawanie całych płyt jest tam banalnie proste i już w tym momencie można posłuchać sobie całej płyty "Via".

Mniej więcej w przyszłym tygodniu powinno być też gotowe "Runaway", które także znajdzie się na BandCamp, o czym zapewne poinformuję także tutaj.

niedziela, 17 września 2017

[S] Z wizytą w Palmiarni

Jak zwykle potwierdziła się zasada, że warto od czasu do czasu wpaść do poznańskiej Palmiarni. Raz, że przyjemnie ciepło, a dwa, że zawsze znajdzie się coś nowego. Tym razem pojawiło się stoisko z roślinami owadożernymi - poniżej wprawdzie tylko jedno zdjęcie rosiczki, ale za to za miesiąc odbędzie się w Palmiarni cała impreza poświęcona "krwiożerczym krzakom". Zamierzam się wybrać i zdobyć więcej zdjęć - choć bez statywu będzie pewnie ciężko.

Tymczasem zapraszam na to, co jest:

Przysłona: f/3, Czas: 1/300 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/150 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm

Przysłona: f/3, Czas: 1/200 sec, Ogniskowa: 105,0 mm