środa, 15 lipca 2015

[R] Remont - finisz

Dzień piąty

No i prawie już. Już, już, tuż, tuż. Bylibyśmy skończyli dzisiaj, ale w przedpokoju również pojawił się problem na suficie, który wymaga magicznej sekwencji: grunt-szpachla-grunt-farba. Wszystko w odstępach przynajmniej czterogodzinnych, więc jesteśmy uziemieni do jutra. Be się trochę załamała, bo planowała, że właśnie dzisiaj skończymy i jeszcze zdąży nieco zażyć urlopu. Sufit zaplanował inaczej.

Poza tym dzisiaj było mnóstwo ganiania i prób ustawiania rzeczy w miejscach, w których nigdy nie stały. Część eksperymentów trzeba było wycofać, część wypadła nie tak źle, jak się zdawało, ale czuję te wszystkie dźwigania w plecach i rękach. Ech, a tu trzeba czekać do dwudziestej trzeciej, żeby zdążyć nałożyć warstwę farby na sufit w przedpokoju.

Mieszkanie wreszcie zaczyna przypominać mieszkanie, a nie skład rzeczy znalezionych. Nawet kwiatki odnalazły swoje miejsca (pewnie nie na długo, jak Jot wróci, poprzestawia).

Podsumowania, wnioski, spostrzeżenia

Najważniejszy wniosek, jaki wysnułem po tym pierwszym w moim życiu malowaniu mieszkania, to mam dość na najbliższe 10 lat. Serio, serio. Niby to takie nic, 55 metrów kwadratowych, a jednak człowiek się zmachał, jak spasiony koń na Wielkiej Pardubickiej. I biorę tu pod uwagę, że dużo większą część faktycznego malowania zrobiła Be, która nie wiem skąd czerpała energię. Całe szczęście, ze akurat upały miały wolne, bo byśmy chyba sczeźli z wałkami w rękach.

Drugi wniosek już się pojawił we wcześniejszych wpisach. Żeby robić remont, trzeba mieć doświadczenie w robieniu remontów. To znacznie ogranicza sytuacje zaskakujące, a także pozytywnie wpływa na zużycie paliwa, traconego na dojazdy do zaprzyjaźnionych marketów. A gdy się doświadczenia nie ma? No to się zdobywa w pocie czoła, mamrocząc obelżywe słowa pod upaskudzonym farbą nosem. Innej drogi nie ma.

Z mojego punktu widzenia jest jeszcze jeden wniosek - remont nie nadaje się do fotografowania. Nie chodzi o to, że brakuje ciekawych kadrów, bo te można znaleźć zawsze i wszędzie. Bardziej przeszkadzają warunki fizyczne - wilgoć, pył i kurz. Zwyczajnie człowiek boi się o sprzęt, więc i rzadko wyciąga go z torby. Poza tym nie bardzo też był czas, by ganiać z aparatem.

Drobiazgi

Pozostały drobiazgi, może z wyjątkiem wymiany silikonu w kabinie prysznicowej (tym się będę zajmował jutro z rana). Dzisiaj pomalujemy sufit w przedpokoju, jutro pozostaną sprawy porządkowe i ostatecznie przemeblowania. A potem - wreszcie - będzie można odetchnąć z ulgą. Na pewno skorzystam, a i Be będę namawiał!

1 komentarz:

Pani Modigliani pisze...

zapach farby Be rozjusza! Jest nie do-za-trzy-ma-nia, póki nie wyczerpie do dna źródła oparów wypełniających jej nozdrza! :)))