czwartek, 17 sierpnia 2017

Oszukany

Dziś wpis trochę dziwny, bo dotyczący kina. Kina akcji, dodajmy. Dość już wiekowego. Najpierw jednak małe wyjaśnienie - od czasu do czasu wpadam w "ciąg" filmowy lub książkowy (rzadziej muzyczny), kiedy to skupiam się na jakimś jednym twórcy i po kolei odświeżam sobie jego "dzieła". Tak jest obecnie z książkami Agaty Christie, tak było niedawno z filmami Stevena Seagala (he, he). No właśnie, jakoś wzięło mnie na kino akcji - od dwóch mniej więcej tygodni męczę filmy z Jeanem-Claudem van Damme.

Dobre złe kino

Wiadomo, że produkcje w rodzaju "Liberatora", "Kickboxera" czy "Commando" żadnymi ambitnymi produkcjami nie są. Są za to uczciwymi filmami klasy "B", takimi, rozumiecie, miłymi kompanami do zjedzenia dobrej pizzy w sobotni wieczór. Człowiek się odpręża i ma niezłą frajdę oglądając machającego nogami van Damme'a tudzież machającego rękami Seagala. Nie bez wpływu na ogarniającą mnie nostalgię są wspomnienia z pierwszych seansów, jeszcze na kasetach VHS z wypożyczalni. Ech, to były czasy, a człowiek był taki młody!...

Przechodzimy powoli do sedna

Generalnie filmy Seagala jakoś łatwiej mi się oglądało. Te z van Damme są jakieś takie nijakie, wyłączając "Kickboxera" oraz "Krwawy sport". Te dwa są dla mnie-nastolatka wręcz kultowe, zwłaszcza pierwszy, znany w erze VHS jako "Karate Tygrys 3". Tam było wszystko - wspaniały oponent w postaci psychopatycznego Tong Po, tłukącego nogami w betonowe filary w ramach treningu; był młody van Damme, który u tajemniczego mistrza Xiana pobierał ciężkie nauki, by zemścić się za okaleczenie brata; był wątek miłosny z uroczą bratanicą Xiana, Mylee. Źli byli źli, dobrzy byli dobrzy (choć niektórzy musieli się przełamać w kulminacyjnym momencie). No i ta finałowa walka wśród posągów i pochodni, ręce w sznurach, maczane w żywicy i tłuczonym szkle!... Okropnie wszystko naiwne (patrząc dzisiaj), ale w taki ujmujący sposób, że człowiek uśmiecha się z politowaniem i ogląda dalej.

Dlaczego oszukany?

A, bo wiecie... Sam się prosiłem. Zobaczyłem, że nakręcono część drugą "Kickboxera". Obejrzałem. I powiadam Wam, dawno nie widziałem gorszego przykładu sequela. Nie dość, że spaskudzono mistrza Xiana (ten sam aktor, ale zamiast mądrości i tajemniczości mamy głupie opowiastki o zwierzętach), Tong Po okazuje się kretynem, mordującym Kurta i Erica Sloanów (główni bohaterowie "jedynki") za pomocą pistoletu (!), to na dodatek nagle okazuje się, że Kurt i Eric mają... trzeciego brata, Davida. A David (na oko lat dwadzieścia), jest uznanym mistrzem i nauczycielem (sypie maksymami jak z rękawa), który na dodatek lata temu zakończył karierę. Całość fabuły da się streścić słowami: Tong Po musi odzyskać honor pokonując Davida, a żeby ten chciał z nim walczyć, trzeba zabić jego najlepszego przyjaciela.

Gdzie tu oszustwo? Ten film to przykład żerowania na popularności tytułu. Nie daje za grosz rozrywki i nie jest nawet kinem klasy "C" - błąka się gdzieś w końcówce alfabetu. Wcale się nie dziwię, że ani van Damme (Kurt), ani Dennis Alexio (Eric) nie chcieli mieć z nim nic wspólnego - szkoda, że Dennis Chan (Xian) się zgodził.

E, marudzę, wiem. Czego się spodziewałem? Po prostu kolejnego filmu klasy "B", który w jakiś zgrabny sposób nawiązałby do pierwowzoru. A dostałem głupie kino familijne (część wątków jak z seriali Disneya), przeplatane z idiotycznymi walkami i kretyńskimi dialogami...

Ale w czym problem?

Właściwie w niczym. Impulsem do tego wpisu był jedynie żal, że "Kickboxer 2" zepsuł mi przyjemność z nostalgicznego powrotu do kina lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Omijajcie go i nie dajcie się nabrać, że w obsadzie jest Xian i Tong Po - są tylko mikrymi cieniami samych siebie.

Zamiast "Kickboxera 2" lepiej obejrzeć "Rambo", co niniejszym czynię.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Wyzwanie w wyzwaniu

Niedługo dobijam w moim "projekcie 365" do trzysetnego zdjęcia i w ramach walki z marazmem i otępieniem tydzień temu wyznaczyłem sobie dodatkowe wyzwanie: co dzień robić zdjęcie innemu dziewczęciu. Całość mogła się udać, bo w tygodniu miałem zaplanowaną sesję modelkową.

Poniżej efekt, który - wierzcie lub nie - przeszedł moje oczekiwania. Nie dość, że rzeczywiście udało się zrobić zdjęcie na każdy dzień tygodnia, to każde z inną modelką! Tym samym uznaję to za najbardziej udany tydzień w historii "projektu 365" (nie pod względem fotograficznym, bo same zdjęcia nie powalają odkrywczością czy pomysłem), ale pod względem "organizacyjnym".

I korzystając z okazji - wszystkim moim wspaniałym modelkom bardzo dziękuję! Bez Was by się to na pewno nie udało!

Niedziela - Basia
Przysłona: f/2,8, Czas: 1/220 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Poniedziałek - Ewelina
Przysłona: f/2, Czas: 1/1000 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Wtorek - Iza
Przysłona: f/2, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Środa - Danka
Przysłona: f/2, Czas: 1/320 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Czwartek - Ania
Przysłona: f/1,2, Czas: 1/8500 sec, Ogniskowa: 56,0 mm

Piątek - Maja
Przysłona: f/2, Czas: 1/2400 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

Sobota - Joasia
Przysłona: f/2, Czas: 1/2700 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

I jako bonus jeszcze jedno zdjęcie z czwartku (w środę i czwartek były trzy modelki i dla jednej zwyczajnie nie starczyło dni):

Asia, siostra Ani
Przysłona: f/5,6, Czas: 0.01 sec, Ogniskowa: 90,0 mm

czwartek, 3 sierpnia 2017

Piknik

Wczoraj Danusia i Asia dzielnie pozowały mi podczas plenerowej sesji w Parku sołackim. Efekty widać poniżej, a dzisiaj, jeśli dopisze pogoda, zrobimy drugą część, być może tym razem w otoczeniu architektury.

poniedziałek, 31 lipca 2017

[M] Bitwig Studio

Jak pewnie wiecie, albo i nie, od kiedy zajmowałem się muzyką, stosowałem program Cubase firmy Steinberg. Znacznie później przeszedłem na FL Studio 12, w którym pracowało mi się bardzo dobrze (i którego notabene wcale nie porzucam na wieki). Ale...

FL Studio

Kończąc prace nad albumem "Runaway" nie raz i nie dwa zżymałem się na FL Studio. Coraz częściej przeszkadza mi przyjęty w tym programie workflow, czyli sposób pracy. Najważniejsze wady można wypunktować:

  • brak powiązania między patternem, playlistą i mikserem (osobne nazwy, osobne kolory itp.) = bałagan
  • irytująca przeglądarka instrumentów VST (czasem po ponownym skanowaniu pojawiają się niechciane wpisy, których trudno się pozbyć, kłopotliwe jest grupowanie instrumentów)
  • brak możliwości łatwej transpozycji fragmentu utworu (konieczność duplikowania patternów i ręczne zmienianie każdego z nich)
  • automatyzacja na playliście jako osobny "klocek" (znów brak powiązania, co prowadzi do bałaganu)
  • błędy we współpracy z niektórymi wtyczkami (np. BigBang2 pracuje poprawnie tylko w trybie bridged)
  • kłopoty z dostosowaniem wydajności (czasem pomaga włączenie, a czasem wyłączenie (!) przetwarzania wielowątkowego)
  • naprawdę wkurzające - ogólny suwak głośności (w oknie programu, nie master w mikserze) wpływa też na głośność renderowanego pliku (!!!), a co gorsza - jego stan zapisuje się wraz z bieżącym plikiem
  • osobne okienka na patterny, playlistę, mikser i instrumenty (notorycznie minimalizuję je do małej belki, którą później trudno zauważyć na tle innych elementów)
  • niemożność wycofania niektórych operacji (np. wymiana instrumentu w slocie czy podmiana sampla w samplerze)

Cubase

Po drugiej stronie mam (ciągle) Cubase'a, z którego dziewiątą wersją wiązałem spore nadzieje, bo unowocześniono wreszcie interfejs użytkownika i niby jest lepiej. Cubase jest jednak "mułowaty", nie toleruje wtyczek 32-bitowych oraz ma kiepski edytor MIDI (piano roll). W ogóle jakoś nie potrafię obsługiwać tego programu myszką - nie trafiam w to, co chcę, nie potrafię przeciągać elementów. W innych programach nie mam tego typu problemów, więc coś jest chyba na rzeczy, choć się nie upieram, że część winy leży po mojej stronie.

Ideał?

Zirytowany FL-em, sięgnąłem po Abletona Live 9 (bodajże z interfejsem M-Audio dostałem kiedyś wersję Lite). Nie powiem, jest to pewien powiew świeżości, choć nie wszystko od razu zrozumiałem. Tak czy owak, wersja Lite ma zbyt duże ograniczenia jak dla mnie, wypróbowałem więc po "coś zbliżonego", czyli właśnie po Bitwig Studio.

O genezie powstania Bitwig Studio nie będę się rozpisywał - dość powiedzieć, że jest to spośród znanych mi aplikacji DAW produkt najmłodszy i czerpie całymi garściami od konkurencji (nawet, zdaje się, były jakieś korowody sądowe z producentem Abletona). To, co mi się w nim podoba:

  • możliwość pracy albo na linii czasu (jak w Cubase), albo za pomocą klipów i scen, które odpowiadają nieco patternom w FL Studio
  • duża wydajność (przynajmniej o ile mogłem to na razie sprawdzić)
  • bardzo przyjemny edytor MIDI (w dużej mierze działa tak, jak w Abletonie i FL Studio)
  • bardzo proste tworzenie "warstw instrumentów" łącznie z przypinaniem do nich efektów (FL Studio też ma warstwy, ale ich obsługa jest nieco toporna)
  • modulacje - przynajmniej potencjalnie, bo na razie tylko oglądałem filmiki i czytałem o tym, ale możliwości wydają się być fantastyczne
  • ładny interfejs programu, łatwy w obsłudze

Dość powiedzieć, że potrafiłem przy pierwszym uruchomieniu nagrać i wyedytować kilka ścieżek, nałożyć efekty i całość działała tak, jak tego oczekiwałem (czego nie umiałem zrobić np. w Abletonie czy wcześniej w FL Studio). Natomiast na razie niejasna jest dla mnie jeszcze logika pracy ze scenami.

Bitwig nie jest ideałem, przynajmniej wersja 1. Ale to chyba krok w dobrą stronę i zamierzam wypróbować go w działaniu. Niedługo ma wyjść wersja 12.5 FL Studio - zobaczymy, w którą stronę tam pójdą zmiany (choć rewolucji się nie spodziewam).

No to co, na koniec coś, co udało się zrobić w Bitwigu?