Ile jest prawdy w zdjęciach ptaków?

Nie da się ukryć, że ostatnie kilka tygodni zaowocowały prawdziwym zalewem zdjęć skrzydlatych pociech. Na Facebooku zostałem zapytany, jak te zdjęcia robię i ile w nich jest "prawdziwego zdjęcia", a ile obróbki. Z lenistwa - bo nie chcę potem komuś innemu pisać tego samego - postanowiłem dać znać na blogu, jak się rzeczy mają.

Wprowadzenie sprzętowo-programowe

Szaleństwo zaczęło się dokładnie miesiąc temu, kiedy zamontowałem zbudowany kilka dni wcześniej karmnik w ogródku. Pierwsze pojawiły się zawsze ciekawskie sikorki, a ja im od razu zrobiłem parę zdjęć - pierwszego dnia korzystałem z Nikona D700 i obiektywu Nikkor 300/4.

Potem przez parę dni zdjęcia robiłem aparatem Fuji X-S10 z adapterem i przymocowanym do niego tym samym Nikkorem 300/4. Oznaczało to konieczność ręcznego ostrzenia (adapter nie przenosi auto-focusa z aparatu do obiektywu), co może wydawać się dość karkołomne przy fotografowaniu ptaków. W zamian jednak X-S10 oferował bardzo wysokie użyteczne ISO, a to oznaczało możliwość skrócenia czasów naświetlania - rzecz BARDZO pożądana przy tego typu fotografii.

Ostrzenie ręczne okazało się jednak zbyt frustrujące, a zdjęcia z X-S10 porażały rozmiarami na dysku - pojedynczy RAW osiąga około 60MB! Wtedy jeszcze działałem z wykorzystaniem Adobe Lightroom, więc dodatkowo musiałem pliki z X-S10 poddawać konwersji w Adobe DNG Converter, co oznaczało drugi komplet tak samo dużych plików dng. Równolegle jednak zacząłem testy CaptureOne oraz On1 Photo RAW.

Ostatecznie w połowie listopada przesiadłem się na CaptureOne 23, zaś 20 listopada aparat zmieniłem na Nikona D300s - ten zestaw służy mi do dziś i chyba posłuży przez całą zimę.

Dodam jeszcze, że testy programu On1 Photo RAW nie poszły na marne, bo wprawdzie sam RAWer przegrał z CaptureOne, ale kupiłem jego część - wtyczkę On1 NoNoise AI do odszumiania i wyostrzania.

Jak robię zdjęcia?

Przyznam bez bicia, że początki nie były proste, mimo że przecież fotografowałem sporo. Nie obyło się jednak bez eksperymentów z doborem ISO, czasu, kompensacji i trybów auto-focusa. Początkowo stawiałem na tryb priorytetu przysłony, gdzie miałem na stałe ustawioną przysłonę f/4, zaś aparat sam dobierał czas, posiłkując się trybem Auto ISO. Optymistycznie założyłem, że ISO może osiągać nawet 1600, co dla Nikona D300s okazało się wartością zbyt dużą.

Potem machnąłem ręką na tryb preselekcji przysłony i po prostu przeszedłem na tryb ręczny, ustawiając przysłonę i czas ręcznie, zaś ISO ograniczając do maksymalnej wartości 800. Potem jeszcze eksperymentowałem z trybem preselekcji czasu, jednak przy tak krótkich czasach aparat i tak musi wybierać maksymalnie otwartą przysłonę i dobierać maksymalne ISO, więc w praktyce dostaję to samo.

Jako że aparat z obiektywem trzymam w rękach, najkrótszy sensowny czas to 1/500s (efektywna ogniskowa D300s z obiektywem 300mm to 450mm). Nie gwarantuje to ostrych zdjęć, ale jest jakimś minimum. Problem okazuje się światło...

Niestety, listopad i grudzień to nie są dni jasne i pełne słońca - raczej jest szaro, buro i niezbyt atrakcyjnie wizualnie. Stąd na ogół dostaję zdjęcia niedoświetlone (bo czasu nie ma sensu wydłużać, a przysłony nie otworzę bardziej), a takie zdjęcia wymagają, czasem forsownej, obróbki, żeby nadawały się przynajmniej na Facebooka...

Jak obrabiam zdjęcia?

Zdjęcia zgrywam z karty pamięci do komputera za pomocą CaptureOne 23, który automatycznie tworzy katalogi i zmienia plikom nazwy na takie, jakie chcę (czyli zawierające datę utworzenia zdjęcia). Pierwszy etap to odczekanie, aż zdjęcia z karty skopiują się do katalogu programu. Zaraz potem można siąść i dokonać selekcji - tutaj nie ma litości i zdecydowana większość fotek leci do kosza, nawet do 90% całej sesji. Niestety, przy fotografowaniu ptaków tak bywa - nie na wszystko ma się wpływ, a ptaki poruszają się na tyle szybko, że często jedynym wyjściem jest tryb seryjny i spośród 10-15 zdjęć da się wtedy wyłowić to jedno niezłe.

Po selekcji już wiem, jaki rodzaj obróbki mnie czeka - najłatwiej jest wtedy, gdy było mnóstwo światła i udało się nie tylko uzyskać krótkie czasy, ale i niskie wartości ISO. Wtedy obrobka sprowadza się do kadrowania, kontroli balansu bieli i lekkiego podostrzenia zdjęcia w CaptureOne 23. Tak uzyskałem np. całkiem przyzwoite zdjęcia zbliżeń.

Znaczniej gorzej wygląda to wówczas, gdy zdjęcia są niedoświetlone albo zaszumione (albo i takie, i takie jednocześnie). Wtedy po skorygowaniu ekspozycji i balansu bieli odpuszczam ostrzenie w CaptureOne i wysyłam zdjęcie do On1 NoNoise AI.

Muszę przyznać, że NoNoise robi zwykle świetną robotę z usuwaniem szumu i odzyskiwaniem ostrości. To dzięki tej wtyczce można z niezbyt na pozór udanego zdjęcia uzyskać zdjęcie o akceptowalnej jakości:

Ostatni etap to eksport w wybranym formacie. Ja mam w CaptureOne dwa formaty "blogowe", gdzie zapisuję pliki jpg z określoną jakością (100) i z niewielkim wyostrzeniem pod eksporcie, a dodatkowo jeszcze ImageMagickiem dodaję białe ramki, co opisałem w tym artykule.

Słowo na koniec

Tak to mniej więcej wygląda - czarnej magii tu nie ma, ale też nie twierdzę, że wrzucane na bloga czy Facebooka zdjęcia to jpgi prosto z aparatu. Nie, moim zdaniem na tym polega zadanie fotografa, by przygotować do oglądania kompletny obraz. Czy odszumianie i wyostrzanie lub korekcja kolorystyczna dyskfalifikują te fotografie? W moim odczuciu - nie. Ale każdy musi sobie na takie pytanie odpowiedzieć samodzielnie.

Komentarze