piątek, 28 grudnia 2018

[O] Thorgal - Aniel

I oto kończy się saga o przygodach dzielnego skalda Thorgala w wydaniu Grzegorza Rosińskiego. Trzydziesty szósty zeszyt "głównego nurtu" to ostatni, który narysował nasz rodak. Od razu ostrzegam, że do opisu mogą się przekraść spoilery, więc jeśli ktoś zalega z fabułą, to niech najpierw nadgoni, żeby nie psuć sobie (wątpliwych) niespodzianek.

Już po pożegnaniu scenarzysty Van Hamme'a Rosiński postanowił zmienić styl graficzny. Zamiast wyrazistej, ostrej i precyzyjnej kreski - malarskie miękkości i szkicowe kontury. No i dobrze, taka wola artysty - Rosiński wymyślił wizualną postać Thorgala (jako komiksu), więc ma prawo z nią eksperymentować. Ale to, co znajdziemy w "Anielu"...

Dobra, powiedzmy sobie to od razu i bez ogródek: moim zdaniem jest to NAJGORSZY zeszyt z wszystkich wydanych. Ma beznadziejną okładkę, beznadziejne ilustracje - ale uwaga - to jeszcze byłoby do przełknięcia. Jednak tak beznadziejnego scenariusza, dialogów i pomysłów absolutnie się nie spodziewałem. Trafiały się zeszyty lepsze i gorsze, przecież sam Van Hamme momentami dołował, ale czegoś takiego jeszcze w "Thorgalu" nie było.

I kiedy się nad tym zastanawiam, chyba znam przyczynę. Było wiadome, że Rosiński zaprzestaje prac nad cyklem. Tym i właśnie tym zeszytem. Cóż więc robi scenarzysta - w tym wypadku Yann? Próbuje zakończyć WSZYSTKIE wątki. Fabuła leci na łeb, na szyję - ledwo wyruszyliśmy w podróż z Bagdadu, już trafiamy do krainy Zarkaja i Zajkara (pamiętacie ich z "Błękitnej zarazy"?). Cudownym zbiegiem okoliczności odnajdujemy wszystkich starych znajomych, a nawet spotykamy Darka Sveara, brata Lehli (sic!). Jest błyskawiczna wyprawa latającym pojazdem (?) do siedziby mędrca Armenosa, który oczywiście przygotowuje lek dla Aniela. To jednak dopiero początek - mamy tu nawet łzawe i zupełnie niepotrzebne wyznanie konającej Zim. Mamy bitwy z krwawym plemieniem używającym dziwnych zwierząt jako wierzchowców, a po zakończeniu zbrojnego konfliktu - szybkie pojednanie i błyskawiczny transport z królestwa Zhar do rodzinnej wioski Thorgala (serio, podróż nie zajmuje nawet jednego kadru - Thorgal przyjmuje w darze łódź i od razu jest już przy brzegu Northlandu!). Tam oczywiście od razu przybiegają Louve oraz Aaricia. Przez dwie strony trwają dyskusje o tym, czy Aniel powinien zażyć drugą fiolkę z lekarstwem, kiedy do chaty Thorgala ni z tego, ni z owego wchodzi... Kriss de Valnor (cooo?!). I kiedy wydaje się, że absurdy kończą się sceną, gdy wściekły na Thorgala Aniel odchodzi wraz z matką, do wioski wraca - tadaam! - Jolan. Nie wierzę, po prostu nie wierzę...

To głupi i niepotrzebnie stworzony album. Gorszej fabuły jeszcze w tym cyklu nie było, a i rysunki są chyba najgorsze w thorgalowym dorobku Rosińskiego. Jednym słowem, nie ma tu NIC z magii przygód naszego ulubionego nie-Wikinga. I wiem, co mówię, bo przez ostatnie dwa tygodnie przeczytałem CAŁOŚĆ od samego początku, łącznie ze cyklami pobocznymi. Bardzo szkoda, że taki rysownik żegna się ze swoją koronną postacią w tak marny sposób...

2 komentarze:

  1. Wszelkiej pomyślności w Nowym Roku! Powodzenia w życiu osobistym i w pracy, wielu świetnych pomysłów i realizacji rozmaitych projektów.:))) Niech Moc będzie z Tobą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję pięknie i również życzę Ci wszystkiego najlepszego w nowym roku :o) Może odwiedzin we Wrocławiu? :o)

      Usuń