środa, 16 września 2020

Oscary - ja wszystko rozumiem, ale...

No i świat znów wspina się na wyżyny... chyba już głupoty? Zanim przejdę dalej, od razu zastrzegę: nic nie mam do mniejszości etnicznych, osób o innych preferencjach, osób o kolorze skóry innym niż moja własna. Pełnosprawnych i niepełnosprawnych. O różnych wyznaniach. I tak dalej. Jednak - moim zdaniem - ogłoszone niedawno oskarowe "standardy" to moim zdaniem głupota w czystej postaci. Jednocześnie wiadomo, nikt nikogo nie zmusza do zgłaszania filmu do tego akurat konkursu, tyle że patrząc na to, co się aktualnie dzieje na świecie, wszyscy nagle będą chcieli pokazać, jacy to są postępowi, sprawiedliwi i niezaściankowi, nawet wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi.

Ale o co ten hałas?

Otóż opracowano cztery standardy oskarowe, z których przynajmniej dwa będzie musiał spełniać film ubiegający się od 2024 roku o najwyższe oskarowe laury. Standard A dotyczy tematów i motywów narracyjnych oraz obsady filmu, standard B dotyczy ekipy filmowej, standard C dotyczy stażystów i szkoleń, zaś standard D dotyka ludzi związanych z marketingiem i kontaktem z publicznością. I teraz, całkiem jak za czasów PRL, wszędzie ma być równość. W każdym ze standardów trzeba zabiegać o to, by wśród obsady, ekipy, stażystów, osób z promocji filmu były osoby z mniejszości etnicznych, kobiety, osoby o różnych preferencjach seksulanych, osoby niepełnosprawne ruchowo oraz intelektualnie. Innymi słowy przy filmie i jego promocji mają pracować wszystkie możliwe grupy i mniejszości, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że jest dyskryminowany. Taki parytet.

Fot. https://www.huffpost.com/

Czyli po raz kolejny zwycięża równość nad sprawiedliwością. To już naprawdę jest paranoja, że ludzie nie rozróżniają tych dwóch pojęć i nie widzą, że równość nie zawsze oznacza sprawiedliwość. Może będę kontrowersyjny, ale - na litość boską - ludzie nie są sobie równi! Są kompletnie różni od siebie! Owszem, wartość życia jest równa, ale nie ludzie! Posłużę się przykładem może, żeby być dobrze zrozumianym: mamy dwie ekipy budowlane. Jedna to sami wysokiej klasy fachowcy, którzy stawiają solidne domy od trzydziestu lat. Druga ekipa to leserzy i bumelanci, którzy często chodzą po placu budowy pijani, biorą zaliczki i nie kończą prac. Chcemy postawić dom, wydać na to oszczędności życia. Solidna ekipa jest zajęta przez najbliższych 5 miesięcy, ekipa fajtłapów może wejść na plac budowy choćby za godzinę. W dodatku od dawna nie mieli zajęcia i zaczynają głodować. Czyli - idąc tokiem rozumowania Współczesnego Człowieka Zachodu - trzeba wyrównać szanse, zatrudnić gamoni, bo nie mają co robić? I tylko dlatego? Bo później gamoń jeden z drugim będzie narzekał przed kamerami, że "eeee, pani, nikt nas - biednych - nie chce, tamci - o! - pani zobaczy, jacy odżywieni i weseli, pewnie nakradli i oszukali, a nas obmówili! Wszystko przez to, że mamy w ekipie Roma/Żyda/czarnoskórego". No i już g...burza gotowa, bo ludzie są rasistami. I już ktoś zatrudnia, żeby pokazać, że co jak co, ale on rasistą nie jest. Pal licho, że dom mu się zawali za dwa miesiące - ale pokazał, że równość nade wszystko! Naprawdę nikt nie widzi, że SPRAWIEDLIWE jest, że ludzie kompetentni dostają za swoją pracę nagrodę, a lenie i partacze - nie? Ezop się w grobie przewraca.

Nie popieram dyskryminacji, ale moim zdaniem dyskryminacją jest to, że się NAKAZUJE komuś robić coś, na co ten ktoś nie ma ochoty. Najgorsze, że - takie odnoszę wrażenie - największy hałas odnośnie ucisku i dyskryminacji podnoszą właśnie ludzie tacy, jak w drugiej, głodującej ekipie z przykładu. Którym się nie chce, tylko "chcą dostać, bo SIĘ NALEŻY".

Wszyscy jakimś dziwnym trafem patrzą na tę sprawę wyłącznie przez pryzmat mniejszości. Ale postawmy się w roli kogoś - niech to będzie np. operator kamery - kto jest po prostu dobry w tym, co robi. Ma w dorobku świetne filmy, współpracę z wieloma wybitnymi reżyserami. I zgłasza się do kolejnego filmu, ale tu mu mówią - no, niestety, nie jesteś z mniejszości, a musimy akurat operatora mieć właśnie z tej grupy, bo inaczej z Oscara nici. Czyli nie dostał pracy nie dlatego, że jest kiepski, że się nie zna. Tylko dlatego właśnie, że... ma niewłaściwy kolor skóry, niewłaściwą orientację itd. Tego nikt z krzyczących nie widzi? Że takie "równanie szans" jest właśnie wprowadzaniem nierówności? Dlaczego równość ma dotyczyć wyłącznie cech zewnętrznych i manifestowanych przekonań, a nie wiedzy, doświadczenia czy poziomu kultury? Czyżby tylko ze względu na łatwość weryfikacji? Że łatwiej sprawdzić, że ktoś jest Aborygenem niż dobrym fachowcem?

Ciekawy też jestem, jak będzie wyglądała teraz praca na przykład nad filmami historycznymi? Jak nakręcono by drugą część świetnego filmu "Das Boot" o załodze niemieckiego U-Boota z czasów II wojny światowej? Jeden z marynarzy byłby kobietą, inny - dajmy na to - Indianinem, a trzeci poruszał się na wózku? Tylko dlatego, że ktoś wprowadził idiotyczne nakazy poprawności i równości? A jeśli jakiś reżyser zapragnął nakręcić ciekawy film przygodowy, którego akcja dzieje się w wiosce Pigmejów - to szamanem miałby być wytatuaowany, bioałoskóry Szkot-homoseksualista, a żoną wodza platynowa blondynka ze Szwecji? Bo równość? Co z filmami o średniowiecznej Japonii - będą tam czarnoskórzy samurajowie, a wieśniaków zagra grupa Meksykanów? Nic nie mam do tych wszystkich grup - ale naprawdę tego chcemy?

Tak, tak, rozumiem, że film musi spełnić dwa z czterech standardów, czyli pewnie większość będzie chciała wprowadzać "równość"" wśród ekipy i marketingowców, ale obawiam się, że to dopiero początek. Za dwa lata trzeba będzie zacząć spełniać trzy standardy, za cztery lata - wszystkie.

Akurat Oscary ani mnie ziębią, ani grzeją, bo nie fascynuję się nominacjami ani nie oglądam samej ceremonii rozdawania. To na pewno nie jest konkurs, który wyłania naprawdę dobre filmy. Ale coraz bardziej irytuje mnie wszechobecna postawa roszczeniowości. A może nawet nie sama postawa, ale to, że właśnie w myśl "równości" się te zachcianki spełnia. Bo to już socjalizm i komunizm w czystej postaci - każdy ma mieć po równo, a nie tyle, na ile sobie zapracuje.

Bo, moi drodzy, to nie jest sprawiedliwe.

4 komentarze:

  1. Bo jedni ludzie się boją, że zrobią coś źle i kogoś skrzywdzą, a drudzy to bezczelnie wykorzystują.
    A do tego człowiek się zaczyna bać odezwać do drugiego, bo być może użyje niewłaściwego słowa i obrazi tę osobę. Na przykład nie wiadomo czy mówić ciemnoskóry, czarnoskóry, Murzyn itp. Albo zwrócę się do kogoś: "Proszę pana" i zostanę oskarżona o przemoc, molestowanie czy coś innego.
    To wszystko zaczyna być coraz bardziej idiotyczne i nienaturalne. Wiadomo od dawna, że przesada w każdej dziedzinie życia jest szkodliwa.
    I co gorsza, jest coraz więcej osób, które chcą się na tym dorobić. Ohyda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem więcej, coraz częściej przyłapuję się na autocenzurze - już na placu zabaw nie można uśmiechać się do innych dzieci niż swoje, bo zaraz przeczulona "madka" przybiegnie z pretensjami "Dlaczego się pan uśmiecha do mojego dziecka? jest pan jakimś pedofilem?". No i człowiek przestaje się uśmiechać, bo po co mu takie sceny? Albo przepuszczam kobietę w drzwiach, a ta z pretensjami, że nie potrzebuje "łaski". No to nie przepuszczam, bo po co mi takie sceny? A z drugiej strony agresja i roszczeniowość, włażenie na głowę i oskarżenia o nietolerancję, o rasizm, o molestowanie, obrażanie... :(

      Usuń
    2. No właśnie: najgorsza jest ta agresywność. Od razu jest atak i dopatrywanie się jakiś podtekstów, które normalnie nawet do głowy nie przychodzą.

      Usuń
    3. Dużo prawdy jest w powiedzeniach "głodnemu chleb na myśli" oraz "sądzić innych swoją miarą" ;)

      Usuń