poniedziałek, 13 lipca 2015

[R] Remont - początek

Dzień zero

Termin zerowego dnia ważył się do ostatniej chwili i został nim lipcowy piątek, kiedy to Jot i Em w wyniku nagłej decyzji spakowały toboły i odjechały na oddaloną placówkę. Zostałem sam jak palec - chociaż nie, nie sam - towarzyszyły mi obawy o nadchodzące dni. Czy damy radę? Czy wszystko się uda? Czy fundusz remontowy udźwignie brzemię rosnących potrzeb? Czy Lech wygra z Legią? Nadchodzący tydzień miał rozstrzygnąć moje uzasadnione wątpliwości.

Tymczasem jednak umyłem stertę brudnych naczyń, wziąłem pod pachę pudło z pustymi butelkami dla cioci Renaty i w niecałą godzinę zameldowałem się u Rodziców. Ewidentnie zdziwili się na mój widok, chociaż próbowałem ich ostrzec telefonicznie, że to właśnie dzisiaj rozpoczyna się operacja "Czyste ściany". Niestety, wcześniej zgubiłem telefon, o co w brzydki sposób podejrzewałem Em (o zgrozo, nie tylko pojawił się pomysł, że Em zapakowała mój telefon do swojego bagażu, ale wręcz że wyrzuciła go do śmieci!), więc moje wysiłki były z góry skazane na niepowodzenie.

Szczęśliwie Rodzice tudzież Siostry dość szybko przyszli do siebie i udzielili mi azylu. Okazjonalnie obejrzałem z Tatą mecz Kolejorza o superpuchar (bezdyskusyjne zwycięstwo nad Legią).

Dzień pierwszy

Niezupełnie pokrzepiony trzygodzinnym snem zerwałem się na poranny fotospacer - wiadomo przecież, że sztuka ma pierwszeństwo przed prozaiczną rzeczywistością! Pewnie tak jest, chociaż tego dnia nie dane mi było tego sprawdzić. Jedyne napotkane sztuki, to tuzin pierwszej świeżości pszennych bułek na śniadanie. Dobre i to, bo już wkrótce zaokrętowałem na peżocika ciotkę Be, wypychając bagażnik auta do granic możliwości sprzętem remontowym. Mama ze łzami w oczach żegnała nas, wciskając do ręki świeżo wypieczonego drożdżowca, Tata poklepał po plecach, a jedynie ciotka A zachowała zdrowy dystans, wieszając pranie z doskonale udawaną obojętnością.

Podróż mijała szybko, w czym upatruję zbawiennego działania "Man on the Rocks" Oldfielda. Pozwoliło mi to w miarę łagodny sposób zacząć uświadamiać Be, ile rzeczy jeszcze nie zostało przygotowanych i że właściwie nie ma nawet zakupionej farby do malowania mieszkania. Przyznaję, że Be była bardzo dzielna i zniosła hiobowe wieści ze stoickim spokojem. Po zadaniu kilku pytań kontrolnych i odkryciu ogromu zaniedbań, poddała się medytacji. Ostatecznie, zamiast na kwaterę, pojechaliśmy z rozkazu Be do marketu budowlanego, skąd po pół godzinie wytaszczyliśmy wiadro farby, folie, wałki i taśmę malarską w ilościach chwilowo wystarczających.

Nie od razu jednak mógł człowiek dorwać się do akcesoriów malarskich, bo dość szybko oczekiwany remont zamienił się we wynoszenie, pakowanie, przenoszenie, upychanie, odkurzanie i zamiatanie. Wiadomość o tym, że nawet mieszkanie nie jest przygotowane, utrzymywałem przed Be w tajemnicy do samego końca. Może nie trzeba było?

Jak mawiają pisarze, po pewnym czasie uprzątnęliśmy największy pokój, upychając znajdujące się w nim rzeczy w innych pomieszczeniach lub otulając je całunem folii malarskiej na miejscu. Be rozpoczęła mycie ścian, mnie pozostawiając właściwie już nawet nie pamiętam co - chyba jeszcze coś gdzieś upychałem. Po umyciu ścian pozostało nam nieco czasu, więc wybraliśmy się "na miasto" w poszukiwaniu sycącego obiadu. Pyszna pizza popita napojem znakomicie poprawiła nam humory i całkiem już zadowoleni, wróciliśmy do mieszkania. I tak, wreszcie można było odbić dekiel kubła z farbą i rozpocząć malowanie!

Mnie, z racji gabarytów, odwagi i innych przymiotów ducha przypadł pistolet do malowania, Be zadowoliła się zwykłym wałkiem malarskim. Rzecz jasna, po kwadransie z zazdrością patrzyłem, jak lekki wałek śmiga tu i tam, sam z rosnącym trudem unosząc rękę dzierżącą plujący, ciężki pistolet. To cud, że wytrzymałem do końca! Nie będę opisywał monotonnego machania plastikową bronią od góry do dołu, nie będę narzekał na mdlejący bark ani na zbyt często kończącą się farbę. Ot, udało się jakoś zamalować ściany pierwszą warstwą Beckersa.

Z rzeczy ważnych, zaszpachlowaliśmy dwa ciągnące się przez cały sufit pęknięcia za pomocą akrylowego wypełniacza, unikając w ten sprytny sposób ciągłego rozrabiania i mieszania gipsu. Wynalazek całkiem przyjemny. Spać szliśmy po dziesiątej, snując (przede wszystkim ja) świetlane plany na dzień kolejny i ostrzegając innych przed zbytnim optymizmem (przede wszystkim Be). Chwilowo odarte z folii łóżko przytuliło nas, dając namiastkę normalnego życia...

Dzień drugi

Jak umówieni, obudziliśmy się z Be dobrą godzinę przed budzikami - ledwie dochodziła szósta rano. Szybkie śniadanie i godzinne siedzenie wystarczyły, by przypomnieć o niewyspaniu i bolących mięśniach, lecz nie czas był na lamenty. Czekał na nas market budowlany, chętnie zamieniający bilety NBP na kolejne kubły z farbą i inne potrzebne malarskie precjoza. Około dziesiątej rzuciliśmy się w wir pracy, mając przed oczami jasną wizję pomalowania sufitu i nałożenia drugiej warstwy farby na ściany. Dałoby to nam możliwość (po odczekaniu trzech, czterech godzin) ponownego pomalowania sufitu i zakończenia prac w dużym pokoju, dokąd można by już wstawić docelową konfigurację mebli i przenieść graty z pokoju małego. Ach!

Czarne chmury zaczęły się gromadzić nad naszymi planami w momencie, gdy w dwóch miejscach sufitu stara farba nagle odeszła od podłoża. Z pozoru prosta niedogodność po kilku ruchach szpachlą spowodowała odkrycie dwóch wielkich placów niezagruntowanej przez poprzednich partaczy powierzchni. Wilgotna jeszcze farba odpadała całymi płatami, jak kartki papieru. Be się załamała, a ja stałem bezmyślnie, drapiąc się po kudłatej brodzie.

Jako że dzielne jednostki poznaje się w działaniu, szybko otrząsnęliśmy się z przykrego zaskoczenia i po naradzie zgodnie orzekliśmy, że nie mamy pojęcia, co teraz. Wcześniejsze doświadczenia Be nie obejmowały lecących sufitów, moje doświadczenia sięgały zaledwie dnia poprzedniego. Skoro nie wiadomo, co zrobić, trzeba pojechać do sklepu, zasięgnąć rady wszechobecnego marketingu. Żeby jednak nie być stuprocentowym lemingiem, zadzwoniłem jeszcze do szwagra, których niejedno mieszkanie malował i w związku z tym niejedno widział. Szybko okazało się, że lecąca z sufitu stara farba nie jest mu obca i po chwili dysponowałem już pierwszą wersją listy zakupowej.

Lista została pozytywnie zweryfikowana przez sympatycznego pana sprzedawcę, który udzielił mi gratisowo cennych wskazówek ("Niech się Pan nie waży kłaść gładzi na grunt przed czterema godzinami!"). Wróciwszy do domu, zastałem Be pracowicie malującą (na przekór wszystkiemu) drugą warstwę na ścianach. Błyskawicznie wdrożyliśmy program naprawczy, gruntując place tynku na suficie.

Podczas gdy Be kończyła ściany w pokoju, ja zabrałem się za łazienkę, łaknąc jakiegokolwiek sukcesu w tym zapowiadającym się katastrofalnie dniu. Ambitnie postanowiłem też raz na zawsze przymocować łazienkową lampę, która tydzień wcześniej omal nie spadła mi na głowę podczas wymiany żarówki. Zabawa z lampą skończyła się szybko wyskoczeniem korków i kojącymi słowami Be, odsyłającymi mnie do zadań mniej stresujących. Podjąłem zatem nierówną walkę z łazienkowym sufitem, wkrótce odkrywając (niewielki na szczęście) placyk odpadającej farby. Grunt to grunt, więc w oczekiwaniu na jego wyschnięcie, rozpocząłem opracowanie taktycznego planu montażu lampy. Inżynierska intuicja i zdolności dedukcyjne wkrótce naprowadziły mnie na właściwy trop, w wyniku czego lampa zawisła stabilnie tam, gdzie chciałem - mały sukces, a ucieszył.

Nudne czekanie na schnący (złośliwie wolno) grunt wypełniliśmy myciem okien i lepieniem szczelin w ścianach akrylową pastą. Potem na grunt nałożyliśmy gładź szpachlową, z czym było nieco ambarasu, bo brakowało niezbędnej wprawy w operowaniu wielką metalową pacą. Gładź też wymagała czterogodzinnego czekania na wyschnięcie, więc z nudów posprzątaliśmy kuchnię i ponownie umeblowaliśmy skończoną w zasadzie łazienkę (kolejny sukces!) Dopiero po dwudziestej drugiej można było przystąpić do przeszlifowania gładzi papierem ściernym i nałożeniu kolejnej warstwy gruntu. To już były jednak ostatnie podrygi obowiązków, zatem po zmyciu z siebie farby (Be) i pyłu (ja) ułożyliśmy się do jakże zasłużonego snu.

I pewnie obyłoby się bez powyższej relacji, tylko tak sobie zapyliłem gardło, że nie mogłem spać i o trzeciej w nocy siadłem do pisania. Cóż. Dośpię na emeryturze za pół wieku.

Ciekawe, co nas czeka jutro?

2 komentarze:

AnikaIC pisze...

Norrrmalnie dreszczowiec! Przeczytałam od deski do deski i łaknę więcej, czyli ciągu dalszego. Trzymam kciuki za powodzenie całej akcji zasyłając szczególne pozdrowienia dla Be, dzielnej, acz zdaje się, nieco wrobionej w ten ambaras "siły roboczej".
Puszczajcie sobie od czasu do czasu Kazika ("Gdy nie ma dzieci")ku pokrzepieniu serc :-)

Ladaco pisze...

:D E, tam, zaraz dreszczowiec (ale bardzo mi miło, że się spodobało) :) Be podziękowałaby z pewnością, gdyby tylko przeczytała komentarz (co i może się stanie w niedalekiej przyszłości) :) Ku pokrzepieniu serc puszczamy sobie bajki dla dzieci (dzisiaj na przykład była "Królowa zimy", "Tomcio Paluch" i "Przygody Piotrusia Pana" z Hryniewiczem w głównej roli ("Jakubie Haku, hej, to ja, Piotruś Pan!") :D