wtorek, 9 czerwca 2020

Składam książkę

Książek i różnych publikacji się już w życiu trochę naskładałem, chociaż naturalnie tylko amatorsko, bo żaden tam ze mnie zawodowiec w tej dziedzinie. Jednak jakiś mały fragment wiedzy i swoje przemyślenia w temacie mam, a powiem więcej - składanie publikacji sprawia mi autentyczną przyjemność. No, chyba że chodzi o formatowanie dokumentu w Wordzie, zapełnionego ilustracjami i tabelkami, które wędrują po stronach jak sobie chcą. Tego nawet wrogowi nie życzę.

Używałem więc Worda, używałem CorelDraw, ale w prawdziwym programie do składu nie pracowałem nigdy.

Dopiero niedawna przygoda z Affinity Publisherem sprawiła, że odżył mój zapał do tworzenia publikacji. Fikcyjne czasopismo nie wystarczyło - postanowiłem przygotować książkę z opowiadaniami Kornela Makuszyńskiego z cyklu "Perły i wieprze". Są one dostępne w domenie publicznej, więc nikt nie powinien mi urwać głowy za opublikowanie całego zbioru tym bardziej, że przecież nie wprowadzam do niego żadnych zmian.

Technikalia

Być może skład podoba mi się tak bardzo dlatego, że harmonijnie łączy zestaw reguł i zasad, czysto technicznych, z pewną dozą wyczucia i polegania na własnym guście. I Publisher bardzo dobrze się tu sprawdza, bo z jednej strony ma wszystko, czego potrzebowałem, a z drugiej jest bardzo szybki i prosty w obsłudze, więc mogłem część czasu poświęcić na cyzelowanie wyglądu.

Nie wszyscy o tym wiedzą, ale składanie tekstu, zwłaszcza dłuższego, to nie tylko ustawienie kroju i stopnia pisma (czyli "wyglądu i rozmiaru czcionki"). To ustawianie takich tajemniczych rzeczy, jak kerning i tracking, to dobieranie interlinii, to optyczne wyrównywanie niektórych znaków, to decyzje o tym, czy akapity akcentować wcięciem czy odstępem (nigdy tym i tym jednocześnie!). To dbanie o to, by nie było (w miarę możliwości) w tekście wdów, sierot i bękartów, czyli osamotnionych wyrazów i linii. To odpowiednie sterowanie dzieleniem wyrazów. I jeszcze wiele rzeczy, na które się zazwyczaj nie zważa, ale które dla osoby zaznajomionej z tematem są widoczne na pierwszy rzut oka.

Czym są sieroty, szewce, bękarty i wdowy? Na podstawie Faktopedii.

Jak powiadam, nie jestem zawodowcem, więc na pewno nie wiem o składzie wszystkiego, ale w miarę mojej skromnej wiedzy zrobiłem wszystko, co mogłem, by powstały "tomik" wyglądał przynajmniej przyzwoicie.

Po kolei

W Wordzie, którego tu przywoływałem już kilkukrotnie (chyba każdy coś w tym programie usiłował "złożyć"), sprawy wyglądają prosto. Przynajmniej kiedy trzydzieści lat temu formatowałem w wersji 2.0 swój pierwszy tekst, prezentowało się to tak: wklejałem do pustego dokumentu tekst, po czym zaznaczałem go całego i wybierałem z menu krój pisma i wielkość. Potem zaznaczałem linię z tytułem i ją formatowałem inaczej. Potem dawałem odpowiednią liczbę "enterów", żeby tekst przewędrował na nową stronę (na szczęście przynajmniej nie wyrównywałem tekstu w poziomie spacjami). I już mi się wydawało, że całość wygląda nadzwyczaj profesjonalnie - no, ten szeryfowy Times New Roman, tak inny od prostych krojów "komputerowych"!

Po paru latach takiej partyzantki dowiedziałem się, że jest coś takiego, jak "style" - w znaczeniu zestawów parametrów opisujących akapit tekstu: kroju i stopnia pisma, odstępów, wielkości marginesów, wcięć itd. To było tak, jakby mi klapki spadły z oczu! Nagle okazało się, że przeformatowanie dokumentu stało się banalnie proste, a zrobienie spisu treści czy ilustracji - wręcz trywialne. Pamiętam, że na studiach, jako "znawca wiedzy tajemnej", formatowałem wiele prac i doprowadzałem je do stanu "używalności". A niestety, większość z nich trzeba było robić od podstaw: przekleić najpierw tekst do Notatnika, żeby zgubić całe formatowanie, po czym wkleić do zupełnie nowego dokumentu i formatować w oparciu o style. Ale efekty były na ogół zaskakująco dobre.

A potem przyszło mi formatować książkę, która była "zrobiona" w Wordzie, ale tajemniczy "pan z drukarni" ciągle zgłaszał obiekcje - a to interlinia nie taka, a to nie ma obszaru spadu, a to margines nie tej wielkości. Zrobienie części z tych rzeczy w Wordzie nie wchodziło w grę, bo też i Word nie jest programem do składu. Pamiętam, że skorzystałem wtedy z uprzejmości koleżanki w pracy, która dysponowała Adobe InDesignem i tam wprowadzaliśmy poprawki na pliku pdf, "wydrukowanym" z Worda. Dopiero taki "potwór Frankensteina" przeszedł przez odbiór w drukarni.

Po lewej master pages i wszystkie zwykłe strony dokumentu, w centrum ukośne linie pokazują przepływ tekstu z ramki do ramki.

W Publisherze od razu myślimy w kategoriach publikacji, a nie dokumentu tekstowego. Przede wszystkim należy zaprojektować tzw. master pages, które będą szablonem dla kolejnych stron dokumentu. W odróżnieniu od edytorów tekstu, żeby w ogóle cokolwiek napisać w programie do składu, trzeba na stronie umieścić... ramkę tekstową. W tę ramkę można wkleić tekst publikacji - co oczywiście sprawi, że ramka ulegnie przepełnieniu i trzeba będzie albo ręcznie utworzyć stosowną liczbę stron z ramkami, gdzie będzie się "przelewał" tekst, albo kazać zrobić to programowi w oparciu o master pages. Wtedy nagle ciach - i mamy książkę!

Master pages z bliska - widoczne dwie duże ramki tekstowe połączone ze sobą ukośną linią przepływu tekstu; w stopce osobne ramki tekstowe z numerami stron.

Oczywiście, to dopiero początek. Teraz należy zająć się aplikowaniem stylów - najlepiej od razu zaaplikować do całości jakiś styl ogólny. Potem przejrzeć całość i każdy odmienny fragment formatować innym stylem - nagłówki stylami nagłówkowymi, podpisy pod ilustracjami - stylem podpisów itd.

Jeśli style są już zaaplikowane, trzeba je sformatować. Czyli włączyć edycję stylu i ustawić: krój i stopień pisma, wyrówanie, odstępy, dzielenie wyrazów i tak dalej, i tak dalej. Pamiętając, że np. w nagłówkach nie dzieli się wyrazów. I że formatowanie większych bloków tekstów wersalikami jest "be". I że cyfry nautyczne są śliczne, ale nie w tabelach z liczbami. I że tekst lity to raczej krojem szeryfowym. I że odstępy między fragmentami tekstu robi się odstępami zdefiniowanymi w stylu, a nie "enterem". I żeby PRZENIGDY nie stosować podkreślenia do wyróżniania tekstu. I... no, "wicie-rozumicie".

Jak widać, styl to trochę więcej ustawień niż tylko krój i stopień pisma. To odstępy, marginesy, wcięcia itd. itp.

Teraz wypadałoby się zająć stronami tytułowymi, okładką i innymi miejscami, które mają być inne niż pozostała część publikacji. Najlepiej utworzyć osobne master pages na tę okoliczność.

Na koniec przychodzi czas na cyzelowanie szczegółów. Dodanie odpowiednio sformatowanych numerów stron, ustawianie opcji, by styl najważniejszego nagłówka zaczynał się zawsze na nieparzystej stronie itp. A potem - szczegóły szczegółów. Czyli sprawienie, by spójniki nie były rozdzielane z następującym po nich wyrazem. Kontrola dzielenia wyrazów (żeby nie było zbyt wiele linii jedna pod drugą, zakończonych łącznikiem). O, właśnie, prawidłowe zastosowanie pauzy, półpauzy i łącznika (dywizu); właściwe cudzysłowy, tak zwane drukarskie (dolny na początku, górny na końcu). Włączenie ligatur, żeby np. literka "f" nie zderzała się z kropką literki "i". Wykonanie inicjałów, jeśli chcemy takie mieć. Dobór marginesów.

Ligatury to specjalnie zaprojektowane znaki, zastępujące pojedyncze litery, aby uniknąć "niezgrabnych" połączeń; po lewej dwie osobne litery, po prawej odpowiadająca im ligatura.

Cyfry nautyczne, czyli mediewalowe (u dołu); nie tylko ładniej wyglądają, ale też dobrze wkomponowują się w tekst dzięki temu, że mają mniejszą wysokość.

No i na koniec jeszcze przydałby się spis treści na podstawie nagłówków.

Budowanie spisu treści na podstawie stylów jest trywialne. Co więcej, taki spis potrafi się automatycznie aktualizować!

I teraz - korekta typograficzna. Bo ortograficzno-gramatyczna powinna być zrobiona jeszcze przed wejściem tekstu do składu.

Tyle zachodu

Jak widać z powyższego, przy przygotowaniu publikacji jest jednak trochę zachodu, a i o paru rzeczach trzeba wiedzieć, żeby całość miała ręce i nogi. Ale nagroda jest nie do przecenienia - gotowa książka to coś, co cieszy oczy i napawa dumą, że udało się dopiąć swego i przygotować coś, co nie wygląda jak zbieranina akapitów skopiowanych z różnych stron. I jak myślicie, udało mi się? Link do pobrania gotowej publikacji jest dostępny tutaj.

7 komentarzy:

  1. No wreszcie rozumiem o czym piszesz, bo kiedyś pracowałam przy... składzie w niewielkim wydawnictwie.:))) Ale to było daaaaawno temu i praca zaczynała się od... przepisywania maszynopisów.:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, no to rzuć fachowym okiem na te moje końcowe wypociny i oceń - niechże się czegoś nauczę! :)

      Usuń
    2. Oj tam fachowym... Ale rzucę chętnie, tylko wieczorem, bo teraz mam czas limitowany.:)))

      Usuń
    3. Rzuciłam. Okiem.:) Efekty znajdziesz w skrzynce mailowej.:)

      Usuń
    4. Sprawdziłem, poprawki wprowadziłem i bardzo dziękuję! :)

      Usuń
  2. Żałuję, że nie umiem składać tekstów. Zawsze mi się to podobało. I jeszcze raz dziękuję, że męczyłeś się przy składaniu moich prac dyplomowych :))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E,jak się składa od początku samemu, to nie jest źle - najgorzej jest coś poprawiać :) A nauczyć zawsze się można - może to i jest jakiś temat na tutorial ;)

      Usuń