piątek, 16 listopada 2018

Czy wszystko stanie się usługą?

Od wielu lat już widać pewien trend na rynkach - nazwijmy to - kapitalistycznych. Zamiast płacić za towary (i je otrzymywać na własność), zaczynamy płacić za możliwość użycia danego towaru. Czyli de facto wypożyczamy go tylko od prawowitego właściciela. Choć ma to często sens, ogólny trend jest jednak niepokojący - przynajmniej dla mnie.

Co jest fajnego?

Na pewno rozwiązanie - nazwijmy je - "abonamentowe" jest korzystne przy dostępie do mediów takich jak streaming dźwięku czy wideo. Płacimy miesięcznie stosunkowo niewielką kwotę, w zamian otrzymując z reguły bardzo szeroki dostęp do zasobów dostawcy. Z pewnością za cenę abonamentu nie bylibyśmy w stanie zakupić tylu płyt czy filmów, ile jesteśmy w stanie przez miesiąc przesłuchać lub obejrzeć.

Drugi korzystny przykład to rzeczy szybko się starzejące, jak na przykład - co piszę z bólem serca - oprogramowanie komputerowe. Wiadomo, ciągle poprawiane są jakieś błędy, dodawane nowe funkcje - warto by było mieć te nowości "na żądanie", bez ponoszenia dodatkowych kosztów.

Mieszane uczucia mam co do książek, ale tylko dlatego, że istniejące w Polsce rozwiązania, które sprawdzałem, mają kiepski sposób rozliczania abonamentu (np. za kilkadziesiąt złotych miesięcznie można przeczytać określoną liczbę stron - co moim zdaniem jest czystym kuriozum i nie wiem, dlaczego nie dać czytać ludziom do oporu, tak jak mogą do oporu oglądać seriali czy słuchać płyt).

A co nie jest fajne?

Dla mnie osobiście średnio przyjemna jest świadomość, że wydaję pieniądze coraz częściej na "możliwość" niż "własność". Papierową książkę czy płytę audio mogę postawić na półce, wrócić do niej za pół roku czy za lat dziesięć. Mogę je komuś podarować. Mogę - poza powielaniem i sprzedawaniem kopii - robić w zasadzie wszystko. Z treścią cyfrową już nie - rezygnuję z platformy medialnej? Nie obejrzę już ulubionych seriali (zwykle platformy mają te najpopularniejsze seriale na wyłączność). Przestaję płacić za streaming? Już sobie wygodnie nie posłucham muzyki. Zbankrutuje producent jakiejś gry on-line, w którą gram od lat? No, trudno, już nie pogram...

Najbardziej jednak męczy mnie zależność od producentów - przestajesz płacić = spadaj. Przeczuwam, że stanie się tak, jak z operatorami komórkowymi. Priorytet będą mieli zawsze nowi klienci, to dla nich będą przygotowywane ciekawe propozycje, zaś klienci ze stażem... no cóż, płacili tyle lat, będą płacić dalej. I owszem, operatora można zmienić, ale już takiego Adobe z jego pakietem oprogramowania trudno z dnia na dzień zmienić na coś innego, bo alternatywy (realnej) praktycznie nie ma.

Ponadto model abonamentowy rozleniwia producentów. Po co się starać, jeśli wszyscy grzecznie płacą i nie bardzo mają ochotę na szukanie innych rozwiązań? Można od czasu do czasu dodać jakąś niewiele znaczącą nowość, poprawić parę błędów i już.

Biadolenie

Tak, to takie biadolenie ramola na zmieniające się czasy. Bo nigdzie nie jest powiedziane, że wszystko, co nowe, musi się podobać. Jednocześnie jednak - poddaję się. Jako informatyk nie widzę specjalnie sposobu na zmianę podejścia producentów i ludzi. Gdy rzecz jest robiona rozsądnie, wszyscy korzystają, więc nie ma o co kruszyć kopii. Spotify czy Tidalzamiast półki z płytami CD? Netflix albo HBO zamiast sterty pudełek DVD? Czemu nie? Kindle zamiast regałów z książkami?... Chwila, chwila, to jeszcze trzeba przemyśleć...

0 komentarze:

Prześlij komentarz