poniedziałek, 4 czerwca 2018

[M] Alone

W życiu sławnych muzyków nadchodzi taki dzień, gdy wpada im do głowy pomysł, żeby wydać album "Best of", ewentualnie "Greatest Hits". Zbierają wówczas najpopularniejsze nagrania, czasem poddają je małemu liftingowi i podsumowują 5, 10 czy 20 lat działalności. Nie jestem sławny, a i moje wcześniejsze nagrania (jeszcze pod szyldem "Alone") nie są popularne, jednak postanowiłem wrócić do starych utworów i przynajmniej kilka z nich "ocalić od zapomnienia". Wydawało się to zrazu dość proste, bo szczęśliwie zachowałem większość plików stworzonych w Cubase 3.01 w latach dziewięćdziesiątych, więc w ogóle teoretycznie wystarczyłoby tylko podłączyć starą Yamahę MU-50 (którą wszak mam do tej pory) i nagrać wszystko jeszcze raz z wyższą jakością przez Focusrite Clarett. Ale...

Szczegóły

Głównym problemem okazała się niekompletność danych. Po skonwertowaniu plików .all (stary Cubase) do .cpr (nowy Cubase) część z nich okazała się uszkodzona, a część... niekompletna. Część zawierała jakieś wcześniejsze wersje, nie odpowiadające nagraniom audio. No, a część w ogóle wymagała głębszej rekonstrukcji...

Tak czy owak stanęło na tym, że na pewno nie da się nagrać tej płyty w banalnie prosty sposób. Miałem zatem dwa wyjścia: zgrać materiał audio z poszczególnych płyt i nieco go ulepszyć (korekcja, odszumianie itp.) albo nagrać te utwory na nowo, z nowymi brzmieniami, poprawiając niektóre irytujące błędy. Zdecydowałem się na tę drugą drogę, głównie zresztą dlatego, że korciło mnie, by wreszcie wykorzystać rzeczy, o których w tamtych latach mogłem tylko pomarzyć (np. brzmienia orkiestrowe czy porządne bębny).

Pozory mylą

Całość wydawała się i tak w miarę prosta: otwieram plik w Cubase, przypisuję do poszczególnych ścieżek nowe instrumenty, poprawiam drobne błędy i voilà! Dwa, trzy tygodnie i płyta gotowa! Oczywiście, wyszło zupełnie inaczej, a samo nagranie np. "Drogi do raju" zajęło mi sumarycznie prawie tydzień (o tym utworze w kontekście "rekonstrukcji" zresztą już pisałem)...

Szybko wyszło na jaw, że "nutki MIDI" to strasznie mało i sam dobór nowych brzmień potrafi pochłonąć parę dni (dla jednego utworu). Rzecz w tym, by brzmienia pasowały charakterem do oryginalnego utworu, co wcale nie było łatwe do osiągnięcia. Muszę przyznać, że finalnie najwięcej korzystałem z zaledwie pięciu instrumentów: U-He Repro-5 (głosy melodyczne, arpeggio), Steinberg Padshop Pro (wiadomo, pady wszelkiej maści), Omnisphere (w zasadzie cały przekrój brzmień), Trilian (basy) i Battery 4 (perkusja).

Gmeranie

Mając już mniej więcej dobrane brzmienia, zaczynałem pracę nad samą aranżacją. Najwięcej pracy wymagały ścieżki perkusyjne, ponieważ niemal każą nutę trzeba było odpowiednio podmapować w Battery 4 - nie zgadzały się numery kodów MIDI (np. dawna "stopa" wyzwalała w Battery talerz, a hi-hat - splasha, wszystko w zależności od wybranego w Battery 4 zestawu). Koniec końców okazało się, że prościej i szybciej było budować nowe zestawy perkusyjne dla każdego utworu osobno, niż korzystać z gotowych.

Część ścieżek wymagała wyrównania (niektóre prostej kwantyzacji, niektóre tylko dociągnięcia paru nut), część - transpozycji. Niektóre melodie musiałem przerobić, by nie brzmiały AŻ TAK amatorsko jak w oryginale. Potem zaczynała się walka z monotonią, która czasem była aż nieznośna - dodawałem "przejścia", nowe ścieżki, alternatywne melodie, drugie głosy, efekty. Na koniec zostawała sprawa miksu całości, bo to była pięta achillesowa moich starych nagrań - przed laty dobierałem tylko mniej więcej głośność ścieżek i to wszystko. Później bas buczał, zlewał się z padami, te z kolei przeszkadzały melodii, a natrętne arpeggia w ogóle "pływały" sobie po całym nagraniu.

Przyznam, że to właśnie był najtrudniejszy etap prac, bo czasem musiałem zwyczajnie powyrzucać przeszkadzające ścieżki lub je przerobić tak, by jednak pasowały. Do tego okazywało się, że dobrane brzmienia i tak trzeba zmienić, bo jest np. za dużo wysokich tonów i całość jest bardzo nieczytelna. Momentami przestawałem wierzyć, że jakoś się to uda w końcu ogarnąć, a kilka utworów porzuciłem, bo nie miałem pomysłu, jak je dobrze zmiksować...

Ostateczne szlify

No i po tym wszystkim czekał na mnie etap masteringu, czyli uspójnianie wszystkiego w ramach jednego albumu. Tu pochwalę wtyczkę Ozone 8, która bardzo ułatwiła cały proces - zamiast męczyć się w DAW, wykorzystałem wersję standalone Ozone, wczytałem tam wszystkie ścieżki, ustawiłem w odpowiedniej kolejności i już. Pozostało "doprawienie" w rodzaju doboru poziomu głośności czy zaaplikowania efektu Soothe (bardzo go lubię). Wrzucenie plików do serwisu BandCamp.com było w zasadzie formalnością.

Wyjątki

Są na tej płycie także dwa nagrania nietypowe - pochodzą z okolic roku 2005 czy 2006 i albumu-widma "Echonoica", który ostatecznie nigdy nie powstał. Nagrywałem go wyłącznie na nowo wówczas zakupionym Korgu Trinity 76LE, który miał być nowym, wspaniałym narzędziem, przywracającym moje marzenia o nagraniu "superpłyty". Powstało wówczas zaledwie 5 utworów, więc płyta jako całość nie zaistniała, jednak obecnie przypomniałem sobie o tych nagraniach i "zreanimowałem" dwa z nich, dzięki czemu zostały ostatecznie utrwalone.

Nostalgia

Zdaję sobie sprawę, że te nagrania raczej nikogo nie ruszą i są tylko efektem mojej silnej nostalgii. Mimo wszystko uważam, że było warto, bo podczas pracy nad tym albumem jak nigdy wcześniej przekonałem się, jak dużo wysiłku kosztuje dobranie odpowiednich barw i ustalenie proporcji między poszczególnymi ścieżkami. Nie wyszło idealnie, ale na chwilę obecną lepiej chyba nie potrafię. Mam wielką nadzieję, że dzięki temu doświadczeniu nowy "gadesowy" album, który gdzieś tam się powoli tworzy w tle, będzie najlepszym dotychczasowym. Zapraszam zatem do słuchania!

2 komentarze:

  1. Mógłbyś gdzieś wrzucić oryginalne wersje do porównania - to by był fun :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Eee, nie, lepiej nie :o) Po to właśnie nagrywałem nowe wersje, żeby do starych nie wracać ;o)

    OdpowiedzUsuń